Jajecznica KolumbaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Rozbójnicy i odkrywcy
Eryk Rudy


W sobotę wieczorem tatę odwiedził nasz sąsiad, pan inżynier Stefan Buczyłko, żeby – jak się wyraził – „pocieszyć bliźniego w nieszczęściu!”. Siedli do partyjki szachów, ale mniej więcej po kwadransie gry tata zaczął ryczeć jak ranny bawół i walnął ręką w planszę. Pan Buczyłko pisnął ze strachu i pobiegł do wyjścia, zerkając przez ramię, czy tata przypadkiem go nie ściga.

Na odchodnym krzyknął jeszcze:

– Skandal! To jest napaść! Ja to zgłoszę na policję!

Prawdę mówiąc, w ogóle mnie to zamieszanie nie zdziwiło, bo tak zwykle kończy się królewska gra w wykonaniu taty i naszego sąsiada. Za to dziadek stanął w drzwiach do pokoju i mruknął ironicznie:

– Proszę, proszę…

– Stefan jak zwykle oszukiwał! – wyjaśnił czerwony na twarzy tata. – Przestawił gońca, gdy nie patrzyłem, jestem tego pewien!

– Awanturujesz się zupełnie jak Eryk Rudy – powiedział surowo dziadek. – Inna rzecz, że oprócz wrodzonej ciekawości i żądzy zysku to najlepsza kwalifikacja dla dzielnego podróżnika!

– A co to za jeden, ten Eryk? – zaciekawiła się mama. – Jakiś Grek czy Fenicjanin?

– Wiking z Islandii – odparł dziadek. – A przy okazji pierwszy Europejczyk, który osiedlił się w Ameryce Północnej. Ale gdyby nie jego trudny charakter i kłótnie z sąsiadami, nigdy by do tego nie doszło!

– Zaraz, zaraz – tata zmarszczył brwi. – Mówiłeś, że w czasach Pyteasza z Massalii Islandia była bezludna, to skąd się tam wzięli jacyś wikingowie?

– Właśnie! – poparła go mama. – Czego ci morscy rabusie tam szukali? Przecież oni tylko palili, gwałcili i mordowali, a na tej wyspie można było raptem odmrozić sobie uszy!

Dziadek z namysłem podrapał się po brodzie.

– To wszystko nie jest takie proste… – mruknął. – Owszem, z wikingów były niezłe gagatki, ale nie można odmówić im także pewnych zasług. Na początku IX wieku zasiedlili Wyspy Owcze, a z nich było już niedaleko do Islandii. Około roku 860 jeden z pierwszych osadników na Wyspach Owczych, człowiek o imieniu Naddod, wracał do domu z wyprawy do Norwegii. Niestety za sprawą nieprzychylnych wiatrów jego łódź zboczyła z kursu i zaczęła dryfować14 po morzu. Trudno powiedzieć, jak długo trwała ta wędrówka, ale wreszcie oczom Naddoda ukazał się ląd. Dzielny żeglarz wylądował w zatoce położonej u stóp wysokiej góry i postanowił wspiąć się na nią, aby zobaczyć ludzkie siedziby albo przynajmniej dymy unoszące się znad palenisk. Gdy wdrapał się na skałę i rozejrzał wkoło, zaparło mu dech. Jak okiem sięgnąć rozpościerała się dzika kraina, pofalowane wzgórza, gejzery15, potoki wartkiej wody i wodospady, a w oddali pasma ośnieżonych wzgórz i zwały lodowców… i nigdzie najmniejszego śladu obecności człowieka!

– Ultima Thule! – przypomniałem nazwę Najdalszego Świata.

– Czy to znaczy, że przez te wszystkie lata, które upłynęły od czasu podróży Pyteasza, naprawdę nie stanęła tam ludzka stopa? – spytała mama.

– W starych kronikach są wzmianki o tym, że wyspa była znana irlandzkim mnichom – przyznał dziadek. – Ale jeśli nawet pobożni pustelnicy odwiedzali ją, to nie zachowały się ślady po ich domostwach. Za to już kilkanaście lat po odkryciu Naddoda wylądował tam pierwszy norweski osadnik, Ingolf Arnarson, i w roku 874 zbudował chatę w miejscu, w którym obecnie znajduje się Reykjavík, stolica Islandii

– I w ten sposób Ultima Thule przestała być Najdalszym Światem, a stała się zwyczajną Islandią… – powiedział z żalem tata. – Trochę szkoda…

– Ludziom, którzy mają wędrówkę we krwi, nigdy nie zabraknie dalekich lądów do odkrycia – zapewnił go dziadek. – Najlepszym dowodem są przygody Eryka Rudego. W jego czasach Islandię od niemal stu lat zamieszkiwała społeczność składająca się z niespokojnych duchów i wyjętych spod prawa banitów16. Byli to ludzie, którzy najwyraźniej uważali, że jakoś ułożą sobie życie, byle z dala od jarlów17 i królów.

– Jeśli pan Buczyłko poskarży się policji, to my też możemy popłynąć na kraniec świata! – zapaliłem się do pomysłu.

Tata zrobił kwaśną minę, a mama powiedziała:

– Płyńcie, ale beze mnie, i wróćcie na obiad.

– Pewnego razu Eryk wdał się w sąsiedzki spór. Jego niewolnicy spowodowali coś, co dzisiaj nazwalibyśmy katastrofą budowlaną. Wywołali lawinę ziemną, która poważnie uszkodziła dom niejakiego Valthjofa…

– To się sąsiad musiał zdenerwować! – roześmiał się tata. – Pamiętam, jaki Buczyłko był wściekły, gdy w zeszłym roku zalałem mu mieszkanie!

– Oj tak, Valthjof był bardzo zły – zgodził się dziadek. – Podburzył swojego krewniaka Eyolfa… a ten zabił ludzi Eryka! Naturalnie taka zniewaga nie mogła mu ujść płazem, więc z kolei Eryk zarąbał Eyolfa i jeszcze jednego człowieka, który zaplątał się w tę sprawę…

Mama aż złapała się za głowę.

– Po co tyle krwi? Nie mogli tego załatwić jakoś pokojowo?! Przecież ten wiking na pewno był ubezpieczony!

– Wątpię – mruknął dziadek. – W każdym razie sagi18 nic o tym nie wspominają. Nasz bohater musiał opuścić dom. Udał się na małą wysepkę Öxney, ale tam znowu pokłócił się z sąsiadem! Tym razem poszło o belki do budowy domu, które niejaki Thorgest sobie przywłaszczył.

– To Eryk nie mógł sobie sprawić innych belek? – spytałem.

– Pamiętaj, że wszystko dzieje się na Islandii, a tam nie ma lasów – przypomniał mi dziadek. – Tę wyspę pokrywają lodowce, nagie skały i tundra19, czyli głównie mchy i porosty… Tak czy siak, Eryk nie wahał się z tego powodu zarąbać dwóch synów Thorgesta i jeszcze kilku ludzi, którzy nawinęli mu się pod topór. Wszystko w dobrym wikińskim stylu!

– Musisz koniecznie przeprosić Buczyłkę… – powiedziała słabym głosem mama.

– Doprawdy, nie sądzę, żeby Stefan posiadał w domu topór – odparł tata, ale minę miał nietęgą.

– Cała ta sprawa skończyła się wielką awanturą, w wyniku której Eryk Rudy został skazany na trzyletnią banicję – opowiadał dziadek. – Wtedy przypomniał sobie historię żeglarza imieniem Gunnbjörn Ulfsson, którego łódź przed laty porwał wielki sztorm i pognał daleko na zachód. Po kilku dniach żeglugi Ulfsson ujrzał w oddali jakieś wysepki. Eryk Rudy postanowił popłynąć jego śladem i zbadać ten nieznany ląd.

– To znaczy, że kierowała nim ciekawość – zauważył tata. – Raczej nie miał złudzeń, że dorobi się na tej wyprawie…

– Mówiłem ci, że awanturnicze usposobienie przydaje się wielkiemu odkrywcy – przypomniał dziadek. – Choć z drugiej strony bywa także przyczyną porażki. Przed Erykiem próbę odnalezienia wysepek podjął krewniak jego żony Sneabjørn Galti, który musiał uciekać z Islandii, jakżeby inaczej, przed krwawą rodową zemstą. Dotarł do nieznanego lądu i postanowił tam przezimować w chacie naprędce zbudowanej z darni. To była naprawdę długa i ciężka zima, pełna napięć i kłótni. W końcu uczestnicy wyprawy zaczęli się nawzajem mordować! Do domu wróciło zaledwie dwóch…

– Zaczynam się zastanawiać, jak też ci wikingowie dokonywali swoich podbojów i odkryć – wyznała mama. – Przecież po drodze mieli tyle okazji, żeby się wzajemnie pozabijać!

– A jednak wyprawa Eryka Rudego powiodła się – odparł dziadek. – Być może dlatego, że podszedł do problemu poważniej niż Sneabjørn. Przede wszystkim zabrał ze sobą inwentarz domowy: kozy, owce i krowy, a także zapasy żywności. Wyruszył na zachód dobrze wyekwipowany i zdecydowany zostać na nieznanym lądzie całe trzy lata. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką uczynił po wylądowaniu, było zbudowanie solidnego domu (kto wie, być może do budowy użył belek, o które tak kłócił się z Thorgestem?). Następnie zaczął dokładnie badać nowo odkrytą krainę, która okazała się o wiele większa niż Islandia…

 


– To gdzie on właściwie dotarł? – spytał tata.

Dziadek spojrzał na mnie i skinął głową.

– Kuba, wiesz już?

– Do Grenlandii! – zawołałem. – Wystarczy spojrzeć na mapę!

Tata naburmuszył się, że to nie on pierwszy rozwiązał zagadkę, a dziadek wyjaśnił:

– To właśnie Eryk Rudy nadał jej nazwę. W języku staronordyckim20 Grønland znaczy po prostu „Zielona Ziemia”.

– Dlaczego zielona? – zdziwiła się mama. – Z tego, co wiem, tam jest… Hm… Dość biało!

– To prawda – zgodził się dziadek. – Większość wyspy pokrywa lądolód21, ale między IX a XIV wiekiem w północnej Europie i Ameryce miało miejsce tak zwane średniowieczne optimum klimatyczne, okres ocieplenia, który umożliwił wikingom kolonizację Grenlandii. To oczywiście nie znaczy, że można tam było biegać w krótkich spodenkach. W czasach Eryka Rudego względnie ciepło bywało jedynie na wybrzeżach wyspy i to zaledwie przez kilka miesięcy w roku. Sprytny wiking wymyślił więc nazwę Zielona Wyspa, żeby nakłonić osadników do udania się w daleką podróż.

– Nie tylko awanturnik, ale także mistrz marketingu – mruknął ironicznie tata.

– Ważne, że skuteczny – odparł dziadek. – Wkrótce z Islandii wyruszyła wielka wyprawa złożona z trzydziestu okrętów! Tylko czternaście z nich dotarło do celu, ale to wystarczyło, żeby założyć pierwsze osady Europejczyków w Ameryce Północnej22! Eryk Rudy po długiej tułaczce znalazł wreszcie swój dom, stał się człowiekiem zamożnym i szanowanym, otrzymał też tytuł najwyższego wodza Grenlandii!

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeliśmy.

– A jaki z tego wypływa morał? – spytała wreszcie mama.

– Że bycie awanturnikiem się opłaca i że warto pokłócić się z sąsiadem o byle co! – zawołałem, ale tata pokręcił głową.

– Morał jest taki, że nigdy nie wolno się poddawać, nawet gdy wszystko sprzysięga się przeciwko tobie. A tak w ogóle, to bardzo lubię Buczyłkę. Zaraz do niego zadzwonię z przeprosinami i umówię się na partyjkę szachów!


Rozdział 5
Wikingowie i winogrona
Leif Eriksson


Tata oczywiście pogodził się z panem Buczyłką, co nie znaczy, że dokończyli partię szachów. Pewne rzeczy są po prostu niewykonalne. Zamiast tego zaczął interesować się wikingami, obejrzał nawet serial pod tym tytułem i stwierdził, że to byli „niesamowici goście”, choć nieco trudni we współżyciu.

– Czy wiecie, że wikingowie również lubili grać w szachy? – powiedział triumfalnie pewnego dnia. – Mieli własne, które nazywali tafl. To była bardzo trudna strategiczna gra wymagająca inteligencji.

– Aha, a jak któryś przegrywał, to na pewno rozrzucał toporem pionki – uśmiechnęła się mama.

Tata udał, że jej nie słyszy.

– Jedna sprawa nie daje mi spokoju. Jakim cudem oni dokonywali tych niezwykłych wypraw! W czym byli lepsi od Greków i Fenicjan? Mieli jakieś specjalne umiejętności albo sprzęt?

– I jedno, i drugie – odparł dziadek. – Przede wszystkim opanowali nieznaną innym żeglarzom technikę pływania pod wiatr, czyli halsowanie23. Poza tym stworzyli specjalny instrument nawigacyjny, zwany kamieniem słonecznym24, dzięki któremu mogli określić położenie słońca na niebie nawet wtedy, gdy było ono niewidoczne spoza chmur.

– Czyli mieli coś w rodzaju GPS-a! – zachwyciłem się.

– A jak ten kamień słoneczny działał? – spytała mama.

– Niestety nie zachował się żaden dokładny opis tego urządzenia. Był to rodzaj specjalnie obrobionego kryształu, który zmieniał barwę w zależności od kierunku, z którego padało światło. Naturalnie wikingowie korzystali także z innych metod określania pozycji geograficznej: obserwowali gwiazdy, trasy przelotu ptaków i wędrówek wielorybów, znali również zegary słoneczne podobne do tego, którego używał Pyteasz z Massalii.

– Z tego wniosek, że wcale nie byli takimi strasznymi barbarzyńcami! – stwierdził z zadowoleniem tata.

– W żadnym wypadku! Jedną z najwspanialszych umiejętności, jakimi dysponowali, była technika budowy łodzi. Wśród wikingów było wielu wybitnych szkutników25, a ich statki to prawdziwe arcydzieła inżynierii. Doskonale sprawowały się na wzburzonym morzu, a dzięki małemu zanurzeniu i składanemu masztowi można było nimi wpływać w głąb rzek…

– Po to, żeby kogoś złupić, a potem zamordować – mruknęła ironicznie mama.

Dziadek rozłożył ręce.

– Najczęściej tak właśnie było, ale w ich przypadku trudno orzec, kiedy wyprawa rabunkowa zamieniała się w kupiecką i odwrotnie. Na przykład mieszkańcy Szwecji, czyli tak zwani Waregowie, działali we wschodniej Europie, wymieniając futra, niewolników i bursztyn na srebrne monety… Ale bywało, że wynajmowali komuś swoje miecze albo zamieniali się w zwyczajnych piratów. Swoimi długimi łodziami wyprawiali się z Bałtyku aż do krain położonych nad Morzem Czarnym i Kaspijskim…

– O nie! Nie! – tata pogroził dziadkowi palcem. – Bujać to my, ale nie nas! Tyle jeszcze pamiętam z geografii, że między tymi akwenami nie ma bezpośredniego połączenia!

– Jesteś pewien? Spójrz tylko! – dziadek rozłożył na stole mapę. – Waregowie wykorzystywali rzeki płynące na północ, podróżowali nimi tak długo, jak się dało, pod prąd, a w odpowiednim momencie po prostu przeciągali swoje łodzie po belkach (czasem nawet wiele kilometrów!) na te, które zmierzały na południe. Tę samą metodę stosowali podczas podróży powrotnej. W ten sposób mogli handlować nie tylko z Cesarstwem Bizantyjskim, ale nawet z Arabami z Kalifatu Bagdadzkiego!

– Zaraz, zaraz… – tata zaczął nieufnie wodzić nosem po mapie – z Zatoki Fińskiej, Newą do jeziora Ładoga, potem rzeką Wołchow do jeziora Ilmień… A na południe Dnieprem albo Wołgą… To naprawdę było możliwe!

– Pewnie, że tak. Najlepszy dowód, że przy okazji założyli na tych terenach swoje państwo, które nazwali Gardariki, czyli „Kraina Grodów”.

– Nigdy o nim nie słyszałem. To musiało być jakieś małe państewko, po którym dawno ślad zaginął.

Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.

– Ależ pozostał, i to niemały! Ponieważ wielu Waregów pochodziło ze szwedzkiego plemienia Rusów26, z czasem Gardariki zaczęto nazywać Rusią, a potem Rosją!

Tata z wrażenia otworzył usta, a nie mniej zdziwiona mama powiedziała:

– Coś podobnego! Zaraz się dowiemy, że wikingowie stworzyli nie tylko Rosję, ale także Stany Zjednoczone!

– Aż tacy przedsiębiorczy nie byli! – roześmiał się dziadek. – Ale to właśnie oni jako pierwsi Europejczycy dotarli do Ameryki Północnej. Eryk Rudy skolonizował Grenlandię, a jego syn Leif pożeglował jeszcze dalej na zachód i zbadał wybrzeże kontynentu!

– Dziadku, opowiedz nam o tym! – poprosiłem.

– Przy kolacji – zdecydowała mama. – Zrobię dla wszystkich kakao i kanapki. Kuba, pomożesz mi?

– Jasne! – zawołałem.

Po chwili obok map pojawił się parujący dzbanek i taca pełna kanapek z wędliną z indyka i plasterkami pomidora. Ja oczywiście pomagałem, ale tata nie ruszył się z fotela. Na co dzień nieźle kuśtyka po mieszkaniu wsparty o kulę, ale jak trzeba pomóc przy robieniu kolacji, to zaraz boli go noga. Koniecznie musi o tym wspomnieć lekarzowi!

Dziadek z zadowoleniem popatrzył na zastawiony stół i spytał:

– Czy wiecie, że kakao, indyki i pomidory pochodzą z Ameryki? Niestety wikingowie nie znali tych przysmaków, na ich sprowadzenie do Europy trzeba było poczekać jeszcze kilkaset lat.

– Ale dobrze wiodło im się na Grenlandii? – zagadnęła mama.

– Nieźle. Osadników wciąż przybywało, a Eryk Rudy obrastał w piórka. Już nie chciało mu się wyruszać w dalekie wyprawy, grzał stare kości przy ogniu buzującym na palenisku i wspominał czasy swojej burzliwej młodości. Na szczęście nie brakowało niespokojnych duchów, gotowych odpowiedzieć na zew przygody. Jednym z nich był Norweg Bjarni Herjólfsson, który co drugą zimę spędzał w domu swojego ojca na Islandii. Pewnego razu, gdy zawitał na wyspę, dowiedział się, że tatuś przeprowadził się na Grenlandię. Postanowił go tam odwiedzić, ale ponieważ nie znał dobrze tych wód, jego łódź zboczyła z kursu i przez trzy dni błąkała się w gęstej mgle. Gdy wreszcie ujrzał ląd, jednego był pewien – to nie była Grenlandia!

– Skąd mógł to wiedzieć? – spytałem.

– Ponieważ brzeg porastał gęsty iglasty las! Na Grenlandii było ich tyle, co kot napłakał, belki do budowy domów trzeba było sprowadzać aż z dalekiej Norwegii, więc były bardzo cenne (pamiętacie, jak awanturował się o nie Eryk Rudy?). Widok takiego bogactwa rozgrzał serca żeglarzy, ale mimo to Bjarni nie pozwolił swoim ludziom zejść na ląd. Uznał, że ziemia nie wygląda na gościnną, kazał postawić żagiel i udał się w drogę powrotną.

– Tchórz! – prychnął z pogardą tata.

– Raczej ostrożny człowiek – odparł dziadek. – O swoim odkryciu opowiedział wikingom na Grenlandii, dokąd wreszcie szczęśliwie dopłynął, a także w Norwegii, ale wszędzie wzruszano ramionami i wypominano mu, że niedostatecznie zbadał nową ziemię. Leifowi, synowi Eryka Rudego, myśl o nieznanym lądzie nie dawała spokoju. Odkupił od Bjarniego łódź i zaczął namawiać ojca do wspólnej podróży. Eryk Rudy wzbraniał się i narzekał na zaawansowany wiek, ale w końcu uległ, gdy syn przypomniał mu, że w całym rodzie to właśnie on ma największe szczęście. Jednak gdy zmierzali do portu, jego koń potknął się, a on spadł z siodła i złamał nogę!

 

– A to pech… – westchnął tata, zerkając na swój gips.

– W tej sytuacji Leif sam stanął na czele wyprawy złożonej z trzydziestu pięciu ludzi – kontynuował dziadek. – Po kilku dniach żeglugi dotarli do nieznanego lądu, ale wcale nie przypominał on tego, który opisywał Bjarni. Nigdzie nie było widać roślinności, a podnóże wysokiego lodowca pokrywało skalne rumowisko. Leif nadał tej krainie nazwę Helluland – „Ziemia Płaskich Kamieni”.

Tata gorączkowo przyciągnął do siebie mapę, prawie wylewając kakao.

– Gdzie to jest?

Dziadek pokazał palcem.

– Ta wyspa nosi dzisiaj nazwę Ziemi Baffina, po upływie tysiąca lat wciąż jest tak samo niegościnna jak wówczas. Jednak Leif nie zraził się, pożeglował na południe i wreszcie dotarł do lądu opisywanego przez Bjarniego. Łagodne wybrzeże pokrywał biały piasek, a tuż za plażą wznosiła się ściana gęstego lasu. Tę krainę nazwał Markland, czyli „Ziemia Lasu”.

– A dzisiaj to jest… – tata spojrzał wyczekująco na dziadka.

– Sądząc z opisu, chodzi o wschodnie wybrzeże półwyspu Labrador. Leif i jego ludzie zeszli tam na ląd, a to oznacza, że byli pierwszymi Europejczykami, którzy postawili nogę na kontynencie amerykańskim. Naturalnie żaden z nich nie miał o tym zielonego pojęcia!

– Mimo wszystko mogli być z siebie dumni – orzekła mama. – Czy teraz wrócili do domu pochwalić się innym wikingom?

– Ależ skąd! – zaprzeczył dziadek. – Płynęli jeszcze dwa dni i dotarli do wspaniałej krainy, która wydała im się rajem na ziemi. Pełno tam było zielonych łąk, w lasach nie brakowało zwierzyny, a rzeki wprost roiły się od łososi. Idealne miejsce dla przyszłych osadników! Leif Eriksson i jego ludzie postanowili tam przezimować. Zbudowali chaty i zajęli się badaniem nieznanego lądu.

– To rozumiem, tak postępuje prawdziwy odkrywca! – zawołał tata.

– A jak nazwali tę ziemię? – spytałem.

– Pewnego dnia stary przyjaciel Leifa, Niemiec o imieniu Tyrkir, zaginął podczas wyprawy w głąb puszczy. Eriksson natychmiast wyruszył na poszukiwania i ku swej uldze spotkał druha, który był w doskonałym humorze. Okazało się, że znalazł w lesie winogrona! Dlatego nowo odkryty ląd otrzymał nazwę Winlandia, czyli „Kraj Winorośli”.

Teraz wszyscy nachyliliśmy się nad mapą.

– Gdzie oni dopłynęli? – spytała mama.

– Naukowcy wciąż się o to spierają – uśmiechnął się dziadek. – Jedni twierdzą, że chodzi o Nową Fundlandię, bo właśnie tam archeolodzy odnaleźli ślady po osadzie wikingów, ale inni przypominają, że na tej wyspie nie rośnie winorośl, a to oznacza, że Leif i jego drużyna musieli pożeglować znacznie dalej na południe. Jest też teoria, według której Eriksson okazał się nieodrodnym synem swojego ojca… I zmyślił historyjkę o winogronach, żeby zachęcić Grenlandczyków do osiedlenia się w nowym miejscu!

– A to się udało? – spytał podejrzliwie tata. – Bo jakoś nie słyszałem o państwie wikingów w Ameryce, ale po tym, co mówiłeś o Rusi, już niczego nie jestem pewien!

– Do kolonizacji na większą skalę nigdy nie doszło – odparł dziadek. – Co prawda Leif wrócił do domu, a jego śladem ruszyły do Winlandii kolejne wyprawy, ale wszystkie były pechowe. Jego brat Thorvald wdał się w potyczkę z mieszkającymi tam Skraelingami27, został trafiony strzałą i umarł. Był pierwszą bladą twarzą, która poległa w potyczce z Indianami. Kilka lat później dotarł tam Thorfinn Karlsefni i spędził zimę w osadzie zbudowanej przez Leifa. Jego żona Gudridur urodziła wówczas chłopca, któremu nadano imię Snorri. Niestety również ta wyprawa nie mogła poradzić sobie z wojowniczymi Skraelingami, a po trzech latach rozczarowany Thorfinn podjął decyzję o powrocie na Islandię. Tak więc Thorvald Eriksson był pierwszym Europejczykiem, który umarł w Ameryce, a Snorri Thorfinnsson pierwszym, który się tam narodził. Następne europejskie dziecko28 na kontynencie amerykańskim urodziło się dopiero kilkaset lat później… ale to już zupełnie inna historia!


14Dryf – zjawisko znoszenia statku z obranego kursu za sprawą niekorzystnego wiatru.
15Gejzer – gorące źródło, które co pewien czas wyrzuca w powietrze słup wrzącej wody i obłoki pary.
16Banita – człowiek skazany prawomocnym wyrokiem na wygnanie z rodzinnych stron, czyli na banicję.
17Jarl – tytuł nadawany w Skandynawii królewskim wodzom lub zarządcom prowincji.
18Saga – opowieść o legendarnych lub historycznych bohaterach ludów skandynawskich. Początkowo przekazywane ustnie, z czasem spisane przez chrześcijańskich mnichów.
19Tundra – zbiorowisko roślinności bezleśnej, typowe dla klimatu arktycznego.
20Językiem staronordyckim posługiwali się mieszkańcy Skandynawii, zanim wykształciły się języki duński, szwedzki i norweski.
21Lądolód – wielokilometrowa warstwa śniegu i lodu pokrywająca północny i południowy kraniec Ziemi. Lądolód grenlandzki pokrywa 80% powierzchni tej wyspy.
22Pierwsze osady – Osiedle Wschodnie i Osiedle Zachodnie – przetrwały do początków XV wieku, w szczytowym momencie ich rozwoju zamieszkiwało je około pięciu tysięcy potomków wikingów.
23Halsowanie – płynięcie zakosami w stronę, z której wieje wiatr, umożliwia trójkątny żagiel łaciński. Wikingowie potrafili dokonać tej sztuki przy użyciu zwyczajnego żagla prostokątnego.
24Kamień słoneczny (solarsteinn) – najprawdopodobniej szpat islandzki lub skaleń awenturynowy występujący między innymi w Norwegii (w Polsce – w Sudetach, w okolicach Cieplic).
25Szkutnictwo – sztuka budowania statków.
26Rusowie zamieszkiwali krainę zwaną Roslagen, położoną na wybrzeżu Szwecji w okolicach dzisiejszego Sztokholmu. Jednym z nich był wiking o imieniu Ruryk, który objął władzę w Nowogrodzie Wielkim, dając początek Rusi.
27Skraelingowie – prawdopodobnie Indianie z plemienia Beothuk, którzy mieli zwyczaj pokrywania ciała czerwoną glinką, z tego powodu do wszystkich Indian przylgnęła nazwa „Czerwonoskórzy”.
28Martín de Argüelles urodzony w roku 1566 w hiszpańskiej osadzie Saint Augustine na Florydzie.
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?