IrakTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

(Dlaczego Samira opowiada tak szybko? Dlaczego się śpieszy? Czy to tylko brak czasu przed zbliżającym się występem? – wszak zaznaczyła, że możemy rozmawiać kwadrans, góra dwa. Dowiem się, lecz nie od niej).

– Cieszył mnie tytuł śpiewaczki tysiąclecia. Byłabym chwalipiętą, gdybym powiedziała, że tylko ja zasłużyłam na takie wyróżnienie. Lecz pozwól, habibi, że opowiem o okolicznościach tamtego wydarzenia, tak niedawnego, ale przecież z kompletnie innej epoki. Pozwól, że cofnę się o kilka lat.

Zanim więc mnie uhonorowano, w Bagdadzie działały teatry, występowałam w radiu i w telewizji. Już wiesz, że jeździłam nawet za granicę, a kiedy wracałam do kraju, zwłaszcza po dłuższej nieobecności, widziałam, co dzieje się z moim Irakiem. Bagdad sprzed kilkunastu lat to już nie był ten Bagdad z początków mojej kariery. Miasto przygasło, posmutniało, zrobiło się jakieś szare, a nawet czarne, w dosłownym, uwierz, habibi, znaczeniu tego słowa, choć zbudowano je z żółtego piaskowca, choć ma zielone, przestronne aleje i wspaniałe skwery. To wszystko trwało latami (nie chce mi się opowiadać o bombardowaniu miasta z czasów wojny z Iranem), lecz pozwól, habibi, że wspomnę zdarzenie z jednego bodaj dnia, sprzed wielu lat, z czasów, które były złe, lecz o niebo lepsze niż dzisiejsze. Już przegraliśmy pierwszą wojnę w Zatoce, lecz wciąż płonęły szyby pól naftowych w zbunto… prowincji, chciałam rzec, po kuwejckiej stronie granicy. Nim je ugaszono, nad Bagdad napłynęły chmury czarnego, tłustego, naftowego dymu, lepkie i gryzące. Przy nich kłęby spalin, które dziś wiszą nad miastem, mają, nie uwierzysz, świeżość i przejrzystość górskiego powietrza.

Nie pamiętam dnia ani miesiąca – to było zimą dziewięćdziesiątego roku – lecz pamiętam, że jakoś wtedy w Bagdadzie padał deszcz. W kilka kwadransów, no, może w kilka godzin, ściany domów, parki, chodniki, nawet wartki nurt Tygrysu pokrył gruby kożuch gęstej sadzy. Obrzydliwość…

Wiele dni trwało wielkie sprzątanie i czyszczenie. Ale niektórych plam nie udało się domyć nawet do dzisiaj. Jasny i piękny Bagdad wyglądał tak, jakby włożył czarne, żałobne szaty.

Nie chcę panu mówić tylko o sadzy i tłustych plamach na murach i trawnikach (tak, mieliśmy wtedy trawniki). W końcu nie one były najważniejsze. Bagdad poszarzał i posmutniał, bo poszarzeli ludzie. Tak, habibi, poszarzeliśmy, nasze życie stawało się każdego dnia cięższe i cięższe. Jeśli nie żyłeś w kraju otoczonym nieprzyjaciółmi, zamkniętym, zatrzaśniętym, izolowanym, nie pojmiesz, o czym mówię. Wojna i sankcje gospodarcze to nie tylko bieda, brak towarów i upokarzające rozdawnictwo żywności. To wszystko ma wymiar duchowy, łamie zasady współżycia międzyludzkiego, przecież powinniśmy się kochać (po to, habibi, jest sztuka), a tymczasem patrzymy na siebie wilkiem, nie lubimy się, żyjemy z dnia na dzień, nie obchodzą nas sprawy wyższe i bardziej wzniosłe. Wyjeżdżałam z Iraku, na granicach obcych państw sprawdzano dokładnie moje bagaże, bo jestem Irakijką, osobą, przeciwko której skierowano sankcje, znaczy się, jestem wrogiem. Wracałam do kraju, znów drobiazgowa rewizja, choć znano moją twarz, ale przyjeżdżam z zagranicy, z miejsc nam niechętnych. To było okropne, nie do wytrzymania. Czułam się jak przestępczyni, przemytniczka, złodziejka.

Mówisz mi, że to Saddam sprowadził sankcje na Irak. Nigdy nie należałam do bezgranicznych wielbicielek prezydenta (wszak sztuka daje poczucie niezależności), lecz nie umiem się z tobą zgodzić. Nawet jeśli iracki rząd był winien, sankcje uderzały w nas, w naród iracki, może nie bezpośrednio we mnie, lecz w moich sąsiadów, znajomych, w moją publiczność. W tym sensie cierpieliśmy wspólnie, co jednak nie wytworzyło między nami poczucia braterstwa. Ten dzisiejszy, okropny bandytyzm, te rabunki, morderstwa, ci ludzie grabiący innych ludzi – wszystko to jest skutkiem tamtych sankcji. Po wojnie z Iranem niczego takiego nie było, mieliśmy za co żyć. Boję się, że długo nie otrząśniemy się z tego upodlenia.

(Ale o czym śpiewała Samira K., gdy wyjeżdżała za granicę? Dlaczego wyjeżdżała? Kto jej na to pozwalał? Co musiała obiecać?)

– Kocham Irak, moją ojczyznę, kocham mój naród, moją publiczność. Moja twórczość miała i ma w jakimś sensie wymiar patriotyczny, za granicą sławiłam swój kraj. Nie ma w tym nic złego, nie śpiewałam nic kłamliwego. To kolejny wymiar sztuki: opowiedzieć w kilku zdaniach, w krótkiej, melodyjnej piosence to wszystko, na co inni potrzebują sążnistych przemówień. Moje piosenki budowały dumę i poczucie wartości wśród słuchaczy, a cudzoziemcom dawały wyobrażenie o wielkości, o wspaniałości Iraku.

Za granicą śpiewałam o tym samym, o czym śpiewałam w Bagdadzie. W czasach sankcji było to bardzo ważne, istotniejsze niż każdego innego dnia. Dawałam ludziom radość i siłę, czułam, że to mój patriotyczny obowiązek.

Powiem ci przy okazji, że nie należałam nigdy do dworskich artystek reżimu. Nie śpiewałam dla Saddama i o Saddamie, nie byłam taką Lajlą al-Attar irackiej estrady. Tak, Lajla była wielką plastyczką, lecz nie wystarczała jej sztuka. Szukała doraźnego poklasku, lubiła władzę, zgodziła się, by jej twórczość była doraźna, propagandowa, by karmiła niskie instynkty. Przyznasz, habibi, że mozaika na podłodze hotelu Ar-Raszid – portret ojca obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, starego pana Busha – po której deptali wszyscy goście, może pod względem formalnym była doskonała, lecz nie na tym polega prawdziwy artyzm, sztuka nie powinna ośmieszać i kaleczyć, lecz budować i wspierać.

Takich Lajli wśród śpiewaków i aktorów były tłumy. Nie liczył się nawet talent, skala głosu, ruchy sceniczne, wyczucie rytmu, lecz głośne demonstrowanie uwielbienia i poklasku. I co się z nimi stało? Uciekli, schowali się do mysich dziur, nie ma ich, po prostu nie ma. A ja za kilka dni znów wystąpię. I, gwarantuję ci, habibi, zaśpiewam przy pełnej sali.

Samira doda jeszcze, że jej, prawdziwej artystce, nie zależało na doraźnych splendorach. Prawdziwy artysta wie, że dwór przemija, a pałac, nawet największych władców, nie jest wieczny. Nie starała się o miejsca na listach przebojów, nie biegała po pokojach ważnych redaktorów telewizyjnych i radiowych, nie umawiała się z zarządcami irackiej kultury.

Dlatego tym bardziej cieszy ją tytuł irackiej śpiewaczki tysiąclecia. Mówi, że zawsze myślała i – na dodatek – miała rację, że prawdziwa sztuka jest ponad czasem i ponad miejscem, obroni się niezależnie od okoliczności, oraz że, koniec końców, musi zostać doceniona. Nic jej nie gryzło, gdy przyjmowała wyróżnienie, choć wręczano je w imieniu i za wiedzą tyrana. Nawet czuła się mile połechtana, gdyż (czy można jej nie wierzyć?) ustrzegła się doraźności i peanów na cześć prezydenta, a jednak pobiła na głowę całą rzeszę śpiewaków i śpiewaczek, gotowych na wszystko, byle tylko znaleźć się w telewizji, w radiu, zabłysnąć dzięki lizusostwu, zaistnieć w pochlebstwie.

I rzeczywiście, nie spotkałem nikogo, kto rzekłby z całą pewnością: widziałem Samirę K. śpiewającą hymny na cześć Saddama albo koncertującą podczas orgii Udaja Husajna.

– Powiem ci, przyjacielu, nie odczuwałam nawet takiej presji. Może dwuznaczne uwagi wplecione w zachwyty nad moim głosem, może delikatne sugestie, ale żadnego nacisku wprost – wiem, że trudno ci w to uwierzyć – nachalnego namawiania, żadnych gróźb, szantażu, straszenia. Od dworskiej piosenki byli inni, już przekonani, wynajęci, kupieni; taki Abd al-Akli nie umiał nic innego, śpiewał na przyjęciach wydawanych przez prezydenckich synów, był w tym wszystkim śmiesznie mały (naprawdę był karłowatym pokurczem) i żałosny. Już wtedy litowałam się nad nim; serce boli, gdy człowiek ogląda kogoś tak doszczętnie pozbawionego talentu. Al-Akli nie zaśpiewa publicznie nigdy więcej. Jestem tego pewna.

Nie, habibi, nie miałam nigdy takiej propozycji, by zaistnieć na dworze i dzięki łasce panujących. Myślę, że potrafiłabym się jakoś wybronić. Udaj Husajn był kobieciarzem. Dochodziły mnie wieści, że jego przyjęcia to było obżarstwo, pijaństwo, wyuzdana orgia. Że uczestniczyły w tym kobiety, które wypatrzył w bagdadzkich klubach, na ulicy, w programach telewizyjnych. Ale żeby je zaraz zmuszano do niecnych, niegodnych rzeczy?

Tak, habibi, słyszałam i takie historie, a również te mroczne i krwawe, kończące się biciem, gwałtem, strzelaniną, morderstwami. Lecz nie jestem pewna, ile w tym wszystkim prawdy, a ile zmyślenia i banialuk; my, Arabowie, lubimy wyostrzać, dodawać, ubarwiać, koloryzować. Nie zapominaj również, że Udaj mógł wszystko. Mógł porwać dziewczynę, ale mógł też odmienić jej życie, obdarować ją strojami i tysiącami dolarów, zażądać, by pokazywano ją w telewizji, zmusić administratorów najlepszych bagdadzkich hoteli, by podpisali z nią dobry kontrakt, słowem – mógł z beztalencia zrobić rozrywaną… Chcesz powiedzieć, artystkę?

Ludzie, którzy uważają się za artystów i tylko w skrytości ducha przyznają (choć nie zawsze), że Bóg poskąpił im talentu, za wszelką cenę dowodzą boskiej pomyłki, są niebywale próżni, łasi na sławę i na pochlebstwa. Skąd wiesz, habibi, czy te dziewczyny same nie pchały się w łapy Udaja i jego koleżków? Skąd wiesz, czy nie prowokowały nadmiernym wyuzdaniem, może w stosunku do mężczyzn były zbyt otwarte i śmiałe? Pod tym względem my, Irakijczycy, jesteśmy inni niż wy, z Europy. Nasi mężczyźni nie są przyzwyczajeni do zbytniej poufałości, do tych uśmiechów, do krótszych sukienek i odsłoniętych ramion.

(Dlaczego Samira tak się denerwuje? Jeszcze nie rozumiem, nic nie wiem).

– Opowiem ci historię, która zdarzyła się niemal na moich oczach. Dwóch synalków wysoko postawionych funkcjonariuszy Baas przygruchało sobie dziewczyny, początkujące piosenkareczki; ładniutkie toto, zgrabniutkie; wszystko, co można o nich powiedzieć. Dziewczynom zasmakowała whisky, więc kiedy jechali ulicą Karrada, zapragnęły siedzieć na masce samochodu. Samochód gwałtownie zahamował, dziewczyny spadły; jedna się połamała, druga zginęła. Oczywiście, że ci chłopcy są winni (nie ponieśli wówczas żadnej kary, ustrzegli ich ojcowie, takie niedopuszczalne porządki panowały w moim Iraku). Ale co powiesz o tych dziewczynach, o tych siksach napalonych na sławę, na karierę i lekkie życie? Gdyby były skromniejsze, nic by się nie stało.

 

Słyszysz więc, habibi, że nie wychwalam bezkrytycznie rządów Saddama. Stać mnie na obiektywizm, nie muszę – tylko dlatego, że wszystko się zmieniło – być z tobą nieszczera. Powiem jedynie, że w tym całym morzu niegodziwości, bałwochwalstwa, lizusostwa była jedna rzecz godna uwagi i przeniesienia w nowe, lepsze czasy. Udaj miewał kaprysy i Saddam miewał kaprysy, ale irackie państwo jakoś umiało opiekować się sztuką. Popatrz dookoła i powiedz: czy pośród tych wszystkich płyt zalegających targi i sklepiki znajdziesz coś wartościowego? Nie znajdziesz!

(Wreszcie poznałem ludzi, którzy o Samirze K. wiedzą coś więcej. Przypadkiem. W Bagdadzie, pięciomilionowym mieście, wszystko dzieje się przypadkiem. Okazało się, że Ahlam – tancerka i sądząc z historii życia, rebeliantka – pamięta Samirę.

Samira – wspomina Ahlam – nigdy nie śpiewała ku czci Saddama. A przynajmniej nie tak dosłownie jak inni piosenkarze. Nie interesował się nią Udaj Husajn. Była za stara i za niska. Nie ma innego powodu.

Samira milczała, chowała się, nie było jej tam, gdzie kwitło irackie życie. I tak się uchowała, zniknęła z pierwszego szeregu, nie chciano od niej zbyt wiele, jak od wielu brzydkich, średnio utalentowanych piosenkarek. A że dostała tytuł irackiej śpiewaczki tysiąclecia. Jak to się stało? – Ahlam nie wie. To był czas, gdy rozdawano rozliczne tytuły, a chwilę po dekoracji nikt z oficjeli nie pamiętał, co to za uroczystość, którą odwiedził, po co tu przyszedł, co wręczał, czym dekorował.

Samira – przypomni sobie Ahlam – bała się. Saddama, wojen, ojca, rodziny, artystycznej klęski. Lecz gdy przyszło co do czego, czyli gdy syn Ahlam został skazany na śmierć, Samira powiedziała: pomogę ci. Nie pomogła. Ale deklaracja pomocy w tamtych czasach znaczyła prawie tyle, co wsparcie. Dlatego Ahlam uważa, że Samira była dzielna. Lecz ponieważ boi się wszystkich i wszystkiego, nie ma zielonego pojęcia o swojej dzielności).

Samira K.: – Pytasz, habibi, o co mam żal do dzisiejszych czasów? Byle kto może uznać, że ma talent; jasna twarz, duże oczy, dekolt, obcisłe spodnie. Byle komu możesz nagrać płytę, jeśli tylko masz na to pieniądze. Nie ma żadnej weryfikacji, żadnej obiektywnej oceny, nikt tego nie nadzoruje, nikt nie kontroluje. Niedługo iracką sztukę zdominuje chałtura, brakoróbstwo, szmira i tandeta. Tak prorokuję, choć nie chcę, by się spełniło.

8

Meczet zwany Matką Wszystkich Bitew, na cześć sławetnego zwycięstwa (mimo że była to w istocie sromotna klęska) nad wojskami antysaddamowskiej koalicji podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, stoi na przedmieściach Bagdadu. Choć, wedle islamu, winno to być miejsce skupienia, modlitwy, pokoju, miłości i kontaktu z Bogiem, wieże czterech minaretów wieńczą kopuły przypominające pociski armatnie. Jest ogromny – w Warszawie nie ma tak wielkiego kościoła – położony w rozległym ogrodzie, otoczony parkingiem na setki samochodów, przywiędłymi gajami akacji i placykami wyłożonymi żółtym piaskowcem. Największa kopuła głównej kaplicy lśni w słońcu szmaragdowym blaskiem. Żółtobiałe ściany są dyskretnie rzeźbione w roślinne ornamenty; od budowli bije wielka powaga i godność. Niekiedy odbywały się tam ceremonie, na które wstęp mieli tylko Tikriti – członkowie plemiennego klanu Saddama. Tam iracka telewizja filmowała tyrana, gdy bił religijne pokłony, zwrócony twarzą do świętej Mekki. Stamtąd rozlegał się jego głos, że trzeba być wiernym nauce Boga i posłannictwu Mahometa. Choć prawda jest taka, że Saddam nie wierzył w Boga.

Matka Wszystkich Bitew miała sławić wielką wiktorię nad bezbożną Ameryką i Europą oraz ich sojusznikami – zdrajcami Arabów i islamu, podłymi sprzedawczykami z Kuwejtu, Egiptu, Kataru i Zjednoczonych Emiratów. Lecz mimo wspaniałych mozaik, czterech strzelistych minaretów, kilkunastu bocznych kaplic i kapliczek, była zbyt skromna, by sławić Saddama.

– Był chytrzejszy od pustynnego lisa, bystry jak szakal, obdarzony inteligencją szatana – powiedział mi pewien iracki poeta. – Nie wierzył, że kiedykolwiek utraci władzę, a naród był przekonany, że Saddam nosi przy sobie święty kamień, który czyni go nieśmiertelnym. Ale Saddam wiedział również, że świat się zmienia. A może podświadomie przeczuwał, że kiedyś upadnie na kolana? Jakiś głos szeptał mu, że coś, nawet niewiarygodnego, obrazoburczego, może się jednak przytrafić. Nadszedł więc czas, gdy zaniechał stawiania swoich pomników; te mogły lec w gruzach każdego dnia. Zaczął budować meczety.

Abu Ahmad rozpina wełnianą, kraciastą marynarkę, zgrabnie sadowi się w fotelu. Niezbyt wysoki, o sporej tuszy, pogodnie uśmiechnięty od ucha do ucha, bezpośredni, ciepły. Ma czas, bo ma pieniądze i powszechny respekt: w końcu to dzięki niemu setki bagdadczyków zarabiają na chleb i gaz do gotowania. Za chwilę wniosą czarną herbatę i szklaneczki z wodą. Kilkuletni synek Ahmad bawi się w sąsiednim pokoju. Rozmawiamy w Id al-Fitr, wielkie święto islamskiego świata. Abu Ahmad jest kimś, kogo warto słuchać.

Opowiada: – Mój ojciec, a dziad małego Ahmada, był wiceministrem spraw wewnętrznych Iraku jeszcze przed Saddamem. Mam czterech braci. Żyliśmy dostatnio i godnie; ojciec troszczył się o nasze wykształcenie. Każdy z nas jest wziętym inżynierem, ale żaden z moich braci nie robił tego, co ja, żaden nie przyłożył ręki do takich budowli.

W szkole średniej Abu Ahmad zbierał najlepsze oceny z chemii, matematyki, fizyki. Przechodził z klasy do klasy bez corocznych, końcowych egzaminów. Nie przechwala się zbytnio, gdy mówi, że miał talent, wówczas jeszcze nieoszlifowany. Czuł, że stać go na rzeczy wielkie i wspaniałe. Wymarzył sobie, że będzie studiować architekturę i budownictwo.

Skończył studia z najlepszymi ocenami. Odsłużył trzy lata wojska. Założył firmę, która wkrótce zasłynęła w całym Iraku. Poznawał świat, podróżował, bo zyskał taką markę, że nie musiał osobiście wszystkiego doglądać. Gdy Abu Ahmad przyjmował zlecenie na budowę domu, supermarketu, urzędu, wszyscy byli spokojni, że warunki kontraktu zostaną dotrzymane. Starczyło jego słowo, znajomość rzeczy, odpowiedzialność, wiedza i powaga.

Abu Ahmad był człowiekiem, któremu można ufać. I chociaż było już po wojnie Kadisijjat Saddam – tej strasznej, bezrozumnej, krwawej wojnie z Iranem – choć Irak od kilku lat doświadczał sankcji (skutków pierwszej wojny w Zatoce), jego firma kwitła; Kadisijjat i Matka Wszystkich Bitew nie przeklęły Abu Ahmada, choć przeklęły i poniżyły wielu przedsiębiorców budowlanych.

Pewnego dnia w dziewięćdziesiątym dziewiątym roku Abu Ahmad odebrał telefon wprost z pałacu prezydenckiego, ze specjalnie powołanego biura do spraw inżynierii, architektury i budownictwa. Ma się stawić natychmiast na rozmowę (dziś mówi: „po rozkazy”) i podjąć się realizacji Wielkiego Zlecenia. Oczywiście nie sam, bo takiego zadania w pojedynkę nie udźwignie żadna firma na świecie. Ale ponieważ firma Abu Ahmada jest najlepsza w pracach na dużych wysokościach, musi podjąć wyzwanie, trudne, lecz może dlatego frapujące.

– Nie zastanawiałem się ani chwili – wspomina Abu Ahmad. – Nie jestem byle kim, mam poważanie i szacunek, lecz po takim telefonie wiedziałem, że odpowiedź może być tylko jedna: Tak! Po trzykroć tak! Dlaczego, pytasz, zgodziłem się, choć początkowo miałem mgliste pojęcie, co będę musiał robić? Widać po twoim pytaniu, cudzoziemcze, że nigdy nie mieszkałeś w Iraku.

Abu Ahmad poszedł do prezydenckiego pałacu. Siadł przed specjalnie wyznaczonym urzędnikiem, żadnym pionkiem w pałacowej hierarchii, ale człowiekiem, któremu mogli czyścić buty nawet ministrowie. Urzędnik powiedział: „Będziesz budować meczet, tak każe Sajjid – nasz Pan. Nie ominie cię godziwa zapłata”.

Abu Ahmad powiedział, że to dla niego wielki zaszczyt.

Nie mógł odrzec nic innego. Może nie marzył o takim zleceniu. Lecz po obu wyczerpujących wojnach źle się działo w Iraku. Firmy budowlane zarabiały jak – nie przymierzając – żebracy przed meczetami. Jego konkurenci płacili łapówki wartości dwudziestu procent kontraktu, żeby dostać cokolwiek, co miało pieczątkę i przyzwolenie rządu. Abu Ahmad miał zarabiać kilka milionów dolarów rocznie. Był dumny, choć po raz pierwszy zagościł w nim lęk.

To, co już za parę lat, gdyby sprawy toczyły się tak, jak się miały potoczyć, miało być meczetem Ar-Rahman, stoi w centrum Bagdadu, w dostatniej, świeckiej dzielnicy willowej Mansur. Wcześniej był tu tor wyścigów konnych; Saddam przeniósł go w inne miejsce. Nad wielkim, pustym placem, ponad szeregami piętrowych domów, góruje kopuła głównej kaplicy, wysokiej na 89 metrów. Betonowa, żółta jak pustynny piasek, przepastna tak, że nie mieści się nawet w fotograficznym kadrze. Jej średnica to 69 metrów, nie wiele więcej od długości boiska piłkarskiego.

Nad kopułami siedmiu kaplic średnich (32 metry średnicy; więcej niż wielkiej kopuły meczetu Matki Wszystkich Bitew) wiszą ramiona czterech dźwigów. Najmniejsze kopuły poślednich kaplic – jest ich 49, każda o średnicy 12 metrów – gęsto oblepiają główną świątynię, jak opieńki rosnące u stóp potężnego dębu. Do tego cztery strzeliste minarety, po 127 metrów wysokości każdy.

Powierzchnia, którą zajmuje Ar-Rahman, to ponad pół miliona metrów kwadratowych. Meczet miał być otoczony przez cztery sztuczne jeziora i zielone parki. Najwybitniejsi rzeźbiarze już ostrzyli dłuta, by na ścianach gigantycznej budowli kuć misterne ornamenty. Spece od ceramiki i pysznych mozaik już wypalali przepiękne kafle, którymi miała być pokryta podłoga.

Meczet miał pomieścić jednorazowo ponad dwadzieścia pięć tysięcy wiernych, a każdy z modlących się winien mieć dość miejsca, by spokojnie, bez krępującego ścisku bić na klęczkach pokłony w stronę świętej Mekki. W Ar-Rahman miał być islamski uniwersytet i trzy hostele dla studentów, stołówki, biblioteki, czytelnie. Do dziś – choć meczetowi jeszcze daleko do ukończenia – zużyto na jego budowę trzy miliony metrów sześciennych betonu i tysiące ton stali. Cegieł i drewna potrzebnego na rusztowania nikt nie liczył.

– Między sobą nazywaliśmy Ar-Rahman meczetem 888, bo tylko nasza praca miała być warta 8 miliardów 880 milionów irackich dinarów, czyli blisko pół miliarda dolarów – opowiada Abu Ahmad. – Każdego dnia budowy wydawaliśmy 250 milionów dinarów tylko na pracę i urządzenia. Ceny materiałów budowlanych nikt nie liczył; dostawaliśmy je za darmo. W pałacu prezydenckim powołano specjalne biuro zajmujące się jedynie zaopatrzeniem i kontrolą jakości naszej pracy. I materiały, i robota miały być jak najlepsze.

Abu Ahmad nie jest człowiekiem bezrefleksyjnym. Wie, że za rządów Saddama zbudowano w Bagdadzie ledwie kilka osiedli mieszkaniowych i tylko w okresie, gdy ropa kosztowała prawie czterdzieści dolarów za baryłkę. Zamieszkali w nich urzędnicy i słudzy prezydenckiego pałacu, funkcjonariusze tajnej policji Muchabarat i więzienni nadzorcy.

Wie również, że wdowy po żołnierzach poległych w wojnie irańskiej dostawały niekiedy tylko dwieście dinarów miesięcznego zasiłku – za mało, by godnie umrzeć. Znał irackie porządki, więc już oczami wyobraźni oglądał te pyszne ceremonie, to rozmodlenie na pokaz: ogromne, strojne wnętrze meczetu, w środku kamery państwowej telewizji i tylko garstka ludzi, przede wszystkim z klanu Tikriti (do udziału w takich uroczystościach byli dopuszczani jedynie wybrańcy, najposłuszniejsi z posłusznych), sługusów demonstrujących religijność, choć w istocie wierzących tylko w Saddama. Miał więc świadomość, że budowa tak wielkiej świątyni to niepotrzebna rozrzutność i marnotrawstwo, zwłaszcza że świat obłożył Irak sankcjami, a za ropę można było kupić tylko żywność.

Lecz z drugiej strony, uczestniczenie w takim projekcie stanowiło również wielkie wyzwanie, a zaproszenie do budowy znaczyło, że pałac, czyli Saddam, osobiście docenił jego talenty i zawodową rzetelność. Nie każdy budowniczy umie wznieść kopułę, której czasza, nie licząc podtrzymujących ją ścian, ma około czterdziestu metrów wysokości!

W 1999 roku, o poranku słonecznego i gorącego dnia, Abu Ahmad zaczął budować największy meczet świata, który – taki był plan – przyćmi meczety Rijadu, starożytne świątynie Stambułu, Mekki i Kairu, zasłoni swoim ogromem największe kościoły chrześcijaństwa. Ar-Rahman miał być skończony w dziesiątym roku nowego stulecia.

Budowniczowie i architekci mieli zarabiać krocie; roczne zyski Abu Ahmada były liczone w milionach dolarów. Traktowano ich dobrze, z szacunkiem, a może nawet z pewną bojaźnią – urzędnicy pałacu odpowiedzialni za meczet Ar-Rahman dobrze wiedzieli, że w razie niepowodzenia zaraz po głowach architektów i inżynierów polecą ich własne. Lecz niektórzy z nich czuli się jak niewolnicy wznoszący wielkie piramidy, przywiązani do świeżo wylanych fundamentów Ar-Rahman niewidzialnymi sznurami strachu i terroru.

 

Wszyscy mieszkali na placu budowy. Pracownikom jednej firmy nie wolno było rozmawiać z pracownikami drugiej. Musieli szpiegować się nawzajem, podglądać, podpatrywać, czy ktoś się nie obija, nie zaniża dziennych norm. Musieli donosić. Wstawali skoro świt, praca zaczynała się o szóstej. Spóźnienia były karane. Podobnie jak wszystkie, nawet najmniejsze błędy. Za pomyłkę, przypadkową i niezawinioną, groziło co najmniej więzienie, może nawet tortury, śmierć.

Musieli być na każde zawołanie urzędników pałacowych, gotowi w każdej chwili do spotkania i zrelacjonowania postępów prac. Wszystkie dane musieli mieć w głowie. Wmawiano im, że to budowanie, wysiłek i trud to najwspanialsza służba Irakowi, jaka mogła im się kiedykolwiek przytrafić. Żądano: „Pokażcie, że Irakijczycy umieją zadziwić świat. Dajcie dowód, że Sajjid może być z was dumny, że zasługujecie na takiego pana”.

Zapewne na placu budowy Ar-Rahman były też firmy spoza Iraku. Nikt nie wie tego na sto procent. Gdyż z jednej strony urzędnicy pałacu mówili: „Obcy nie będą stawiać największego meczetu świata”, ale niektóre fragmenty budowy, te najbardziej skomplikowane i trudne, były realizowane przez ludzi dziwnych, jakby niemych, zamykających usta, uciekających, gdy tylko ktoś pojawił się w pobliżu. Wyglądali na Arabów, przestrzegali zwyczajów islamu, lecz być może zdradziłby ich obcy akcent. A irackich robotników i inżynierów zżerała ciekawość. Czy to obcy budują największy cud świata? Czy rzeczywiście potrzebujemy wyręki, żeby rezultat zadowolił prezydenta? Lecz bali się o to zapytać.

Wedle wiedzy Abu Ahmada podczas budowy meczetu Ar-Rahman zginęło dwudziestu dwóch robotników. Przyczyną był pośpiech, zmęczenie, przypadek. Być może ofiar wielkiej świątyni było więcej; takie dane, jak wszystkie inne szczegóły, objęto ścisłą tajemnicą. Saddam zainteresował się osobiście pierwszym wypadkiem – zawaliło się rusztowanie, zabijając naraz siedmiu budowniczych. Nakazał śledztwo, prowadzone przez wysokich oficerów Muchabarat, kontrolował jego rezultaty, podsuwał tropy, żądał wskazania winnych. Wypłacił wdowom wysokie odszkodowania, sieroty głaskał po główkach.

O następnych ofiarach zapomniał. Wypadki już go nie interesowały.

Saddam aż cztery razy odwiedził budowę meczetu Ar-Rahman. Czasem towarzyszyła mu liczna świta, czasem tylko grupka ochroniarzy i zauszników. A może to nie był Saddam, tylko któryś z jego sobowtórów? Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro na czas wizyt ustawał wszelki ruch, ludzie martwieli ze strachu, kurczyli się w sobie, chcieli zniknąć.

Saddam (lub nie-Saddam) przechadzał się po budowie, spoglądał gospodarskim okiem, sprawdzał, kontrolował, doradzał, pouczał. Pewnego razu stwierdził, że jedna z dziesiątek wysokich na kilkadziesiąt metrów kolumn stoi w złym miejscu, że trzeba ją natychmiast zburzyć. Na inżynierów i architektów padł blady strach, gdyż brak kolumny oznaczałby, że zawali się całe sklepienie. Lecz Saddamowi nie wolno się było sprzeciwić. Jednak profesor architektury, akurat towarzyszący dworskiej świcie, przełamał lęk i rzekł: „Masz, rzecz jasna, rację, Sajjidzie. Twoja znajomość rzeczy jest w istocie zadziwiająca, nigdy bym na to nie wpadł, masz świętą rację, wytykając nam bezmyślność i brakoróbstwo. Sajjidzie, ta kolumna rzeczywiście stoi nie tam, gdzie powinna. Zechciej jednak rozważyć, że gdyby ją zostawić w spokoju, można by szybciej pociągnąć inne prace”.

Dołączyli się inżynierowie: „Słusznie powiadasz, Sajjidzie, tej kolumny nie powinno tu być. To nasz błąd, pomyłka, wielkie i karygodne niedopatrzenie. Lecz racz, Sajjidzie, rzucić okiem na plany. Tej kolumny w ogóle nie będzie widać, zasłoni ją ściana, ukryjemy naszą głupią pomyłkę tak zmyślnie, że nikt jej nie dostrzeże”.

Lecz szczęśliwie Saddam już był zajęty czymś innym. Nie zburzono kolumny, więc nie zawaliła się kopuła, a architekci i inżynierowie ocalili życie.

Raz jeden Saddam wydał na placu budowy (wszak wiemy o tym, że inżynierom i architektom nie wolno było opuszczać wznoszonych murów Ar-Rahman) obiad dla najważniejszych budowniczych. Był na nim Abu Ahmad. Po obiedzie szeptali między sobą, iż mieli wrażenie, że oczy Wielkiego Architekta, czarne, błyszczące i przenikliwe, spoczywają bez chwili przerwy na każdym z nich, przewiercają aż do wnętrza żołądka, odkrywają wszystkie, najtajniejsze nawet myśli i pragnienia, choć przecież Saddam odwracał się, kręcił głową, niekiedy – byli pewni – jakby uciekał myślami w inne miejsce. Zdawało im się, że w powietrzu zawisł wielki strach, nawet przerażenie, mimo że prezydent się uśmiechał, poklepywał po plecach, dawał dłoń do ucałowania, był pogodny, nawet żartował. Śmieli się więc z każdego żartu, na pokaz, do rozpuku, by do końca zadowolić Sajjida.

– Jestem, jak widzisz, habibi, człowiekiem, którego złośliwy los pozbawił bujnej czupryny – wspomina Abu Ahmad. – Co tu dużo mówić, jestem po prostu łysy; niezbyt lubię, kiedy mi się to przypomina, choć, uwierz, jako człowiek dojrzały nie mam też z tego powodu zbyt wielkich kompleksów. Gdy Saddam podczas obiadu opowiadał żarty o łysych, zwracając się bezpośrednio do mnie i – jestem pewien – tylko do mnie, śmiałem się chyba głośniej i dłużej od innych. W pewnym momencie Saddam powiedział: „Wiem, dlaczego, przyjacielu Ahmadzie, jesteś dobrym inżynierem. Ludzie łysi mają niezwykły zmysł techniczny i budowlany”. Wtedy, nieproszony i niepytany, odezwał się minister budownictwa: „Masz jak zwykle rację, Sajjidzie. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, jak wielki związek może mieć łysina ze smykałką do techniki. To bardzo celna, bardzo prawdziwa uwaga. Zapamiętam ją na zawsze, będę się nią kierować w swojej służbie dla Ciebie, Sajjidzie, i dla Iraku. Nie wiem, jak mógłbym pracować dla kraju bez twoich światłych, przenikliwych rad”.

W gronie mułłów, którzy zawiadują tym, co kiedyś będzie – jeśli w ogóle będzie – wielkim meczetem Ar-Rahman, jest młody Husajn al-Gabar. Wysoki, chudy jak starożytny asceta, z rzadką brodą na zapadniętych policzkach i oczami, które zakrywają długie, dziewczęce rzęsy. Siedliśmy w skromnym, pustym biurze, przy wielkim stole, na którym leżał tylko zielony tom Koranu. Za oknem, na żółtych betonowych ścianach wisiała ogromna kopuła Ar-Rahman. Niżej płynęły chmury. Lał rzęsisty deszcz, tak niezwykły w jesiennym Bagdadzie.

– Gdyby Saddam rządził do dziś – mówił mi mułła Husajn – gdyby udało mu się skończyć meczet, służyłby tylko garstce sunnitów, ludziom z klanu Tikriti. My, szyici, musielibyśmy omijać Ar-Rahman wielkim łukiem, choć nawet w Bagdadzie, jeśli się nie mylę, stanowimy większość. Ten meczet to dla nas swoista zapłata za lata krzywd i prześladowań. Jeżeli dobry Bóg pozwoli, będzie kiedyś służyć naszej społeczności.

– Jak myślisz, Husajnie, czy Saddam był dobrym muzułmaninem?

– Życzyłbym sobie, by wierzył w cokolwiek prócz siebie. By wyznawał jakąkolwiek religię świata, by kłaniał się nawet pogańskim bożkom, kamieniom, górom, słońcu, bo wtedy byłaby jakaś nadzieja, że odszuka w sobie choć cień człowieczeństwa. Ale nie! On wierzył tylko w swój wątpliwy geniusz, w brutalną siłę. Chciał być równy Bogu, a nawet – bluźnierca – pragnął być większy od Niego! Chciał być zapamiętany na tysiąclecia. Był tępym satrapą, krwawym dyktatorem, choć uważał, że nie ma na całym świecie nikogo, kto mógłby się z nim równać. Na ścianach meczetów kazał ryć swoje nazwisko. Również niedokończone ściany Ar-Rahman są pokryte jego imieniem, jego imię widnieje na fundamentach meczetu. Tego miejsca nie zbudowano na chwałę Allaha, wzniosła je chorobliwa ludzka pycha. Bardziej potrzeba nam szpitali, mieszkań i szkół niż pomników ku czci Saddama.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?