Życie jest snem. La vida es sueñoTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pedro Calderón de la Barca

Życie snem

La vida es sueño

DRAMAT CALDERONA

dziejący się w Polsce

tłumaczył Józef Szujski

Książka w dwóch wersjach językowych:

polskiej i hiszpańskiej

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Antonio de Pereda (1611–1678), El sueño del caballero (1650), licencja public domain,

źródło - https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Antonio_de_Pereda_-_El_sueño_del_caballero_-_Google_Art_Project.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich, włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji XIX-wiecznej.

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-714-6

WPROWADZENIE

Można sobie nałamać głowy, chcąc oznaczyć dobrze stosunek pięknego dramatu Kalderona, którego tu przekład podajemy, do Polski. „Dramat wzięty z dziejów polskich”? Broń Boże! Nic on z dziejami naszemi wspólnego nie ma, jak nie mieliśmy nigdy króla, który się nazywał Bazyli, Infantki, któraby nosiła imię Estreli, ani też w sąsiedztwie Wielkiego księcia Moskwy, bliskiego krewnego królewskiego polskiego domu, któryby nosił romansowe imie Astolfa

„Dramat polski Kalderona?” I to nic. Nic tu polskiego nie ma, nic, coby przypominało choćby z daleka nasze instytucye i charakter: Król Jmość pan dziedziczny i despotyczny – grandowie połączeni z nim najściślejszym feodalnym stosunkiem. Więc chyba to jedno, że dramat dzieje się w Polsce i ma intencyę być dramatem polskim. Ale ta Polska, to jak Czechy Szekspira w „Winterstale”. Stolica jej i zamek królewski stoi nad morzem, hipogryfy gnieżdżą się w jej górach, a na wiosnę rozkwita w niej drzewo magnolii, pełne woni!

Nie mamy się jednak co gniewać na Kalderona: jeżeli nas nie znał, miał najlepsze chęci i najlepsze o nas wyobrażenie; król Bazyli jest wielkim uczonym, na kształt Alfonsa Kastylijskiego, królewicz Zygmunt (jedyne z polska brzmiące imię) dzielnym w gruncie człowiekiem, grand Klotald reprezentuje wierne tronowi możnowładztwo, państwo samo jest wielkie i sławne. Jest to niezawodnie odbicie opinii, jaką miano na dworze Filipa IV o Polsce Zygmunta III i Władysława IV, chociaż ją późniejsze przyćmiły już klęski. Bodaj czy poeta o stosunkach W. księstwa Moskiewskiego coś więcej nie wiedział, jest przynajmniej pewien ślad wyobrażenia o nieograniczonej władzy księcia w ostatniej scenie pierwszego aktu. (Dyalog Klotalda z Rozaurą). Przecież i wielki poprzednik Kalderona Lopez de Vega traktował dramatycznie historyę Dymitra Samozwańca.

Gdy Ticknor w Historyi literatury hiszpańskiej mniej się naszym dramatem zajmuje, nie szczędzi mu Schack (Historya dramatu w Hiszpanii t. III) najwyższych pochwał. On też znajduje dlań legendarną podstawę w dziele Marka Pola Wenecyanina: De consuetudinibus et conditionibus orientalium regionum, upatrując zarazem pokrewieństwo z nowelkami Boccaccia i Grazziniego. (Decamer. Dzień 3, now. 8, Grazzini t. II, p. 117). Przedmiot niespodziewanego wyniesienia do królewskiej godności nędzarza, był w ogóle bardzo popularnym w dramaturgii XVII wieku przedmiotem, a i nasza literatura zawdzięcza mu sztukę Piotra Baryki pod tyt Z chłopa król.

Chociaż czas kompozycyi La vida es sueno oznaczonym nie został, nie podlegać się zdaje wątpliwości, że należy on do epoki najświetniejszej twórczego geniuszu poety. Słowa Göthego o Kalderonie, że był on geniuszem, który miał najwięcej rozsądku, a co za tem idzie, wybornym wykonawcą obliczonego naprzód aż do szczegółów planu sztuki, sprawdzają się wybornie na naszym dramacie. Niczego tam nie ma za wiele, niczego napróżno, wszystko wzajemnie wspiera się, aby stanęła doskonała budowa. Jak inne najwyższe sztuki Kalderona (liczymy do nich: Principe constante, El magico prodigioso) mieści w sobie La vida es sueno wzniosłe myśli podstawne: potępienie wiary w fatalizm i grasującą silnie w czasach Kalderona astrologię, afirmacyę wolnej woli człowieka, walczącej z fatalizmem i zwyciężającej go. Już to samo wyróżnia dramat bardzo korzystnie od innych pobieżniejszych, w których nietylko głębsza jakaś myśl nie została uwidocznioną, ale przesądy i słabości wieku żadnej nie doznały krytyki.

Jak w Książęciu niezłomnym tak i tu, spotykamy pewne zwycięzkie wyjście, wzniesienie się Kalderona nawet nad wyobrażenia Szekspira, który ostatecznie słowa Jaga w Otellu: „Od naszego przyrodzenia zależy, jakimi być mamy”, uczynił własnym ostatecznym programem i czynnika woli w dramatach swoich nigdzie nie uwidocznił. Nie chcemy przez to ubliżyć Szekspirowi, który przez unaocznienie przyszłego tragicznego rozwiązania w samej naturze działających figur stał się twórcą nowożytnego dramatu i na osobistej odpowiedzialności bohaterów tragiczną zbudował sprawiedliwość, ale podnosimy w Kalderonie to, czego w Szekspirze brak czujemy, a co w najwyższych aspiracyach dramatycznych nowożytności jak n. p. w Fauscie Göthego powraca znowu, jako wielkie poetyczne dążenie.

Obok tego wyższego dążenia, odznacza się La vida es sueno, bardzo starannem, bardzo trzeźwem narysowaniem charakterów, które aż do sługi Rozaury, Klaryna, mającego zastępować niezbędnego w hiszpańskich sztukach grazioso (błazna), unikają wszelkiego szablonu. Główny bohater, wychowany na dzikiego człowieka w skutek uczonego szaleństwa ojca, ma w rysunku swoim dążenie do nieubłaganego, przesadnego prawie naturalizmu, odpychającego poetyczne pokusy z stanowczością mistrza, co pewnym jest, że rogata choćby prawda zawsze silniejszą będzie od najmiększej i najpowabniejszej lirycznej fikcyi. Wdzięczna to rola dla przedstawiającego artysty, pełna genialnych wskazówek, a przecież bez pokrycia wszystkiego tyradami słów. Król Bazyli jest podobnież skończonym tragicznym charakterem, pełnym wzniosłości i patosu, jest doskonałym starcem z wszystkiemi właściwościami tego wieku. Wierny jego doradzca Klotald, jak jego córka Rozaura, potrzebują wprawdzie hiszpańskiego narodowego charakteru, aby do gruntu odkryli swoją istotę, gwałtowność i duma hiszpańska są do nich kluczem, ale pojęte z tą narodową cechą, odznaczają się rzadką potęgą werwy i życia. Tę staranność w rysunku postaci – mają i pomniejsze role Astolfa, Estrelli, Klaryna, błazna kończącego tragicznie, chociaż całe życie był wzorem egoistycznej ostrożności.

Rzadko zdarza się takie harmonijne wykończenie szczegółów w dziele dramatycznem, któreby powstało powoli, z przerwami, z zerwaniem kilkakrotnem owej nici natchnienia, towarzyszącej najpiękniejszym ustępom. Kalderon, pisząc wiele w życiu (1500 sztuk mu przypisują), musiał zaiste pisać spiesznie i za kilkoma posiedzeniami kończyć z dramatem. La vida es sueno należy wszakże w szczególności do jego sztuk najbardziej jednolitych. Przypiszemy tę poetyczną jednolitość innej jeszcze okoliczności: przedmiot rozwijał jedną z najbardziej narodowych, najbardziej, że tak powiemy hiszpańskich, popularnych myśli, myśl o znikomości rzeczy ludzkich. „Życie snem”! temat to ulubiony hiszpańskiej sztuki i poezyi. Malarze: Zurbaran, Coellos, Goya lubują się w okropnym naturalizmie obrazów śmierci, mistyka św. Teresy obraca się wśród myśli abnegacyjnej: Muero porque no muero! Wesołość życia, wyrafinowana wykwintność dworu, szczebiot miłości graniczy o włos z klasztornym duchem Filipa II. La vida es sueno płodziła myśl użycia, namiętności gorące obok apatyi i uczucia znużenia, któremu uległo społeczeństwo po wielkich wysileniach światowładczych i nadużyciu bogactw Nowego Świata. Kalderon dotknął się tętna narodowego, które biło najżywiej, dotknął się, aby powiedzieć: że chociaż życie snem znikomym, starać się potrzeba o wątek zacnych i dobrych czynów we śnie, aby obudzenie nie było strasznem.

I tutaj, rzecz ciekawa, niewłasnowolnie zaiste, uderzał Kalderon i w usposobienie społeczeństwa, na tle którego osnuł swój dramat: La vida es sueno. Porównywał swego czasu Lelewel Hiszpanię z Polską, porównywał prawie w sposób mechaniczny traktat z traktatem i wojnę z wojną: nie wypowiedział, ile analogij ciekawych przedstawia cywilizacyjny ruch obu społeczeństw. Nie będziemy tu mówili o podobieństwach instytucyj politycznych, n. p. aragońskich i kastylskich do naszych, które u nas przeciągnęły się daleko po za czas, jaki im monarchia Ferdynanda i Izabelli na półwyspie pirenejskim zamierzyła [odsyłamy tutaj do naszych „Roztrząsań i opowiadań historycznych” a mianowicie do artykułów: „Jeszcze o elekcyi w epoce Jagiellonów” i o prawie: „Denon praestanda obedientia”. (Warszawa 1881)], ale podniesiemy podobieństwo uderzające przełomu, sprawionego w dziejach Hiszpanii i Polski owym ogromnym przyrostem posiadania i bogactwa, jaki sprawiło odkrycie Ameryki i – połączenie Unią lubelską Litwy i Rusi z Polską, podobieństwo myśli religijno-unifikacyjnych wielkiego aglomeratu w osobach Filipa II i Zygmunta III, przejęcia tych myśli przez społeczeństwa i przetworzenia względnego charakterów narodowych pod wpływem indywidualnego bogactwa, nadzwyczajnego zbytku, degeneracyi moralnej, którą wywołuje sytość i idąca za nią ociężałość myśli.

Nie braknie też w literaturze, w wymowie, w poezyi, w życiu polskiem licznych analogij, będących skutkiem podobieństwa losu z Hiszpanią. I u nas myśl o śmierci, lubowanie się w tej myśli, igranie z nią, graniczyła o miedzę z wesołością i używaniem, które często napadało frenetycznie społeczeństwo po świeżo doznanych klęskach; i u nas niezmiernie bliską siebie była mistyczna kontemplacya i pełna indywidualizmu wybujałość. Barokowi XVII wieku w pomnikach naszych, lubującemu się w trupich głowach i szkieletach, epigrafice nagrobkowej, przypominającej często motywa tańca śmierci Holbeina, towarzyszy pogrzebowy panegiryzm, który wprawdzie nie ma piękności dykcyi hiszpańskiej, ale ma jej pleonazm i hiperbolizm a był, bądź co bądź pewnym rodzajem potwornej fantastycznej produkcyi swego, czasu. Przesada wyrażenia się, pochodząca z dążenia do pompatyczności w wystąpieniu zewnętrznem, przesada cechująca całą naszą wymowę polityczną XVII wieku, próżnoby szukała podobnej w tytułomanii i pokorze spółczesnego niemieckiego stylu; rodzimy to produkt, na który, jeżeli co, to hiszpańskie wpłynęły wzory: Saavedry, Patona, Gongory, Graziana (Ticknor II, 308 sqq) drogą zakonu Jezuitów, przechodzące do Polski. Wiele z tych produktów: mowy Ossolińskiego, Jana Kazimierza, królewskie mowy Sobieskiego, w makaronicznej i panegirycznej swojej oryginalności, mają namaszczenie, lapidarność, patetyczność prawdziwie imponującą i rzecz zaiste dziwna pozwalają się w całości zużytkować artystycznie, jako dykcye poetyczne, długie, zawiłe, obrazowe, sentencyonalne; ale pełne wewnętrznego ognia, jaki wśród podobnych wad spotykamy w dykcyach tragicznych hiszpańskich. Oczywiście dalecy jesteśmy przypuszczać, aby powstały z naśladowania, powstały raczej z jednego psychologicznego gruntu.

 

I o tyle, nawiązujemy rzecz o nasz dramat Kalderona, poezya tego dramatu nie jest bez duchowego powinowactwa z nami. Rzeczy wyższe, które wypowiadają Bazyli i Zygmunt, co więcej ów ognisty strumień wymowy, często aż do przesady idący, odnajdują się u nas, w mowach życia publicznego i w poezyi koryfeuszów naszych tego czasu, stokroć wyższą mających wartość, niż się zwyczajnie przypuszcza w Miaskowskim, Twardowskim, Kochowskim i W. Potockim. Na ludzi tych niezawodnie bezpośrednio nie wpływała Hiszpania, nie wpływał w szczególności hiszpański dramat, którego śladu, o ile wiemy, w literaturze polskiej nie dostrzeże, gdy są ślady francuskiego i ślady melodramy włoskiej, ale podobne kierunki myśli miały podobne skutki, a cecha wybitna literatury naszej XVII wieku: brak miary w wymowie i obrazowaniu odnajduje się też z wyjątkiem takich mistrzów, jak Kalderon, w spółczesnem piśmiennictwie hiszpańskiem.

O tłómaczeniu, będącem owocem chwil, gdy zdrowie cięższą nie pozwalało mi się zająć pracą, nie wiele mam do powiedzenia. Uchyliłem w trzech miejscach zmianę miary i wiersza, użytą przez Kalderona, jako naszemu dramatycznemu stylowi obcą, natomiast w kilku przeszedłem chwilowo z ośmio do dziesięciozgłoskowego finałach kwestyj patetyczniejszych często czyni poeta. Tłómaczyłem nie bez nadziei, że przy siłach dramatycznych, jakie w Krakowie i Warszawie mamy, przyjdzie może kiedy do zbogacenia repertoarza tą piękną produkcyą dramatyczną. Grają Życie snem w Wiedniu i Berlinie. Sekret powodzenia przy długich tyradach, które tylko z wielkiem umiarkowaniem obcinać należy, polega na zapanowaniu nad tekstem i gorącej a rozumnej deklamacyi. Za suflerem – nie warto grać Kalderona.

Grudzień 1881.

Dr. Józef Szujski.

ŻYCIE SNEM

OSOBY:

BAZYLI, król polski,

ZYGMUNT, królewicz,

ASTOLF, książę moskiewski,

KLOTALD, namiestnik,

ESTRELLA, infantka,

ROZAURA,

KLARYN, błazen,

PANIE DWORU,

GWARDYE,

ŻOŁNIERZE,

MUZYKANCI I INNA DRUŻYNA

DZIEŃ PIERWSZY

(Dzika, leśna i skalista okolica. W głębi stara wieża. ROZAURA w przebraniu męskiem schodzi z skalistego wzgórza).

ROZAURA

Gdzie mnie wiedziesz szybkonogi,

Wiatry z drogi, góry z drogi

Rwiący w pędzie hipogryfie?

Gdzie na nagie gnasz mnie skały

Błysku ty, bez światła biały

Bez lotnego ptaku pierza,

Bezpłetwiasty mórz potworze?

Stań! dzikiego tutaj zwierza

Świetne w blaskach słońca łoże...

Stań! sił więcej mi nie służy:

Ślepa już i zrozpaczona

Kładę ręce i ramiona

Na szmaragdzie tej pustyni!

Krwawy znaczę ślad stopami

W niegościnnej polskiej ziemi:

Bo któż oczy litośnemi

Nieszczęśliwych zwykł przyjmować?

KLARYN

Krzywdę mi Jegomość czyni:

Skoro trudnim się skargami

I mnie proszęż porachować.

Wszak oboje z domu ciszy

Rzniemy w świat na awantury,

Rozbijamy łeb skałami,

Koziołkujem się oboje

Z każdej pary i, z każdej góry:

Czemuż, gdzie boleści twoje

O Klarynie nikt nie słyszy?

ROZAURA

Nie mieściłem cię w mem słowie

Chcąc zostawić twej wymowie

Skargę na własny rachunek:

Wszakże wedle mędrców zdania

Warto ponosić frasunek

By mieć prawo narzekania.

KLARYN

Taki mędrzec, bez wątpienia

Był nieboże – pijaczyna!

Dałbym mu dla otrzeźwienia

W bok kułaków z pół tuzina!

Niechby radził, co w tej porze

Na pustkowiu, zabłąkani

Czynić mamy w tej otchłani

Kiedy dzienne gasną zorze.

ROZAURA

Smutne, dziwne nasze losy!

Lecz jeźli mnie wzrok nie mami

Jeźli fantazja nie łudzi.

Widzę tam – chociaż niebiosy

Słabemi tchną już światłami,

Widzę tam – mieszkanie ludzi.

KLARYN

I ja, jeźlim nie oślepiał.

ROZAURA

Dzikiej mieszkanie budowy:

Zda się że z olbrzymów głowy,

Które tam sterczą nad nami,

Głaz się po głazie odczepiał

I w dziką złożył strukturę.

KLARYN

Zbadajmyż tedy tę dziurę,

Zamiast się zbytnie dziwować,

Może się znajdzie szczęśliwie,

Kto nas zechce przenocować.

ROZAURA

Brama ta, paszczęka raczej,

Ciemnością nocy straszliwie

Zionie k’nam. (słychać szczęk kajdan)

KLARYN

A to co znaczy?

ROZAURA

Strwożona, struchlała stoję.

KLARYN

Otóż i słychać kajdany.

Galernik jakiś spętany

Siedzi tam... Boję się, boję.

ZYGMUNT (z wieży)


Biedny ja! O! nieszczęśliwy!

ROZAURA

Boże! jakiż głos straszliwy!

KLARYN

Do pięt przechodzą mnie dreszcze.

ROZAURA

KLARYNie!

KLARYN

Pani!

ROZAURA

Czas jeszcze!

Uciekniem.

KLARYN

Szczęśliwej drogi

Nie ruszę nogą od trwogi.

ROZAURA

Światło tam błędne migoce:

Gwiazda wilgocią wybladła

Drżąca, niepewna upadła

Aby tej otchłani noce

Srożej uczynić czarnemi.

Przecież przy błędnem jej drżeniu

Widać człowieka w pomroce,

O trupa raczej! na ziemi

Widać w okropnem więzieniu.

Ciężkie okowy go gniotą,

Skóry mu zwierząt odzieniem.

Stańmy, poczekajmy oto

Niech się wywnętrzy z cierpieniem,

Które przyciska go srożej

Od nocy, od kajdan obroży.

ZYGMUNT

Nędznym ja! O! nieszczęśliwy!

Nieba! mówcie, wzywam was,

Mówcie, jaka moja wina,

Zkąd los na mnie tak straszliwy,

Na ludzkiego spada syna?

Wiem ja, wiem, że w każdy czas

Najsmutniejszą dolą człeka

To, że rodzi się na ziemi;

Ale między śmiertelnemi

Po za winą narodzenia

Czemu sroższy los dopieka

Mnie, nad inne ziem stworzenia?

Wszystko, wszystko na tym świecie

Swych urodzin nosi grzechy:

Lecz wszystkiemu – w życia wątek

Szczęścia wplecion bodaj szczątek,

Tylko moje, moje plecie

Się bez światła i pociechy!...

Ptak się rodzi, kwiat pierzaty

Bukiet skrzydły unoszony

Po nad pola, po nad światy

Rwie go lot w dalekie strony;

Z gniazda szczęśliwy on ruszy

Bujać w niebiosów światłości,

A ja, co więcej mam duszy

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się zwierzę wśród nory

A oto, ledwie natury

Ręka w cudowne mu wzory

Szerść jędrnej ułoży skóry:

Rwie się w krwiożerczej dzikości

Niszczyć, co słabsze i mniejsze:

Ja czucia mam szlachetniejsze

Czemuż to mniej mam wolności?

Ryba się rodzi, fal dziecię,

Podwodnych głębin stworzenie,

A oto, ledwie przestrzenie

Wiosłami płetew poczuje,

W oceanu buja świecie

Piersią nieskończoność pruje,

Taka szczęśliwa w światłości

Morza, choć zimna i głucha:

Lecz ja, co więcej mam ducha

Czemuż to mniej mam wolności?

Rodzi się strumień, wąż śliski

Z srebrnego źródeł szemrania,

Lecz oto porwał w uściski

Kwieciste brzegi, przegania

Pędem doliny ukrycia

W równiny dążąc jasności:

A ja, co więcej mam życia,

Czemuż-to mniej mam wolności?

O! pierś moja od gniewu się wzdyma,

Serce moje wybucha wulkanem;

Jakie prawo mnie, człowieka trzyma,

Że nie danem mi, co wszystkim danem,

Kto bezprawnie mi, okrutnie bierze

Co ma strumień, ryba, ptak, co zwierzę?

ROZAURA

Litość mną wstrząsa i trwoga.

ZYGMUNT

Kto słucha mojej boleści?

KLOTALDo?

KLARYN

Powiedz, na Boga,

Że KLOTALD.

ROZAURA

O pełen cześci

Słucha twej pieśni rzewliwej

Nieszczęsnego nieszczęśliwy.

ZYGMUNT

Ha! nie chcę, aby kto wiedział

Com narzekał, com powiedział!

W kościste moje ramiona

Porwę zuchwalca! Niech kona

KLARYN

Jak pień głuchy’m, panie drogi!

ROZAURA

Chyląc się do twojej nogi

Wiem, pozyskam serce człeka.

ZYGMUNT

Głos twój w mą duszę przecieka

Dziwnemi serca dreszczami

Drżę pod twojemi oczami.

Kto jesteś? zkąd twoja siła

Nad tym, któremu kolebą

Czarna ta była mogiła,

Któremu za świat i niebo

Starczy to dzikie pustkowie,

Trupowi, co żyć zmuszony,

Żywemu, co życia zbawiony.

O potępionej mej głowie

Jeden wie człowiek, jedyny,

Strzegąc mnie – ludzkiej zwierzyny

Zwierzęcego strzegąc człeka,

Ucząc na zwierząt drapieży,

Jak światem władać należy,

Gwiazdy przemierzając ze mną

Na tych nielicznych, co nocą

Świecą nad przepaść tę ciemną.

Powiedz, zkąd idziesz i po co

Ty, coś oplatał mnie czarem,

Coś oczu spalił pożarem,

Głosu coś przeszył urokiem,

Że gonię pijanem okiem

Za tobą i widzieć cię płonę,

Tem większem płonę pragnieniem,

Im dłużej mam oczy zwrócone

Na Ciebie. Więc choćby zniszczeniem

Było mi patrzeć ku tobie,

Patrzyłbym, aby nie skonać

W nieoglądania żałobie.

Umieram, czuję, umieram

Kiedy na ciebie spozieram

Z pragnienia, by ciebie oglądać:

Oglądam i tylko żądać

Umiem, bym patrzył na wieki

Gdybym nie patrzył, z dalekiej

Piersi; od duszy gdzieś głębi

Gniew straszny buchnie, zakłębi

Na samą nieoglądania

Myśl, choćby śmiercią być miało,

Że cię oglądam. Wszak dało

Mi twe spojrzenie, com nigdy

Nie znał od dni mych zarania:

Dało mi szczęście bez granic

Co całe człowieka pochłania,

Więc nie zamienię go za nic

Potężnem obronię ramieniem.

ROZAURA

Pełnym dziwu na te słowa,

Że zamiera w piersiach mowa.

 

Czyliż nazwę pocieszeniem.

Co mi w tobie niebo zsyła,

Że mnie zetknęło z cierpieniem

Którego straszliwa siła

Moje zmartwienia przerasta?

Mówi o mędrcu podanie,

Że nędzny żywił się jeno

Śródleśnych roślin korzeniem:

„Jakąż to żyje ja ceną!”

Zawołał. Na to wołanie

Dziwny mu widok szlą losy:

Widzi, jak z siwemi włosy

Inny, już śmierci pół bliski

Zbiera rzucone ogryzki.

Tak ja wołałem do nieba:

Nie ma, jak moja potrzeba

Nie ma, jak moja zgryzota!

Aż dusza moja poznała

Ciebie, któremu by może

Dola ma – ulgą się zdała!

Więc jeśliś zrządził tak Boże,

By jedna judzka istota

Krzepiła się drugiej boleścią,

Otuchy może ci wieścią

O moich dodam cierpieniach.

Jestem.....

KLOTALD (wchodzi)

Stróże w wieży cieniach

Co z tchórzostwa lub swawoli

Puściliście tu dwóch ludzi...

ROZAURA

Nowe się nieszczęście budzi.

ZYGMUNT

Ha! nadzorca mej niewoli

Co mu strasznym padłem łupem.

KLOTALD

Brać ich żywcem albo trupem!

ŻOŁNIERZE

Zdrada! zdrada!

KLARYN

Gdy szczęśliwą

Gratką wybór wam przyznany,

Pułkowniki, kapitany

Bierzcie nas, lecz bierzcie żywo.

KLOTALD

Starannie przykryjcie twarze

Niech wzrok ciekawych nie pada

KLARYN

Nawet jakaś maskarada.

KLOTALD

O niebaczni, co przez straże

Aż tutaj dotrzeć ważyli

Wbrew woli króla. W tej chwili

Broń odpinajcie od boku,

Lub ten pistolet, wąż z stali

Wnętrze swe na was wyrzuci,

Z gęstego dymów obłoku

Piorunem obu obali.

ZYGMUNT

Stój, okrutniku! Ni kroku

Bo więzy, któremi’m skowan

Głowę o skały krawędzie

Strzaskam, wyszarpię zębami

Żywot, co tutaj pochowan,

Gdy włos im z głowy upadnie.

KLOTALD

Skoro wiesz, co na cię kładnie

Więzy, coć życie zabrało,

Co turmy przyczyną się stało

Poco tych gniewów? Daremne.

W czeluście rzucić go ciemne.

ZYGMUNT (szamocąc się z żołn.)

Zaprawdę wiedziałeś Boże

Czemuż mi wdział tę obrożę

Wiedziałeś! Byłbym tytanem

Któryby niebo szturmował,

Górę tę, pchniętą kolanem

Na drugiej bym umocował,

Ażbym te słońca kryształy

Dosiągł, potrzaskał w kawały!

KLOTALD

Tać też twych więzów przyczyna.

(Zygm. wyprowadzają)

ROZAURA

Panie! duma krew ci ścina,

Ja pragnę prosić z pokorą

O życie, które mi biorą.

Surowość zbytnią by była

Gdyby nietylko jej duma,

Lecz pokora nie skruszyła.

KLARYN

Jeźli zaś obie nie skruszą,

Choć ich postacie w teatrze

Mnogiego wzruszały kuma,

Niechże zły zamiar wasz zatrze

Moja przynajmniej natura

W środku między dumną duszą

A pokorną, ot’ mikstura

Dumy na pół, pół pokory,

Choro-zdrowy, zdrowo – chory

Brzydko-piękny, piękno-brzydki

Na usługi wasze wszytki!

KLOTALD

Broń im zabrać, twarz zasłonić

Niech nie wiedzą, gdzie ich droga.

ROZAURA

Oto szpada! Tobie bronić

Jej nie mogę. Masz znać władzę,

Ciurom braknie na odwadze

By tak zacną broń zabrali.

KLARYN

Mnie to jedno, kto zabierze,

Byle więcej nie żądali.

ROZAURA

Jeźli zginąć mam, w ofierze

Szpadę ci tę niosę moją

Nie znam dobrze tych tajemnic,

Co po za jej ostrzem stoją,

Lecz wiem jedno, żem do ciemnic

Tych, do Polski tej podwoi

Szedł w tej szpadzie zadufany

By się hańby pomścić mojej.

KLOTALD (n. s.)

Co ja widzę? co poznaję

Jaki kłopot niesłychany

Jaki srom mnie nagle chwyta?

Kto ci dał szpadę?

ROZAURA

Kobieta.

KLOTALD

Jak się zowie?

ROZAURA

Milczeć muszę.

KLOTALD

Lecz cóż wiesz o tajemnicy,

Która wiąże się z tą szpadą?

ROZAURA

Tyle chętnie osłon ruszę:

Dając ostrze tej szablicy

Tą mnie opatrzono radą:

Jedź do Polski, w możnych oczy

Staraj świecić się tą bronią;

Będzie taki, co gdy zoczy

Dobrze znany dar przed laty

Dumną cię wspomoże dłonią:

Pan to wielki i bogaty

Lecz nie powiem ci nazwiska

Na przypadek, gdy nie żyje.

KLOTALD (n. s.)

Nieba! jakież dziwowiska

Prawda, czy majaki czyje?

Wszak Wiolanty to jest szpada,

Którą dałem jej przed laty

Zaręczając, że bogaty

Takim ostrzem, gdy zagada

Do mych oczu stali błyskiem

Z ojca spotka się uściskiem.

Onaż, co życiem być miała

Ma stać się śmierci przyczyną?

Wszak wyrzekłem już, że zginą!

O igraszko ty zuchwała

Losu! nieba dopuszczenie!

On mym synem! O! cierpienie!

Mówi o tem znak niemylny

Serca popęd mówi silny:

Wszak skrzydlate się wydziera

Jako więzień oknem duszy,

Okiem ojca, co spoziera

Zamroczone łez powłoką

Szukające syna oko.

Co poradzę, co uczynię?

Przed Majestat wieść go ninie,

Tyle co na śmierć wieść znaczy –

Ukryć, schować, o! rozpaczy!

Nie dozwala mi przysięga.

Na dwie strony mnie rozprzęga

Miłość krwi i wierność tronu:

Ha! nie wahać mi się chwili,

Wiernym być mi aż do zgonu!

Czy nie mówił mimochodem

Że tu przybył powetować

Hańbę, którą go okryli:

Nie! nie! Hańba z moim rodem

W parze nie śmie postępować!

Krwi się mojej srom nie chwyta...

Ale honor, jak kobieta

Każde go spojrzenie wzruszy

Każdy wiatru powiew pruszy!

Czy kto winien, że go spotka

Ujma? czy innego środka

Chwytać się w obronie może

Jak mścić plamę na honorze?

Oj tej zemsty pragnie krwawej

Krew to moja! syn to prawy!

W niepewności tych nadmiarze

Trzeba jedne obrać drogę:

Gdy zataić go nie mogę

Jako syna go pokażę

Panu memu w błogiej wierze,

Że mu życia nie odbierze.

Wtedy też odważnym czynem

Honor zyszczem utracony...

Jeźli nie, toć potępiony

Niech nie wie, że moim synem.

(do Roz. i Klar.)

Chodźcie oba smutną drogą.

Lecz jeźli pocieszyć kogo

Może, gdy ma towarzyszy:

To wiedzcie, że i w zaciszy

Duszy mej, gdzie nikt nie zoczy

Śmierci i życie walkę toczy.

(odch.)

(Zmiana dekoracyi. Przed zamkiem królewskim z jednej strony występuje Astolf z hufcem żołnierzy, z drugiej, od zamku Estrella w otoczeniu dam dworskich.)

ASTOLF

Na widok tyla piękności,

Na widok tyla promieni,

Miesza się z szmerem strumieni

Ptasząt śpiew, miesza w miłości

Bębnów i trąb wojowniczych

Dźwięk – w hołdzie wdzięków dziewiczych.

Spieszy się wszystko i pali

Aby was chwalić, więc chwali

Wasz klarnet, z metalu ptaszę

I ptak, Klarynet pierzaty:

Królewnę głoszą armaty,

Minerwę wielbią puzany,

Aurorę czczą ptaki wasze

Florę te drzewa i kwiaty.

Ja zaś wdziękiem pokonany

Minerwy, Flory, Aurory,

Czyż dziwo, że wśród pokory,

Co niewolnikiem mnie czyni

Składam hołd mej Monarchini?

ESTRELLA

Jeźli z czynnośćmi ludzkiemi

W zgodzie ma zostawać słowo,

W niezgodzie z pochlebną mową

Hufiec twój lśniący ostremi

Dzidy. Jać się go nie boję

Ale zadziwiona stoję

W myśli łącząc, com słyszała

Z tem, na co spoglądać muszę.

Nie ludzką trzeba mieć duszę,

Zwierzęciu taka przystała,

Co zionąc pochlebstwem zdradnie

Czycha, aż łupu dopadnie.

ASTOLF

Widzę, że moje zamiary

Niesłuszną wznieciły trwogę,

Lecz te postrachy, te mary

Chcę dziś rozproszyć i mogę.

Król Eustorg, władzca tej ziemi

Gdy wyrokami Bożemi

Do wiecznej poszedł dziedziny

Syna zostawił. Jedyny

Syn ten, dziś odzian w purpury

Włada. Bazylim nazwany.

Ale z żony ukochanej

Miał jeszcze Eustorg dwie córy.

Starsza, w gwiazd dzisiaj koronie,

Ciebie nosiła w swem łonie,

Młodszej – niech żyje najdłużej –

Korona Moskwy dziś służy

A ja dziedzicem i synem.

Tu ostrym wbija się klinem

Sporna obojga nas sprawa:

Bazyl, któremu nie stawa

Czasu na niewiast pieszczoty,

Bo cały księgom oddany,

Nie ma potomka na złoty

Tron swoich przodków. Szarpanej

W dwie strony jego ojczyznie

Któż ma panować? Dziewica

Choć z starszej córki zrodzona,

Czy się ma dostać mężczyznie

Z młodszej, z matki mojej łona?

Wujowi przedstawmy sprawę,

Niech rzuci oko łaskawe,

Niech ją ułoży, zagodzi!

Dlatego z Moskwy przychodzi

Dziś twój sługa uniżony,

Wojnę przynosić – daleki

Lecz innej wojny spragniony.

Amor niech włada na wieki

W obojej naszej dziedzinie,

Niech serca mego królową

Królewna polska zasłynie.

ESTRELLA

Pięknie dźwięczy wasze słowo,

Lecz chociażbym tron oddała

Nie wiem, czyby bodaj wdzięczność

Od Waszmości mnie spotkała,

Skoro w chwili, gdy w błękity

Podnosicie w górę dłonie:

Tam na piersiach twarz kobiety

W złotym błyszczy medalionie.

ASTOLF

Zaraz wszystko wytłómaczę,

Chwila tylko... Ależ... baczę

Otoczony magnatami

Król nadchodzi.

(Wchodzi król Bazyli wśród świty.)

ESTRELLA

Nad mędrcami

Mędrcze!

ASTOLF

Równy Euklidowi.

ESTRELLA

Któryś gwiazdom...

ASTOLF

Księżycowi

ESTRELLA

Słońcu –

ASTOLF

Drogi wyrachował.

ESTRELLA

Coś nad niebem...

ASTOLF

Zapanował

ESTRELLA

Pozwól z pokornem poddaniem.

ASTOLF

Z szczerem pozwól przywiązaniem,

ESTRELLA

Opleść się, jak powój błogi,

ASTOLF

Pozwól ścisnąć się za nogi.