MikrotykiTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paweł Sołtys

Mikrotyki


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Paweł Sołtys, 2017

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Anna Brynkus-Weber / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-604-0

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Znałem faceta

Maciek i Mareczek

Deszcz

Ballada pijaka z baru Astoria

Profesor Kruk

Daleko

Pukanie w ramię

Grudzień w obcym mieście

Ćwierć

Patelnia

Skazka

Rano

Lato

Lena

Listy

Spacer

Szlugi

Ballada grubego poety w marynarce

Hrabal

Jurek

Leskow

Pojedynczy mężczyzna

Kto

Kolofon

Rodzicom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Znałem faceta

Znałem faceta, który jadł frytki ze śmietaną, wszyscy myś­leli, że to majonez, a on uśmiechał się wysmarowany tą śmietaną jak Święty Mikołaj na komisariacie i puszczał oko ponad ich głowami, w chmury. Jakby tylko one znały się na jego żartach, same zrobione ze śmietany, zbrudzone troszkę dymem z kominów. Znałem innego, który słodził pomidory, szczypał powietrze za tyłkami dziewczyn i umarł na cukrzycę. Znałem wielu facetów. Znałem Gruzina, który zakochał się w Ance, sprzedawczyni z warzywniaka na Grochowie. Przeprowadził się dla niej do Warszawy, a to było w latach siedemdziesiątych, wtedy to nie było fiu­-bździu zamienić Tbilisi na Kobielską. Śmiał się z polskich warzyw i z polskich mężczyzn. I te, i ci wydawały mu się za małe, zbyt mali, za słabo nasłonecznione, nasłonecznieni, za chude i chudzi w duszach i pestkach. A potem uśmiech mu spłowiał, jakby jedzenie bladziuchnych pomidorów i wątłych kabaczków kładło się na nim mazowiecką mgłą. Śpiewał po cichu gruzińskie piosenki, palił albańskie papierosy i typował kochanków Anki spośród klientów warzywniaka. I bolało go, że nawet ci kochankowie to jacyś niedofaceci, no bo kto tam przychodził? Emeryci, renciści i nauczyciele z podstawówki przy Paca.

– Tu nawet nienawidzić nie ma kogo, brat, nie ma kogo opluć.

Ale w końcu wytypował i poszedł siedzieć, i nie wiem, co z nim, pewnie zdechł bez słońca i czaczy.

Drugiego męża Anki też znałem i widziałem, już wiele lat później, jak syczała do niego nachlanego na ławce przy skwerku:

– Żebyś ty choć trochę był z Tbilisi, choć jeden palec żebyś miał stamtąd, jeden włos!

Była już wtedy jak wąż – wychudła i coraz bardziej złotawa, bo na każdą zmarszczkę kupowała sobie nowy pierścionek albo kolczyki od ruskich na Stadionie.

Znałem faceta, który nie wychodził z domu, i gadałem z nim przez drzwi. Lubił, jak piłem piwo i opowiadałem mu przez szare, wysmarowane drzwi, jak smakuje. Najpierw pianka, uderzenie zimna i goryczy, potem bąbelkowany słodkawy środek i mętnawa, już ciepła końcówka, która woła zawsze: teraz pianka! teraz pianka! I tak się to toczy. Na tych drzwiach dzieciaki ­napisały mu: „Wariat”. A to nie był wariat, tylko nie wychodził.

Znałem jego młodszego brata, który został grafem dzielnicy i który nie odróżniał pisku opon swojej beemki od pisku dziewczyny, a kiedy poczuł, że słońce zachodzi nad nim na niebiesko, urwał się gdzieś daleko. Może i do Tbilisi. Czy gdzieś.

Zanim wyjechał, poznał mnie kiedyś z facetem, który robił dowody osobiste, prawa jazdy i papiery samochodów. Ten wyglądał jak zegarmistrz i palił carmeny. Jak już było wiadomo, że carmeny znikną, to mu kolesie zorganizowali tira tych carmenów, żeby mu starczyło do śmierci. I starczyło.

Znałem palących i niepalących, pijaków, abstynentów i tych, co na huśtawce. Tych omijaj, zawsze mają nóż albo kij bejsbolowy w bagażniku. Taki był Marian. Wielki jak hala na Wschodnim i rozkołysany jak pelargonie w wichurę. Raz pił, raz nie pił, wszywali mu bezpieczniki i odtruwali. Ale prawdziwej trucizny nie udało się z niego wypompować. Nie wiedzieli po prostu, gdzie ona jest, szukali w złych miejscach. Marian handlował antykami i grał na koniach. Kiedy pił, próbował stawiać na wskazówki starych zegarów i sprzedawać turystom araby na padoku. Bił swoje kobiety i płakał, gdy ktoś mu przyniósł piękną szablę albo krzesło. Jemu dzieciaki napisały na drzwiach: „Pojeb”. Bo to był pojeb. Zapił się. Inny facet, który zawsze łaził z reklamówką, powiedział mi, że tego „Pojeba” to mu własne dzieci napisały.

Czy to prawda – nie wiem. Bo ten od reklamówki gadał więcej, niż trzeba, mówił więcej, niż jest, gęba mu się nie zamykała jak rybie, gdy ją z kanałku wyciągniesz za Wedlem. Był czas, że nocował na Centralnym. Nie wiem, czemu tak daleko, może tu miał za krzywo wtedy. W każdym razie on opowiedział mi historię o facecie, którego nie znałem. Na Centralnym zaczął się pojawiać jesienią. Chodził między bezdomnymi i się rozglądał, i przechodził tym zapachem, którego na raz nie zmyjesz. Myśleli, że tajniak, ale co mają tajniacy do takich ludzi? A zimą zaczął niektórym dawać forsę. Za nic, za frajer. Poszły plotki, że pewnie zboczeniec, jeden z wielu, którzy wtedy szukali na dworcu. Ale to też nie była prawda. Całą zimę dziewięćdziesiątego trzeciego tak przychodził. Temu dał dychę, tamtemu dwie, i szedł dalej. Ponoć nijaki. Urzędnik niskiego szczebla z drobnym wąsem i czarnym plecaczkiem. Potem się mówiło, że gość wygrał w totka i z jakiegoś porywu serca, obietnicy czy czegoś zaczął tę wygraną rozdawać. Przyjeżdżał tramwajem i buty miał eleganckie, robione na miarę. A resztę już normalną. Policja go parę razy zaczepiała, ale nie ma paragrafu na faceta, który daje po kilka złotych tym, co liżą dno. A w lutym trzech młodych wykoncypowało, że jak daje po dyszce albo dwóch, to w tym czarnym plecaku musi mieć całkiem sporo. A że heroiny nikt za darmo nie rozdaje, to go pod ruchomymi schodami wzięli w kółko. Scyzoryk mieli raczej na postrach, ale któryś się zagotował, czy może facet nie chciał oddać plecaka… Jak było, mój koleżka nie wiedział, ale widział go potem, jak leżał. Na boku, jakby chciał się przekimać, jakby go zarazili bezdomni tym Centralnym. Dlaczego nie chciał oddać plecaka, skoro i tak rozdawał pieniądze? Tego żaden facet, jakiego znałem, nie wiedział. Przez megafony ogłoszono ekspres do Wrocławia, a tamten facet, którego nie znałem, umarł. I teraz, jak ci to opowiadam, to mogę się przyznać, że szkoda, że chciałbym znać tamtego faceta.

Maciek i Mareczek

– Ten facet ma coś z kolanami – wymruczał Maciek.

 

– Ten facet mruczy jak kot! – wykrzyknął Mareczek.

I obaj mieli rację, nogi Mareczka były najprawdopodobniej z modeli ikarusów w skali 1:20. Z przegubami tam, gdzie inni mają kolana. Głupio byłoby go prosić, żeby zdjął spodnie, więc wierzyłem w te przeguby, bo to zawsze lepsze niż zwyrodnienia rzepki, łąkotki czy co tam może boleć między łydką a udem. A Maciek mruczał od roku.

– Gronkowiec – mruczał zadowolony z siebie, jakby mówił „gronostaj” i miał na sobie królewski płaszcz, a nie ten szary strzęp, który nazywał kurtką.

– To wszystko przez to, że tu nie było porządnego dada. Nie było porządnego dada w tym kraju! No sami powiedzcie! Było?! – Mareczek nakręcał się, rozbujany już jak na resorach.

– Wsiądź sobie w jakikolwiek autobus – odmruczał Maciek – tam sami Ukraińcy prowadzą. I ciągle gadają przez telefon, pewnie z żonami i dziewczynami we Lwowie czy w innym Łucku. To da, da, da, będziesz miał skolko ugodno, przeskok będziesz miał od razu przez połacie awangardy: miasto, masa, maszyna i dada. – Odwrócił się do mnie. – Skąd ty wziąłeś faceta z takimi kolanami?

Co miało znaczyć: skąd wziąłeś faceta z takim krzykiem i pretensjami? Zrozumiałem go dobrze, ale nic nie odpowiedziałem, bo zamiast serca miałem zegarek, który stanął.

– Ty, daj mi telefon, muszę zadzwonić! – krzyknął Mareczek i od tego krzyknięcia wychyliło go na przegubach o czterdzieści pięć stopni.

– Nie masz swojego?

– Nie mam, ale ważną sprawę mam za to!

Maciek niechętnie wyjął, odblokował i podał. Za chwilę Mareczek darł się już do słuchawki, trzymając telefon przed sobą tak, że nie mógł usłyszeć odpowiedzi, zresztą chyba żadnej nie oczekiwał.

– Czy pan też uważa, że nie było dada w Polsce?! Co pan na to?! Na to przegapienie całkowite, co?! Na dziurę, z której nikt się nie może wygrzebać?! Tu jest tylko be­-le­-try­-sty­-ka! Słyszysz? Be­-le­-try­-sty­-ka, kurwa! – Potem nieco przytomniej spojrzał na wyświetlacz i półkrzyknął do nas: – Wyłączył się! Wyłączył się, wyobrażacie sobie?

– Ty, do kogo ty właściwie dzwoniłeś? – zaniepokoił się Maciek swoim murmurando, bo miał poważnych znajomych, poważnych naukowców w kontaktach, „ludzi, z których zdaniem się liczę”. – Do kogoś z mojej książki?! – Mruczący facet, który próbuje krzyczeć, brzmi jak zepsuta zasuwka, naraz warczy i skrzypi. – Kurwa, przegubowy człowieku, co ty masz z tymi kolanami?! Pokaż, do kogoś zadzwonił!

To już brzmiało jak ryk lwa puszczony z taśmy trzy razy za szybko. Musiałem interweniować, choć zamiast serca miałem trzy nieruchome wskazówki.

– Patrzcie, jakieś dziewczyny.

Bo naprawdę szły przez ten parczek. Jaskrawe kolory biły z nich w światłach latarni. Jedna była różowsza, druga zieleńsza, ale to się mieszało w stukocie szpilek i błyskach kolczyków wielkich jak bransoletki.

– Któraś z nich ma na imię Sandra – wymruczał Maciek. – Na bank Sandra.

– Założysz się?! – krzyknął Mareczek, który dopiero dziś poznał Maćka i nie wiedział, że nigdy, przenigdy nie wolno się zakładać z facetem, który mruczy i który trzy razy trafił piątkę w totka.

Ale Mareczek już podbiegł do odstawionych dziewczyn. Co w jego wykonaniu oznaczało serię skłonów przeplatanych chybotami.

– Idzie jak Dar Pomorza – powiedziałem, a wskazówka w miejscu mojego serca, ta najcieńsza, przesunęła się o sekundę i znowu stanęła.

– Skąd wiesz, zboczeńcu?! – krzyknęła pijana zdrowo, jak się okazało, Sandra i kopnęła Mareczka jakieś sześćdziesiąt centymetrów nad kolanami, w środek, że tak powiem, mężczyzny.

Teraz miałem dwóch leżąco­-wijących się. Mareczek zwijał się, bo wiadomo, a Maciek ze śmiechu. Nie mógł przestać się śmiać. Mruczący facet, który nie może przestać się śmiać, brzmi jak star z urwanym tłumikiem dwie przecznice dalej. Mareczek też już przeszedł z pojękiwania w śmiech, tak jak przechodziło się w starych ikarusach z tylnej części do przedniej, wziął tylko przegub oddechu. Nawet ja się uśmiechałem, wziąłem łyk z piersiówki, ale żadna ze wskazówek, które miałem w miejscu serca, nie ruszyła się o milimetr.

Zresztą już nigdy się nie ruszyła, ale co ja wam będę opowiadał, ludzie miewają gorsze rzeczy w miejscu serc. Maciek z Mareczkiem potem bardzo się pokochali i łazili po mieście przynajmniej raz w tygodniu w dublecie mrucząco­-przegubowym. Pewnie rok, może półtora. Bo to nie był gronkowiec, tylko Maciek nikomu nie powiedział. Widywałem potem Mareczka, ale starałem się go unikać. Za każdym razem, gdy chwiał się na tych swoich gumowych kolanach, zdawało mi się, że mruczy, że łazi za mną jakiś kot.

Deszcz

Staliśmy na tej idiotycznej warcie bardziej jak strachy na wróble niż jacykolwiek strażnicy. Zmoknięte strachy, padało jak cholera. Deszcz przelatywał przez noc i przez słabe światło latarni z wysokim pomrukiem, jakby chłopiec przechodzący mutację udawał chrapanie ojca. Staliśmy, dotykając plecami ściany po obu stronach niemal całkiem rozwalonych drzwi. Tinez oparł jedną nogę o mokre cegły i gdyby stał w pełnym słońcu, wyglądałby jak bohater westernu. Deszcz miał słodkawy, kwietniowy smak, im częściej zlizywałem go z warg, tym bardziej marzyłem o gorzkim piwie.

– Ty, chodź, idziemy, co tu się może wydarzyć, kto może przyjść? W nocy, w deszcz, to bez sensu.

– Prosił, żeby popilnować.

– Może jeszcze wejdziesz i im poświecisz? Nauki udzielisz przedmałżeńskiej, pokażesz pozycje?

– Spierdalaj.

– No ja o tym właśnie. Spierdalajmy! Do tego nocnego na Bonifacego, piwa się napijemy.

Byliśmy oczywiście pijani, ale wciąż tak młodzi, że staliśmy niemal prosto. Nasze mózgi jeszcze nie umiały się odurzyć na całkiem, na ciemność i bełkot. Zawsze jakiś rejon kontaktował, czegoś chciał, coś obliczał, kombinował.

– Ty, Tinez, ja idę. Oni się tam tego, a my stoimy jak chuj na weselu. Wyjdą i co? Opowiedzą nam ze szczegółami? Obrazki obcasem w tym błocie narysują? Na razie!

Ale Tinez twardo stał. To znaczy – raczej miękko, ale niewzruszenie. Próbował odpalić mokrą zapalniczkę, ale tylko miarowy chrzęst z tego szedł. Rytmiczny niestety. Wiedziałem, że miał coś z Anką. Czy raczej – do niej coś. A najdokładniej to: za nią coś – spojrzenie, słowo niewypowiedziane, gest urywający się w połowie, jakby ktoś podciął ścięgna dłoni. No miał, ale nie miał nigdy śmiałości, nawet na bańce czy po dżointach. Oczy mu tylko błyszczały. Miał oczy wilka w miękkim ciele. Oczy bandyty rzucającego nożami w cyrku. Teraz tak samo, słabe strużki światła szukały tych jego ślepiów, tam były u siebie, tam się przeglądały. Andrzej też miał podobne, tylko węższe i pasujące do reszty. Bo zrobiony był z jednej cwanej sprężyny. Zawsze gotowy, nakręcony, uśmiechnięty tak na pół – do bicia albo do zabawy. A teraz był z Anką.

– Chłopaki popilnujcie chwilę, a my zobaczymy, czy coś tam się zmieniło.

Zaśmialiśmy się, wiadomo. Po minucie stania w deszczu już się nie uśmiechaliśmy. Ja, bo mokłem, Tinez ze swoich powodów. Kiedy poczułem, że plecy też mam całe mokre, wkurwiłem się ostatecznie.

– Idziesz?

Cisza, zgrzyt zalanej zapalniczki, jakby pocierać o siebie mokre skórzane paski.

– Ja idę.

I poszedłem. Może i płacząc trochę, bo robiłem w naszej trójce za wrażliwego i jakoś mi to stanie Tineza i rozbujany uśmiech Andrzeja wpełzały do oczu.

Stegny kończyły się wtedy jeszcze na wpół porzuconą wsią, jeszcze nie wybudowali tych osiedli, które ciągną się dziś niemal do Powsina. I spod jednego z domów tej dogorywającej wsi szedłem właśnie. W środku szkło, połamane graty, których nie opłacało się wynieść, jak dla mnie, umiarkowanie romantycznie.

– Niektórym wystarcza – mruknąłem, wchodząc już między bloki.

Szedłem trochę na skos, wymijając szeregi dwunastopiętrowców, trochę chodnikami, trochę w błocie. Słyszałem, jak na szkolnym boisku ktoś tłucze butelki i śmieje się damsko­-męsko, ale nie chciało mi się sprawdzać, komu się chce w taki deszcz. Nawet się nie zastanawiałem nad trasą, nogi pamiętały.

Koło Sardyńskiej przystanąłem. Tu bywało różnie, tu trzej bracia Grecy przesiadywali ze swoimi kolegami. Wiadomo – bieda, wiadomo – patologiczne rodziny, ale naprawdę niewiele cię to obchodzi, gdy leżysz zalany krwią, bo starszy Greku (tak się odmieniało) przylutował ci rakietą tenisową w potylicę. Więc nasłuchiwałem, ale osiedle raczej spało. Spali moi rodzice, sąsiedzi, sąsiedzi sąsiadów, spali rodzice moich kolegów. Spał ojciec Kaltowicza, który lubił go lać kablem od żelazka, póki się nie przeliczył w dorastaniu syna i od tego czasu kulał, spały obie moje byłe dziewczyny, śniąc o mnie wszystko, co złe, spał Radzio Wariat dziecinnym snem, bo mimo lat czterdziestu miał nadal lat pięć. Spał Witek, który zachorował na jelita i nigdy nie wychodził, ale dzwonił do mnie i udawaliśmy, że wszystko jest w porządku, że dziewczyny czekają na nasze skinienie, że wyjedziemy do Norwegii i tam będzie jeszcze lepiej, spał Tomek, we śnie skacząc z dachu czteropiętrowca – na próbę, bo dwa lata później skoczy z najwyższego budynku przy Iberyjskiej (piętnaście bezsensownych pięter), we śnie lądował spokojnie jak sroka albo wróbel, spały siostry Miller, a każda z nich ładniała godzina po nocnej godzinie, żeby łamać serca naszym starszym kolegom, ładując ich w dzieci, dzikie emigracje i kosztowne rozwody. Najwyraźniej spali i bracia Grecy. Wyobraziłem sobie ich sny i przetrzeźwiałem.

Musiałem naprawdę się zamyślić, skoro nie zauważyłem wcześniej. Minąłem asfaltowe boisko do tenisa z ławkami zamiast siatki, kiosk totolotka, parking i zobaczyłem łunę. Paliło się. Moje piwo się pali! To pierwsza myśl. Ogień buchał z okien, blacha dziwacznie się gięła i osmalała. Podbiegłem. Kątem oka, zdawało mi się, złowiłem trzy cienie uciekające w badyliadę na rogu Bonifacego i Sobieskiego. A to tak śpią bracia Grecy, pomyślałem i wtedy ją zauważyłem. Stała bez żadnego szlochu czy krzyków.

– Wszystko w porządku?

– Tak, nie. Oblali czymś i podpalili, a potem wrzucili jeszcze coś do środka. Ten… koktajl…

– Mołotowa.

– Mołotowa. Zdążyłam wybiec.

Obejrzałem ją uważniej niż kiedykolwiek. Miała swoje czterdzieści pięć lat, sweter, dżinsy i niby­-góralskie kapcie. I zmęczone oczy, w których ledwo odbijał się ogień. Nie zauważyłem krwi i nic się na niej nie tliło. Z daleka słyszałem już sygnały straży i pewnie policji. Uśmiechnąłem się jak przedostatni idiota i zawróciłem między bloki. Przedostatni, bo jednak ostatni byli braciszkowie. W taki deszcz, z kobieciną w środku? W niczym to nie przypominało wymuszeń na cukierni czy ­warzywniaku, który wybuchł tak sprytnie, że złożył się do środka. Daliby szefowie braciom bejsbolowego bobu, gdyby ta babka została w środku. Później się okazało, że to był początek burzliwej i żałośnie krótkiej kariery Greków na niskich szczeblach warszawskich grup przestępczych. Byli za głupi. Najstarszy, by przeżyć, średni, by się nie wpieprzyć na dwadzieścia pięć, a najmłodszy na browna. Prawdę mówiąc, na browna za głupi okazali się dużo od nich mądrzejsi. Ale to trochę później.

Usiadłem na ławce przy Maltańskiej i patrzyłem, jak mieni się niebo od czerwonych i niebieskich błysków. Patrzyłem, jak zapalają się światła w mieszkaniach, jak pierwsi ciekawscy w niedopiętych szlafrokach ­wyłażą popatrzeć. Myślałem o tych trzech idiotach, którzy przyczaili się w krzakach, zamiast dać nogę na Sadybę. Myślałem o Tinezie nasłuchującym pod rozbebeszonym budynkiem: czy widzi łunę z takiej odległości, czy się o mnie martwi? E, nie, ma dwoje zmartwień za plecami, te zmartwienia chrapliwie oddychają, może przewracają jakieś badziewie… Ważniejsze, czy sprzedawczyni w swoim przerażeniu opowie o stałym kliencie, który dziwnym trafem był od razu na miejscu.

Jakoś nie umiałem się przejąć. Ani możliwymi kłopotami, ani kobietą, która przeżyła pewnie najgorszą noc w życiu, a przecież lubiłem ją jakoś. Przejmowałem się Tine­zem i Andrzejem, i Anką. Kto tam jest ślepy, a kto okrutny. I jak to się łatwo splata: wystarczy trochę wódki, trawy i uczuć. Próbowałem spojrzeć przez deszcz, przez wielką płytę, przez zmokłe krzaki i ceglaną ścianę, przez ciemność i głowę Andrzeja – co tam jest w środku, co tam się wyrabia z tymi jego myślami w kształcie sztyletów. I tuż obok – w głowę Anki, otoczoną rozpuszczonymi włosami, w te niezrozumiałe dziewczyńskie marzenia i plany. Czy tam jest na sztylety pułapka, która je uwięzi? Czy przeciwnie – pajęczyna pruta właśnie cichymi, krótkimi cięciami? Patrzyłem na Tineza, liczyłem mu papierosy w namokłej paczce – dwa. Liczyłem jego splunięcia przedrzeźniające deszcz, ale straciłem rachubę. A na koniec odsłoniła się przede mną przyszłość, z rdzawymi plamami i przycharami od petów, odsłoniła się na ułamek sekundy i uderzyła niczym kantem dłoni w grdykę, tak że zabrakło mi tchu, że zacząłem mieć nadzieję, że to zerwany film, że jutro nic nie będę pamiętał, że będę rzygał jak kot, żarł aspiryny, że będę słuchał Świata czarownic na cały regulator i pił kranówkę o smaku metalu i popiołu, aż się od niej znowu pochoruję.

 

Przypomniałem sobie, powoli oswajając się z myślą o powrocie do domu, jak pod koniec podstawówki Tinez wymienił się z Grubym. Zamienił swoją motorynkę na dwie niemieckie rakietki do ping­-ponga. Siedzieliśmy w naszym klubie w krzakach. Wstawiliśmy tam ławkę i przebujaliśmy całe lato.

– Ty głupi jesteś, Tinez. Motorynkę za rakietki?

– Ma dorzucić jeszcze model samolotu na eter – odpowiedział bez przekonania.

– Ta, i dwa gupiki oraz glonojada!

– Ty, ale co miałem robić?

– Nie wymieniać się – odpowiedział nagle Andrzej i wiedzieliśmy, że on by się postawił.

Zebrałby wpierdol, jak każdy od Grubego, ale tłukłby się, póki mógłby stać. Taki był od dziecka, chudy i zawzięty, wycięty z leszczynowej witki.

– Ja to nawet lubię ping­-ponga – uśmiechnął się Tinez – a jak zrobię tak – tu przyłożył rakietki do tyłu głowy, tak że półokrągłe części wystawały mu nad włosami – to wyglądam jak naspawana Myszka Miki.

Inne książki tego autora