Jajecznica KolumbaTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Paweł Wakuła
Jajecznica Kolumba
Ilustracje: Mikołaj Kamler

Paweł Wakuła

Jajecznica Kolumba


© by Paweł Wakuła

© by Wydawnictwo Literatura


Okładka i ilustracje: Mikołaj Kamler


Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska


Wydanie I


ISBN 978-83-7672-643-4


Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wakacje

Czasami myślę sobie, że ten, kto wymyślił wakacje, musiał być bardzo mądrym człowiekiem i powinien za ten wynalazek dostać Nagrodę Nobla! Ciekawe, czy ten geniusz był dobrym uczniem.

Na zakończenie roku szkolnego wychowawczyni rozdała nam świadectwa i muszę wam powiedzieć, że moje nie było złe, sporo piątek i czwórek, trójka z wuefu (to dlatego, że często zapominam stroju) i szóstka z historii! Niestety, była też dwója z geografii – i to zupełnie popsuło mi humor.

Wracałem do domu i z góry wiedziałem, co powie tata:

– Kuba! Ja przez ciebie zawału dostanę! Do grobu mnie wpędzisz! W twoim wieku byłem prawdziwym orłem z geografii!

Akurat! W zeszłym roku to samo mówił o historii, a potem okazało się, że dziadek musi nam obu dać korepetycje z tego przedmiotu!

Przystanąłem na moście, oparłem się łokciami o barierkę i westchnąłem ciężko. W dole płynęła mała rzeczka… Niestety zapomniałem, jak się nazywa, wiedziałem tylko, że wpada do jakiejś większej rzeki, Wisły albo Odry, a ta z kolei do morza, chyba… Bałtyckiego?

Przez chwilę kusiło mnie, żeby ze świadectwa zrobić mały stateczek i puścić go z prądem, niech płynie przed siebie, hen, w dalekie strony! Może tam, gdzie dotrze, nie ma szkoły? Ale to by oznaczało, że nie ma tam także wakacji!

Bijąc się z tymi niewesołymi myślami, dotarłem do domu. Byłem pewien, że wszyscy rzucą się zaraz oglądać moje świadectwo… Ale dorośli mieli inne zmartwienie.

Tata blady, z kompresem na głowie, siedział w swoim fotelu, a przed nim na kuchennym stołku leżał wielki biały bałwan. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to noga w gipsie.

– Co się stało?! – spytałem wystraszony.

Mama spojrzała na mnie surowo.

– Tak się kończy rozrzucanie zabawek po całym mieszkaniu! Ojciec przejechał się na deskorolce i złamał nogę!

– To ja wyciągnąłem ją z pawlacza… – szepnął słabym głosem tata. – Szukałem moich wędek… Tak się cieszyłem na wakacyjny wyjazd nad jezioro, a teraz nigdzie nie pojedziemy… Moja wina…

Czułem, że mama ma wielką ochotę powiedzieć tacie, że mu przecież mówiła i że tacy są wszyscy faceci, i że babcia ją uprzedzała, ale chyba w ostatniej chwili stwierdziła, że nie będzie dobijać rannego. Zamiast tego wpadła na szalony pomysł.

– Kochanie, a może wyślemy Kubę na kolonie? Niech przynajmniej on skorzysta z pięknej pogody!

Tego tylko brakowało! Z dwojga złego wolałbym przez całe wakacje siedzieć w domu! Na szczęście uratował mnie dziadek. Zjawił się nie wiadomo skąd i wziął do ręki moje świadectwo. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nie ze zmarszczonymi brwiami, a potem oznajmił:

– Przykro mi, ale Kuba nigdzie nie pojedzie!

– Co takiego? – zdziwiła się mama.

– Kuba nigdzie nie pojedzie – powtórzył dziadek. – Dostał dwóję z geografii, za taką ocenę na świadectwie nie należy mu się nagroda! A poza tym musimy zrobić małe korepetycje…

– Znowu korepetycje? – jęknął tata.

– Sądząc po ocenie z historii, poprzednie całkiem się udały – uśmiechnął się dziadek. – Naturalnie możecie się do nas przyłączyć. Zaczynamy w przyszłym tygodniu!


Rozdział 1
Po drugiej stronie wzgórza – Homo viator


Minęło kilka dni. Dziadek jakoś nie zabierał się do korepetycji i pomyślałem, że zapomniał o swojej obietnicy. Nawet trochę żałowałem, bo zaczynałem się już nudzić, lato było upalne, a w naszym miasteczku poza kinem i zatłoczonym basenem nie ma zbyt wielu atrakcji.

Tata spędzał całe dnie w fotelu, przeglądając na laptopie oferty biur turystycznych. A im dłużej to robił, tym bardziej był zły i ponury.

– Zwariowali z tymi cenami! Za siedem dni w Egipcie dla takiej rodziny jak nasza trzeba zapłacić kilka tysięcy złotych!

Mama tylko wzruszyła ramionami.

– I tak nigdzie nie pojedziemy. Doktor powiedział, że będziesz miał szczęście, jeśli zdejmą ci gips do września.

– Wiem… – odparł markotnie tata. – Pomarzyć nie wolno?

Gdy tak rozmawiali, rozległo się walenie do drzwi.

– Przecież jest dzwonek? – zirytował się tata. – Kuba, zobacz, kogo tam diabli niosą!

Spełniłem jego prośbę, ale nie rozpoznałem stojącego w progu człowieka. Trzymał przed sobą naręcze zasłaniających twarz rulonów, pod jedną pachą dźwigał stos książek, a pod drugą wielką kolorową piłkę. To dlatego nie mógł sięgnąć do dzwonka i kopał w nasze drzwi czubkiem buta.

– Proszę pana, my nic nie kupujemy od przedstawicieli handlowych – powiedziałem grzecznie. – Niech pan spróbuje w drugiej klatce, tam mieszka taka pani, która zawsze daje się nabrać. Ma już cudowny odkurzacz i garnki z kosmicznej stali…

– Ja ci dam przedstawiciela handlowego, ty łobuzie! – zasapał dziadek. – W tej chwili mi pomóż! Weź chociaż mapy!

Naturalnie zaraz mu pomogłem, zabrałem mapy (naręcze rulonów) i globus (wielką piłkę) i krzyknąłem:

– Mamo! Tato! Dziadek obrabował papierniczy!

Rodzice strasznie się zdziwili, a tata mruknął:

– Niech zgadnę, będziesz nas uczył geografii?

– I do tego są potrzebne te wszystkie… – mama zrobiła nieokreślony ruch ręką.

– Materiały źródłowe – odparł spokojnie dziadek. – Internet nie wystarczy, chociaż muszę przyznać, że jest bardzo pomocny. Sam się nauczyłem, a teraz nauczę Kubę… I przy okazji was!

– Ja ci na pewno nigdzie nie ucieknę… – stwierdził z kwaśną miną tata.

– Niech go tatuś nie słucha – uśmiechnęła się mama. – Nie ma dziś humoru, bo sprawdził, ile kosztują wczasy w Egipcie. To od czego zaczniemy?

– Od tego – dziadek rozwinął jedną z map. – Afryka! Kolebka ludzkości! To właśnie tam narodził się homo sapiens, czyli człowiek rozumny, i stamtąd wyruszył w swoją wielką podróż po świecie!

– Wszyscy pochodzimy od Adama i Ewy… – burknął tata, który najwyraźniej uparł się, że zepsuje dziadkowi lekcję. Ale jeśli myślał, że zbije go z tropu, to się mylił.

– O Adamie nauka nic nie wie, ale o Ewie jak najbardziej – odparł dziadek. – Genetycy1 udowodnili jej istnienie. Żyła gdzieś w Afryce mniej więcej dwieście tysięcy lat temu i wszyscy żyjący ludzie są jej potomkami. Naturalnie, nie była wówczas jedyną kobietą na świecie, musiała mieć matkę, a oprócz niej żyły także inne damy2.

– No proszę! – mama spojrzała na tatę z wyższością. – Czyli wszyscy mamy jedną pramatkę, to musiała być fascynująca kobieta!

– Jeśli dobrze zrozumiałem dziadka, to nasz praojciec dał z Afryki dyla – burknął tata. – Nie chcę nic sugerować, ale może on nie mógł z tą Ewą wytrzymać?

– No wiesz! Jak możesz! – oburzyła się mama.

– Jak było, tak było – wtrącił szybko dziadek. – W każdym razie między 160 a 80 tysięcami lat temu nastąpiło pożegnanie z Afryką – wskazał palcem miejsce na mapie. – Potomkowie Ewy przedostali się na Bliski Wschód3, a tu ich droga rozwidlała się. Jedni poszli w prawo, aby przez południową Azję dotrzeć do Australii, a drudzy ruszyli na lewo, do Europy, północnej Azji i dalej do Ameryki Północnej. Rzecz jasna, ta wędrówka trwała tysiące lat i była udziałem wielu pokoleń naszych przodków!

– A do tego odbywała się zupełnie za darmo – westchnął żałośnie tata. – Nikt wówczas nie myślał o tym, ile kosztuje przelot samolotem i łóżko w hotelu, czy lepiej wybrać ofertę last minute, czy też all inclusive, albo jaki jest aktualny kurs wymiany walut…

– Nie zazdrość im – ofuknęła go mama. – Po drodze spotykali jaskiniowe niedźwiedzie i szablozębne tygrysy, a one były bardziej natarczywe niż białe miśki na Krupówkach.

– Dziadku, ale właściwie po co ludzie wyruszyli w tę wędrówkę? – spytałem.

 

Dziadek w zadumie pogłaskał mnie po głowie.

– Hm… Kto to wie? – mruknął wreszcie. – Może szukali lepszych terenów łowieckich? Albo zachęcił ich ocieplający się klimat? A może po prostu byli ciekawi, co znajduje się po drugiej stronie wzgórza? Jedno jest pewne – wyruszyli nieliczni, najdzielniejsi z dzielnych. To było strasznie dawno temu, ale tak już pozostało na zawsze. Od tysięcy lat rodzą się niezwykłe jednostki, którym nie wystarcza ciepło domowego ogniska, to, co zwyczajne i powszednie. Śmiałkowie ciekawi świata i gotowi na największe wyrzeczenia, żeby tę ciekawość zaspokoić. Wyruszają w podróż, bo chcą sprawdzić, co jest za horyzontem, pokonują góry, pustynie i oceany… Ryzykują życiem i czasem je tracą, ale nigdy się nie poddają!

– Pięknie powiedziane – uśmiechnęła się mama.

Dziadek zarumienił się.

– Nie lubię patosu, ale taka jest prawda. O podobnych ludziach filozofowie i poeci mówią homo viator, czyli „człowiek wędrowiec”. Oni wyruszają w podróż, nie tylko żeby poznać świat, ale także samego siebie, żeby zbliżyć się do Boga i zrozumieć sens ludzkiego życia, które jest przecież wędrówką w nieznane, od narodzin aż do śmierci.

Mama otarła łzę, a tata mruknął:

– Śmiejcie się, śmiejcie, dobrze wiem, że ze mnie żaden homo viator… Co najwyżej homo gypsum!

Rozdział 2
Lista zakupów
Hannon i Himilkon


W sobotę rano mama sięgnęła do portmonetki i wyjęła z niej banknot.

– Kuba, skocz do sklepu po dziesięć jaj, masło i chleb… Aha! Weź jeszcze kilogram pomidorów i twaróg… Czekaj, zapiszę ci to wszystko na kartce…

– Oho! – mruknął dziadek. – Zapowiada się niezła wycieczka. Wróć jeszcze w tym roku, bo w brzuchu mi burczy!

Tata zmarszczył brwi.

– Co ojciec ma na myśli?

– Jak już mówiłem, do wyruszenia w drogę wystarczy ciekawość tego, co znajduje się po drugiej stronie wzgórza – odparł dziadek. – Ale znacznie częściej powodem jest długa lista zakupów! Nieprzypadkowo pierwszymi wielkimi podróżnikami byli ci sami ludzie, którzy wymyślili alfabet i pieniądze.

– Fenicjanie! – przypomniała sobie mama.

– Dokładnie. Był to naród wielkich żeglarzy i kupców zamieszkujących wybrzeże dzisiejszych Syrii i Libanu. Ze swoich państw-miast udawali się w dalekie morskie wędrówki, których celem był handel. Wszystkich chętnych zaopatrywali w kość słoniową, wyroby ze szkła, wino, niewolników i tkaniny barwione purpurą. Na te ostatnie mieli monopol, bo tylko oni znali tajemnicę ich wyrobu, specjalny barwnik uzyskiwali z żyjących w Morzu Śródziemnym ślimaków4.

– Można powiedzieć, że specjalizowali się w towarach luksusowych – zauważył tata.

Dziadek skinął głową.

– Już w Biblii jest wzmianka o tym, jak król Salomon namówił władcę fenickiego Tyru, Hirama, do zbudowania portu na wybrzeżu Morza Czerwonego i wysłania wielkiej wyprawy do tajemniczych krain Ofir i Tarszisz. Okręty Hirama przywoziły stamtąd tylko najcenniejsze towary: srebro, złoto, kość słoniową, szlachetne kamienie i drzewo sandałowe…

– Zaraz, zaraz… – tata wodził nosem po mapie. – Trochę jeszcze pamiętam z lekcji geografii… Ale gdzie są Ofir i Tarszisz?

Dziadek wzruszył ramionami.

– Tego nikt nie wie. Jedni badacze wskazują na dzisiejszy Jemen, inni na Somalię, a są i tacy, którzy twierdzą, że okręty Hirama kursowały aż do Indii. W Biblii jest napisane, że co trzy lata dostarczały Salomonowi z Tarszisz małpy i pawie, a jak wiadomo…

– Pawie żyją w Indiach! – dopowiedziała mama.

Tata poprawił swoją zagipsowaną nogę.

– Czy to znaczy, że Fenicjanie wyruszali na kraniec świata tylko z powodu chciwości?

– Na pewno handel był głównym impulsem – przyznał dziadek. – Ale w głębi serca musieli odczuwać ciekawość tego, co znajduje się po drugiej stronie wzgórza. Jak inaczej wytłumaczyć ich największy wyczyn? Około 600 roku p.n.e. egipski faraon Necho II zlecił im ambitne zadanie: opłynięcie Afryki dokoła. Podobno wyruszyli z portu nad Morzem Czerwonym i skierowali się na południe, trzymając się wschodnich wybrzeży Czarnego Lądu. Za dnia żeglowali, w nocy schodzili na brzeg i rozpalali ogniska. Zapewne z trwogą nasłuchiwali wówczas odgłosów dochodzących z ciemności. Czasem dobiegało ich ryczenie lwa albo chichot hieny, kiedy indziej gniewne parskanie lamparta. Spotykali też tubylców i pewnie nie wszyscy byli nastawieni przyjaźnie, niejedna strzała albo oszczep wyleciały w ich kierunku z gęstwiny, ale mimo to nie zawrócili. Mniej więcej w połowie podróży dotarli do charakterystycznej góry, która kształtem przypominała leżącego lwa. Dopiero dwa tysiące lat później ujrzał ją pierwszy Europejczyk, portugalski żeglarz Bartolomeu Dias. Dziś to miejsce nosi nazwę Przylądka Dobrej Nadziei, a jego szczyt to słynna Góra Stołowa.

– Hola! Hola! Nie tak prędko! – oburzyła się mama, widząc, że ja i tata wyrywamy sobie mapę z rąk.

– Dopłynęli na południowy kraniec Afryki! – zawołał z satysfakcją tata. – Zuchy!

Dziadek spojrzał na nas z uśmiechem i mówił dalej:

– W tym miejscu Fenicjanie postanowili zatrzymać się na dłużej, wysiali jęczmień i bób i poczekali na zbiory. Mieli wówczas okazję przyjrzeć się uważnie niezwykłemu zjawisku: oto wędrując na zachód, mieli słońce po swojej prawej stronie! Sto lat później opisujący ich podróż grecki historyk Herodot uzna ten fragment relacji za kłamstwo. Człowiekowi mieszkającemu na półkuli północnej wydawało się to niedorzecznością! Dopiero Portugalczycy, którzy w czasach nowożytnych jako pierwsi przekroczyli równik, mogli potwierdzić ich słowa.

– Dziadku, ale oni nie zostali w Afryce? Popłynęli dalej? – spytałem.

– A jakże! Ruszyli znowu na północ, tym razem wzdłuż zachodniego brzegu kontynentu. Po trwającej trzy lata wędrówce wreszcie minęli Słupy Herkulesa i znaleźli się na Morzu Śródziemnym! To był naprawdę niezwykły wyczyn!

– Słupy Herkulesa? – tata znowu zaczął szeleścić mapą. – Brzmi znajomo… Gdzie to jest?

– W starożytności tę nazwę nosiły skały po obu stronach Cieśniny Gibraltarskiej – dziadek wskazał palcem. – Widzicie? To miejsce, w którym Morze Śródziemne łączy się z Atlantykiem. Fenicjanie byli najprawdopodobniej pierwszymi żeglarzami, którzy odważyli się wypłynąć przez tę cieśninę na otwarty ocean. Z dzisiejszej Hiszpanii sprowadzali srebro, żelazo i ołów, ale żeby zdobyć cynę, musieli wyprawiać się aż na Wyspy Brytyjskie, zwane wówczas Wyspami Cynowymi, a jedyna droga prowadziła właśnie przez Słupy Herkulesa. Ten szlak utrzymywali w wielkiej tajemnicy przed innymi żeglarzami.



– A to sobki! – prychnęła z pogardą mama.

– Takie informacje były niezwykle cenne, a Fenicjanie bardzo nie lubili konkurencji – roześmiał się dziadek. – Podczas swoich wypraw odkryli wiele nowych lądów, jako pierwsi dotarli do Wysp Kanaryjskich, na Maderę, Wyspy Zielonego Przylądka i Azory! Po drodze zakładali swoje kolonie na Sycylii, Korsyce, Malcie i w Afryce Północnej. Najbardziej znana jest Kartagina, która sama stała się wielkim imperium starożytności!

Podekscytowany tata znowu przysunął do siebie mapę.

– Jeśli dotarli na Wyspy Zielonego Przylądka… To do Ameryki mieli już blisko… Hm… Nie, to jednak kawał drogi…

– Ale właśnie tam zaczyna wiać pasat5! – oznajmił triumfalnie dziadek. – Dokładnie ten sam wiatr, który wykorzystał Kolumb podczas swoich podróży.

Mama spojrzała na dziadka ze zdumieniem.

– Nie chce chyba tatuś powiedzieć, że Fenicjanie dopłynęli do Ameryki?

– Grecki geograf Pauzaniasz twierdził, że podczas swoich wypraw dotarli oni do krainy zamieszkanej przez ludzi o czerwonej skórze i włosach podobnych do końskich ogonów. To chyba opis Indian? Z kolei inny starożytny geograf Diodor Sycylijski podaje, że wielka burza zapędziła okręty Kartagińczyków do wybrzeży wyspy poprzecinanej spławnymi rzekami. Rzecz w tym, że na Oceanie Atlantyckim nie ma takich wysp, to musiał być kontynent amerykański – wyjaśnił dziadek. – Ale to jeszcze nic! W XIX wieku odkryto w Brazylii wyrytą na skale Pedra da Gávea inskrypcję6 sporządzoną w języku fenickim! Do dzisiaj wśród naukowców trwa ożywiona dyskusja, czy przypadkiem nie jest to fałszerstwo.

– A co tam jest napisane? – spytałem.

– „Tyryjczyk Fenicjanin Badzir pierworodny Jethbaala” – odparł dziadek. – Są tacy, którzy twierdzą, że ten napis nie jest dziełem rąk ludzkich, lecz powstał przypadkowo w wyniku erozji7 skały… ale to raczej mało prawdopodobne. Trudno też przypuszczać, że ktoś w XIX wieku sporządził go dla żartu, bo wówczas nikt nie znał tego języka.

– Co tu dużo gadać! – zdecydowała mama. – Jakiś Fenicjanin o imieniu Badzir rodem z miasta Tyr rozbił swój statek na wybrzeżu Brazylii i wyrył napis w skale. Mało to ja widziałam takich wandali? Podpisują się, gdzie tylko mogą, na ścianach kamienic, drzewach, ławkach…

– To znaczy, że Badzir jest pierwszym wielkim podróżnikiem znanym z imienia – szepnąłem z podziwem. – A inni?

– Tym, który jako pierwszy dotarł do Wysp Cynowych (pamiętacie, że chodzi o Wyspy Brytyjskie?), był Kartagińczyk, Himilkon. Wyruszył wzdłuż wybrzeży dzisiejszej Francji, Hiszpanii i Portugalii, przedostał się przez Słupy Herkulesa i dopłynął do Bretanii, następnie przepłynął na drugą stronę kanału La Manche i wylądował na Półwyspie Kornwalijskim. To właśnie tam w czasach antycznych znajdowały się największe w Europie kopalnie cyny niezbędnej do produkcji brązu8. Himilkon opisał swoją podróż w relacji, która jednak nie przetrwała do naszych czasów, znamy ją jedynie ze wzmianek późniejszych autorów rzymskich. W swoim dziele nie szczędził opisów morskich potworów, ciemności i mgieł czyhających na kupców, którzy zechcieliby udać się w jego ślady. Wszystko po to, żeby zniechęcić ich do poszukiwania cennych kopalni cyny.

– A to cwaniak! – roześmiał się tata. – Ale trzeba przyznać, że niezły był z niego śmiałek!

– Równie odważny musiał być żyjący mniej więcej w tym samym czasie Hannon. Wybrał jednak inny kierunek żeglugi – mówił dalej dziadek. – Na czele sześćdziesięciu statków wyruszył na południe wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki, zakładając po drodze kartagińskie kolonie. Dotarł do Zatoki Gwinejskiej i wylądował na jej wybrzeżu, gdzieś w okolicy dzisiejszego Kamerunu lub Gabonu. Wrócił do domu jako bogaty człowiek z bardzo cennym ładunkiem kości słoniowej. Przywiózł też ze sobą wiele egzotycznych zwierząt oraz trzy skóry nieznanych dotąd goryli. Może chciał swój ładunek korzystnie sprzedać, a może tylko zaimponować rodakom? W każdym razie legenda mówi, że wkroczył do miasta na rydwanie zaprzężonym w sześć lwów!

Tata uderzył się dłonią w kolano.

 

– To się nazywa reklama!

– Niestety, nie wyszła mu na dobre… – westchnął dziadek. – Kartagińscy kapłani uznali, że człowiek, którego słuchają się dzikie zwierzęta, jest niebezpieczny i skazali go na śmierć! Przywiezione przez niego skóry goryli trafiły do świątyni bogini Tanit. Znajdowały się tam aż do czasów zniszczenia Kartaginy przez Rzymian w roku 146 p.n.e. Trzysta pięćdziesiąt lat po wyprawie Hannona!

– Szkoda, że ten dzielny żeglarz tak smutno skończył – westchnęła mama. – Tyle zrobił dla swoich rodaków, a oni tak okrutnie z nim postąpili…

Tata wzruszył ramionami.

– Po prostu kapłani zazdrościli mu bogactw.

– Mogło tak być – zgodził się dziadek. – Jak widzicie, na podróżników czyhało wiele niebezpieczeństw, nie tylko w czasie wyprawy, ale także po szczęśliwym powrocie do domu. – Odwrócił się do mnie i powiedział: – No to leć wreszcie po te zakupy… Co prawda jaja, masło i twaróg to nie to samo, co złoto, diamenty i kość słoniowa… Ale ja już naprawdę zgłodniałem!


Rozdział 3
Najdalszy świat
Pyteasz z Massalii


Postanowiłem, że sam wybiorę się w podróż. No… powiedzmy, że zrobię wycieczkę nieco dłuższą niż wypad do sklepu po jaja i twarożek.

Zapakowałem do plecaka butelkę wody mineralnej i suchą bułkę i poszedłem nad naszą rzeczkę. Stojąc na moście, zastanawiałem się, jak też ona się nazywa i dokąd płynie. Wcześniej takie pytania jakoś nie przychodziły mi do głowy.

Wreszcie zszedłem z mostu i ruszyłem przed siebie. Uwierzcie mi, warto było! Szedłem piaszczystą skarpą, skrajem gęstego zielonego lasu, a pode mną wiła się niebieska wstęga wody. Dziadek mówił, że jak rzeka robi zakręty, to znaczy, że meandruje. Nawet pokazał mi ilustrację, na której widniał meander, czyli taki fajny zygzak, którym starożytni Grecy ozdabiali swoje świątynie. Aha, na samym początku naprawdę istniała rzeka, która się tak nazywa9!

Gdy wreszcie wieczorem zmęczony, ale szczęśliwy, wróciłem do domu, mama załamała ręce.

– Gdzieś ty był tyle czasu! Nie masz pojęcia, jak się martwiłam! Buty masz całe przemoczone… Proszę bardzo, do tego koszulkę rozdarłeś!

– Od razu widać, że wybrał się w podróż! – dziadek klepnął mnie w plecy. – Brawo! To rozumiem!

Tata markotnie spojrzał na gips na swojej nodze.

– Och, Kuba… Zazdroszczę ci…

Byłem z siebie bardzo dumny, ale mama miała na ten temat swoje zdanie.

– Nie jesteś Fenicjaninem, żeby się błąkać po bezdrożach. W tej chwili przebierz się i siadaj do kolacji. Na pewno jesteś głodny jak wilk!

I wiecie co? Miała rację!

Kiedy już spałaszowałem osiem kanapek z żółtym serem i pomidorem i wypiłem wielki jak wiadro kubek herbaty, tata zagadnął:

– A tak swoją drogą, ci Fenicjanie to chyba nie mieli sobie równych…

– Władali na morzach przez całe stulecia, zazdrośnie strzegąc informacji o odkrytych przez siebie krainach, a zwłaszcza o położeniu Wysp Cynowych – odparł dziadek. – Ale w końcu znaleźli rywali i pogromców w postaci Greków…

– Tych od meandra? – spytałem z pełnymi ustami.

– Tych samych – przyznał dziadek. – Okazało się, że są pojętnymi uczniami, a do tego niezłymi spryciarzami. Jeden z nich, niejaki Pyteasz z Massalii, postanowił wykraść sekret Wysp Cynowych…

– Czekaj, czekaj – tata rzucił się do atlasu. – Gdzie jest ta Massalia?

– To po prostu dzisiejsza Marsylia. Grecy, podobnie jak wcześniej Fenicjanie, zakładali na wybrzeżach Morza Śródziemnego i Morza Czarnego swoje kolonie. Wiele znanych z historii miast powstało jako ich placówki handlowe: Syrakuzy, Kolchida, Tarent, Milet, Trapezunt…

– No i co z tym Pyteaszem z Massalii? – przerwała tę wyliczankę mama.

– To był naprawdę łebski gość, typ naukowca – mruknął dziadek. – Interesowały go pływy morskie10, jako pierwszy ustalił związek przypływów i odpływów z fazami Księżyca. W swojej ojczystej Massalii skonstruował gnomon, czyli zegar słoneczny, dzięki któremu ustalił dokładną szerokość geograficzną miasta.

– Ale jak wystrychnął na dudka Fenicjan?! – zapytałem.

Tata dał mi kuksańca w bok.

– Normalnie, udawał Greka!

Dziadek postukał palcem w mapę.

– Najtrudniejszym zadaniem było sforsowanie Cieśniny Gibraltarskiej, której strzegły fenickie okręty wojenne. Gdyby Pyteasz został schwytany, jak nic zawisnąłby na maszcie albo dostał wiosłem po głowie. Dlatego na drugą stronę Słupów Herkulesa prześlizgnął się pod osłoną nocy, a potem z duszą na ramieniu podążył tą samą trasą co Himilkon. Przez cały czas wypatrywał przy tym smoków, węży morskich i krakenów, o których rozpisywał się jego wielki poprzednik.

– Naprawdę wierzył w te bajki? – zdziwił się tata.

– Fenicjanie byli mistrzami czarnej propagandy, która miała przerazić konkurentów i zniechęcić ich do poszukiwań Wysp Cynowych. Prawdopodobnie to oni wymyślili znanego z Biblii Lewiatana, morskiego potwora, który ział ogniem i pożerał całe okręty. Pyteasz musiał liczyć się z tym, że spotka go na swej drodze… A jednak nie uląkł się!

– Dzielny człowiek! – zawyrokowała mama.

– Już wam mówiłem, że był typem badacza – uśmiechnął się dziadek. – Może w głębi serca miał nadzieję, że naprawdę zobaczy tę bestię? Mógłby wtedy jako pierwszy zmierzyć ją i opisać! Tak czy siak, dotarł wreszcie do Kornwalii, zwiedził tamtejsze kopalnie cyny i obserwował wytop metalu w hutach. Ale najciekawsze jest to, co zrobił następnie – zamiast wrócić z cennymi informacjami do Massalii, udał się w dalszą wędrówkę na nieznane wody! Tym właśnie różnił się od Kartagińczyków, celem jego podróży było nie tylko poznanie ich handlowych tajemnic, ale także naukowa ciekawość.

– Homo viator – podpowiedziała mama.

– Prawdopodobnie typowy okaz – zgodził się dziadek. – Skierował swój statek na północ i opłynął Wielką Brytanię od zachodu, rozwiewając wątpliwości, czy jest ona wyspą, czy też fragmentem wielkiego kontynentu. Dokonał też obliczeń matematycznych, wyliczając jej powierzchnię i długość oraz ustalając trójkątny kształt. Aż do tej pory postępował w sposób typowy dla ówczesnych podróżników, którzy żeglowali wyłącznie wzdłuż wybrzeży. Pamiętajcie, że nawet jeśli Fenicjanie dotarli do Ameryki, to nie zrobili tego celowo, po prostu ich statki porwała burza. Tymczasem Pyteasz zdecydował się na rzecz niebywałą – po zbadaniu Wysp Brytyjskich ruszył w nieznane, na pełen ocean!

Mama z przejęcia aż przygryzła paznokcie.

– To musiało być takie wyzwanie jak dla współczesnych astronautów lot na Marsa!

– Okręt Pyteasza żeglował na północ przez sześć dni i sześć nocy. Gdy minął Wyspy Owcze, rozpostarł się przed nim bezmiar wód, po których nie pływał dotąd żaden człowiek. Wreszcie dotarł do stałego lądu, który nazwał po prostu Thule, czyli „świat”. Była to przedziwna kraina, w której latem trwa nieustannie dzień, za to zimą przez sześć miesięcy ciągnie się noc, po morzu pływają kawałki lodu i nie ma już różnicy między lądem, powietrzem i wodą.

– Matko jedyna! Gdzie on dopłynął?! – złapał się za głowę tata.

– Wszystko wskazuje na to, że była to Islandia – odparł dziadek. – Wielki norweski podróżnik i badacz Arktyki Fridtjof Nansen nie miał wątpliwości, że Pyteasz opisał zjawisko tak zwanej kaszy lodowej, typowe dla dalekiej północy.

Tata rozwinął kolejną mapę i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią.

– Fiu! Fiu! No to daleko chłopaka zaniosło… – powiedział w końcu z uznaniem. – Fenicjanie mogliby mu buty sznurować!

– Odkryta przez dzielnego Greka wyspa stała się na wieki symbolem lądu będącego krańcem znanego świata, dlatego z czasem zaczęto nazywać ją Ultima Thule11 – ciągnął dziadek. – Ale dla Pyteasza to jeszcze nie był koniec podróży. Skierował swój statek na południe, lecz bynajmniej nie pożeglował do domu. Wpłynął przez Cieśniny Duńskie na Bałtyk i zbadał jego południowe wybrzeże. Być może tym razem oprócz ciekawości miał nadzieję na zrobienie dobrego interesu. Od niepamiętnych czasów z północy na południe Europy (albo odwrotnie) ciągnął się szlak handlowy, zwany bursztynowym. W jedną stronę wysyłano narzędzia z brązu, srebrne monety i ceramikę, w drugą, jak sama nazwa wskazuje, wyrzucany na bałtyckie plaże drogocenny bursztyn.

– I nic się nie zmieniło – zauważył tata. – Wystarczy w sezonie pojechać do Sopotu albo Jastarni. Od oglądania tych wszystkich naszyjników, wisiorków i bransoletek wystawionych na sprzedaż można dostać zawrotu głowy!

– Ja tam lubię bursztyn… – mama mimo woli dotknęła swojego kolczyka.

– Także w starożytności jantar, zwany przez Greków elektronem albo łzami morza, był niezwykle cenny. Kupcy wyprawiali się w daleką i pełną niebezpieczeństw drogę, aby go pozyskać. Pyteasz sporządził pierwszą znaną relację na temat jego powstawania. Niestety jego dzieło O oceanie12 nie zachowało się do naszych czasów, ale było cytowane przez późniejszych autorów, na przykład Pliniusza Starszego. – Dziadek wyciągnął jakąś książkę, otworzył ją w miejscu oznaczonym zakładką i zaczął czytać: – „Jest on (bursztyn) wymiotem skrzepłego morza, a mieszkańcy używają go zamiast drzewa na opał lub sprzedają sąsiednim Teutonom13. (…) Powstaje zaś w ten sposób, że kapie z drzew świerkowych (…), zagęszcza się na skutek zimna lub z upływem czasu albo na skutek oddziaływania wody morskiej, gdy wzbierająca na wiosnę fala spłukuje go z wysp; zostaje wyrzucony na brzeg i jest tak lekki, że pływa na fali…”.

– Całkiem precyzyjny opis – zauważył tata.

– A teraz najlepsze! Wielu historyków jest zdania, że swoje obserwacje Pyteasz poczynił w ujściu Wisły! – oznajmił triumfalnie dziadek.

Wszystkich nas zamurowało.

– Mam nadzieję, że nasi przodkowie przywitali go chlebem i solą! – powiedziała z godnością mama.

Tata z powątpiewaniem pokręcił głową.

– Ba! Jeśli wylądował w Krynicy Morskiej w lipcu albo sierpniu, to zobaczył dziki tłum na plaży, pełno grajdołów i parawanów, smażalnie ryb, szaszłyki i stragany z tandetnymi pamiątkami. Ja na jego miejscu natychmiast odwróciłbym się na pięcie i uciekł!

Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.

– Och, w tamtych czasach nie było tak źle, w przeciwnym wypadku Pyteasz na pewno by się poskarżył w swoim dziele! Zamiast tego pozostawił nam pierwszą w dziejach wzmiankę na temat największej polskiej rzeki. – Dziadek spojrzał na mnie. – A ty, Kuba, wiesz już, jak nazywa się rzeczka, którą dzisiaj zbadałeś?

– Jasne! – odparłem. – Sprawdziłem w atlasie! To Srebrna, dopływ Mieni! Mienia wpada do Świdra, Świder do Wisły, a Wisła do Morza Bałtyckiego!

1Genetyka – nauka o dziedziczności i zmienności organizmów żywych.
2Ewa jest ostatnim wspólnym przodkiem współczesnego człowieka w linii żeńskiej.
3Bliski Wschód – rejon geograficzny na styku Afryki, Europy i Azji.
4Ślimaki z gatunku purpura haemastoma były wykorzystywane do tego celu przez całą starożytność.
5Pasat – stały wiatr wiejący w strefie międzyzwrotnikowej, wykorzystywany przez żeglarzy pokonujących w obu kierunkach Atlantyk.
6Inskrypcja – napis wyryty w twardym materiale.
7Erozja – proces niszczenia powierzchni przez czynniki naturalne – słońce, wiatr i wodę.
8Brąz – stop miedzi i cyny, w czasach tak zwanej epoki brązu 3400-700 p.n.e. wytwarzano z niego broń, pancerze i narzędzia.
9Meander wpada do Morza Egejskiego w pobliżu ruin Miletu – starożytnej kolonii greckiej na wybrzeżu Azji Mniejszej.
10Pływy morskie – zjawisko cyklicznego podnoszenia się i opadania wody w oceanie spowodowane siłami grawitacyjnymi Księżyca i Słońca.
11Ultima (łac.) – najdalszy, Thule (gr.) – świat.
12O oceanie (łac.) – Perí Okeanu.
13Teutoni – germański lub celtycki lud w czasach Pyteasza zamieszkujący tereny położone nad Łabą.