Co w trawie piszczyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Brombula

Maurycy i Ogryzek siedzieli na pomoście i raz po raz trącali stopami księżyc.

To trudna sztuczka, ale Maurycemu i Ogryzkowi przychodziła z łatwością, bo księżyc odbijał się w rzece.

– Dzisiejszej nocy będą spadać gwiazdy – oznajmił uroczyście Maurycy.

Nie musiał tego mówić. W mroku wokół nich jak lampki na choince zapalały się, jedno po drugim, ogniska. Przy każdym siedziało kilka stworzonek zamieszkujących dolinę – wszystkie cierpliwie czekały na rój meteorów, który co roku o tej porze kreślił świetliste smugi na czerwcowym niebie.

Jeśli się jest małym leśnym stworzonkiem, to jest rzeczą niezwykle ważną, żeby w pierwszej połowie czerwca nie zapomnieć o wypatrywaniu spadających gwiazd. W przeciwnym razie można stracić jedyną okazję do wypowiedzenia WIELKIEGO DOROCZNEGO ŻYCZENIA.

Mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy świetnie o tym wiedzieli. Ciszę nocy rozrywał tupot lekkich stóp, wesoły śmiech i radosne piski. Na specjalnym podeście udekorowanym jarzębiną orkiestra ropuchów grała wesołe melodie. Rozrechotane żabony popijały przy ogniskach miód i cydr z dzikich jabłek. Chochliki skakały do wody z trampoliny, małe leśne licha wyskakiwały na siebie zza krzaków, a rusałki tańczyły gonionego w świetle księżyca.

– Czego zażyczysz sobie w tym roku? – spytał przyjaciela Maurycy.

– Wieeeeeeelkiej góry frytek oblanej keczupem – odparł bardzo z siebie zadowolony szczurek. – Ma być większa ode mnie i żebym z nikim nie musiał się nią dzielić.

Właściwie Maurycy mógł nie pytać, odkąd sięgał pamięcią Ogryzek zawsze miał takie samo życzenie.

– A ty?

Skrzat zmarszczył brwi.

– Chciałbym dostać nowe buty… albo prawdziwą maszynę do robienia błyskawic.

– Tak? A co to takiego?

– To taka… maszyna do robienia błyskawic.

Maurycy pożałował, że zdradził Ogryzkowi swoje życzenie. O maszynie opowiedział mu niedawno pewien żabon. Mówił, że taką maszynę ma jego ciotka mieszkająca w dole rzeki i że widok takiej maszyny w działaniu jest wręcz elektryzujący.


Tymczasem zrobiło się naprawdę ciemno. Gdzieś obok przebiegł duszek wodny, słychać było posapywanie jeża i wesołe pohukiwania dochodzące od strony wielkiego ogniska żabonów.

Nie potrafią usiedzieć w spokoju, nie wiedzą, co to jest uroczysty nastrój – pomyślał Maurycy. – Wszystkie żabony są takie same.

Po granatowoczarnej zasłonie nieba przemknęła pierwsza spadająca gwiazda.

– Jest! – wrzasnął Ogryzek, a Maurycy pomyślał: – To nie moja, jeszcze nie ta.

Świetliste iskierki jedna po drugiej kreśliły łuki na niebie i spadały do rzeki, a wszystkie małe stworzonka wydawały okrzyki i wzdychały z przejęcia.

Gdzieś z boku dobiegły Maurycego podniecone piski.

– Żeby mi ogonek odrósł!

– Żebym był większy!

– Żeby ciotka Petunia znalazła wreszcie męża!

– Chcę wielką górę ogromniastych frytek! – darł się podniecony Ogryzek.

Maurycy tylko prychnął z pogardą.

Nagle na niebie pojawiła się gwiazda inna niż wszystkie. Była większa, świeciła mocniejszym blaskiem i spadała wolno, wolniutko, jakby ktoś opuszczał ją delikatnie na niewidzialnym spadochronie.

Ta jest moja – pomyślał Maurycy. – Tylko moja!

– Chciałbym mieć… – Zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie maszynę do wywoływania błyskawic. Ale na próżno – nie umiał.

Jak właściwie wygląda taka maszyna? – myślał gorączkowo. – Jak mam życzyć sobie czegoś, czego nigdy nie widziałem na oczy?!

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie poprosić jednak o nowe buty (w starych, które zakładał wczesną wiosną i późną jesienią odpadała już podeszwa), ale bał się, że gdy otworzy oczy, gwiazdy już nie będzie, więc szybciutko wyszeptał:

– Żeby wydarzyło się coś niezwykłego, żeby to lato było inne niż wszystkie…

Kiedy otworzył oczy, gwiazda wciąż była na niebie, właśnie zrobiła podwójną pętlę i opadała tuż nad jego głową.

– To niesłychane! – oburzył się zanurzony po dziurki w nosie starszy bagiennik. – Spadające gwiazdy nie powinny tak postępować, za moich młodych czasów nigdy by się to nie wydarzyło!

Zauroczony Maurycy nie słuchał go.

– Prędko! Ona spadnie gdzieś w okolicy naszego domu! – krzyknął i pociągnął Ogryzka za rękę.

Biegli przez nadrzeczne zarośla, a wierzbowe witki chłostały ich po głowach.

– Dokąd mnie wleczesz?! – opierał się Ogryzek. – Przez ciebie nie dopowiedziałem swojego życzenia do końca! Teraz dostanę swoją górę frytek bez keczupu!

Maurycy nie tracił czasu na wyjaśnienia. Przebiegli jak burza przez kładkę na strumieniu, minęli norę Borsuka Teofila i wypadli na polanę, gdy gwiazda spokojnie osiadła na fasolowej grządce za ich domem.

– Fasola! – jęknął Ogryzek. – Tyle podlewania na nic!

– Cicho! Ty przecież nie podlewałeś! – ofuknął go Maurycy.

Stali na brzegu polany i patrzyli na niecodzienny widok. Gwiazda była wielka jak dojrzała purchawka, miała podłużny, wrzecionowaty kształt, buczała jak gniazdo os i błyskała okrągłymi światełkami.

– Co to jest? – spytał niewyraźnie Ogryzek.

– Nie mam pojęcia, ale raczej nie gwiazda, moim zdaniem gwiazdy są bardziej gwiaździste – pokręcił głową Maurycy.

Nagle tajemniczy obiekt przestał buczeć, a wszystkie światła zgasły jak na komendę. Ogryzek przewidująco schował się za Maurycego i mocniej ścisnął go za rękę.

Z cichym szelestem otworzyły się ukryte dotąd drzwiczki. Stał w nich mały zielony ludzik i przyjaźnie machał łapką do Maurycego i Ogryzka.

– Żabon? – niepewnie wymruczał Ogryzek.

– Pi! Pi! Pi! Piiiiiiiiiii! – zapiszczał w odpowiedzi zielony ludzik i zaczął wymachiwać w powietrzu trójpalczastymi łapkami.

– Nie, to nie żabon – kategorycznie stwierdził Maurycy. – One nie piszczą, tylko rechoczą. To musi być coś innego.

– Utopiec? Dydek? Płanetnik? – zgadywał dalej Ogryzek. – Spadł z nieba, więc na pewno płanetnik.

– Taki zielony? – skrzywił się Maurycy. – Widziałeś kiedyś AŻ TAK zielonego płanetnika?

– Może zrobiło mu się niedobrze – nie poddawał się Ogryzek. – Mnie by na pewno zemdliło, gdybym latał po niebie w takim błyszczącym ogórku!

Kłóciliby się dalej, ale zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką.

– Witam was, ziemianie! – odezwał się metaliczny głos z aparaciku. – Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

– Co on gada? Jaka grzymutla? – dziwił się Ogryzek, ale Maurycy położył tylko palec na ustach.

– Ciii! Nie przerywaj, to obcokrajowiec!

Tymczasem zielony ludzik (a właściwie jego aparacik) mówił dalej:

– Nazywam się XPR 368/67@DF CYZ 297 – dla przyjaciół 297. Pochodzę z planety Pyrrra i właśnie skończyło mi się paliwo. Czy mogę dostać trochę brombuli? – Smutno potrząsnął pustym kanistrem trzymanym w łapce.

– Cwaniak! – mruknął Ogryzek. – Chce dostać zupy na wynos.

– Nic nie rozumiesz – ofuknął go Maurycy. – Ten mały to przybysz z innej planety. Prawdziwy Ufoludek! Jesteśmy pierwszymi stworzeniami w naszej dolinie, które nawiązały kontakt z obcą cywilizacją!

– O przepraszam! Ja nie nawiązywałem z nim żadnego kontaktu. Mamusia mówiła, żebym nigdy, ale to przenigdy nie rozmawiał z obcymi – obruszył się Ogryzek. – Przyznaj się, to ty miałeś jakieś głupie życzenie, on tu jest z twojego powodu! – I oskarżycielsko dźgnął Maurycego palcem w bok.

– To jak, możecie mi jakoś pomóc? – spytał żałośnie Ufoludek.

Maurycy strzepnął z ramienia łapkę Ogryzka, odchrząknął, wystąpił krok do przodu i wzruszony przemówił:

– Drogi gościu, jesteśmy tylko mieszkańcami małej, zapomnianej przez wielki świat doliny, nie mamy brombuli i nie wiemy, co to grzymutla, o purdleniu nie wspominając, ale serdecznie zapraszamy w nasze progi. Nikt nie powie, że odmówiliśmy pomocy w potrzebie przybyszowi z gwiazd!

– Mów za siebie – mruknął pod nosem Ogryzek, a Maurycy kontynuował.

– Na pewno jesteś zmęczony po podróży. Zapraszamy na nocleg do naszego domu.

– Dziękuję wam przeserdecznie dobrzy ziemianie – wybrzęczał aparacik, a zielony ludzik znowu schował się we wnętrzu swojego pojazdu.

– W moim łóżku to on spać nie będzie – oznajmił ponuro Ogryzek. – Może mieć pchły!

Maurycy westchnął.

– Zrozum, musimy mu okazać ziemiańską gościnność. Na pewno znajdzie się jakiś sposób, żeby mu pomóc.

Przerwali, bo w drzwiach latającego spodka znowu pojawił się Ufoludek. Miał na sobie piżamę w pomarańczowe pasy, a w ręku saszetkę z przyborami toaletowymi.

– Idziemy? – spytał.

– Idziemy – odparł Maurycy, a Ogryzek dodał cicho, ale tak, żeby wszyscy go słyszeli:

 

– Mam nadzieję, że to tylko na jedną noc.

* * *

Zapowiadał się cudowny letni dzień, słonko przyjemnie świeciło, a na lazurowej łące nieba pasły się tłuste białe obłoczki.

Ufoludek od samego rana szorował swój kosmolot. Przytargał z rzeki pełen cebrzyk wody, wyciągnął ze środka pojazdu wielką gąbkę i pracowicie pucował blaszaną karoserię, wesoło pogwizdując pod nosem.

Wrażenie było niesamowite, bo zawieszony na szyi aparacik z trąbką na bieżąco tłumaczył ufoludzkie gwizdanie na ziemskie.

Ogryzek, rozparty w swoim leżaku, obserwował gościa spod oka, nawet przez myśl mu nie przeszło, aby mu pomóc.

– Jakże się pan dziś czuje? – spytał uprzejmie Maurycy, który szykował śniadanie na świeżym powietrzu. – Czy aby dobrze się panu spało?

Ufoludek odwrócił się do niego, wyszczerzył zęby i nie przerywając pracy odparł:

– Przewygodnie!

Ogryzek tylko parsknął z pogardą.


– Czy coś się panu śniło na nowym miejscu? – Maurycy próbował zatrzeć fatalne wrażenie, jakie na gościu mogło wywrzeć zachowanie Ogryzka.

– Brombula! – odparł Ufoludek. – Pełen bak brombuli.

– Ach tak, z pewnością coś na to poradzimy. Pozwoli pan, że po śniadaniu przedstawię pana naszemu znajomemu. Borsuk to niezwykle mądre zwierzę, na pewno znajdzie jakiś sposób, aby zaopatrzyć pański pojazd w odpowiednie paliwo.

Na śniadanie były bułeczki (Maurycy sam upiekł je w chlebowym piecu), świeży twaróg od bożej krówki, do wyboru dżem z jeżyn albo miód (Ogryzek jak zwykle smarował bułkę jednym i drugim i przykrywał warstwą musu z jabłek), do tego pieczona fasola, makowiec i dwa rodzaje soku – Maurycy specjalnie przygotował tak wystawne śniadanie, żeby pokazać przybyszowi z gwiazd, jak wygląda ziemiańska gościnność.

Póki co najbardziej korzystał na tym Ogryzek, który opychał się niemiłosiernie, jakby bał się, że za chwilę dla niego zabraknie.

– Zachowuj się! – syknął Maurycy. – Co sobie Obcy pomyśli!

Ale Ogryzek odparł tylko z pełną paszczą:

– A niech sobie myśli, co chce. Ja jestem u siebie! – I beknął na potwierdzenie swoich słów.

Maurycy przewrócił ze wstydu oczami i już miał przeprosić gościa z gwiazd za zachowanie przyjaciela, gdy Ufoludek nabrał powietrza w policzki, pozieleniał jeszcze bardziej na twarzy (o ile to możliwe) i również donośnie beknął.

Zrobił to rzecz jasna po ufoludzku, ale usłużny aparacik z trąbką natychmiast przetłumaczył wszystko na ziemiański. Trzeba przyznać, że było to bardzo donośne i soczyste beknięcie, wzmocnione podczas tłumaczenia przez metaliczny głos aparaciku z trąbką.

– No, no – powiedział z uznaniem Ogryzek – jeszcze będą z niego ludzie!

Ufoludek zakrył z zakłopotaniem buzię, a potem wskazał na pieczoną fasolę i powiedział: – Przewyborne! – dając do zrozumienia, czemu zawdzięczają tak nieoczekiwane zachowanie.

– Cieszę się, że panu smakowało! – odparł Maurycy. – Fasola rzeczywiście bardzo się w tym roku udała, można rzec, że zapewnia sporo energii… jeśli wie pan, o czym mówię.

Gość poniuchał swoim lejkowatym nosem pieczoną fasolę i zapytał z nadzieją:

– Brombula?

– Obawiam się, że nie – stwierdził Maurycy. – Co prawda obecny tu Ogryzek – tu wskazał ręką na przyjaciela – potrafi po spożyciu fasoli ogrzać niewielkie pomieszczenie w zimową noc, ale nie sądzę, żeby fasola nadawała się na paliwo do statku kosmicznego.

Ufoludek posmutniał, ale Ogryzek, który wyraźnie nabrał do niego sympatii po ostatnim wyczynie, rzekł:

– Wyluzuj, koleś, pójdziemy do borsuka, on na pewno da ci tę całą brombulę, choćby miał ją wykopać spod ziemi, a wierz mi – mało kto umie tak kopać jak on!

Tak też zrobili. Ogryzek, który miał akurat dyżur, raz- -dwa pozmywał naczynia (wylizał do czysta, gdy nikt nie patrzył), i całą trójką wybrali się z wizytą do sąsiada.

Borsuk Teofil był w okolicy niezwykle szanowanym autorytetem. Z natury miał filozoficzne usposobienie i chętnie służył radą wszystkim leśnym stworzeniom.

Zastali go podczas powiększania nory. Teofil miał już siedemnaście komnat w swojej podziemnej sadybie, ale uważał, że osiemnasta nie zaszkodzi. Poza tym przy kopaniu dobrze mu się myślało, a jak się już rzekło – z powołania był myślicielem.

– Czego? – spytał niechętnie, mrużąc oczy, bo nie lubił, gdy ktoś go wyrywał z filozoficznej zadumy.

– Jest problem – krótko zagaił Maurycy. – Mamy gościa z gwiazd, skończyło mu się paliwo. Wymyślisz coś?

Borsuk wytrzepał ziemię z ucha.

– Kosmita, co? Jeden z tych, co to przylatują nie wiadomo skąd i robią kręgi zbożowe. Ot co!

Ufoludek znowu pozieleniał ze wstydu.

– No wie pan, to takie niewinne hobby…

– Hobby powiadasz? – Borsuk zmierzył gościa surowym spojrzeniem. – A ja mówię – szkodnictwo! Ot co!

– Pomożesz? – poprosił Maurycy.

– Pomogę. Moja rada: idźcie na skraj lasu, tam, gdzie ludzie robią sobie pikniki. W lesie nie znajdziecie paliwa, ale po ludziach można się wszystkiego spodziewać. Zostawiają najróżniejsze rzeczy – może będziecie mieli szczęście i znajdziecie zapalniczkę na gaz. Wiecie, co to jest zapalniczka? Mniejsza z tym, jeśli gdzieś jest paliwo do statku kosmicznego, to na pewno tam.

– Przeserdecznie dziękuję! – skłonił się w pas Ufoludek. – Te kręgi, to ja…

– Dobra, dobra – przerwał mu łaskawie borsuk – nie bądźmy małostkowi. Życzę udanego powrotu i żegnam. – Odwrócił się tyłem i zaczął pogłębiać swoją norę. Nie było to uprzejme z jego strony, ale prawdziwym mędrcom wybacza się nie takie rzeczy.

– Hurra! Idziemy na wyżerkę! Może znajdziemy nawet frytkę, albo dwie?! – wrzasnął zachwycony Ogryzek, który był wielkim zwolennikiem ludzkich pikników, a zwłaszcza tego, co po nich pozostaje na skraju lasu.

– Nie na wyżerkę, tylko na poszukiwanie brombuli, albo czegoś, co będzie w stanie ją zastąpić – upomniał go surowo Maurycy.

Ale równie dobrze mógłby mówić do ściany. Gdy tylko dotarli na skraj lasu, Ogryzek natychmiast jak szalony zaczął buszować po pozostawionym przez ludzi śmietniku. Wściubiał nos w puste papierowe torby, wylizywał papierki po cukierkach, wkładał na głowę kapsle od piwa, i próbował ugryźć korek od szampana. Uspokoił się dopiero, gdy poślizgnął się na skórce od banana i rymnął jak długi, boleśnie tłukąc pośladki.

– A widzisz? – zaśmiał się Maurycy. – Masz za swoje!

Skrzywiony Ogryzek pozbierał się z trawy.

– To był wypadek przy pracy, przecież mamy szukać tej całej brombuli!

– Ale nie tak, zróbmy to metodycznie. Zacznijmy tutaj… – Maurycy wskazał ręką pozostawioną na skraju lasu kupkę śmieci. – I przesuwajmy się – o tam!

– Zaczynamy w tym miejscu? – upewnił się Ogryzek i, nie czekając na zgodę Maurycego, zaczął się wspinać na papierową torbę. Kiedy dotarł na szczyt i zajrzał do środka, na chwilę zaniemówił (po raz pierwszy w życiu), a potem słabym ze wzruszenia głosem wyjąkał:

– Ma… Ma… Maurycy, kochany, w środku jest cała góra frytek! W dodatku wszystkie polane keczupem! Spełniło się moje WIELKIE DOROCZNE ŻYCZENIE!

– No to mamy go z głowy – mruknął Maurycy.

– Brombula?! – spytał z nadzieją Ufoludek.

– Nie, zwykłe frytki – westchnął Maurycy. – Ale teraz będzie żarł trzy dni, aż rozboli go brzuch. To silniejsze od niego.

– Co robimy? – posmutniał Ufoludek.

– Szukamy dalej sami, z mojego przyjaciela nie będziemy już mieć pożytku.

Minęli wielką torbę frytek, z której dochodziły rozkoszne odgłosy mlaskania i ciamkania, i zaczęli przeszukiwać pozostawioną przez ludzi górę śmieci.


Znaleźli kluczyki od samochodu, grzebień, kilka pustych puszek po piwie, notes, połówkę jabłka i portfel (w środku było zdjęcie bardzo ładnej pani, sto złotych i niezapłacony mandat za zbyt szybką jazdę). Za każdym razem Ufoludek kręcił przecząco głową – żadna z tych rzeczy nie była brombulą.

– To na nic – zdenerwował się Maurycy. – Jak mam znaleźć coś, czego nigdy nie widziałem i nie wiem jak wygląda? To tak jak z maszyną do wywoływania błyskawic – nie wiedziałem jak wygląda, więc nie mogłem jej sobie wyobrazić i dlatego nigdy jej nie dostanę!

Po policzku Ufoludka spłynęła wielka łza.

– Hej, chłopaki! – przerwał im zachwycony głos Ogryzka. – Dajcie sobie już spokój z tym szukaniem i przyłączcie się do mnie! Tu jest nie tylko wyżerka, jest też popitka!

Niechętnie spojrzeli w jego kierunku. Zadowolony z siebie Ogryzek siedział do połowy zanurzony w torbie i umaczaną w keczupie frytką wymachiwał w kierunku smukłej butelki coli.

– BROMBULA! – krzyknął Ufoludek, a w jego oczach zaszkliły się łzy – tym razem łzy szczęścia.

* * *

Nadeszła noc.

– Odwiedź nas jeszcze kiedyś, równy z ciebie chłop! – stwierdził uprzejmie Ogryzek

– Zawsze będziesz mile widziany – dodał Maurycy.

– Przechętnie! – odparł Ufoludek.

Był już spakowany i gotowy do odlotu, na chwilę zanurkował jeszcze we wnętrzu swojego pojazdu. Kiedy wyszedł, miał w ręku opalizującą kulę z niebieskawego szkła.

– Co to jest? – Maurycy czuł, że to coś ważnego.

– Twoje życzenie! – Ufoludek wręczył Maurycemu kulę, we wnętrzu której pojawiały się i znikały złote wężyki błyskawic.

Wzruszenie ścisnęło Maurycego za gardło i wciąż trzymało, nawet wtedy, gdy kosmolot wzbił się wysoko ponad sosny. I później, gdy stał się małą, błyszczącą gwiazdą na czerwcowym niebie.



Sprawa skrytego miodożercy

Był cudowny letni dzień, słonko grzało ze wszystkich sił, a na modrym niebie na próżno było szukać choćby jednej maleńkiej chmurki. Maurycy i Ogryzek właśnie skończyli śniadanie i delektowali się pogodą, gdy na ich stół padł olbrzymi cień.

– Ciemność, widzę ciemność! – krzyknął Ogryzek i dramatycznie zamachał łapkami.

– Moim zdaniem to tylko nieoczekiwana zmiana pogody – odparł leniwie Maurycy. – Wiesz, to jedna z tych burzowych chmur.

Cień zadrżał z urazy.

– Ba… ba… bardzo śmieszne – wyjąkał. – Po… po… po prostu konam ze śmiechu.

Widać było, że Wielki Leon, niedźwiedź brutalny, nie jest w nastroju do żartów. Mrużył zapuchnięte z niewyspania ślepia i podejrzliwie zerkał na nakryty do śniadania stół.

– Je… je… jedliście już dzisiaj coś? Mo… mo… może miodek?

Maurycy przecząco pokręcił głową.

– Bez urazy, stary, ale nie mamy miodu, a nawet gdybyśmy mieli, to ciebie byśmy nie poczęstowali. Przecież jakbyś raz kłapnął paszczą, to byłoby po naszych rocznych zapasach.

– Właśnie! I zabierz ten zapchlony łeb, bo zasłaniasz nam słońce! – dodał bezczelnie Ogryzek.

Po chwili obaj z Maurycym leżeli z nosami w wilgotnej od rosy trawie i zasłaniali uszy.

Wielki Leon zaryczał, a gdy niedźwiedź brutalny ryczy, to wszyscy w lesie padają plackiem na ziemię. Rzecz w tym, że gdy ryczy, to wcale się nie jąka.

– O rany, przez ciebie ogłuchłem na jedno ucho… Nie znasz się na żartach, czy co? – piszczał Ogryzek.

Niedźwiedź przecząco pokręcił łbem.

– Nie mam ochoty na żarty. Ktoś okrada moją barć i to wcale nie jest zabawne!

– Ale żeby się zaraz tak strasznie wydzierać? W dodatku mnie oplułeś! Stary, zainwestuj w te… no… tic-taki, bo strasznie jedzie ci z paszczy!

Ogryzkowi nie udało się już więcej zabłysnąć żadnym zasłyszanym powiedzonkiem, bo Maurycy zatkał mu ręką pyszczek. W przeciwieństwie do przyjaciela wiedział, ile dla niedźwiedzia znaczy jego miód i że nie warto żartować na ten temat. Zamiast tego zapytał:

– Leonie, ktoś okrada twoją barć? To straszne! Trzeba koniecznie złapać złodzieja!

– Właśnie, dla… dla… dlatego przychodzę do was – mruknął Leon i jeszcze raz podejrzliwie omiótł wzrokiem nakryty do śniadania stół.

 

– To nie my! – wrzasnął Ogryzek.

Ale Leon tylko pokręcił pogardliwie głową.

– Ja… ja… jakbym myślał, że to wasza sprawka, to już byłyby z was dwa zimne sza… sza… szaszłyki. Szukam sprawcy włamania i oczekuję od was pomocy. NATYCHMIAST – dodał z naciskiem.

– Ależ oczywiście, pomożemy ci… jak to między kumplami… i w ogóle… Ale dlaczego my? – zdziwił się Maurycy.

– Słyszałem od borsuka, że udało się wam rozwiązać zagadkę kręgów zbożowych i odesłaliście do domu tego małego zielonego, co to je wydeptywał. Znaczy, jesteście w tym dobrzy. A poza tym jest mały pro… pro… problem.


– Zamieniamy się w słuch – zapewnił go Maurycy.

– Otóż ja jestem stworzenie dzienne, nie włóczę się po ciemku jak jakaś sowa, czy inny nietoperz. Już trzecią noc zasadzam się na drania i trzecią noc zasypiam w zasadzce. Budzę się rano, patrzę – a tu ktoś żarł mój miód! – W tym momencie Wielki Leon znowu się zdenerwował i zaczął jąkać. – Po… po… potrzebna mi pomoc takich sprytnych ga… ga… gagatków jak wy. To jak? Po… po… pomożecie?

– Pomożemy! – obiecali Maurycy i Ogryzek. Mieli inne wyjście?

* * *

Niedźwiedziowi się nie odmawia, zwłaszcza niedźwiedziowi brutalnemu (no, chyba że jeden raz, i przedtem trzeba sobie zamówić nagrobek), więc już w chwilę później Maurycy i Ogryzek byli pod barcią, w której pszczoły pracowicie przetwarzały nektar na miód, będący własnością Wielkiego Leona. Pszczoły były co prawda zdania, że Leon nie ma najmniejszych praw do ich miodu, ale kto by tam dyskutował z pszczołami.

– A więc to jest miejsce zdarzenia? – spytał Maurycy.

– Że co? Jakiego zderzenia? – zdziwił się Leon.

– To tutaj rąbnęli ci miód! – przetłumaczył Ogryzek.

– A tutaj! – odparł niedźwiedź i na samo wspomnienie głucho zawarczał.

– Daj spokój, stary, nie charkocz, tylko opowiedz, jak było – pisnął Ogryzek.

– Za… za… zaczęło się w zeszłym tygodniu. Spadały gwiazdy, księżyc świecił. No… sami wiecie… faaa… fajnie było. Poszedłem trochę później spać, a kiedy się obudziłem, okazało się, że w nocy ktoś włamał się do mojej barci. Trzy razy robiłem zasadzkę i trzy razy zasnąłem, a ktoś ża… ża… żarł miód! – zdenerwował się Leon.

– Zostawił jakieś ślady? – Maurycy rozglądał się wokoło.

– A bo ja wiem? – wzruszył barami Leon. – Miodu ubywa i ktoś za to zapłaci… drogo zapłaci! – Maleńkie oczka niedźwiedzia zalśniły złowróżbnym blaskiem.

– Bierzemy tę sprawę – zdecydował Maurycy. – Ty, kochany, idź odpocząć, a my się wszystkim zajmiemy.

– Ojej! Do… do… dobre z was chłopaki! Nie pożałujecie! – ucieszył się Wielki Leon i podreptał do swojej gawry pod zwalonym dębem, bo strasznie chciało mu się spać.

– Co robimy? – spytał Ogryzek, gdy ucichło człapanie niedźwiedzia.

– Przeprowadzimy regularne śledztwo. Na początek musimy poszukać jakichś świadków – sroka mieszka tuż obok, może coś widziała?

Sroka nic nie widziała, nic nie słyszała i nie wiedziała, o co im chodzi. Zaszyła się w swojej dziupli, skąd wystawał jej tylko kawałek dzioba, i twierdziła, że jest gołębiem, a prawdziwa sroka poleciała do ciotki na bagna i nie wiadomo, kiedy wróci.

– Taaak, bardzo ciekawe – zamyślił się Maurycy. – Albo ona kłamie, albo strasznie boi się być uwikłana w sprawę skrytego miodożerstwa.

– Jest jeszcze jedno wytłumaczenie – wtrącił się Ogryzek. – Ta sroka jest po prostu okropnie głupia!

Ale Maurycy tylko pokręcił głową.

– Musimy znaleźć innych świadków, ktoś musiał widzieć włamywacza.

Łatwo powiedzieć. Wieść, że Maurycy i Ogryzek chodzą po okolicy i zadają kłopotliwe pytania, rozeszła się po całej Dolinie Bagiennej Trawy jak pożar po suchym lesie.

Żabony i bagienniki pochowały się w rzece, skąd wystawały tylko ich czujne nozdrza, Licha i pozostały leśny drobiazg skrył się pod liśćmi, krety zakopały się w ziemi, jeże zwinęły w kolczaste kłębki, a indagowane rusałki czesały swoje długie, złociste włosy, zachowując wyniosłe milczenie.

Nawet wilkołak Alfred postanowił na jakiś czas wyprowadzić się z lasu, choć wszyscy wiedzieli, że kto jak kto, ale on nigdy w życiu nie wziął miodu do pyska.

– Czego oni wszyscy się boją? – dziwił się Ogryzek.

– Czego… albo kogo! – odparł Maurycy. – Włamywacz musi być niezwykle groźnym stworzeniem, skoro strach przed nim zamyka wszystkim usta. Nie mamy wyjścia – musimy złapać go na gorącym uczynku!

* * *

Tej nocy Maurycy i Ogryzek schowali się pod na wpół zgniłą kłodą naprzeciwko barci Leona i czekali na pojawienie się tajemniczego miodożercy. Mieli ze sobą termos z herbatą i papierowe torby, a w nich kanapki. Tak właśnie pracują prawdziwi policjanci.

– Ojejku! Ojejku! – biadolił Ogryzek pogryzając kanapkę. – Co też nam do głowy wpadło, żeby się bawić w detektywów, przecież ten łobuz rozedrze nas na strzępy! Maurycy! Przecież ON nie boi się nawet niedźwiedzia! I to jakiego niedźwiedzia!

– I właśnie to nie daje mi spokoju – mruknął sam do siebie Maurycy. – Kto w tym lesie nie boi się Wielkiego Leona?

– Ja? – pochwalił się na wyrost Ogryzek.

Maurycy tylko prychnął.


– Jakbyś się nie bał, to już by cię tutaj dawno nie było! Pomyśl tylko, nawet Alfred podkulił ogon i zwiał na bagna, a jeśli Alfred ma stracha, to kto właściwie pozostaje? Strzyga? Bies?

– Ojej! Nie strasz mnie! – zakwilił Ogryzek. – I tak już się cały spociłem!

Zapadł mrok. Wiatr przeganiał po nocnym niebie granatowe chmury, zza których z rzadka wyłaniał się pomarańczowy księżyc w pełni. Znad Rzeki Bagiennej Trawy zaczęła unosić się mgła. Po chwili stała się tak gęsta, że Maurycy przestał widzieć barć niedźwiedzia Leona.

– No ładnie – mruknął – w takich warunkach nie da się pracować! Hej, a ty coś widzisz? – zapytał Ogryzka, ale odpowiedziało mu tylko ciche pochrapywanie.

– A niech to gęś kopnie! – mruknął Maurycy.

W gęstym białym tumanie nie widział już dosłownie nic i nic nie słyszał. Czasem tylko nad lasem zaszumiały skrzydła polującego puchacza, kiedy indziej w jego uszach jak wystrzał rozlegał się dźwięk spadającej kropli.

Maurycy poczuł, że oczy same zamykają mu się ze zmęczenia i właśnie wtedy usłyszał, jak po drugiej stronie polany gęstwina krzaków rozchyla się odgarniana na boki przez potężne łapska. Wytężył wzrok i zobaczył, jak w sinym oparze mgły jarzą się czyjeś złe, czerwone oczyska.

* * *

Następnego ranka wspólnie z Ogryzkiem oglądali ślady nocnego włamania, gdy z lasu wychylił się zaspany niedźwiedź.

– Mówiłem ci – wiejmy! – pisnął Ogryzek, ale Maurycy nawet nie drgnął.

– No jak tam mój miodek? – zaczął Leon, po czym umilkł jak rażony piorunem, gdy zobaczył spustoszoną barć. Jego zapuchnięte oczy zwęziły się jeszcze bardziej i błysnęła w nich żądza mordu.

– Wi… wi… wi… wi… widzieliście tego łotra?!

– Widzieliśmy – odparł spokojnie Maurycy.

– Gdzie?! Gdzie on jest!!! – zaryczał niedźwiedź. – Rozerwę go na strzępy!

Maurycy spokojnie popatrzył mu w oczy.

– Tutaj, Leonie.

– Ale gdzie?! Kto to jest?! – ryknął niedźwiedź, aż zatrzęsły się wszystkie szyszki na drzewach.

– Ty – odparł Maurycy, nie ustępując ani o krok, podczas gdy schowany za nim Ogryzek cały drżał ze strachu.

– Co?! Co… co… co ty mówisz, mikrusie?!

– Widziałem cię wczorajszej nocy, mój drogi. Jesteś lunatykiem, Leonie, i okradasz własną barć! – Maurycy oskarżycielsko wskazał palcem na niedźwiedzia.

Zapadła cisza, umilkły ptaki i świerszcze, nawet świerki przestały szumieć ze strachu. Po długiej jak wieczność chwili niedźwiedź mruknął:

– Ach tak… – Odwrócił się na pięcie i zniknął w gęstwinie.

* * *

Kiedy Maurycy i Ogryzek odpoczywali po pysznym obiedzie, na ich stół padł wielki cień.

– To ty, Leonie? – spytał nie otwierając oczu Maurycy. – Mam nadzieję, że się wreszcie dobrze wyspałeś. Uwierz mi – wszystko przez ten czerwcowy księżyc.

– Tak, tak, to na pewno przez ten księżyc – odparł skwapliwie niedźwiedź. – Przyniosłem wam chłopaki tro… tro… trochę miodku. Ba… ba… baaardzo dobry miodek, sło… słowo honoru!

– Och, nie trzeba było! – zaprotestował Maurycy. – Ogryzku, zanieś prezent od Leona do spiżarni.

Niedźwiedź nie odchodził, niezgrabnie przestępował z nogi na nogę, widać było, że coś bardzo go dręczy.

– Coś jeszcze, Leonie? – Uśmiechnął się uprzejmie Maurycy.

– M… m… mam jeszcze jedną małą pro… pro… prośbę, na… na… naprawdę mi na tym zależy…

– Słucham?

Niedźwiedź westchnął boleśnie.

– Nie roz… roz… roooozpowiadajcie w lesie…

– Jasna sprawa – mruknął Maurycy.

Nie było sensu tłumaczyć Leonowi, że i tak wszyscy mieszkańcy doliny wiedzą, co w trawie piszczy.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?