Zielone migdały, czyli po co światu KurdowieTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

W serii ukażą się m.in.:

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Paweł Smoleński

Zielone migdały,

czyli po co światu Kurdowie


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Susan Meiselas / Magnum Photos / Forum

Copyright © by Paweł Smoleński, 2016

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna dr Renata Kurpiewska-Korbut

Korekty Renata Arkuszewska / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-245-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

1

W 2005 roku w Irbilu poszliśmy – Krzysiek Miller (mój kumpel, znakomity fotograf, partner od takich wypraw) i ja – na bardzo oficjalny bankiet. Do picia były szampan i pełnoletnia ­whisky, na przegryzkę kanapeczki i kurdyjskie szaszłyki. Wczesno­popołudniowy dress code wymagał garniturów, a my w plecakach mieliśmy tylko podkoszulki i sandały trekkingowe. Wstąpiliśmy więc wcześniej na irbilski bazar i kupiliśmy tradycyjne kurdyjskie stroje: portki tak obszerne, że w jednej parze zmieściłoby się kilku takich szczupaków jak Krzysiek, króciutkie kurtki i kolorowe pasy, które powinny być jedwabne, a najpewniej zrobiono je z jakichś sztuczności. Gdy tak ubrani weszliśmy między marynarki od Diora i Versace oraz żakiety od Hugo Bossa, zdało się nam, że zawistowaliśmy ciut wyżej, niż można. Lecz już nie było odwrotu.

Przy którymś drinku wpadliśmy na Neczirwana Barzaniego, w garniturze skrojonym na miarę, podówczas niespełna czterdziestoletniego, wysokiego mężczyznę, który zdążył już być peszmergą, uchodźcą politycznym, ukończył uniwersytet w Teheranie oraz najprzedniejsze amerykańskie uczelnie, mówił po angielsku tak, jakby właśnie wyskoczył z oksfordzkiego pubu, a wówczas przewodził rządowi kurdyjskiej autonomii. Premier zrobił oczy jak spodki i uśmiechnął się szeroko. Myśleliśmy, że już nic więcej nie może nam się przytrafić. Aż na przyjęcie przyszedł Masud Barzani, prezydent Kurdystanu i szef jednego z najbardziej wpływowych klanów, syn i spadkobierca Mustafy Barzaniego, który dla Kurdów jest niczym dla Polaków Piłsudski i Dmowski, Jan Paweł II i Lech Wałęsa w jednym. Tylko on i my w tym całym wyfiokowanym towarzystwie jak z Savile Row byliśmy ubrani po kurdyjsku, w zwyczajne góralskie łachy.

Masud podał nam rękę, chwilkę pogadaliśmy o niczym, bardziej śmiejąc się z naszego przebrania, a potem prezydent Barzani skinął na Neczirwana. Premier – bratanek – podszedł do stryja; przy niewysokim, okrągłym Masudzie wyglądał jak olbrzym. Masud wskazał na Krzyśka i na mnie i spytał:

– Poznałeś tych panów?

Miałem wrażenie, że pod wzrokiem Masuda Neczirwan z chęcią zamieniłby swój garnitur na moje kurdyjskie szarawary, choćby na sekundkę. Ale jest bystry, więc odpowiedział stryjowi:

– To panowie z Polski, czyli w zasadzie Kurdowie, tylko mają mniejsze góry, nazywają się Tatry.

– Tak, to Kurdowie – odpowiedział Masud.

Neczirwan nie wiedział: stryj – prezydent – kpi, a może o coś mu jednak chodzi?

Napiliśmy się whisky. Krzysiek, Neczirwan i ja. Masud tylko patrzył z życzliwym uśmiechem.

*

Innym razem znaleźliśmy się na spotkaniu jednego z kurdyjskich klanów. Miejsce przy długim stole wyznaczało hierarchię; u szczytu siedział patriarcha rodu, a my gdzieś w połowie, tam gdzie wypada usadzić gości. To było męskie party – sami faceci, byli peszmergowie, a teraz politycy i biznesmeni. Przy jagnięcinie z ryżem i whisky, pośród muzułmanów, ale wielu z nich zbyt długo komunizowało, by słuchać islamu we wszystkim. Z głośników leciała dzika góralska muzyka. W tańcach, które wnet zapełniły pustkę między stołami, mężczyźni drobili stopami w tańcu jak podhalańscy górale, rozległy się jakieś pokrzykiwania i śpiewy. Wtedy Krzysiek powiedział:

– Wyśpiewam im historię Polski, ty będziesz tłumaczył.

Zaczął od Bogurodzicy, gładko przeszedł do rzewnych tonów powstania styczniowego z 1863 roku i pieśni legionowych. Znudzeni Kurdowie słuchali z musu; w końcu prawo gościnności jest święte, choć domyślałem się, że mało ich wzrusza los Jasieńka i białej róży, kwiatów, co wyrosły na wojennej mogile.

Aż doszło do piosenek z powstania warszawskiego. Krzysiek zaryczał: „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola…”. Gdy doszedł do „choć na tygrysy mają visy”, sala eksplodowała. Klepano nas po plecach, ściskano, całowano. Ktoś krzyczał:

– Jak my, zupełnie jak my!

Nie mam złudzeń – swoje dołożyła whisky.

Ale jestem pewien, że nie tylko. Za tych chłopców i „morowe panny” od „Parasola” dostaliśmy krzesła u szczytu długiego stołu i wzniesiono za nas zbyt dużo toastów. Bankiet trwał jeszcze długie godziny; słabo pamiętam, jak się skończył. Ale po tym wszystkim, co wtedy usłyszałem i zobaczyłem, nie wymagajcie ode mnie, bym Kurdów nie kochał.

2

Nic nie jest tu w stu procentach pewne, choć wszystko wyglądało tak, jak zanotowałem. Zwłaszcza dzisiaj stabilność tego kawałka Bliskiego Wschodu to bańka mydlana rzucona na fale. Świat zamieszkały przez Kurdów jest tak bardzo rozchwiany, niejednoznaczny i nadzwyczajnie wręcz (to nie nowość) okrutny (akurat nie za ich sprawą), że szkoda zajmować się tym, co aktualne. Już następnego dnia zwietrzeje i zamieni się w historię. Kilka lat temu stawiano w Dahuku nowe domy, standardem podobne do warszawskich apartamentowców, otoczonych murami i pilnowanych przez podtatusiałych ochroniarzy (z tym że w Dahuku ochroniarz był wówczas zawodem wymierającym). Szast-prast i lokatorzy tych apartamentowców – to rok 2014 – zbierali się do ucieczki w kierunku Turcji, bo dwadzieścia kilometrów od miasta pojawiły się czujki Państwa Islamskiego, zbieranina oszalałych islamistów z całego świata, którzy za żołd i kobiety – niewolnice – gotowi są obcinać głowy.

 

To wtedy dzwonił do mnie przyjaciel Ziyad. Mówił:

– Niech nam sprzedadzą amunicję. Poradzimy sobie, tylko nie mamy czym strzelać.

Nie wiem, jak się sprzedaje amunicję ani kogo o to poprosić. Nie umiałem pomóc, choć bardzo chciałem.

Ale ktoś musiał sprzedać, ktoś mądrzejszy ode mnie pomógł. Dzisiaj islamscy bojówkarze zbierają od Kurdów cięgi. Wygnano ich spod Dahuku, Irbilu, odzyskano kurdyjski Kirkuk i tamę na Tygrysie, grodzącą rzekę na przedmieściach Mosulu. Kosztowało to życie setek peszmergów, dawnych partyzantów, a dzisiaj żołnierzy regularnej kurdyjskiej armii, bojowników (taki jest sens słowa „peszmerga”), którzy patrzą śmierci w twarz. Są między nimi czarnowłose młode dziewuchy, ubrane w bluzy panterki i szerokie portki, żeby zbytnio nie podkreślać bioder. Dziewczyna wśród peszmergów to żadna rewelacja. Bez kobiet iracki Kurdystan nie stałby się tym, czym jest.

*

A przecież kiedy zbierałem się do tych tekstów, wszystko wyglądało jak najlepiej, było jako tako poukładane.

No – prawie.

Szukałem wówczas języka, którym można opisać Kurdystan, a zwłaszcza jego iracką część, najbliższą mi, bo najlepiej znaną. Pomyślałem, że powinny to być słowa, jakich używano w socrealistycznych reportażach: dzisiejszy poniedziałek jest lepszy od wczorajszej niedzieli, lecz z pewnością gorszy niż jutrzejsze wtorek, środa i czwartek, bo wszystko się zmienia na lepsze, wreszcie znaleziono drogę wiodącą – tak właśnie napiszę – w świetlaną przyszłość.

Ja mam młode, twarde ręce,

A ja plecy mocne, zdrowe,

A więc, bracie, jak najprędzej

Zaczynajmy odbudowę.

Niech się mury pną do góry,

Niech kominy mają pion,

Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Ja mam piasek, a ja oczy,

A tam stoi betoniarka.

A jak wróg nam prąd wyłączy?

Zbudujemy przy latarkach.

I tak dalej. Z tą różnicą, że socrealizm kłamał jak najęty, a kurdyjska rzeczywistość uwodziła i zaskakiwała, z reguły na plus. Widziałem wiele razy Irbil, As-Sulajmanijję, Zachu, Dahuk, byłem w kurdyjskich wsiach rozrzuconych po majestatycznych górach, siadywałem nad wartkimi strumieniami i wysypywałem z butów pustynny piasek. Wszędzie czułem entuzjazm; tak tam po prostu jest. Albo – było, póki nie rozpętała się kolejna wojna; z dżihadystami, głównie z Iraku i z Syrii, lecz zasadniczo – z szaleńcami z całego świata.

Ale jeśli dzisiaj tak tam nie jest, to jutro będzie.

Wiem, jak wyglądał Kurdystan tuż po zagnaniu Saddama Husajna do klatki, a właściwie podziemnej jamy, w 2003 roku, po drugiej wojnie w Zatoce Perskiej. Widziałem Kurdystan kilka i kilkanaście lat później. Zawsze byłem pod wielkim wrażeniem tej tajemnej i niezwykłej siły, która pcha Kurdów naprzód – choć niekiedy cofali się w mroczną otchłań, a czasem sami sobie fundowali piekło, nieporównywalnie bardziej oswojone niż to dzisiejsze – oraz daje im nadzieję i moc wprowadzania dobrych zmian. Lubię ich, ale przede wszystkim szanuję, gdyż oglądałem na własne oczy, jak bardzo się starają, oraz wiem, że najczęściej ich praca to nie jest para w gwizdek.

*

Kiedyś – od męskiego party minęły już lata – w Irbilu złapaliśmy taksówkę. Kierowca, uśmiechnięty od ucha do ucha, powiedział (bardziej pokazał mową oczu i dłoni), że zawiezie nas wszędzie, gdzie chcemy. Wyjąłem kartkę z zapisanym adresem, pewny siebie taksiarz kiwnął głową. I dopiero zaczęła się przygoda. Jechał na ślepo, tam, gdzie więcej ludzi, zatrzymywał się i wciskał moją kartkę przechodniom. Rozmawiali ze sobą, coś sobie nawzajem wyjaśniali. Czas mijał, a spotkanie umówione. Taksówka rusza i znów się zatrzymuje. Ciągle nie jesteśmy na miejscu. Co robić? Musiały minąć ze dwa kwadranse, aż zrozumiałem, że nasz taksówkarz nie umie czytać i że cholernie się tego wstydzi. Mimo to dojechaliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Chwilkę po czasie, ale jednak.

*

Uwielbiałem te momenty, gdy moi kurdyjscy znajomi postanowili pokazywać mi centra handlowe, choć uważam, że budowa shopping mallów powinna być zabroniona konstytucyjnie. Lecz dla nich był to moment, gdy byli pewni, że chodząc między sklepikami i butikami, pijąc kawę w sieciowych knajpeczkach, znajdę się bliżej świata, który znam, a który oni chcą zbudować.

Nie tłumaczyłem im, że stokroć wolę bazar w Irbilu, położony u stóp cytadeli usytuowanej na wzgórzu wypiętrzającym się przez tysiąclecia nad płaską pustynią na gruzie i odpadkach – Irbil to w końcu jedno z najstarszych miast świata – z jego zapachem przeróżnych ziół, gnijących resztek warzyw, świeżo ćwiartowanego mięsa i kurzu zlewanego wodą. Niepotrzebny mi był do szczęścia szum klimatyzacji, ale upalny cień i pękata szklaneczka mocnej herbaty.

Karnie spacerowałem jednak między witrynami, podobnymi do tych ze Sztokholmu, z Wiednia, z Monachium czy z Warszawy. Nie krzywiłem nosa, że galerie handlowe to – moim zdaniem – koronny dowód na upadek cywilizacji. Za dużo pamiętam z polskich przemian i z polskiej biedy, żeby komukolwiek odmawiać radości z popełnianych błędów. Zresztą – takie błędy to nie błędy, lecz wyraz aspiracji. Raz roześmiałem się w głos, gdy przy irbilskiej ulicy zamienionej w plac budowy zobaczyłem domek w kształcie kanadyjskiej chatki, zbudowany zresztą wedle północnoamerykańskiej technologii. Patrzyłem na ten domek i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Miał spadzisty dach, gotowy na przyjęcie ton śniegu, był obłożony sidingiem i w ogóle wyglądał tak, jakby przeniesiono go wprost spod Ottawy lub Calgary. A wokół suchy piasek. Kurdowie śmiali się razem ze mną. Latem, gdy w budynkach nieznośna duchota, wieczorami przenoszą się na płaskie dachy, gdzie dochodzi pustynny chłód. Tam biesiadują, rozmawiają, flirtują, śpią. Kanadyjski domek jest tu całkowicie wbrew tradycji i obyczajom, a nawet wbrew potrzebom, logice i zdrowemu rozsądkowi, bo w Irbilu śnieg nie pada, i już.

Lecz był to śmiech życzliwy, dobrotliwy śmiech ze szlachetnej pomyłki jakiegoś reemigranta zza oceanu, który postanowił ofiarować swojej ojczyźnie to, co, jego zdaniem, najcenniejsze i najlepsze. Tym również uwiódł mnie Kurdystan: setki, tysiące Kurdów wracających do domu z Niemiec, ze Szwecji, z USA, z Kanady, z dalekiej Szkocji i z państw Bliskiego Wschodu. Lekarze, inżynierowie, naukowcy, ale też robotnicy wielkich fabryk, spawacze, murarze, mechanicy.

Wracali nie dlatego, że im się nie powiodło. Przeciwnie – powiodło im się tak bardzo, że naraz poczuli, iż mogą być przydatni Kurdystanowi. Zauroczyła mnie ta ich pewność, że szczęście i pomyślność Kurdystanu są tuż za rogiem; nadejdą szybciej, gdy im się pomoże.

– Dzisiejszy Kurdystan też będzie przyjazny dla wszystkich. Mamy – powtarzali – nieprzebrane zasoby ropy naftowej i dość wody, która na Bliskim Wschodzie jest najcenniejszym surowcem. Mamy ludzi gotowych pracować przez siedem dni w tygodniu, żeby się wszystko układało. Umiemy się bić, więc już nie damy sobie w kaszę dmuchać. A jeśli czegoś nie umiemy, nauczymy się.

*

Lubiliśmy chodzić na wieczorne spacery po Irbilu albo As-­-Sulajmanii. Może dlatego, że siadał upał i wreszcie można było oddychać. A może dlatego, że wieczorami, kiedy jest nieco chłodniej, Kurdystan zaczyna odpoczywać, bawić się, rozmawia nieco głośniej i śmieje się jeszcze bardziej. Podczas takich wieczorów nie chce się jeść, bo jeszcze za gorąco, ale pić można litrami, najlepiej herbatę, czarną, mocną i gorącą. Nie chcę, by wyglądało to jak laurka, lecz kompletnie nie wiem, jak opisać te wieczory, gdy szliśmy wzdłuż rozgrzanych ulic, w powietrzu zastałym od słońca, gorących silników mijających nas samochodów i dusznych obłoków spalin. Na poboczach stały niewielkie garkuchnie, gdzie podawano szaszłyki, kebaby i kotlety baranie, pieczone na dymiących grillach. Przysiadaliśmy czasem na tandetnych plastikowych krzesełkach, a kiedy podchodził do nas kucharz i kelner w jednym, prosiliśmy tylko o herbatę. I za chwilę na stoliku zjawiały się pękate czarki, a potem następne i następne. Kiedy chcieliśmy płacić, odpowiedzią było wzruszenie ramion. Za co? To przecież oczywiste, że w takie wieczory trzeba dużo pić. W Kurdystanie prawie nigdy nie zapłaciłem za herbatę, choć herbata była ujęta w cenniku i zawsze próbowałem wciskać jakieś pieniądze. Miło za to po prostu podziękować.

*

Kiedyś w As-Sulajmanii, bodaj w piątkowy wieczór, zwabiła nas głośna muzyka dobiegająca z wielkiej, rozjaśnionej sali. Wsadziliśmy głowy przez drzwi, a tam stoły ustawione wzdłuż ścian, przy nich kilkudziesięciu gości: dostojne stare kobiety z zakrytymi włosami, ubrane w ciemne kolory (nie były to arabskie abaje) i mężczyźni w lichych garniturach. Środek sali mienił się kolorami: kilka rzędów dziewcząt w barwnych kurdyjskich sukienkach naprzeciw chłopców ubranych po europejsku, ale też w tradycyjnych szarawarach, obwiązanych szerokimi płóciennymi pasami. Między nimi uśmiechnięta, mocno umalowana czarnula w białej sukni weselnej. I pan młody, w zasadzie jeszcze chłopak, który tylko miną zdradzał, że jest tego dnia najważniejszy ze wszystkich. Jakaś dziewczyna zobaczyła, jak wystajemy w uchylonych drzwiach. Kiwnęła w stronę pana młodego. Panna młoda uśmiechnęła się zachęcająco. I już byliśmy w szeregach tańczących – E., trochę zawstydzona bezpośredniością, w dziewczęcym, ja w męskim. Podskakiwaliśmy w rytm ostrej góralskiej muzyki, burząc całą choreografię. Nie znamy kroków? Ale jaki to problem, zaraz pokażą. Nasze podkoszulki nie pasują do odświętnych strojów? Co tam. Bawimy się, bo to wieczór zabawy. Gdy muzyka na chwilę ucichła, a może zabrakło nam sił, przysiedliśmy przy długich stołach. Nasi gospodarze znali ledwie kilka angielskich i niemieckich słów, a my ani w ząb po kurdyjsku. Ale rozmawialiśmy, a przede wszystkim – cieszyliśmy się razem z młodą parą i z weselnymi gośćmi, bo jakoś tak okazało się, że przecież to również nasze przyjęcie, jakby zaplanowane wiele tygodni wstecz; byliśmy na nie zaproszeni, choć najpewniej zapomnieliśmy i nie przygotowaliśmy ślubnych prezentów.

Być może na świecie jest wiele takich miejsc, gdzie przybysz w jednej chwili staje się swój. Tyle że – pamiętajmy – kilkadziesiąt kilometrów od As-Sulajmanii za niebieskie oczy od paru lat nieodmiennie ucina się głowy. Życzę więc Kurdom jak najlepiej. Za herbatę, za tańce na weselu, nawet za kaca po męskim party w Irbilu.

3

Jeśli ufać ich narodowej mitologii, Kurdowie zawsze mieli w plecy. Powiadają, że wywodzą się od starożytnych Medów, oblegali i złupili asyryjską Niniwę (okolice dzisiejszego Mosulu), medyjskie imperium należało zaś do najpotężniejszych już setki lat przed narodzeniem Chrystusa, lecz co im z tego przyszło, skoro przegrali z Persami i utracili własne państwo. Inna legenda głosi, że Kurdowie to uciekinierzy z lochów Azhdahaka, mitycznego króla-smoka, okrutnika i ludożercy żywiącego się ludzkim mózgiem. Schronili się w górach Zagros i w Górach Kurdystańskich, które miały bronić ich przed światem. Nie obroniły. Opowieści o Kurdach pojawiają się w najdawniejszych bliskowschodnich eposach, relacjach i zapiskach. Byli we władzy Arabów w czasach świetności kalifatu, Saladyn zaś – wielki żołnierz i, jak się zdaje, szlachetny polityk – urodził się z kurdyjskich rodziców, choć nigdy nie był w Kurdystanie i nie mówił ani słowa w żadnym z dialektów; Kurd bez języka, urodzony poza Kurdystanem to również dzisiaj żadna rewelacja.

Po Arabach nastali tam Turcy, a Kurdowie, niepokorni górale, uchodzili za najbitniejszych wojowników w służbie ich imperium. Kiedy u progu XX wieku państwo sułtanów dokonywało żywota, to właśnie Kurdowie pacyfikowali ormiańskie wsie i miasteczka. Mają więc w swojej narodowej biografii czyny niegodne, mimo że ciągle tkwili poza światem, w górach, posługiwali się różnymi dialektami, podzieleni na awanturujące się klany i rządzeni przez feudalnych agów, często głodni, zziębnięci, ale – na ówczesną miarę – wciąż wolni i jakoś świadomi swojej odrębności. Zostali wciśnięci w kilka świeżo powstałych państw, poddani do tego europejskiemu, zaborczemu dyktatowi.

 

Kurdowie mieli uzyskać niepodległość po I wojnie światowej, zgodnie z traktatem z Sèvres. Nie udało się, bo perspektywę utworzenia autonomii, a później państwa kurdyjskiego przekreś­lił korzystny dla Turków wynik wojny narodowowyzwoleńczej pod przywództwem Kemala Atatürka. Szukali więc sojusznika w sowieckiej Rosji. Sympatyzowali z komunizmem, nie oglądając się na stalinowskie deportacje kurdyjskiej mniejszości z gór Kaukazu w azjatyckie stepy. Najbliżej do kurdyjskiej niepodległości było tuż po II wojnie światowej. W styczniu 1946 roku na kilka miesięcy powołano Republikę Mahabadzką, państewko leżące na terytorium Iranu i korzystające z sowieckiej protekcji. Republika przetrwała do grudnia 1946 roku, zduszona przez wojska szacha Rezy Pahlawiego, kiedy Związek Sowiecki, powołując się na ustalenia niedawnej konferencji w Jałcie, wypiął się na dotychczasowych sojuszników. Prezydenta republiki, Muhammada Quaziego, powieszono na rynku w Mahabadzie, a Mustafa Barzani, zwany też Mułłą Mustafą, przywódca jednego z klanów i minister obrony republiki, kurdyjski bohater narodowy, który niewiele wcześniej zdobył miasteczko, musiał uciekać do Iraku, a potem, na wiele lat, do ZSRR. Znów Kurdów oszukano. Gdy Rosja zawiodła, prosili o wsparcie Amerykę, Anglię i Francję, a nawet Izrael. W chwilach największej grozy paktowali z wrogami: z Iranem szacha Pahlawiego i ajatollahów albo z irackim rządem w Bagdadzie.

*

Bez Mustafy Barzaniego kurdyjska droga do wolności wyglądałaby zupełnie inaczej. Współcześni mu notowali, że Mustafa miał stanowczy charakter, twardą rękę i apodyktyczne zapędy. Nie znosił sprzeciwu, uważał, że zawsze ma rację, chwycił za broń zaś – tak powiadali mu nieprzychylni – nie dla kurdyjskiej wolności, lecz w interesie swojego klanu. Pierwszy raz trafił do więzienia, gdy miał raptem pięć lat, podczas powstania klanu Barzanich przeciwko imperium osmańskiemu. Turcy zamordowali mu dziadka, ojca i jednego z braci. Walczył z Brytyjczykami rządzącymi Irakiem, z Teheranem i z Bagdadem. Sprzymierzał się z każdym i przeciwko wszystkim, byleby tylko wyrwać coś dla Kurdystanu. Mustafa Barzani rychło zrozumiał bowiem, że skłóceni agowie i klanowi szechowie nie dadzą Kurdom własnego państwa. Umiał grać i kluczyć, nie bał się odpowiedzialności i walki. W naturalny sposób stał się kurdyjskim nacjonalistą, choć zrazu w ogóle o tym nie myślał (Bliski Wschód kipiał wówczas od świeżych nacjonalizmów: arabskiego, żydowskiego i kurdyjskiego). Starał się umiędzynarodowić kurdyjskie marzenia, szukał sojuszników od Londynu przez Paryż i Waszyngton po Moskwę. Dogadywał się z Arabami, ale nigdy nie obiecał im posłuszeństwa, ugłaskiwał Irańczyków i Turków, by za chwilę piętnować ich jako największych wrogów.

Tułał się po Związku Sowieckim i Iranie. Flirtował z KGB, CIA, MI6, korzystał z pomocy Mosadu. Raz był dla Bagdadu fałszywym przyjacielem, raz śmiertelnym wrogiem. Negocjował z królem Iraku Fajsalem I i z generałem Kasimem, który obalił króla Fajsala II. Wyrwał przyrzeczenie kurdyjskiej autonomii od Saddama Husajna, który był jednym z najkrwawszych dyktatorów swoich czasów. Kupowano Mułłę Mustafę wspaniałymi rezydencjami i ekskluzywnymi limuzynami, by wnet organizować przeciw niemu skrytobójców. Aż trudno zliczyć, ilu kurdyjskim powstaniom przewodził Mustafa Barzani; w drugiej połowie XX wieku wybuchały co kilka lat. Od 1946 roku Mustafa Barzani był liderem Demokratycznej Partii Kurdystanu (DPK), gdzie reguły demokracji chowano w kieszeń, kiedy do głosu dochodziła wola przewodniczącego. To właśnie z nim spierał się Dżalal Talabani, od 2005 roku przez dziewięć lat prezydent Iraku, prawnik z wykształcenia i w młodości jeden z liderów DPK. Wystąpił z partii, zrażony sobiepaństwem Mustafy, który rządził DPK jak klanem Barzanich i wedle klanowych porządków oraz zależności budował partyjne układy.

Talabani założył w 1975 roku własne ugrupowanie – Patriotyczną Unię Kurdystanu (PUK), miał własne formacje peszmergów, których poprowadził przeciwko DPK i rodowi Barzanich podczas wojny domowej w 1994 roku. Lecz nawet wtedy, gdy peszmergowie obu skłóconych ugrupowań walczyli ze sobą, Talabani mówił, że pamięć i dorobek Mustafy Barzaniego jest częścią jego politycznej edukacji i tradycji. Słowem – Mustafa jest dla Kurdów, powtórzę, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak Józef Piłsudski dla Polaków. Uwielbiany i podziwiany, niekiedy przeklinany oraz odsądzany od czci i wiary, ale za to obecny w życiu chyba każdego Kurda nawet po swojej śmierci. Zmarł na raka płuc w 1979 roku w USA. Nie doczekał – na szczęście – późniejszego o dekadę ludobójstwa popełnionego przez Saddama Husajna. Nie zobaczył – choć o tym marzył – rozwijającego się, demokratycznego Kurdystanu, nie poczuł przedsmaku niepodległości, choć całe życie o to walczył najlepiej, jak potrafił.

Jego następcą i dziedzicem w Demokratycznej Partii Kurdystanu został syn Masud, dzisiaj prezydent Regionu Kurdystanu, formalnie autonomicznej prowincji Iraku, z własnymi władzami podporządkowanymi Bagdadowi, ale coraz głośniej szepczącej o niepodległości.