Na tropie SześcioptakaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Paweł Wakuła

Na tropie sześcioptaka

© by Paweł Wakuła

© by Wydawnictwo Literatura

Książka powstała przy współpracy Lasów Państwowych.


Projekt okładki:

Magdalena Pilch

Ilustracje:

Paweł Wakuła

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

pierwsze w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-957-2

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2021

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Nocne hałasy


Tej nocy leśniczy Piątek długo nie mógł zmrużyć oka. Wiercił się w łóżku, przewracał z boku na bok, ale upragniony sen nie nadchodził.

Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w sufit, na który wpadające przez okno światło księżyca rzucało fantazyjne cienie rozkołysanych na wietrze drzew.

Tak musi wyglądać dżungla Amazonii… – pomyślał z zachwytem.

Odkąd pamiętał, marzył, żeby zobaczyć prawdziwy tropikalny las. Gęsty, mroczny, niebezpieczny. Las, w którym raz na jakiś czas z hukiem karabinowego wystrzału pęka owoc trującej łoskotnicy1, wśród powalonych przez czas drzew bezszelestnie wije się ogromna anakonda, a w gąszczu namorzynów2 skrada krwiożerczy jaguar.

Wytężył wzrok, żeby w plątaninie cieni na suficie dostrzec wielkiego kota, ale ku swemu zdumieniu zamiast niego zobaczył dziwnie znajomy kształt.

– A to co za jeden? – mruknął sennie Piątek. – Ni to puchacz… ni to cietrzew… a dziób jakby czarnego bociana…

Śniło mu się, że jest na tropie sześcioptaka. Skacząc z jednej podmokłej kępy na drugą, podchodził tajemniczego mieszkańca Doliny Bagiennej Trawy. Był tuż-tuż, niemal widział długie żurawie nogi i zakrzywione szpony bielika, gdy nagle ziemia zakołysała się pod nim i z chlupotem zapadł się po pas w bagnisku.

– A niech to opaślik sosnowiec świśnie! – zaklął leśniczy.

Rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu gałęzi, której mógłby się przytrzymać, ale w zasięgu wzroku znajdował się jedynie smukły purpurowy kwiat wyrastający z kępy jasnozielonej trawy.


Piątek wyciągnął w jego kierunku rękę i zawahał się. To był storczyk błotny Anacamptis palustris! Rzadki, objęty ścisłą ochroną gatunek!

Leśniczy cofnął dłoń.

– Niezłego nawarzyłem sobie piwa! – mruknął gorzko.

Nagle usłyszał dochodzące z oddali potworne ryczenie. Zbladł jak prześcieradło.

– Tylko nie to! – szepnął.

Spojrzał tęsknie na storczyk i westchnął z żalem. Nie mógł ryzykować uszkodzenia tak cennej rośliny.

Szarpnął się z całej siły, usiłując oswobodzić nogę, ale w rezultacie zapadł się jeszcze głębiej. Wokół niego, na powierzchni bagniska, pojawiły się pękające z ohydnym mlaśnięciem bąble. Ze wszystkich stron zaczęła sączyć się złowroga mlecznobiała mgła, spowijając go jak całun.

Znowu rozległo się porykiwanie. Potwór był już niedaleko.

Piątek najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się od złapania ledwo widocznej we mgle łodygi storczyka. Prawą stopą wymacał twardy grunt. Ostrożnie zaczął wyciągać z błota lewą nogę.

– Dam radę! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie z takich tarapatów wychodziłem zwycięsko!

W tej samej chwili za jego plecami rozległ się głuchy ryk. Leśniczy poczuł, jak jego kark owiewa gorący oddech bestii…

Obudził się na podłodze z nogami ciasno skrępowanymi kołdrą. Azja zaintrygowana tym, co też wyprawia jej pan, lizała go czule w okolicach ucha.

Wziął kotkę na ręce i z westchnieniem żalu położył się w łóżku. Pląsające na suficie cienie już nie przypominały mu amazońskiej dżungli. Zresztą, co było ciekawego w Amazonii? Czy mieszkał w niej niedźwiedź brutalny Leon albo wilkołak Alfred? Czy w tamtejszych rzekach pływały prawdziwe rusałki, wodniki i utopce?

– A już sześcioptaka to na pewno tam nie ma! – Przypomniał sobie, jak blisko tajemniczego stworzenia był w swoim śnie, i westchnął ciężko. Może gdyby śnił dłużej, zobaczyłby nie tylko najrzadsze ze wszystkich stworzeń zamieszkujących Dolinę Bagiennej Trawy, ale także straszliwą bestię, która zbliżała się do niego, gdy tkwił uwięziony w bagnie?

Ten koszmar powracał do niego, odkąd Baba-Jaga pokazała mu czekającą go przyszłość. Noc w noc budził się zlany potem na chwilę przed atakiem potwora, a potem czuwał do świtu, wsłuchując się w odgłosy lasu dochodzące zza okna.

– Sen – mara, Bóg – wiara… – mruknął, przytulając skuloną w kłębek kotkę. – Prawda, Azja?

Ale kotka nie odpowiedziała. Wiedział, że potrafi mówić, udowodniła to w dniu, gdy na ekranie laptopa Baby-Jagi3 zobaczył swoje przeznaczenie, ale od tamtej chwili nie odezwała się do niego ani razu.

– Trudno – mruknął. – Nie chcesz ze mną gadać, to nie.

W następnej chwili usiadł wyprostowany na łóżku, bo oto gdzieś z oddali dobiegł go głuchy pomruk, jakby nad lasem przetaczała się wiosenna burza.

– A to co znowu?!

Zerwał się na równe nogi i podbiegł do okna. Nie ulegało wątpliwości. To był ten sam odgłos, który słyszał w swoim śnie.

– Hej, ty! Gdzie jesteś?! – krzyknął Piątek w stronę czarnej ściany lasu. – Nie boję się ciebie! Słyszysz?!

Odpowiedziała mu cisza. A potem wśród drzew znowu rozległo się głuche stękanie.

* * *

Był piękny słoneczny dzień u progu jesieni. Piątek szedł skrajem lasu i zawadiacko pogwizdywał pod nosem. Na ramieniu miał torbę, a w niej drugie śniadanie – kanapkę z żółtym serem i jabłko.

Mijane po drodze zwierzęta kłaniały mu się i mówiły: „Dzień dobry, panie leśniczy! Jaka dzisiaj ładna pogoda!”. Albo po prostu: „Darz bór!”, bo bardzo lubiły Piątka, a on odpowiadał im uprzejmie.

Tylko lis Ambroży mocniej naciągnął poduszkę na głowę i zaburczał:

– Człowieku! W lesie nie wolno hałasować! Jak musisz gwizdać, to rób to u siebie w domu!

Ambroży był zły, bo w nocy zamiast spać, polował na zająca Karola i nie dość, że Karol mu zwiał, to do tego czyjeś porykiwanie nie pozwalało mu odespać zarwanej nocki.

Ale nie miał racji, bo po pierwsze, Piątek czuł się w lesie właśnie jak w domu, a po drugie, dawno temu, gdy jeszcze chodził do szkoły i biegał po korytarzu, wydzierając się jak sójka, usłyszał od nauczyciela: „Nie hałasuj, chłopcze! Nie jesteś w lesie!”.

Piątek wziął to sobie do serca i być może właśnie dlatego został leśnikiem.

Zresztą, nie przejmował się lisim gadaniem, bo miał coś ważniejszego do roboty. Chciał ustalić, kto tak okropnie hałasował w lesie minionej nocy.

Rzecz jasna, leśniczy wiedział, że w Dolinie Bagiennej Trawy funkcjonuje spółka detektywistyczna Maurycy&Ogryzek, i nie zamierzał wchodzić w jej kompetencje, ale ustalenie, kto nie pozwolił mu dośnić do końca snu, było kwestią honorową.

– Niech się Maurycy i Ogryzek zajmują sprawami trudnymi i niezwykłymi – mruknął do siebie. – A ja sam rozwiążę tę zagadkę. Muszę się dowiedzieć, kto w moim lesie jest zdolny do wydawania tak potwornego ryku.

Zamierzał właśnie wziąć na spytki napotkaną wiewiórkę Barbarę, gdy usłyszał jakiś dziwny hałas.

Były to odgłosy zawziętej kłótni, parskanie, tupanie racic i trzaskanie poroży. Piątek natychmiast skoczył między drzewa. Nie zważając na chłoszczące go po twarzy gałęzie świerków, biegł w kierunku, z którego dochodziły echa waśni.

Był już blisko, zacisnął zęby i wypadł na leśną polanę przekonany, że ujrzy na niej bestię ze swoich nocnych koszmarów. Ku swemu zdumieniu zobaczył tylko dwa jelenie ze splecionymi wieńcami4. Ciężko dysząc i parskając, napierały na siebie, jakby chciały się nawzajem wbić w ziemię.

– A cóż to ma znaczyć?! – krzyknął zaskoczony leśniczy. – Ejże, chłopaki, dosyć tego! W tej chwili przestańcie!

Usiłował rozdzielić przeciwników, ale ci jakby go nie słyszeli. Z pianą na pyskach, z nienawiścią w przekrwionych oczach napierali jeden na drugiego tak, że Piątek ledwo zdążył odskoczyć na bok, unikając stratowania.

– Łobuzy! Już ja was uspokoję! – krzyknął oburzony.

Podciągnął rękawy i już miał poskromić złośników, gdy jego wzrok padł na łanię5 Elwirę schowaną w krzakach leszczyny.

– A ty tu czego? – spytał poirytowany. – Nie widzisz, że faceci się tłuką? Jeszcze przypadkiem oberwiesz!

– Phi! – parsknęła lekceważąco łania. – Nic mi nie zrobią. Przecież to o mnie się biją.

– Jak to? – zdziwił się Piątek. Ale zaraz uderzył się dłonią w czoło. – No jasne! Przecież już koniec września, najwyższa pora na rykowisko6!

 

– Taki duży, a taki… – zaczęła Elwira, ale Piątek nie dał jej dokończyć.

– No, no, nie pozwalaj sobie, mała!

– Przecież nawet dzieci wiedzą, że o tej porze byki walczą o łanie – tłumaczyła Elwira. – Nie słyszał pan, jak się nawołują?

W tej samej chwili leśniczy uprzytomnił sobie, kto obudził go w nocy i czyje porykiwanie przerwało jego sen.

Chciał powiedzieć coś Elwirze do słuchu, ale zawahał się. W końcu jelenie hałasowały u siebie w domu.

– Cóż… – podrapał się po głowie. – Zapomniałem, że już pora na te wasze zaloty. Czas tak szybko leci… Ale żeby się tak bić z powodu dziewczyny…

– Wy, ludzie, nigdy tego nie robicie? – zdziwiła się łania.


– Nigdy! – odparł bez namysłu Piątek. I natychmiast poczerwieniał, bo mu się przypomniało, jak w trzeciej klasie podstawówki rozbił koledze nos z zazdrości o koleżankę, która miała piegi i dwa cieniutkie warkoczyki z kokardami. A widząc, że Elwira nie spuszcza z niego oka, głośno powiedział: – To ja już sobie pójdę, nie będę wam przeszkadzał. Powiedz tylko chłopakom, żeby w miarę możliwości tak nie hałasowały.

Zamyślony wyszedł na skraj lasu. Słonko świeciło, hen, wysoko na błękitnym niebie krążył jastrząb.

– Jak jej było na imię? – zastanawiał się Piątek. – Kasia… nie, Gosia! Miała te warkoczyki… Pamiętam, jak dała mi całusa na dużej przerwie!

Zadowolony zaczął cichutko gwizdać, ale zaraz przestał, bo przypomniał sobie, że lis Ambroży usiłuje się zdrzemnąć.

1 Łoskotnica pękająca (łac. Hura crepitans) – gatunek drzewa rosnący w tropikalnych lasach Ameryki Środkowej i Południowej. Dojrzałe owoce łoskotnicy pękają z ogłuszającym hukiem, wyrzucając nasiona na znaczne odległości, zaś cała roślina zawiera silnie trujący sok, w którym Indianie maczają strzały do swoich śmiercionośnych dmuchawek.

2 Namorzyny (inaczej mangrowce) – rodzaj nadmorskiego lasu typowy dla strefy międzyzwrotnikowej. Tworzące go drzewa i krzewy charakteryzują wysokie szczudlaste korzenie, które podczas przypływu są zalewane przez morskie fale.

3 Baba-Jaga miała, rzecz jasna, szklaną kulę, ale ta chwilowo odmówiła jej posłuszeństwa. Tak to jest, jak się kupuje chińskie podróbki!

4 Wieniec to inaczej poroże jelenia. Samiec jelenia co roku pod koniec zimy zrzuca wieniec. Poroże odrasta mu do połowy lata.

5 Samicę jelenia nazywamy łanią.

6 Rykowisko to okres godowy jeleni przypadający na drugą połowę września i początek października. Nazwa pochodzi od charakterystycznego porykiwania byków, które zaczyna się przed zachodem słońca i trwa do świtu, rozlegając się na wiele kilometrów.

Szczęśliwy los


Tajemnica sześcioptaka nie dawała Piątkowi spokoju. Fakt, że w JEGO lesie żyje stworzenie, którego dotąd nie widział na oczy, wydawał mu się w najwyższym stopniu irytujący.

Pewnego razu poruszył ten temat podczas spotkania z przyjaciółmi. Był ciepły wrześniowy wieczór. Siedzieli na werandzie leśniczówki Klechdy, popijając kakao i zajadając bułeczki z jagodami upieczone przez dziwożonę Zuzannę.

– Nie rozumiem, dlaczego podczas moich obchodów lasu nigdy jeszcze nie spotkałem sześcioptaka – poskarżył się leśniczy.

– Właściwie dlaczego tak bardzo panu na tym zależy? – spytał Maurycy.

– Cóż… Obiecałem leśniczemu Kobieli1, że zrobię mu zdjęcie… A poza tym… – Piątek poczerwieniał. – On śni mi się po nocach!

– Leśniczy Kobiela? – zainteresował się Ogryzek.

– Sześcioptak – odburknął Piątek. – Przez chwilę widzę go we śnie, ruszam w pościg, ale on zaraz znika w jakichś zaroślach. Jeszcze nigdy nie widziałem tego stwora w całej okazałości!

– Nikt go nie widział – zauważył Maurycy.

– Więc ja będę pierwszy! – Piątek uderzył pięścią w stół, aż wylało się kakao z kubków. – Po prostu muszę go zobaczyć!

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Determinacja leśniczego na wszystkich zrobiła wrażenie2.

– A jak pańskie zdjęcia? – spytał w końcu Maurycy.

Wiedział, że leśniczy uwiecznia aparatem fotograficznym wszystkie ptaki objęte ścisłą ochroną gatunkową, do których podobny jest sześcioptak, a więc: orlika krzykliwego, bielika, puchacza, czarnego bociana, cietrzewia i żurawia.

– Brakuje mi tylko zdjęcia puchacza Bartłomieja – westchnął Piątek. – Ale to nie to samo, co prawdziwy sześcioptak.


– Rozumiem – skrzat kiwnął głową.

– Nic nie rozumiesz! – ofuknął go leśniczy. – Mam wrażenie, że ten ptak kpi sobie ze mnie! Jestem przecież gospodarzem tego lasu! Znam go jak własną kieszeń i nie wiem, gdzie on się przede mną ukrywa!

Słysząc te słowa, Ogryzek podejrzanie zabulgotał w kubku.

– Naprawdę uważa pan, że zna cały las? – uśmiechnął się Maurycy.

– To oczywiste! Przecież pracuję tu już pół roku! – odparł Piątek.

– Nikt nie zna całej puszczy – oznajmiła z powagą Zuzanna. – Nawet my, jej mieszkańcy. Są w niej miejsca, w których nie stanęła nigdy stopa człowieka, i takie, do których nie zapuszczają się nawet baśniowe stwory.

– To niemożliwe! – upierał się Piątek. – Przecież wiem, gdzie zaczyna się i kończy moje leśnictwo. Wiele razy przeszedłem je wzdłuż i wszerz!

– Jest pan bardzo pewny siebie… – uśmiechnął się Maurycy. – Mam dla pana propozycję. Jutro wyruszymy na poszukiwanie gniazda sześcioptaka. Co pan na to?

– Zgoda! – Piątek wyciągnął do niego dłoń. – Prawdę mówiąc, od dawna czekałem na ten dzień!

– A więc jesteśmy umówieni. Niech pan przygotuje suchy prowiant i termos gorącej herbaty. Skoro świt przepłyniemy rzekę i udamy się na bagna.

Ogryzek z niedowierzaniem spoglądał to na jednego, to na drugiego z przyjaciół.

– Zwariowaliście! – wybuchnął wreszcie. – Nie wolno wam tego robić! Maurycy, powiedz, że to żart!

– Mówię serio – odparł spokojnie skrzat.

– Zuza! Przekonaj ich, żeby tego nie robili! To jest przecież straszne miejsce!

Dziwożona tylko wzruszyła ramionami.

– Pan leśniczy nie wierzy, że w jego lesie są takie. Być może nadeszła pora, żeby przekonał się o tym na własnej skórze.

– Ależ to samobójstwo! – zaprotestował szczurek. – W najlepszym razie stracę tam swój ogonek!

– Ty przecież nie musisz z nami iść – zauważył Maurycy.

– Pewnie, że nie muszę! – parsknął gniewnie szczurek. – Ale dobrze wiesz, że za nic w świecie nie opuściłbym takiej zabawy!

* * *

Następnego dnia, zanim jeszcze słońce rozproszyło mroki nocy, Piątek wstał i zaczął szykować się do drogi. Spakował do chlebaka latarkę, składany nóż, kanapki ze swoim ulubionym żółtym serem, kilka jabłek i termos dobrze osłodzonej herbaty. Po namyśle dorzucił banana i torebkę owocowych landrynek, bo wiedział, że Ogryzek je uwielbia.

Na nogi założył solidne gumowce, a na szyi powiesił lornetkę i aparat fotograficzny. Tak wyposażony czekał na swoich przewodników.

Czuł, że wiele ryzykuje, ale nie potrafił się wycofać.

Maurycy i Ogryzek zjawili się chwilę po szóstej, gdy czubki świerków opromienione wschodzącym słońcem zaczęły lśnić złotym blaskiem.

– Jest pan gotów? – spytał krótko skrzat, a leśniczy w odpowiedzi tylko poklepał wypchany chlebak. – W takim razie ruszamy!

Po chwili zmierzali gęsiego w stronę zatoczki, w której dobry znajomy Piątka, wodnik Mokrzyk, ukrył swoją łódeczkę.

Nie była zbyt duża, ale leśniczy niejeden raz pożyczał ją od Mokrzyka, aby przedostać się na drugą stronę rzeki, tam, gdzie zaczynała się cudowna kraina baśniowych stworzeń.

Przycumowali czółno do drewnianego pomostu. Jak zwykle o tej porze miejsce to tętniło życiem. Żabony w pasiastych kostiumach kąpielowych wygrzewały się, korzystając z ostatnich słonecznych dni lata, niektóre grały coś na trąbkach, inne bawiły się w berka wodnego, skacząc sobie na głowy i podtapiając się wzajemnie.

Piątek przyglądał się tym zabawom z uśmiechem. Ze wszystkich dziwnych stworzeń zamieszkujących Dolinę Bagiennej Trawy właśnie żabony lubił najbardziej. Nigdy nie były smutne, ponure ani złe. Ich życie wydawało się jedną wielką zabawą.

– Dzień dobry, panie leśniczy! – zawołał jakiś chudy osobnik z wytrzeszczonymi oczami, wskakując tuż obok nich do wody i ochlapując całe towarzystwo w łodzi.

– Fuj! – zmarszczył się przemoczony od stóp do głów Maurycy.


– Dokąd idziecie? – spytał żabon.

– Na bagna! – zawołał wesoło leśniczy.

Stwór aż zachłysnął się wodą3.

– Zwariowaliście?! Stamtąd się nie wraca!

– My wrócimy – zapewnił go Piątek. – W wolnej chwili opowiem ci, kogo tam spotkaliśmy!

Wyszli na brzeg i skierowali kroki w stronę ściany lasu. Nim zanurzyli się w gęstwinie, leśniczy odwrócił głowę. Żabon tkwił zanurzony po uszy w tym samym miejscu, w którym go zostawili, i patrzył za nimi osłupiałym wzrokiem.

Ruszyli przed siebie jasnym nadrzecznym łęgiem4, pełnym wiązów i topoli. Maurycy wskazywał ledwo widoczną ścieżkę, brodząc w wysokiej kostrzewie i uchylając się przed parzącymi liśćmi pokrzyw.

Dla leśniczego, któremu pokrzywy sięgały do pasa, było to zadanie o wiele trudniejsze, toteż po kilkunastu krokach wściekle piekły go ręce i łydki.

– Nie możemy pójść brzegiem rzeki? – spytał, rozcierając swędzące miejsca. – Dlaczego wleczemy się przez te chaszcze?

– To najprostsza droga – wyjaśnił Maurycy. – Za norą borsuka Teofila jest wygodna kładka. Jeśli pójdziemy wzdłuż rzeki, wyjdziemy prosto na ujście strumienia, ale tam jest za głęboko, żeby przejść na drugą stronę.

– Przeniosę was – zdecydował Piątek. – Tylko wydostańmy się wreszcie z tej dżungli!

– To ma być dżungla? – parsknął Ogryzek. – Zobaczymy, co pan powie na mokradłach!

Zeszli ze ścieżki i po chwili wynurzyli się z lasu nieopodal miejsca, w którym meandrujący przez całą dolinę strumień uchodził do Wielkiej Rzeki Bagiennej Trawy.

– Uff! – Piątek odetchnął z ulgą, widząc szmaragdową wstęgę rzeki i złoty piaseczek na jej brzegu. – Jaki to cudowny widok!

– Mówi pan o tych paniach? – zachichotał Ogryzek.

Rzeczywiście, na plaży opalały się trzy rusałki, jak to miały w zwyczaju – topless. Zawstydzony leśniczy odwrócił wzrok.

Gdy je mijali, najładniejsza z nich spytała Maurycego:

– Hej, mały! Dokąd idziecie?

Leśniczy dobrze ją znał, to była Halina.

– Na bagna – odburknął niechętnie Maurycy. Piątek odniósł wrażenie, że skrzat z jakiegoś powodu nie przepada za piękną dziewczyną.

– Ojej! – Rusałka uwodzicielsko zatrzepotała rzęsami. – To przecież niebezpieczne! – Spojrzała na Piątka i uśmiechnęła się do niego zalotnie. – Szkoda byłoby takiego przystojnego leśniczego!

Piątek poczuł, że mimo woli czerwieni się na twarzy.

Ruszyli wzdłuż brzegu odprowadzani perlistym śmiechem dziewczyn. Minęli kilka pochylonych ze starości wierzb i wyszli prosto na wpadający do rzeki strumień.

– Tutaj zaczynają się moczary– powiedział Maurycy. – Nadal chce pan tam iść?

– Naturalnie! – odparł z mocą leśniczy.

Wziął skrzata i szczurka na ręce i śmiałym krokiem wszedł do strumienia. Prąd był silny, więc posuwał się powoli, w dodatku raz czy dwa potknął się i prawie upadł.

– Hej! Ostrożnie! – wydzierał się w takich chwilach Ogryzek. – Niesie pan prawdziwe skarby!

Gdy wreszcie leśniczy wydostał się na drugi brzeg, był przemoczony do suchej nitki.

– Alea iacta est5! – wyjąkał, dygocząc z zimna.

– Ale jak tam jest? – zmarszczył nos Ogryzek.

– Kości zostały rzucone – przetłumaczył z łaciny leśniczy. – Przekroczyliśmy Rubikon!

– Nie Rubikon, tylko Psiankę – odparł szczurek. – I w dodatku woda nalała mi się do ucha!

Na szczęście słońce pięknie świeciło, a że było jeszcze wcześnie, Piątek miał nadzieję, że do południa wysuszy jego ubranie.

 

Szli teraz przez trzęsawisko pełne chwiejących się na wietrze trzcin i pałek wodnych. Wilgotna ziemia uginała się im pod nogami, raz po raz z szuwarów wzlatywały w niebo spłoszone gęsi gęgawy i kaczki krzyżówki.

Było gorąco i parno, leśniczy ciężko dyszał i co chwila ocierał pot z czoła. Do tego zwietrzyły ich komary i meszki. Kłębiły się nad ich głowami jak gęsty czarny dym, bezlitośnie kąsając odsłonięte karki i ramiona.

Piątek rozgniatał owady, aż twarz spłynęła mu krwią, własną i napastników, ale w miejsce jednego zabitego wroga nadlatywał tysiąc nowych. Brzęcząc, wpadały w otwarte ze zmęczenia usta, rozbijały się o wargi, wciskały do nosa.

Przez chwilę leśniczy pożałował, że nie idzie już przez gąszcz pokrzyw.

– Jak samopoczucie? – wyszczerzył zęby Ogryzek.

– Nieźle – mruknął Piątek. Za nic na świecie nie przyznałby, że szczurek miał rację, ostrzegając go przed tą krainą.

– To bardzo dobrze! – zawołał wesoło Ogryzek. – Bo prawdziwe męczarnie dopiero przed nami!

Grunt pod nogami stawał się coraz bardziej sprężysty. Momentami leśniczy miał wrażenie, że nie stąpa już po ziemi, lecz po gumowym batucie. Do tego wszędzie pojawiła się cuchnąca zgnilizną woda, cmokała zasysana stopami, chlupotała w gumowcach Piątka, oklejała jego łydki czarną kleistą mazią.

Leśniczy miał wrażenie, że przebywa jednocześnie w dwóch światach. Od góry prażyło go niemiłosierne słońce, od dołu wciągało mokre, zimne bagno.

Koło południa krajobraz zmienił się. Miejsce szuwarów zajął wilgotny, ciemny ols6 wyrastający z małych wysepek. Między nimi rozpościerały się pokryte rzęsą mokradła.

Maurycy kluczył od kępy do kępy, wybierając drogę w sobie tylko wiadomy sposób. Czasem pokonywali trasę suchą stopą, kiedy indziej zmuszeni byli brodzić w wodzie.

– No, pora na odpoczynek! – zawołał wreszcie skrzat.

W samą porę, jeszcze kilka minut takiego wysiłku i leśniczy padłby twarzą prosto w bagnisko.

Rozsiedli się pod smukłą brzozą na miękkim dywanie z mchu i wyciągnęli zapasy z chlebaka Piątka. Jedli kanapki z żółtym serem, zagryzali jabłkami i popijali gorącą herbatą.

– Daleko jeszcze? – spytał leśniczy między jednym kęsem a drugim.

– Och! Jesteśmy dopiero na początku drogi! – poinformował go Maurycy.

Piątek o mało nie zadławił się kawałkiem chleba.

– To nie są aż tak wielkie odległości – wyjaśnił skrzat. – Po prostu trzeba kluczyć, żeby nie wpaść po uszy w jakąś topiel.

– Trudno – westchnął leśniczy.

Nagle przestał żuć i nadstawił ucha. Gdzieś z niedaleka dochodziły odgłosy pluskania i wesołe pomrukiwanie.

Maurycy położył palec na ustach.

– Chodźmy zobaczyć, kto to taki. Tylko cichutko!

Ostrożnie zaczęli skradać się w kierunku, z którego dochodził hałas.

Rozchylili wielkie łapy paproci i ujrzeli widok, który zaparł im dech w piersiach.

Pośrodku czarnego bajora tkwił zanurzony do pasa olbrzym. Był całkiem nagi, nie licząc wianka z kwiatów wrzosu nasadzonego krzywo na łysą czaszkę. Szorował plecy wyrwaną z korzeniami brzozą i podśpiewywał przy tym radośnie:

– Szła dzieweczka do laseczka! Do zielonego! Ha! Ha! Ha!

– To Perepłut! – szepnął skrzat. – Demon szczęśliwego losu!

– O mnie mówisz? – Perepłut obrócił się w ich stronę i zamrugał wesołymi oczkami. – Kto się tam ukrył za paprociami?

Ociągając się, wyszli z bezpiecznej kryjówki. Dopiero teraz Piątek mógł ocenić, jak wielki jest Perepłut. Gdyby stanął na równe nogi, mógłby mieć z dziesięć metrów wysokości.

– Ho! Ho! – zahuczał olbrzym. – Kogo my tu mamy! Mysz, człowiek i ubożę!

– Nie jestem myszą! – oburzył się Ogryzek.

– Nie jestem krasnoludkiem! – zaprotestował Maurycy, który nie lubił, gdy ktoś mylił go z domowikiem7.

– Ale ty jesteś człowiekiem? Przyznaj się! – Perepłut przekrzywił wielką głowę, zezując na Piątka.

– Tak… jakby – wydukał leśniczy.

– To miło! – ucieszył się olbrzym. – Dawno nie jadłem człowieka!

– Słucham?! – Piątek cofnął się o krok.


– Och! Nie uciekaj! – Perepłut rozpaczliwie zamachał rękami. – Siedzę tu sobie w borowince8 i wzmacniam stawy. Widzisz, ostatnio dręczy mnie reumatyzm, a wiadomo, że na to nie ma nic lepszego niż dobra kąpiel w błotku! Taplam się w tym bajorku od samego rana. Nic dziwnego, że trochę zgłodniałem!

– Ale nie zjesz nas? – spytał niepewnie Ogryzek.

– Nie! – odparł zdecydowanym tonem Perepłut. – Ty i twój kolega starczylibyście mi na jeden ząb, a wasz człowiek wygląda na niestrawnego!

– Ja, na niestrawnego? – oburzył się Piątek.

– No, no, bez urazy! – udobruchał go olbrzym. – Po prostu nie chcę, żeby guziki od twojego munduru zaległy mi w żołądku. Co innego, gdybyś zechciał się rozebrać…

Piątek obronnym gestem zapiął guzik pod szyją.

– Nie? – westchnął Perepłut. – No to trudno. – Spojrzał z sympatią na leśniczego. – Nieczęsto widuję tu ludzi. Co innego w dawnych czasach, tysiąc lat temu. Wtedy twoi przodkowie urządzali na moją cześć uczty i tańce do białego rana. Piekła się dziczyzna, pachniały chleby, złociste piwo lało się strumieniami. Ech! – westchnął z żalem. – Te czasy już nie wrócą. A przecież jestem demonem urodzaju i szczęśliwego losu! Ludzie wciąż powinni mnie potrzebować!

– Naprawdę od tysiąca lat nie widziałeś człowieka? – zainteresował się Ogryzek, na którym wizja wielkiej wyżerki zrobiła ogromne wrażenie.

– Był tu jeden dwadzieścia albo trzydzieści lat temu – przypomniał sobie Perepłut. – Zdaje się, że zbłąkany grzybiarz.

– Chyba go nie pożarłeś?! – zaniepokoił się leśniczy.

– Skądże! Powiedziałem biedakowi, że jestem demonem szczęśliwego losu i że spełnię jedno jego życzenie. A ten mi na to: „Podaj sześć szczęśliwych liczb do lotto!”.

– I podałeś? – zainteresował się szczurek.

– A gdzie tam! – westchnął grubas. – Skąd ja mam wiedzieć, co to takiego lotto?

– Rozumiem – kiwnął głową Maurycy. – Ja też kiedyś podczas nocy spadających gwiazd życzyłem sobie maszyny do wywoływania błyskawic, ale nie wiedziałem, jak ona właściwie wygląda9.

– I dostałeś ją? – spytał zaciekawiony Perepłut.

– Tak! – przyznał skrzat. – I to w kosmicznym tempie!

– Więc może ten grzybiarz także otrzymał swoje liczby? – zadumał się Perepłut. – Jeśli wydostał się cało z tego lasu, a to nie jest takie łatwe…

Piątek poczuł zimny dreszcz na karku.

– A ty, jakie masz życzenie? – Demon szczęśliwego losu wyrwał się z zadumy.

– Ja? – zdziwił się Piątek.

– No pewnie, że ty! – roześmiał się olbrzym. – Przecież nie ma tu innego człowieka!

Leśniczy zawahał się. Spotkanie przybrało nieoczekiwany obrót. Nigdy nie zastanawiał się nad swoimi pragnieniami. Był jednym z tych ludzi, którzy uważają, że dostali od losu więcej niż inni. Był zdrowy jak ryba, mieszkał w cudownym miejscu, wykonywał ukochaną pracę, której nie zamieniłby na żadną inną…

– Może też chcesz dostać sześć szczęśliwych liczb? – spytał Perepłut.

Piątek wzruszył ramionami. Nigdy nie zależało mu na pieniądzach. Nagle olśniło go.

– Spraw, abym zobaczył sześcioptaka!

– Zaraz, zaraz! – Perepłut powstrzymał go wyciągniętą dłonią. – Najpierw musisz mi złożyć ofiarę. Takie są przepisy!

– Jaką ofiarę? – zdziwił się Piątek.

– Jakąkolwiek. Jak świat światem ludzie przychodzili na bagna z prośbą, ale przedtem zawsze składali mi ofiary.

Leśniczy bezradnie rozłożył ręce.

– Ja nic nie mam!

– To powinno być coś do zjedzenia! – Grubas przełknął ślinę. – No, przyznaj się! Co tam masz w torbie?

Piątek zajrzał do chlebaka. Kanapki zjedli podczas popasu, ale na dnie leżał jeszcze banan. Leśniczy wyciągnął go w kierunku Perepłuta.

– Może ten egzotyczny owoc z dalekiego kraju zwanego Ekwadorem?

Perepłut rozdziawił wielką paszczę.

– Dawaj! – zażądał.

Piątek cisnął bananem. Olbrzym wykonał błyskawiczny ruch i owoc zniknął w jego gardzieli.

– Dobry! – oblizał się ze smakiem. – Teraz mów, jakie masz życzenie!

– Chciałbym spotkać prawdziwego sześcioptaka – wyrecytował leśniczy.

– Miało być jedno życzenie, a nie sześć! – skrzywił się Perepłut.

– To jest jedno życzenie – wyjaśnił Piątek. – Sześcioptak to stworzenie zamieszkujące tę dolinę. Ptak, który ma głowę puchacza, dziób czarnego bociana, pierś orlika krzykliwego, szpony bielika, nogi żurawia i ogon cietrzewia.

Na czole Perepłuta pojawiła się zmarszczka.

– Więc chcesz dostać sześć ptaków czy sześć liczb? – zasapał. – Zdecyduj się!

– Jednego sześcioptaka – poprosił leśniczy. – I nie chcę go na własność! Marzę tylko o tym, żeby zobaczyć go na własne oczy!

Olbrzym zasępił się.

– To dla mnie trochę za skomplikowane – przyznał. – Ale spróbuję. Musisz jednak wiedzieć, że życzenia czasem spełniają się na opak albo też w taki sposób, że ich nie rozpoznajemy… – Podrapał się po brodzie. – Nie wiem, jak to będzie z tym sześcioptakiem, czy dostaniesz sześć różnych ptaków, czy jednego poskładanego z kilku innych. A ponieważ byłem głodny, a ty złożyłeś mi smaczną ofiarę, więc możesz mieć jeszcze jedno życzenie.

– Niech się pan dobrze zastanowi! – krzyknął Maurycy, a Ogryzek ścisnął kciuki.

Piątek zadumał się. O czym właściwie marzył? Czego brakowało w jego życiu? Przygryzł wargi. Czasami w swojej leśniczówce czuł się samotny…

– Masz to załatwione – przerwał jego rozmyślania Perepłut.

– Co takiego? – zdziwił się leśniczy.

– Twoje marzenie. Rozpoznasz je, gdy przyjdzie na to pora.

– Ale…

– A teraz zmykajcie stąd. Robię się znowu głodny, a nie chciałbym dostać niestrawności od blaszanych guzików!

* * *

Szli przez podmokły las, a wkoło nich rozpościerał się prastary bór. Piątek nigdy wcześniej nie widział tak olbrzymich drzew. Aby objąć jedno z nich, trzeba było dziesięciu chłopa. Z ich pni wystawały huby w rozmiarze anten satelitarnych, a z konarów zwisały brody mchów wielkie jak kopy siana.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?