Smoki wyobraźniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Paweł Wakuła

Smoki wyobraźni

© by Paweł Wakuła

© by Wydawnictwo Literatura

Ilustracje: Piotr Fąfrowicz

Okładka: Elżbieta Chojna

Skład i korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-513-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

www.pietro-wyzej.pl

Dla Tosi z miłością – tata

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

– Czy wierzy pan w smoki?

Nieznajomy zadał mi to pytanie i odłożył czytany brulion na kolana.

Gdybym wiedział, do czego zmierza to naiwne pytanie, pewnie natychmiast wyszedłbym z przedziału, może nawet z pociągu.

Ale tego nie zrobiłem.

Cóż, zacznę jeszcze raz, od początku.

Uwielbiam kolej. Niespieszny rytm podróży, mantra stukotu kół, widoki pojawiające się na chwilę za oknem, aby zaraz zniknąć niczym metafora mijającego życia – wszystko to ma w sobie nieodparty powab.

Taka leniwa podróż nastraja mnie refleksyjnie. Czuję się bezpiecznie skryty za pancerzem, którego nie jest w stanie przebić chaos i zgiełk codzienności. Zapadam się w sobie. To miłe, kojące uczucie – niby dokądś zmierzam, a przecież wciąż pozostaję w tym samym miejscu. Nazywam je kieszenią w czasie.

Niestety w przyjemność tę trzeba wliczyć ryzyko spotkania z natrętnym współtowarzyszem podróży.

Pół biedy, gdy ze smakiem, pochrząkując, chrzęszcząc i mlaszcząc, zajada wysupłane z przepastnej torby kanapki, jaja na twardo i pomidory – niechby nawet karmił nimi rozwydrzoną, wiercącą się latorośl. Odgłosy uczty, szelest śniadaniowego papieru, klapsy wymierzane niesfornemu dziecku – od tego wszystkiego można się jakoś odciąć. Wystarczy dobra lektura lub nawet symulowany sen. Można nasunąć kapelusz na oczy albo wtulić się głębiej w kołnierz płaszcza. W istocie taki pasażer, choć przykry, nie stanowi wielkiego zagrożenia.

Prawdziwe przekleństwo – to gadacz.

Gadacz za wszelką cenę chce się z nami podzielić informacją o stanie swoich migdałków, problemach z teściową, poglądem na bieżącą politykę. Od gadacza nie ma ucieczki.

Dlatego gdy mój towarzysz spytał: „Czy wierzy pan w smoki?” – z żalem oderwałem wzrok od szyby, za którą rozpościerał się wyjątkowo sielski widok, i niechętnie przyjrzałem się natrętowi.

Na oko miał nie więcej niż czterdzieści pięć lat, był mojego wzrostu, choć sporo tęższy – właśnie tęgi, nie gruby. Cała jego sylwetka znamionowała niepospolitą siłę.

Ubrany był z angielska w sztuczkowe spodnie i tweedową marynarkę, pod szyją zawiązał barwny fular. Siedział naprzeciw mnie tyłem do kierunku jazdy i patrzył mi prosto w oczy.

Zapragnąłem wytrzymać to spojrzenie i przy okazji rzucić mu własne – jedno z tych, które zbędną rozmowę ucinają w zarodku, ale z jakiegoś powodu było mi trudno. Coś w twarzy nieznajomego wykluczało taką ewentualność.

Zamiast tego spuściłem wzrok, aby lepiej przyjrzeć się trzymanej przez niego bambusowej lasce. Nieznajomy oparł ciężką dłoń na srebrnej główce, misternie wyrzeźbionej w kształt smoczego łba.

Skinąłem głową i spytałem:

– Czy o takiego smoka panu chodzi? A może raczej o dinozaura?

Pasażer uśmiechnął się szeroko, a mnie wydało się nagle, że ma zbyt wiele zębów.

– Dinozaury wyginęły – odparł. – Czy nie tak?

Wzruszyłem ramionami.

– Być może, choć są tacy, którzy twierdzą, że współczesne ptaki...

Przerwał mi zdecydowanym ruchem ręki.

– Nie, nie o to mi chodzi. Czy wierzy pan w smoki? Prawdziwe smoki, jak ten, którego pokonał święty Jerzy.

– Przecież to bajka – zauważyłem.

– Dla jednych zaledwie bajka, dla innych legenda – odparł filozoficznie. – Dostrzega pan różnicę?

– Doprawdy, nie wiem, co ma pan na myśli – mruknąłem niechętnie. – Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem zbyt religijny. W każdym razie święty Jerzy... ale też każdy inny święty – wydaje mi się postacią równie mityczną jak... smok!

Poczyniłem to wyznanie i przekonany, że właśnie weszliśmy na grunt zbyt intymny, aby ktokolwiek dobrze wychowany mógł kontynuować tę rozmowę, odwróciłem twarz do okna.

On jednak zaśmiał się (znowu wydało mi się, że ma zbyt wiele zębów, przysiągłbym, że przez moment widziałem ósemki, a może nawet dziewiątki) i kontynuował:

– A to dobre! Więc w świętego Jerzego również pan nie wierzy? Prawdziwy niedowiarek z pana!

Milczałem.

– A gdybym panu powiedział, że zaatakował od tyłu, zupełnie nie rycersko?

– Kto? – spytałem, nim zdołałem ugryźć się w język.

– Jerzy, oczywiście. Niezły był z niego łobuz. To prawdziwy skandal, że ktoś taki jak on zażywa opinii świętego. Równie dobrze Kościół katolicki mógłby kanonizować Kubę Rozpruwacza. W końcu on też był pospolitym mordercą, choć, między nami mówiąc – smokiem – nieznajomy pochylił się w moim kierunku. – Myśli pan, że ktoś taki jak Kuba Rozpruwacz mógłby zostać świętym?

Nie odpowiedziałem. Przez głowę przemknęła mi straszna myśl: Oto siedzę zamknięty w przedziale z szaleńcem. Za chwilę wyciągnie on ze swojej bambusowej laski śmiercionośne ostrze i przyszpili mnie do oparcia ławki jak motyla do poduszeczki. Będzie dźgał wiele razy, a potem palcem unurzanym we krwi napisze na ścianie ostrzeżenie: „Uwierz w sssssmoka!”.

Pasażer chyba zauważył dziwny wyraz na mojej twarzy, bo uśmiechnął się leciutko, jakby nie chciał przerazić mnie widokiem swych zbyt licznych zębów, i stuknął palcem w trzymany na kolanach niebieski brulion.

– Wszystko jest tu opisane. Przypadek świętego Jerzego także.

Powiew nadziei wysuszył kroplę zimnego potu spływającą po mojej skroni.

– Opisane? A zatem... jest pan pisarzem?

– Oczywiście, że jestem pisarzem! A pan myślał, że kim? Władem Palownikiem? – mrugnął do mnie wesoło. – Pozwoli pan, że się przedstawię. Jestem Pukis Aitvaras. Dla przyjaciół po prostu Pukis – skłonił się, leciutko unosząc z kanapy. – Mam nadzieję, że pana nie przestraszyłem?

– Och, nie – skłamałem. – Nieczęsto spotyka się w pociągu prawdziwego pisarza. Cóż to za książka?

Aitvaras odwrócił manuskrypt w moją stronę. Na okładce zeszytu widniał nabazgrany zamaszystym charakterem pisma tytuł: Smoki Wyobraźni.

– To bajki? – spytałem.

– Można tak powiedzieć. Zechce pan zerknąć? Będę wdzięczny za każdą uwagę.

– Naturalnie, będzie mi bardzo miło – odparłem. A w duchu dodałem: Zawsze to lepsze niż rozmowa.

Wyciągnąłem rękę po książkę, ale mój towarzysz nagle cofnął dłoń trzymającą rękopis.

– Jest pan pewien? Ta książka naprawdę wciąga. Jeśli zacznie pan ją czytać, nie będzie odwrotu!

– Boi się pan, że przegapię stację? To wykluczone, jadę do samego końca.

– Ja się niczego nie boję – odpowiedział. – Ja tylko ostrzegam. Ta książka może pana zmienić!

– W smoka? – zażartowałem. – To niemożliwe, nie lubię dziewic i baraniny!

Pukis Aitvaras roześmiał się na całe gardło i bez dalszych ceregieli wręczył mi wolumin. Zacząłem czytać.

WALENTY

Smok Walenty należał do smoków nadzwyczaj ognistych, co zdarza się często, a przy tym akuratnych i dobrze wychowanych, co zdarza się o wiele rzadziej.

Zawsze pierwszy mówił „dzień dobry” i na ulicy z daleka kłaniał się kapeluszem swoim znajomym.

Bez względu na pogodę nosił starannie wyprasowany tużurek, wykrochmalony kołnierzyk i czarny parasol. O tym, że zawsze miał wypastowane buty, nawet wspominać nie warto – to się rozumie samo przez się.

Każdego ranka punktualnie o szóstej trzydzieści trzy Walenty udawał się do pracy w bardzo ważnym ministerstwie – wielkim, szarym gmachu pełnym zimnych pokoi i korytarzy, po których hulał wiatr.

Praca Walentego była równie odpowiedzialna jak on sam.

W swoich ostrych zębach Walenty mełł i darł na strzępy ściśle tajne raporty i analizy, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Potem pakował je w worki na śmieci i wynosił do kotłowni.

Z nastaniem mrozów Walenty schodził do kotłowni i dokańczał dzieła zniszczenia. Umieszczał worki w piecu od centralnego ogrzewania i dmuchał ogniem, ile tylko miał sił w płucach. Dzięki temu nawet w najmroźniejsze dni panu ministrowi i jego urzędnikom nie grabiały z zimna paluszki i mogli przystawiać pieczątki w bardzo ważnych dokumentach.

Pewnego razu Walentego wezwał przed swe oblicze sam pan minister.

– Widzę, że świetnie sobie pan radzi w moim resorcie. Jeśli będzie pan się tak dalej sprawował, to nie ominie pana awans na pomocnika asystenta sekretarza w mojej kancelarii. Tak trzymać!

Walenty był taki szczęśliwy.

Postanowił jakoś uczcić ten dzień. W zasadzie nie pijał alkoholu, bo wiedział, że to bardzo nierozsądne, tego dnia jednak postanowił zaszaleć i wybrał się do cukierni na kremówkę nasączoną prawdziwym rumem. I czy to sprawił rozgrzewający serce rum, czy też coś zupełnie innego – Walenty zakochał się od pierwszego wejrzenia.

 

Panna Gienia prowadziła malutką cukiernię w suterenie kamienicy przy ulicy Marcepanowej 5. Była śliczną, pulchną kobietką, jej ramiona były białe jak lukier, policzki rumiane jak drożdżówki, a usta czerwone jak kandyzowane wisienki na torcie. Bardzo była smakowita.

Walenty pomyślał, że mógłby schrupać pannę Gienię, ale dobre wychowanie i honor urzędnika państwowego nie pozwoliły mu na to. A szkoda, bo tak by było dla niego o wiele lepiej.

Zamiast tego wynajął mieszkanie nad cukierenką i z dala oblizywał się na widok dziewczyny. Codziennie budził go zapach świeżych ciast i wesoły śpiew panny Gieni dochodzące z sutereny.

Jakżeż biedny smok cierpiał! Powinien zaproponować dziewczynie spacer nad rzeką, kolację we dwoje albo wspólne oglądanie marek pocztowych, ale, jak się już rzekło, na tak swobodne zachowanie nie pozwalało mu dobre wychowanie i honor urzędnika państwowego.

Zamiast tego, mijając swoją wybrankę na schodach, wstrzymywał oddech i patrzył sztywno przed siebie. Tak, że panna Gienia myślała sobie w duchu: Ależ dziwak...

Smok schudł, zmizerniał, poszarzał, ale od środka cały płonął. Trawiła go gorączka niespełnionej miłości.


Panna Gienia prowadziła malutką cukiernię w suterenie kamienicy przy ulicy Marcepanowej 5.

Nadeszły chłodne listopadowe dni. Walenty jak zwykle miał ogrzać swoim płomieniem zimne ministerialne gabinety i korytarze, ale z jego paszczy zamiast ognistego podmuchu wydobyło się jedynie smutne sinoniebieskie kółko dymu.

Cały ogień smoka skierowany był teraz do wewnątrz.

Natychmiast wezwał go do siebie pan minister.

– Przykro mi – powiedział. – Ale w tych okolicznościach nie widzę możliwości dalszej współpracy, pan się kompletnie wypalił, panie kolego. Zresztą, mamy teraz to – wskazał ręką nowiutką niszczarkę do mielenia dokumentów. – A co do ogrzewania, to kupimy w tym roku koks. Zwalniam pana.

Walenty poczłapał do domu. Czuł się fatalnie, miał dreszcze i gorączkę. Tak jak stał, w wyprasowanym tużurku i wykrochmalonym kołnierzyku, rzucił się do łóżka.

Śniło mu się, że przemocą wdziera się do mieszkanka panny Gieni, rzuca się na biedną dziewczynę i zdziera z niej ubranie. Potem każe przynieść sobie wszystkie ciasta z cukierni w suterenie, a kiedy je pochłania, panna Gienia tańczy dla niego na stole odziana jedynie w skórkę pomarańczy i kandyzowane wisienki.

O północy obudził się, żeby wypić szklankę wody. Ze swego okna patrzył na pogrążone w ciszy miasto. I wydawało mu się, że widzi je po raz pierwszy w życiu.

Uliczne latarnie wyginały się jak na obrazach van Gogha, jesienny księżyc unosił się nad dachami jak wielki czerwony balon, a smok pomyślał, że może księżyc rzeczywiście jest balonem, który jakieś dziecko wypuściło dawno temu z rąk i który poszybował swobodnie wysoko, wysoko...

Aż otrząsnął się na tę myśl, tak była niebezpieczna. Godziła w całe jego uporządkowane urzędnicze życie. Przecież księżyc to nie balon!

Znowu nie zdejmując ubrania, rzucił się w pościel, ale wewnętrzny ogień wciąż palił go od środka.

Przewracał się z boku na bok, a przed oczami stawały mu chłodne korytarze ministerstwa na przemian z tańczącą na stole panną Gienią. Potem obrazy ministerstwa na dobre zniknęły i została już tylko panna Gienia... i kandyzowane wisienki.

Nad ranem w mieszkaniu nad cukiernią przy ulicy Marcepanowej 5 wybuchł wielki pożar, który doszczętnie strawił cały dom.

Pannę Gienię uratował z płomieni niebywale przystojny strażak z pięknymi wąsami. A że nie tracił czasu, pół roku później byli już małżeństwem.

Ona polerowała mu jego błyszczący jak księżyc hełm i piekła wspaniałe ciasta z kruszonką, które lubił ponad wszystko, a on pozwalał jej się rozpieszczać.

Mieli siedmioro dzieci i żyli długo i szczęśliwie.

***

– I to już wszystko? – spytałem.

– Naturalnie. A na co pan liczył? – odpowiedział pytaniem na pytanie mój towarzysz.

– Och, na nic szczególnego – mruknąłem zmieszany. – Po prostu spodziewałem się czegoś... jak by to powiedzieć... bardziej spektakularnego.

– Więcej krwi – uśmiechnął się Pukis Aitvaras.

– Nie da się ukryć, że przelanie krwi kończy większość znanych mi historii o smokach – stwierdziłem. – Zazwyczaj smok strzeże skarbu, a główny bohater i jego drużyna pokonują liczne przeciwności losu po to, żeby na koniec...

– Uciąć mu szyję! – Pukis smutno pokiwał głową. – Cóż, bywa i tak. Czyż to nie odrażające?

Dla odmiany ja roześmiałem się w głos.

– Wybaczy pan, ale mówimy o odwiecznym wrogu ludzkiego rodzaju. Smok niejako z definicji nie może być niewiniątkiem. Czyż bohater germańskich mitów Fafnir, zabijając Hreidmara nie posunął się do ojcobójstwa? Takie właśnie są smoki, bezwzględne, okrutne i przebiegłe!

– Prawdziwy z pana znawca! – w głosie Pukisa zadźwięczała ironia.

Wzruszyłem ramionami.

– Proszę wybaczyć, ale każdy wie, jakie są smoki. Tymczasem pański Walenty to najzwyczajniejszy w świecie stary kawaler, nieśmiały i samotny.

Mój rozmówca spojrzał melancholijnie w okno.

– Mówi pan „samotny”? Nie wie pan, co to znaczy...

EUSTACHY

Smok Eustachy, emerytowany pułkownik armii kolonialnej, był stary. Tak stary, że nawet nie pamiętał jak bardzo.

Od dawna już nie wychodził ze swojego mieszkania na piętrze kamienicy przy ulicy Magellana 9. Zakupy robiła mu sąsiadka, zostawiała papierowe torby na progu, naciskała dzwonek i odchodziła. Eustachy nie życzył sobie zawierać z nią bliższej znajomości.

Nikt go nie odwiedzał i on sam też do nikogo nie chodził z wizytą, zresztą nawet gdyby chciał, nie miałby do kogo. Wszyscy jego rówieśnicy dawno umarli.

W swoim długim, pełnym przygód życiu Eustachy zwiedził pół Azji, a wszędzie, gdzie był, oddawał się swojej największej pasji – zabijaniu.

Zabijał z nagonką i z ambony, z grzbietu słonia i zza krzaka i zawsze wychodził zwycięsko ze spotkań z najstraszliwszymi nawet drapieżnikami. Ściany jego mieszkania pełne były myśliwskich trofeów przywiezionych z Indii. Z niemym wyrzutem patrzyły na niego nadjedzone przez mole łby panter i azjatyckich lwów, poroża bawołów i czaszki słoni.

Na Eustachym te spojrzenia nie robiły najmniejszego wrażenia. Złożony podagrą, nieogolony, ubrany w szlafrok i przydeptane pantofle całymi dniami kołysał się w fotelu na biegunach i wspominał młodość.

Wciągał nozdrzami zapach tropikalnych lasów zroszonych monsunowym deszczem, ostry wiatr owiewający zbocza doliny Panczsziru i dymy unoszące się znad ognisk na brzegach świętego Gangesu.

Wydawało mu się, że wszystko to było jedynie snem, i to w dodatku snem, który przydarzył się komuś innemu. W jego pamięci wydarzenia i twarze zlewały się i tworzyły jedną całość, z której żmudnie, jak nić z kłębka, wyciągał pojedyncze wspomnienia.

Jak przez mgłę widział twarz prowadzonej na stos hinduskiej księżniczki, jej kruczoczarne włosy i błyszczące zielone oczy... Patrzyła prosto na niego...

– To chyba była miłość... – na samo wspomnienie Eustachy otrząsnął się jak stary, mokry pies.

Nie pamiętał, jak to się wszystko skończyło. Czy on, Eustachy, okazał się wtedy bohaterem i w ostatniej chwili uratował dziewczynę jak rycerz na białym koniu...? Czy też wcale nie?

Nie był pewien, ale chyba jednak nie... Przecież gdyby wtedy, przed laty, zachował się jak mężczyzna, to teraz księżniczka siedziałaby u jego stóp i nacierała je kamforą... Tak by było.

– Jestem stary dureń – powiedział sam do siebie.

Wydało mu się, że wiszący nad kominkiem pysk krokodyla wykrzywia ironiczny uśmieszek, więc ze złością cisnął weń fajką i zmęczony wysiłkiem zapadł się głębiej w fotelu.

Odpływał. Przed oczami znowu tańczyły znajome twarze z przeszłości. Chciał je przywołać, ale nie potrafił przypomnieć sobie ich imion.

Noc spędził w fotelu. Następnego dnia obudził się wcześniej niż zwykle, skrzywił się z bólu, wyprostował skurczone nogi i podreptał do łazienki.

Patrząc w lustro, przez chwilę zastanawiał się, do kogo właściwie należy ogromny pomarszczony łeb, pożółkłe kły i przekrwione oczy patrzące na niego z odbicia.


Z niemym wyrzutem patrzyły na niego nadjedzone przez mole łby panter i azjatyckich lwów...

– Tak nie może być – mruknął. – Muszę kogoś do siebie zaprosić. Kogoś, z kim będę mógł porozmawiać, podzielić się swoją przeszłością.

Jego wybór padł na dzieci z pobliskiego gimnazjum. Codziennie rano widział ze swego okna, jak uzbrojone w siatki na motyle idą na zajęcia z przyrody pod gołym niebem.

Tak, dzieci będą w sam raz – pomyślał. – Pokażę im wypchany łeb tygrysa ludojada, to będzie dla nich ogromne przeżycie.

Nie zwlekając, wykonał telefon do dyrekcji szkoły i zaproponował spotkanie.

Dzieci przyszły następnego dnia. W rękach trzymały siatki na motyle, zielniki i pełne wody plastikowe worki z traszkami. Widać było, że wizyta w domu Eustachego ma być dla nich przedłużeniem praktycznej lekcji odbytej w terenie.

Jeden chłopiec miał nawet składaną wędkę, a u pasa dyndały mu złowione w strumieniu płocie.

Weszły, nie wycierając nóg o wycieraczkę, rozniosły po podłodze błoto, zawadzały siatkami o poroża antylop, strasznie hałasowały, tupały nogami i przekrzykiwały się, a młodziutka nauczycielka nie potrafiła nad nimi zapanować.

Ale Eustachy postanowił nie zwracać na to uwagi, bo przez jedną jedyną chwilę wydało mu się, że młoda nauczycielka ma twarz hinduskiej księżniczki.

Zbyt długo mieszkał w Indiach, żeby nie pomyśleć, że może wcale nie jest to przypadkowe podobieństwo, że być może w ciele nauczycielki odrodził się duch córki maharadży.

Oprowadzał więc wycieczkę po swoich zbiorach, pokazywał wypchane łby panter i azjatyckich lwów, poroża bawołów i czaszki słoni, ale dzieci wydawały się wcale nie zwracać uwagi na to, co do nich mówi. Tylko przez chwilę ich uwagę przykuł łeb krokodyla, a jakaś dziewczynka z aparatem na zębach krzyknęła głośno:

– Ależ on podobny do pana! Taki pomarszczony, łysy i zębaty!

I wszystkie dzieci zaczęły się głośno śmiać. Młodziutka nauczycielka też się śmiała, a Eustachy z przykrością stwierdził, że kiedy tak się śmieje, to wcale nie jest podobna do miłości jego życia.

Zaczął żałować, że w ogóle zaprosił dzieci do siebie. Zamknął oczy i wyobrażał sobie, że ustawia je w dwuszeregu, jak sipajów na musztrze, i zarządza marszobieg dookoła majdanu w pełnym rynsztunku bojowym.

Kiedy otworzył oczy, ze zgrozą spostrzegł, że kilku chłopców gasi papierosy na wypchanym łbie bengalskiego tygrysa ludojada.

Zaryczał i rzucił się na winowajców, a cała klasa z młodziutką nauczycielką na czele uciekła przed jego gniewem, w panice niemal tratując się na wąskiej klatce schodowej.

Po chwili został sam. Na podłodze w kałużach wody poniewierały się porzucone worki z żywymi traszkami, zielniki, siatki na motyle, wędka i nawleczone na szpagat płocie.

– Zostawili mi jeszcze jedno trofeum – powiedział gorzko sam do siebie Eustachy, podnosząc ryby. – Mam nauczkę, żeby nigdy, ale to nigdy więcej nikogo nie zapraszać. Co tu dużo mówić, jestem starym, samotnym durniem. Świat i tak mnie nie zrozumie.

Pozbierał porzucone sprzęty i trofea młodych przyrodników i wyrzucił je przez okno.

Tylko płocie powiesił na gwoździu tuż za framugą okienną. Były to pierwszorzędne ryby i miał zamiar zjeść je na kolację.

Bardzo się zdumiał, kiedy wieczorem otworzył okno i sięgnął po ryby, żeby usmażyć je sobie na maśle z cebulką.

Płocie zniknęły. Na gwoździu powiewała tylko smutno resztka szpagatu. Na zakurzonym parapecie wyraźnie odbiły się ślady kocich łapek.

– Ach tak – mruknął Eustachy. – Mamy tu drobnego złodziejaszka. – I bardzo się ucieszył.

Przez resztę wieczoru zastawiał pułapkę na złodzieja.

Była to stara, sprawdzona w Indiach konstrukcja z zaostrzonym kołeczkiem, naprężoną linką i przynętą w postaci resztek pasztetu.

Eustachy wesoło pogwizdywał przy robocie i czuł się tak, jakby wróciły stare, dobre czasy.

 

Rano, gdy tylko otworzył oczy, od razu podbiegł do okna, żeby sprawdzić, jak udało się polowanie.

Linka pozostała nietknięta, zaostrzony kołeczek tkwił na swoim miejscu, a resztki pasztetu zniknęły. Pojawiły się za to nowe ślady kocich łapek na parapecie.

Smok aż cmoknął z podziwu. Od czasu polowania na tygrysa ludojada nie spotkał równie chytrego przeciwnika.

Przez chwilę rozważał uwiązanie na parapecie młodego koźlęcia i zaczajenie się na ambonie ze sztucerem. Pamiętał, że na tygrysa to podziałało. Sztucer wciąż wisiał na ścianie, a zamiast ambony mógłby przycupnąć w bujanym fotelu. Gdyby przykrył nogi kocem, na pewno wytrzymałby do rana.

Jednak po namyśle odrzucił ten pomysł. Koźlę na pewno spadłoby z parapetu i połamało nogi. Byłby z nim tylko kłopot.

Zamiast tego wybrał się do sklepu.

Od dawna nie wychodził z domu i wszystko wydawało mu się dziwne i wrogie, jakby oderwane od rzeczywistości.

Obcy ludzie na ulicy, przejeżdżające tramwaje, ładna pani wyprowadzająca psa na spacer. Na wszelki wypadek ukłonił się, bo mogła to być jakaś znajoma.

W sklepie zoologicznym kupił torbę taniej karmy dla kota, a w chemicznym trutkę na szczury. Zadowolony wrócił do domu. Tramwaje i samochody już nie wydawały mu się tak obce i wrogie, a ludzie jakby sympatyczniejsi.

W domu starannie wymieszał karmę z trutką, wysypał na spodeczek i wystawił na parapet.

Zadowolony, przez resztę dnia pisał pamiętniki i ćwiczył grę na sitarze.

Następnego dnia ślady kocich łapek starannie omijały miseczkę z trucizną, a na parapecie leżał martwy gołąb.

– Głupi ptak – mruknął zawstydzony Eustachy.

Ale w głębi duszy zrobiło mu się przykro. Zebrał gołębia na szufelkę i otworzył drzwi, żeby wyrzucić go do śmieci.

Niezadowolony wciągnął głęboko nosem powietrze. Czyżby gołąb zaczął się już psuć? Nie, na to było za wcześnie.

Przykry fetor dochodził z jego własnej wycieraczki.

– No nie! Tego już za wiele! – krzyknął rozzłoszczony smok.

Żadne ze zwierząt, na które polował, nie upokorzyło go w tak perfidny sposób.

Starał się wyprać wycieraczkę, ale zapach kociego moczu okazał się nie do usunięcia. Rozeźlony wyrzucił ją na śmietnik obok martwego gołębia.

– To nie jest zwykły kot, to diabeł z piekła rodem! – mruczał sam do siebie, kiedy wychodził z domu, aby kupić nową wycieraczkę.

rzy okazji zaszedł do sklepu chemicznego, żeby nabyć lepszą, bezzapachową trutkę, i do sklepu zoologicznego po najdroższą karmę.

W sklepie spotkał ładną panią, którą widział uprzednio, gdy wyprowadzała psa na spacer. Ukłonił się i powiedział:

– Ma pani bardzo ładnego pieska.

A ładna pani zarumieniła się i odparła:

– Tak, tak, ale koty też są milutkie. Najważniejsze to nie być samotnym. Moim zdaniem zwierzęta potrafią kochać tak samo jak ludzie.

– O tak! – odparł Eustachy.

Wrócił do domu, usiadł w fotelu i zacisnął powieki. Przed oczami przesuwały mu się obrazy z odległej przeszłości.

Był wówczas młodym oficerem, a ona była taka piękna. Jej ojciec maharadża wpadł w szał. No i ci przeklęci bramini... Powiedzieli, że to świętokradztwo.

Otrząsnął się ze wspomnień. Wstał z fotela i zdecydowanym krokiem ruszył do kuchni. Nasypał najlepszej karmy na spodek, a na drugi nalał mleka. Potem otworzył drzwi i cierpliwie czekał.

Po chwili zjawiła się kruczoczarna kotka – stąpała ostrożnie, ale bez lęku, i patrzyła prosto na niego błyszczącymi zielonymi oczami.

***

Uniosłem głowę znad woluminu, bo oto do naszego przedziału wszedł nowy pasażer, najwyraźniej duchowny, sądząc po wystającej znad kołnierzyka białej jak śnieg koloratce.

– Czy można? – spytał, spoglądając łagodnie zza szkieł grubych rogowych okularów.

– Ależ oczywiście, padre! Prosimy! – zawołał mój towarzysz. – A tak nawiasem mówiąc, co Kościół sądzi o reinkarnacji?

Ksiądz rozsiadł się wygodnie na kanapie.

– Ta pogańska idea została potępiona na soborze w Konstantynopolu w roku 553 – oznajmił. – A dlaczego pan pyta?

– Mamy tu opisany szczególny przypadek wędrówki dusz – Pukis Aitvaras ruchem głowy wskazał trzymany przeze mnie brulion. – Oto pewna hinduska księżniczka powraca na świat w ciele kota, aby jeszcze raz spotkać swego ukochanego, nawiasem mówiąc, smoka!

– Absurd! – burknąłem. – Po cóż miałaby to robić?

– Żeby mu wybaczyć? – Pukis pytająco przekrzywił głowę.

Roześmiałem się w głos.

– I co jeszcze? Może przyniosła mysz w pyszczku!

– Dlaczego nie?

Moja cierpliwość sięgnęła granic.

– Smok to podła krwiożercza bestia, wróg ludzkiego rodzaju, po prostu demon zła! Nie wolno przedstawiać go jako dobrotliwego safanduły! Niechże ksiądz mnie poprze!

Oszołomiony kapłan wodził po nas wzrokiem.

– W istocie, smok to symbol szatana – szepnął. – Zdaniem Ojców Kościoła jest on tożsamy z pradawnym wężem, którego pokonał wódz anielskich zastępów archanioł Michał.

– A widzi pan! – krzyknąłem triumfalnie.

Pukis pokręcił głową.

– Naprawdę sądzicie, panowie, że smok nie może być zdolny do uczuć wyższych?

– A może?

– Naturalnie. Smoki jak ludzie cierpią i kochają, bywają podłe i wrażliwe, głuche i muzykalne.

– Muzykalne? No, teraz to pan przesadził!

– W takim razie proszę czytać dalej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?