BJORN Syn burzyTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O debacie na temat kulistości Ziemi i o tym, jak śmierć po długiej przerwie znowu zawitała na Lindisfarne

Śmierć młodego pasterza poruszyła mieszkańców Lindisfarne. Odkąd król Knut nakazał, aby mnisi powrócili na Świętą Wyspę, nikt jeszcze na niej nie umarł, bo przecież nie można było liczyć długowłosego wikinga wyrzuconego przez fale na brzeg. Prawdę mówiąc, nikt nie umarł na Świętej Wyspie od ostatniego najazdu wikingów przed stu pięćdziesięciu laty.

Ale jeszcze bardziej wzburzył mnichów udział Bjørna Stenskalle we wspólnym posiłku. Łypali na niego spode łba i w obecności nieoczekiwanego gościa staranniej niż zazwyczaj dotrzymywali nakazu milczenia, ale w głowach roiły im się niepokojące myśli.

Dlaczego królewski więzień zaszczycił ich swym towarzystwem? Przecież dotąd spożywał posiłki w celi. Czy naprawdę był poganinem, jak utrzymywał brat Anzelm? A jeśli tak, to czy godziło się, aby zasiadał z nimi przy jednym stole?

Młodsi, bardziej zapalczywi bracia zastanawiali się, czy dałoby się go ochrzcić, choćby przemocą. Taki czyn byłby na pewno miły Panu i zgodny z ich najświętszym obowiązkiem krzewienia wiary. Potem przyglądali się uważniej barczystej sylwetce wikinga i dochodzili do wniosku, że nie jest to bynajmniej konieczne.

Mnisi z Lindisfarne przypatrywali się swojemu gościowi, a tymczasem sami byli uważnie obserwowani przez Brendana z Corku. Opat starał się wyczytać coś z twarzy swoich współbraci i wspominał wczorajsze wydarzenia.

Gdy Will przybiegł z wieścią o tym, co odkrył w grocie u podnóża Beblowe Crag, Brendan właśnie spacerował nad brzegiem morza w towarzystwie Bjørna Stenskalle. Rozmawiali o państwie Polan i opat miał już całkiem spore pojęcie, gdzie znajduje się ta odległa kraina. Wiking przykucnął i oczyścił kawałek plaży z kamieni i wodorostów, potem krótkim kijem jął kreślić na piasku mapę.

– Za Odrą siedzą Wieleci, a dalej Obodryci i Sasi... Zaś na południu, w górach, Czesi... Po drugiej stronie morza Dunowie, Goci i Swijowie, jeszcze dalej na północ Norwegowie, których ty nazywasz białymi Lochlannach... – Bjørn śpieszył się z rysowaniem, bo właśnie zaczął się przypływ i fale wdzierały się na ląd, niszcząc jego szkic.

– To znaczy, że Anglia jest tu... – Brendan zrobił kilka kroków na zachód. – I teraz wiem, że wikingowie odbywają długą drogę i zadają sobie wiele trudu, żeby nas napadać i rabować.

Stenskalle wyprostował się i otrzepał ręce z piasku.

– Nie narysuję ci, mnichu, Gardariki i Miklagrodu, bo w tym miejscu stoi już woda, ale ręczę, że moi bracia docierają o wiele dalej – powiedział z dumą. – Dla nas, Normanów, nie ma znaczenia, gdzie znajduje się ziemia, ważne, żeby można było dopłynąć tam morzem lub rzeką.

Brendan mimo woli uśmiechnął się.

– Kim właściwie jesteś, Bjørnie? Normanem, Polaninem czy też, jak chciał twój dziadek, ostatnim członkiem sprzedanego w niewolę plemienia Goplan?

Stenskalle zmarszczył brwi, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo w oddali zamajaczyła sylwetka biegnącego Willa. Morze zalało już całą plażę, więc braciszek podkasał habit i z daleka krzyczał coś niezrozumiale.

Gdy wreszcie zdyszany i czerwony na twarzy zdołał wydusić z siebie nowinę, natychmiast ruszyli w stronę Beblowe Crag. Na klifie stali już zawiadomieni przez Willa pasterze i ponuro spoglądali na spienione fale przyboju.

– Podobno Gareth jest tam, w dole... – mruknął posępnie Ed Kukułka. – Ale jedno jest pewne, przez najbliższych dwanaście godzin nikt nie będzie go niepokoił.

Cenrik splunął do wzburzonej wody.

– Cholerny głupiec – powiedział z goryczą. – Chciwość go zabiła.

– Co przez to rozumiesz? – spytał Brendan.

– Wyznam ci prawdę, ojcze, mieliśmy w szałasie jeszcze jeden dzban uisge, lecz zniknął razem z Garethem. To dlatego szukaliśmy go od kilku dni. Najwyraźniej ten dureń wlazł do groty i wypił ją sam, potem zasnął, a gdy się obudził, było już za późno, żeby uciec przed przypływem.

Brendan wzdrygnął się.

– Straszna śmierć... Zawsze wiedziałem, że w tym napoju mieszka diabeł!

– Przyjdziemy tu jutro i wyciągniemy go – orzekł Ed. – Naturalnie jeśli jeszcze tam będzie. Gareth zawsze był przekorny, więc gotów opuścić to miejsce wraz z odpływem.

– O nie! – zaprzeczył Cenrik. – Jeśli fale dotąd go nie zabrały, to już nie zabiorą. Poobija się tylko jeszcze bardziej o głazy, a do brzucha wlezie mu pełno węgorzy. To nie będzie miły widok, zapewniam was.

– Wszystko jedno – zdecydował Brendan. – Jesteśmy winni temu człowiekowi chrześcijański pochówek. Spotkamy się tutaj jutro skoro świt.

Tak zrobili. Nazajutrz w porze odpływu weszli do groty i – tak jak spodziewał się stary pasterz – znaleźli w niej ciało. Fale wepchnęły je tylko jeszcze głębiej, zaklinowując między dwoma wielkimi głazami. Woda w kałużach chlupała im pod nogami, a w pewnej chwili coś prześlizgnęło się po nodze Brendana. W powietrzu unosił się zapach trupiego rozkładu.

– Ryby i kraby zrobiły swoje, ale to na pewno Gareth... – mruknął Cenrik. – Poznałbym go na końcu świata po tym czerwonym pijackim nosie!

– Chwyćcie go za ręce i nogi – zarządził Bjørn.

Wspólnymi siłami wyciągnęli nieszczęśnika na zewnątrz i położyli na plaży. Na razie można było dla niego zrobić jeszcze tylko jedną rzecz. Brendan zakrył usta i nos rąbkiem płaszcza i uklęknął przy zwłokach topielca. Wolną ręką przeżegnał się i zaczął odmawiać Pater Noster.

Od tych wydarzeń minęło kilkanaście godzin, ciało Garetha spoczęło w zbitej z desek skrzyni i czekało w kaplicy na jutrzejszy pochówek, a opat spoglądał na swoich podwładnych i w duchu winszował im, że nie brali udziału w wydobywaniu zwłok z jaskini. Gdyby było inaczej, z całą pewnością nie mieliby teraz takiego apetytu.

Stół zastawiono skromnie, ale dostatnio: podpłomyki, pieczona rzepa, fasola i potrawka z królika, do tego piwo. Bracia posilali się bez słowa, jak nakazywała reguła, jednak młody Willfrid nie umiał poskromić swej ciekawości.

– Nie widziałem, abyś brał udział w modlitwie przed wieczerzą, panie – zwrócił się do Bjørna. – Czyżbyś nie był wyznawcą Chrystusa?

– Nasz gość został w swoim czasie ochrzczony przez samego arcybiskupa Magdeburga – Brendan wszedł Bjørnowi w słowo. – A co do jego obyczajów, to nie nam je oceniać. Niech każdy skupi się na swoich grzechach, a wierzę, że jest o czym rozmyślać.

Will poczerwieniał, pewien, że opat pije do jego potajemnych uczt wyprawianych na wydmach. Postanowił szybko zmienić temat.

– Dzisiejszego ranka zanim... hm... zanim odkryłem zwłoki Garetha, widziałem kilka fok na przybrzeżnej skale – powiedział.

– Wiele razy polowałem na te zwierzęta, gdy mieszkałem na dalekiej północy – ożywił się Stenskalle. – Możemy któregoś dnia wybrać się na nie z oszczepami.

– Tych z Lindisfarne nie wolno zabijać – powiedział surowo Brendan z Corku. – A to na pamiątkę cudu, który stał się udziałem świętego Cuthberta. Pewnego razu biskup-pustelnik postanowił chwalić dobroć Pana, zanurzony po pas w morskich falach, a gdy przemarznięty wyszedł na brzeg, tutejsze foki, łabędzie i wydry otoczyły go kołem, aby swym oddechem ogrzać mu stopy.

– Czyżby? – mruknął sceptycznie Bjørn. – Pierwszy raz słyszę o tak zmyślnych bydlętach. Nawet Vigi, pies Olafa Tryggvasona, nie potrafił uczynić podobnej sztuki, a było to najmądrzejsze zwierzę, jakie kiedykolwiek widziałem.

Znowu zapadła cisza przerywana odgłosami siorbania i mlaskania.

– Podobno biali Lochlannach polują na foki, którym z pyska wyrastają długie i ostre zęby przypominające sztylety... – powiedział z namysłem siwy jak gołąbek ojciec Kalikst. – Robią to w odległej krainie, w której panuje wieczna zima, a przez połowę roku trwa noc. Te kły mają cenę kości słoniowej i są bardzo poszukiwane przez greckich i arabskich kupców z południa.

– Bzdury! – prychnął z pogardą siedzący naprzeciwko niego Euzebiusz.

– A jednak to szczera prawda – skinął głową Stenskalle. – Ten daleki kraj nazywa się Grenlandia. Trzeba wielu dni, żeby tam dopłynąć, i nie każdy żeglarz ma dość odwagi, by to uczynić. Lecz wśród Norwegów nie brak śmiałków, którzy osiedlili się w tamtych stronach na stałe. Mieszka tam mój przyjaciel Leif, człowiek, który dotarł dalej na północ i zachód niż ktokolwiek z żyjących.

– Na zachód od Irlandii nie ma żadnego lądu, wystarczy spytać rybaków z Limerick – warknął Euzebiusz. – Zresztą każde dziecko wie, że statki podążające za słońcem czeka niechybna zagłada! Jeśli nawet unikną mieszkających w oceanie bestii, to spadną z krawędzi Ziemi w wielką otchłań, która z całą pewnością ciągnie się aż do piekła!

– Mylisz się, bracie – zaoponował Remigiusz. – Zanim przystąpiłeś do naszego zakonu, zajmowałeś się wojaczką i być może dlatego nie miałeś okazji, aby zgłębiać dzieła filozofów. Gdyby było inaczej, wiedziałbyś, że Ziemia nie jest płaska, lecz okrągła, a zatem nie może mieć krawędzi.

Brat Euzebiusz poczerwieniał z gniewu. Łatwo było się domyślić, że nie tylko nie zna filozofów, lecz najpewniej w ogóle nie potrafi czytać.

– Ziemia okrągła jak piłka do gry w soule [49]? – prychnął z pogardą. – Co za nonsens! Kto tak twierdzi?

– Arystoteles – odparł spokojnie Remigiusz. – A w ślad za nim Święci Pańscy, Izydor z Sewilli i Beda Czcigodny.

– To kłamstwo! Beda nie mógł głosić podobnych herezji! Nie on! – zacietrzewił się Dionizy, który uważał się za uczonego i wciąż kłócił się z Remigiuszem, bo uważał, że prosty kucharz nie powinien wypowiadać się na podobne tematy.

W refektarzu [50] rozległ się gwar podnieconych głosów, jedni z mnichów popierali Remigiusza, inni dowodzili, że gdyby Ziemia w istocie była kulą, to wszyscy by z niej pospadali. Jego przeciwnicy, którym przewodził Dionizy, twierdzili, że Ziemia jest płaska i prostokątna, ogrodzona ścianami z cegieł i przykryta kopułą ze szkła, powoływali się przy tym na dzieło Kosmasa, którego jednak nie czytali, bo żaden z nich nie znał greki.

 

Stenskalle przyglądał się rozgorączkowanym zakonnikom spod przymrużonych powiek, z jego warg nie schodził ironiczny uśmieszek.

– Co was tak bawi, panie? – spytał podejrzliwie brat Anzelm.

– Wasze czcze spory – odparł Bjørn. – Wystarczy wypłynąć na otwarte morze, wleźć na maszt i rozejrzeć się wkoło, aby stwierdzić, że świat nie wygląda jak karta pergaminu. Czyż widnokrąg nie ma zawsze kształtu koła? Ponadto starzy ludzie mówią, że Midgard [51] oplata gigantyczny wąż Jormungand, który pożera własny ogon, choć ja muszę przyznać, że nie spotkałem go podczas swych wędrówek.

– Wielki wąż? – spytał podejrzliwie Dionizy. – Czy to przypadkiem nie szatan? Wszak właśnie on przybiera tę złowieszczą postać!

Stenskalle wzruszył ramionami.

– Tego nie wiem, mnichu, już ci mówiłem, że nigdy go nie widziałem, a życie nauczyło mnie polegać tylko na własnych oczach. Natomiast tego, że daleko na zachodzie znajduje się ląd, jestem pewien. A to z tej prostej przyczyny, że postawiłem na nim stopę, mieszkałem wśród tamtejszych Skraelingów, przelałem tam krew własną i cudzą. Czy potrzeba lepszego dowodu?

Reguła benedyktynów nakazuje, aby bracia na czas posiłku wstrzymali się od głośnych rozmów, ale po ostatnich słowach Bjørna w refektarzu rozpętała się istna burza. Mnisi zasypali wikinga gradem pytań: Czy w istocie dopłynął do miejsca, w którym słońce kładzie się na spoczynek? Czy widział po drodze morskie potwory? Czyją krew przelał i jak to możliwe, że wrócił z tak niebezpiecznej wyprawy cały i zdrowy?

Poirytowany Brendan z Corku zaczął walić pięścią w stół.

– To niedopuszczalne! Uciszcie się! Nie jesteście przekupniami na jarmarku w Berwick!

Bracia pokornie spuścili głowy, a opat mówił dalej:

– Jak widzicie, nasz gość jest człowiekiem bywałym. Wiele w życiu widział i doświadczył, odwiedził dalekie krainy i poznał mieszkających tam ludzi. Nie jest w zwyczaju, abyśmy gawędzili w trakcie posiłku, lecz jeśli Bjørn zechce umilić nam czas opowieścią, to ja nie widzę w tym nic zdrożnego. Tak więc pytajcie go, o co chcecie, byle nie o rzeczy, które mogą spowodować w tym zgromadzeniu chaos i niesnaski... A do takich zaliczam wydarzenia ostatnich lat, związane ze wstąpieniem na tron miłościwie nam panującego króla Knuta. – Na ostatnim zdaniu opat położył nacisk, potem zwrócił się do gościa i dodał: – Ciebie zaś proszę, abyś nie mówił o sprawach, które powinny zostać między tobą a naszym królem.

Zdumieni mnisi spojrzeli po sobie. Jeśli dotąd byli zaintrygowani obecnością Bjørna przy wspólnym stole, to teraz wprost zżerała ich ciekawość.

– Wybacz nam, panie, naszą niecierpliwość... – powiedział brat Remigiusz. – Nieczęsto mamy na Świętej Wyspie gości, a nigdy takich, którzy mogliby opowiedzieć o dalekich i nieznanych lądach zamieszkałych przez Cynocefalów [52] i Amazonki. Wszyscy pochodzimy z Brytanii i żaden z nas nie opuścił wyspy, wyjąwszy brata Cynebalda, który przebywał w Normandii, dokąd udał się wraz z nieodżałowanym królem Ethelredem, gdy ten...

– Prosiłem! – upomniał go opat.

Klasztorny kucharz zmieszał się.

– Co to ja chciałem... Otóż, chętnie posłuchamy o twoich podróżach, lecz wydaje mi się, że ty sam pochodzisz z daleka. Czy się mylę?

Bjørn skinął głową.

– Urodziłem się w kraju Polan, o którym większość z was nigdy nie słyszała, choć to właśnie z niego pochodzi matka waszego króla, Gunhilda. Rzeczywiście, wiele podróżowałem, i tak się składa, że podczas swoich wędrówek dotarłem aż do Grenlandii, owej lodowej krainy, nad którą przez pół roku panuje noc. Już choćby dlatego wiem, jak wyglądają kły fok, które tak chętnie nabywają kupcy z południa, a musicie wiedzieć, że zręczni rzemieślnicy w Kordobie i Toledo wyrabiają z nich piękne i cenne przedmioty... Na przykład takie jak ten!

Stenskalle nagłym ruchem wyciągnął zza pazuchy nóż z kościanym trzonkiem i wbił go w stół.

– Czy to własność któregoś z was? – spytał.

Oszołomieni bracia patrzyli to na gościa, to na siebie nic nierozumiejącym wzrokiem.

Brendan z Corku także wymienił z Bjørnem porozumiewawcze spojrzenia i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć: „Sam widzisz, że to żaden z nich”. Potem jeszcze raz wrócił myślami do chwili, gdy wyciągnęli Garetha z groty pod wzgórzem Beblowe Crag.

– Tylko spójrzcie na te sińce, biedak ma połamane wszystkie kości... – powiedział wówczas ponuro Cenrik. – Morze jest potężne i robi z ludźmi straszne rzeczy.

– To prawda, że bywa bezlitosne – przyznał Bjørn. – Ale zazwyczaj nie posługuje się nożem.

Kopniakiem odwrócił ciało pasterza na wznak i czubkiem buta pokazał im kościany trzonek wystający z jego piersi.

O postrzyżynach Bjørna oraz o sprytnym planie pewnej białogłowy

Brendan z Corku siedział w celi wikinga pochylony nad przenośnym pulpitem, gęsie pióro w jego dłoni zawisło nieruchomo w powietrzu, jakby opat obawiał się pobrudzić leżącą przed nim czystą kartę pergaminu.

– Znam moich współbraci! – żarliwie przekonywał sam siebie. – Żaden z nich nie jest zdolny do morderstwa... To musiał zrobić któryś z ludzi Borka, a ja zamiast siedzieć tu bezczynnie, powinienem natychmiast powiadomić o tym strasznym wydarzeniu Eryka z Lade. Na sandały czcigodnego Bedy, kiedy wreszcie przybędzie łódź z Bamburgha? Morderca nie może dłużej przebywać wśród pobożnych mnichów!

Stenskalle wzruszył ramionami.

– Naprawdę myślisz, że tego wieśniaka zabił jeden z wojów Eryka? I po cóż miałby to robić?

Brendan żachnął się, jakby wiking mówił od rzeczy.

– Żeby zabrać mu uisge, naturalnie! Aż za dobrze przekonali się, jaka drzemie w niej moc!

– Gdyby chcieli odebrać pasterzowi dzban, wymierzyliby mu kopniaka w tyłek albo wybili kilka zębów. Nie musieli go zabijać.

– Więc może biesiadowali razem? – upierał się Brendan. – Nie znasz siły aqua vitae, lecz ja widziałem jej działanie w moich ojczystych stronach. Niejeden człek pod jej wpływem wyciągał nóż i dźgał obcych ludzi przekonany, że walczy z piekielnymi demonami. Mogło być tak: upili się wspólnie z Garethem, potem jeden z nich wpadł w szał i zamordował biedaka, wtedy wspólnie zaciągnęli ciało do groty!

Bjørn skrzywił się z powątpiewaniem.

– Dobrze wiesz, że ludzie Borka chodzą za mną krok w krok jak pisklęta za kwoką. Ilekroć spojrzę za siebie, widzę ich ponure gęby. Kiedy mieliby to zrobić?

– W nocy? – zapytał niepewnie opat.

– Po zmroku nie ruszają się ze swojego obozowiska pod murami klasztoru. W jaki sposób zdołaliby odnaleźć kryjówkę Garetha w ciemnościach, zabić go, a potem zawlec jego ciało aż do podnóża Beblowe Crag? I to wszystko pod warunkiem, że akurat trwał odpływ, bo w przeciwnym razie nie zdołaliby ukryć truchła. – Stenskalle pokręcił głową. – Nie, to niemożliwe. Moim zdaniem pasterz umarł za dnia, ktoś zaskoczył go w grocie... Albo on kogoś. Wywiązała się walka, a resztę sam widziałeś.

Brendan chwycił się z rozpaczą za włosy.

– W takim razie kto to zrobił? Może Cenrik albo Edwyn?!

– Ci nie posłaliby młodego Willa na wzgórze, żeby polował tam na króliki – mruknął Bjørn. – Na twoim miejscu przyjrzałbym się uważnie swoim braciom. Sam mówiłeś, że jesteście tu od niedawna. Co tak naprawdę o nich wiesz? Skąd przybyli? Kto ich przysłał na tę wyspę?

– Wulfstan... – odparł załamany Brendan. – I niech będzie przeklęty dzień, w którym zacznę podejrzewać arcybiskupa Yorku o to, że otoczył mnie mordercami!

Stenskalle ziewnął najwyraźniej znudzony tymi rozważaniami.

– Zabójca prędzej czy później sam się zdradzi, a już na pewno nigdzie nie ucieknie. Czyż nie mówiłeś mi, że z tej wyspy mogą wydostać się jedynie ptaki? Porozmawiajmy o czymś innym, mnichu. Jeśli chcesz, to opowiem ci o tym, co wydarzyło się w dniu moich postrzyżyn. W przeciwnym razie zostaw mnie samego, bo chce mi się spać.

Zrezygnowany Brendan zamoczył gęsie pióro w inkauście.

– Opowiadaj, proszę... – westchnął bez przekonania.

Stenskalle pogładził się po brodzie, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.

– W naszych stronach panuje zwyczaj, że gdy syn skończy siedem lat, ojciec wydaje na jego cześć wspaniałą ucztę, podczas której obcina mu długie włosy. Od tej chwili chłopiec staje się mężczyzną, a kobiety przestają wtrącać się do jego wychowania. Ulf Gudmundsson już nie żył, a Rolf nie kwapił się, aby spełnić ten obowiązek, bo nie cierpiał mnie, a poza tym nie byłem z jego krwi. W tej sytuacji Niemir postanowił, że wyprawi mi postrzyżyny i w ten sposób przyznał przed całym światem, że należę do jego rodu.

Brendan ostrożnie dotknął swojej tonsury [53].

– Nam też wygalają głowy, gdy przechodzimy na służbę Ojca w niebiesiech – stwierdził.

– I zapewne jest to wielkie święto – podpowiedział Bjørn. – Podobnie jest u Polan i innych Wendów. Tego dnia w chacie Niemira zebrali się starzy druhowie Ulfa, wojowie z drużyny księcia Mieszka, a wśród nich Rolf Lis. Jak wiesz, człowiek ten nie był moim przyjacielem, lecz mimo to wzniósł róg z miodem za moją pomyślność, a przedtem uronił kilka kropli na cześć Odyna i Thora, jak kazał zwyczaj. Wszyscy weselili się, pili piwo i zajadali świąteczny kołacz [54], a ja siedziałem na zaszczytnym miejscu i pękałem z dumy.

– Czy otrzymałeś w tym szczególnym dniu jakieś podarki? – spytał Brendan.

– Tylko jeden. Dziadek zabrał mnie do kuźni i wręczył mi młot, który poprzedniej nocy wykuł specjalnie dla mnie. Było to niezwykłe narzędzie, z jednej strony tępe, z drugiej zakończone ostrym hakiem przypominającym wroni dziób.

– Podnieś – rozkazał Niemir.

Chwyciłem długi na pół metra trzonek, ale mimo najszczerszych chęci nie zdołałem udźwignąć obucha. Byłem na to za słaby.

– To nic – orzekł dziadek. – Musisz jeszcze trochę poczekać. Przychodź do mnie co jakiś czas i próbuj, gdy uda ci się wywinąć nim młynka, będzie twój. Na razie zostanie w kuźni.

Brendan wzruszył ramionami.

– Dziwny podarek...

– A jednak, jak czas pokazał, bezcenny – odparł Bjørn. – Ale o tym opowiem ci później. Pamiętam, że tamtego dnia nie pomyślałem dobrze o moim dziadku, a zamiast kowalskiego młota wolałbym dostać łakocie. Cóż, w głębi serca wciąż pozostawałem tylko otrokiem [55] i nie zmieniły tego ani walka z Wachem, ani rogi z miodem wychylone na moją cześć przez dorosłych mężów. Nie zdawałem sobie sprawy, że to naprawdę ostatni dzień mojego dzieciństwa...

Brendan uniósł pytająco brwi.

– Cóż takiego się wydarzyło?

– Goście mojego dziadka byli już bardzo pijani, gdy na zewnątrz chaty rozległo się parskanie koni. W drzwiach stanęło dwóch wojów z książęcej drużyny, którzy oznajmili, że mają natychmiast zabrać mnie do zamku. Biesiadnicy poderwali się zza stołu, krzyczeli, że tak nie może być. Rwali się do bitki! Ale jeden z wojów podsunął im pod nos kij z nacięciami, znak, że spełniają wolę księcia, więc moi obrońcy klapnęli z powrotem na ławy.

– A co zrobił twój dziadek?

– Nic. Zacisnął pięści i patrzył bezradnie, jak drużynnicy wyprowadzają mnie z chaty. Jeden z nich posadził mnie przed sobą na wierzchowcu i ruszyliśmy kłusem w stronę grodu. Byłem pewien, że to ojciec Wacha oskarżył mnie o pobicie syna i teraz poniosę srogą karę za ten czyn. Zacisnąłem zęby i ze wszystkich sił powstrzymywałem płacz. Tego dnia zostałem mężczyzną, nie mogłem już okazywać słabości... – Stenskalle mówił, a opat skrzypiącym piórem zapisywał jego słowa. – Końskie kopyta zadudniły na moście i wjechaliśmy w obręb wałów. Mieszkańcy Poznania odrywali wzrok od swoich codziennych zajęć i wpatrywali się we mnie z ciekawością, więc wyprostowałem się hardo i odwzajemniałem te spojrzenia, jakbym rzucał im wyzwanie.

– Chrobry jesteś... – Mężczyzna, przed którym siedziałem, boleśnie dźgnął mnie palcem w bok. – Ale to nic, zaraz padniesz na kolana i ukorzysz się. Wszyscy to robią!

Dojechaliśmy do zamku. Pierwszy raz widziałem z bliska tak wielki dom zbudowany z kamienia. Woj zdjął mnie z konia, minęliśmy stojące u wejścia straże i weszliśmy do środka. Aż do tej pory byłem przekonany, że prowadzą mnie do poznańskiego grododzierżcy [56], który w imieniu księcia rozsądzał spory między rzemieślnikami, bałem się chłosty, ale nic ponadto. Nagle poczułem w sercu bolesny skurcz, pomyślałem, że oto wzywa mnie sam Mieszko.

 

– Oho! Teraz się boisz? Rychło w czas! – roześmiał się drugi ze zbrojnych.

Pchnął mnie w stronę najbliższych drzwi, ktoś odsunął wiszącą w nich zasłonę i znalazłem się w sali rozświetlonej przez słońce wpadające do środka przez półokrągłe okna, w których tkwiły prawdziwe szyby.

Tak jak mi zapowiedziano, padłem na kolana, a gdy podniosłem wzrok, zdumiałem się. Spodziewałem się ujrzeć potężnego i surowego męża, a zamiast niego zobaczyłem drobną, złotowłosą białogłowę. Siedziała na podwyższeniu na bogato zdobionym karle [57], a nieco niżej kupiec Ibrahim z Kordoby, między nimi na specjalnym stoliczku leżała plansza z pionkami.

– A więc to on... – powiedziała z namysłem piękna kobieta. Potem wyciągnęła szczupłą białą rękę i dodała: – Zbliż się, chcę ci się dobrze przyjrzeć.

Podszedłem, a ona chwyciła mnie za twarz i obróciła do światła. To, co ujrzała, nie spodobało się jej. Skrzywiła usta i odtrąciła mnie.

– Podobny – orzekła. – Nawet bardzo. Nie pomyliłabym się, gdybym ujrzała go w tłumie.

– Więc jesteś, pani, bardziej spostrzegawcza niż ja – odparł Żyd. – Wstyd mi, bo przecież widziałem już tego chłopca. Walczył jak lew, lecz ja nie rozpoznałem w nim szlachetnej krwi.

Kobieta wygładziła suknię i uśmiechnęła się do własnych myśli.

– Podobieństwo nie jest aż tak ważne, Ibrahimie. Liczy się tylko to, że gdy do Poznania przybędą cesarscy posłowie, aby zgodnie z umową zabrać książęcego syna... Ja im go dam! I nikt, nawet sam biskup Jordan, nie będzie mógł powiedzieć, że skłamałam albo że Mieszko nie wywiązał się z obietnicy danej Ottonowi!

Ibrahim zmarszczył krzaczaste brwi.

– Pani, to doprawdy śmiały plan... ale co powie twój mąż? Ten chłopiec do końca swoich dni miał pozostać prostym kmieciem.

– I tak będzie – odparła jasnowłosa. – Kim innym mógłby być? Jego los odwróci się tylko na chwilę potrzebną, aby uratować Bolka. To nasza jedyna szansa.

Przesunęła pionek na planszy, a potem klasnęła w dłonie. Do sali wszedł zbrojny, ten sam, który przywiózł mnie na zamek.

– Przybywoju, zaprowadź go do babińca – rozkazała kobieta.

Mężczyzna zawahał się.

– Księżno, ten chłopiec... On jest postrzyżony! Nie wolno mu przebywać w kobiecych komnatach!

– Rób, co ci każę – odparła spokojnie. – Siedmiolatek nie będzie bałamucił dwórek. A co do moich pasierbic... Cóż, przecież to jego przyrodnie siostry!

Brendan przerwał zapisywanie słów Bjørna. Ręka mu zdrętwiała. Pomyślał, że Eryk z Lade mógłby przysłać na Świętą Wyspę zaufanego kopistę, kogoś, kto miałby większą niż on wprawę w posługiwaniu się piórem.

– A więc stało się – powiedział. – Oto zostałeś wydźwignięty z zapomnienia niczym król Dawid. Ale właściwie z jakiej przyczyny?

– Bywa, że życie maluczkich odmienia się, gdy wielcy skrzyżują miecze – odparł Stenskalle. – Pamiętasz? Mówiłem ci to, gdy opowiadałem o swoim ojcu, albo raczej tym, który za niego uchodził. W moim przypadku było tak samo. Z wielkiej góry zeszła lawina, a ja byłem tylko okruchem, który porwała i uniosła w dal...

– Mów jaśniej – odchrząknął Brendan.

– Wszystko zaczęło się, gdy graf Wichman na czele Wieletów po raz kolejny zaatakował państwo Polan. Jak wiesz, doszło wówczas do krwawej bitwy u ujścia Noteci, w trakcie której Ulf Gudmundsson poległ... albo raczej popełnił samobójstwo. Zginął także Wichman, którego podczas ucieczki dopadli wojowie Mieszka, przed śmiercią wręczył swój miecz zabójcom i poprosił, aby książę Polan odesłał go cesarzowi. I tak się stało.

– Lawina wstrzymała swój bieg – zauważył opat.

– Wcale nie! Już ci mówiłem, że wszystkie te wydarzenia spowodowała klątwa Mo, a ona była wymierzona we mnie. Tak więc cesarz Otton otrzymał miecz swego przybranego syna, człowieka, którego nienawidził i skazał na banicję [58], ale zamiast uradować się z powodu jego klęski, przygryzł wargi i zadumał się. W jego głowie zaczęła kiełkować myśl, że Mieszko jest człowiekiem niebezpiecznym, którego trzeba poskromić, zanim urośnie w siłę. Jak się niebawem przekonasz, miał rację!

Brendan poruszył się niespokojnie.

– Ale co to ma wspólnego z tobą?

– Wszystko – odparł Bjørn. – Wielki Otton miał ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś plemienny królik, który za bardzo uniósł swą hardą głowę. Cesarza pochłaniały sprawy italskie, ale znaleźli się tacy, którzy podjęli jego myśl. Margrabia [59] marchii łużyckiej Hodo postanowił sam ukrócić zuchwałego księcia i wyruszył przeciwko niemu na czele kilku tysięcy zbrojnych. Doszło do bitwy pod Cedynią... Nieszczęsny Hodo dał się wciągnąć w pułapkę, zobaczył, jak jego wrogowie czmychają, i ruszył za nimi w pościg, zostawiając w tyle piechotę i tabory. Na to czekał ukryty w zasadzce Ścibor, brat Mieszka. Uderzył na rozciągnięty szyk Niemców, a potem nastała rzeź! Hodo zdołał uciec na drugi brzeg Odry, ratując zaledwie garstkę ludzi...

– Zaczynam rozumieć, dlaczego obecny cesarz Henryk tak bardzo nie lubi księcia Bolesława – zauważył opat. – Miałeś rację, że ci Piastowie to twardy i niepokorny ród. Jak sądzę, Ottonowi nie spodobały się te wieści?

– Ani trochę – przyznał Bjørn. – Co prawda cesarz uznał, że Hodo postąpił samowolnie, ale na wszelki wypadek rozkazał, aby Mieszko przysłał na jego dwór swego pierworodnego syna jako zakładnika i symbol dobrej woli.

Brendan plasnął dłonią w pulpit.

– Więc o to chodziło! Ktoś chciał okpić Ottona, wysyłając na jego dwór ciebie zamiast Bolesława! Lecz kim była białogłowa, która wpadła na ten sprytny plan?

– Zwała się Dobrawa i była jego matką – wyjaśnił Bjørn. – Na jej polecenie Przybywoj zaprowadził mnie do pomieszczeń zajmowanych przez żonę i dzieci księcia.

– Zajmijcie się tym otrokiem – powiedział do usługujących kobiet. – Z rozkazu pani Dobrawy ma tutaj przez jakiś czas przebywać.

Usiadłem na podsuniętym zydlu i przyglądałem się pracy służek krzątających się wokół posiłku. Nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, a ja nie miałem pojęcia, co się właściwie dzieje, dlaczego odebrano mnie dziadkowi i jak skończy się ta przygoda. W sercu czułem bolesny skurcz, pragnąłem uciec stamtąd i schować się w jedynym bezpiecznym miejscu, jakie znałem, kuźni Niemira. Nagle poczułem coś jakby swędzenie karku, odczucie, które od tej pory już zawsze pojawiało się, gdy ktoś mnie obserwował. Odwróciłem głowę i zobaczyłem wpatrzone we mnie wielkie szare oczy. To była Świętosława, którą wy, Anglicy, zwiecie Gunhildą.