IrakTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W pałacu odebrano od niej list ze skargą. Skopiowano na jej oczach, by nie pomyślała, że ktokolwiek wykreśli jakieś złe, trudne fragmenty. Posadzono ją w poczekalni, aż nadeszły pielęgniarki, które specjalnym płynem przetarły dłonie i twarz Umm Ali; być może Sajjid zechce podać jej rękę, może stanie bardzo blisko, więc nie wolno go narażać na żadne zarazki.

Za chwilę nadszedł lekarz. Zbadał Umm Ali, czy nie cierpi na jakieś choroby zakaźne, nie ma grypy lub złośliwego kataru, czy nie ukrywa czegoś w ustach, czy jej skóry nie pokrywa jakaś podstępna trucizna, która mogłaby zabić Sajjida.

Wreszcie przyszli oficerowie i kobiety w mundurach. Odebrano jej wszystkie rzeczy, nawet okulary i chusteczkę. Sprawne ręce żołnierek przeszukały najdrobniejsze fałdy odświętnej sukni. Zaprowadzono ją do sali, wielkiej jak kort tenisowy, potem do mniejszej, strojnej w przepiękne żyrandole. Tam już czekał Sajjid, skupiony, zamyślony, jakby smutny, nierzeczywisty.

Umm Ali zapłakała, obezwładniona wielkim wzruszeniem. Nie była sama; wraz z nią przed Saddamem siadło kilku poddanych. Saddam rzekł cicho: „Witam was, ludu Bagdadu”. Spoglądał w pisma ze skargami, rozmawiał z każdym, nadstawiał ucha, cierpliwie wysłuchiwał próśb. Uśmiechał się, pocieszał, dodawał otuchy, choć Umm Ali widziała, jak bardzo był zmęczony. I te jego oczy, niezwykłe, przenikliwe, czarne, błyszczące, jak oczy górskiego orła – będzie pamiętać do śmierci – oczy, które dostrzegą każdy fałsz, wychwycą każde kłamstwo. Nikomu z postawionych przed obliczem władcy nie przeszło nawet przez myśl, by wyolbrzymić własną krzywdę, obmówić niewinnego, rzucić choć cień podejrzenia na kogoś, kto ze skargą nie miał nic wspólnego.

Jeden z przybyłych żalił się, że choć pracuje jak wół, choć zbiera grosz do grosza, nie ma szansy zarobić na mieszkanie. „Nie martw się już” – rzekł Sajjid. I nakazał oficerowi wydać nieszczęśnikowi klucze do apartamentu w blokach, gdzie mieszka służba pałacowa.

Drugi mężczyzna, przełamując wstyd, opowiadał, że choć już od lat sypia z młodą i piękną żoną, nielitościwy los do tej pory nie obdarzył go potomkiem. Sajjid dał mu szwajcarski zegarek i rzekł: „Wiem, jak trudne jest życie, gdy w domu nie słychać śmiechu dzieci. Współczuję ci, rozumiem twój ból. Przyprowadź, proszę, żonę do najlepszej bagdadzkiej kliniki. Niech podda się badaniom; moi lekarze na pewno coś zaradzą. I nie płacz już. Trudno mi znieść twoje łzy. Będziesz miał jeszcze zdrowych, silnych synów i piękne córki. Obiecuję ci to”.

Umm Ali siedziała jak na szpilkach. Czuła, że jej prośba do Prezydenta to błahostka. Jakim prawem zawraca mu głowę takimi drobiazgami? Dlaczego ośmieliła się w ogóle tu przyjść?

Ale Saddam wysłuchał jej, pokiwał głową, potrzymał za rękę. Zapytał o bagdadzki adres; polecił, by napisała go pod pismem ze skargą. Wręczył kopertę z pieniędzmi i rzekł: „Już nikt nie napadnie na twój dom. Jesteś pod moją opieką. A teraz idźcie do domów. Bóg z wami, ludu Bagdadu”.

W poczekalni zwrócono im wszystkie ich rzeczy, a oficerowie znów rozdawali koperty z pieniędzmi. Umm Ali dostała dwieście tysięcy dinarów. Zjadła wystawne śniadanie. Potem samochód z zasłoniętymi oknami zawiózł ją pod sam dom, na który rzeczywiście już nikt nigdy nie napadł. Słońce stało wysoko na niebie. Było około południa.

Takie audiencje – sądzi Umm Ali – odbywały się w prezydenckim pałacu nawet trzy razy w tygodniu. Czy jest na świecie jakiś inny prezydent, który zarywa sen, by wysłuchać skarg swoich poddanych i zadośćuczynić ich krzywdom?

– Zapytasz, habibi, czemu Umm Ali była tak speszona? – mówi Abu Ali. – Chciała powiedzieć Sajjidowi przykre rzeczy. Wśród rabusiów, którzy napadli na nasz dom, był członek partii prezydenckiej. Baas nie była taka kryształowa, jakby On sobie tego życzył. Z partiami bywa tak, jak z rodziną. Powszechnie szanowany ojciec chce wychować uczciwych synów. Dwoi się i troi, świeci przykładem, tłumaczy, karze, nagradza. Lecz nagle – nie ma w tym ojcowskiej winy – synowie zaczynają obracać się w złym towarzystwie, wyradzają się, schodzą na złą drogę. Baas była właśnie takim złym towarzystwem, złą drogą, synem marnotrawnym. Pełna karierowiczów, lizusów, ludzi małych i podłych, będących w partii nie po to, by służyć Irakowi i Prezydentowi, lecz dla własnych karier. Nigdy nie byłem w Baas. Nawet nie zamierzałem być. Znałem ich, mierzi mnie taka kompania.

Sajjid – nie dasz wiary – nie miał szczęścia do ludzi. Nie umiem tego wytłumaczyć. Może to zły los, a może iracki obyczaj przejęty z czasów, gdy jeszcze wędrowaliśmy po pustyni ze stadami wielbłądów i kóz. Zwyczaj ten nakazuje otaczać się swoimi, dobierać swoich, polegać na swoich, ufać swoim, wspierać swoich. Jest silniejszy od najsilniejszych ludzi, prastary, zakorzeniony w tradycji klanowej. Ulegają mu wszyscy, od maluczkich po wielkich.

Otaczał się klanem Tikriti, prostaczkami z zapadłej prowincji, gwałcicielami, okrutnikami, złodziejami, głupcami, ludźmi przekupnymi i małego formatu. To oni podsuwali mu złe pomysły, złe rozwiązania, stawiali fałszywe prognozy, a posługując się jego imieniem, czynili zło.

Pytałeś mnie już, habibi, czy wierzę w to morze okrutnego szaleństwa, które – tak mówicie w swoich krajach – zalało Irak. Odpowiem ci zgodnie ze stanem mej wiedzy, a nie wiary. Nigdy nie widziałem tych potwornych więzień, nikt nie pokazał mi narzędzi tortur, nie oglądałem filmów z przesłuchań. Widziałem publiczne egzekucje, choć nie biłem wtedy braw, nie wiwatowałem. Wiem za to, że kara śmierci dla przeciwników władzy nie jest na świecie czymś niezwykłym. Sajjid był Ojcem Narodu, surowym i wymagającym, ale Ojcem. Jeśli ktoś podnosi rękę na ojca, musi być przykładnie ukarany.

Lecz jeśli wiedzę zastąpię wiarą, powiem tak: nie wierzę, po trzykroć nie wierzę, że o zbrodniach, o okrucieństwach wiedział nasz Pan. Wszak opowiadała ci Umm Ali, jakim był dobrym, ciepłym człowiekiem, jak litował się nad każdym nieszczęśnikiem. Ale Tikriti byli zdolni do największej podłości. Jeżeli więc kiedykolwiek uwierzę, że żyłem w kraju zbrodni, wiem, kogo za to winić. Tak, habibi, chcę powiedzieć, że Prezydent był ofiarą Tikriti.

Bóg wybrał dla Sajjida życie wielkie, lecz trudne. Nie tylko Tikriti spędzali mu sen z powiek. Udaj i Kusaj, synowie Prezydenta, próżni i puści, nawet nie odbijali jego światła. To musiało być dla Saddama wielkie nieszczęście. Niewydarzeni, paskudni, pazerni, źli – zupełne przeciwieństwo ojca. Jak to możliwe? Za co taka kara, niezasłużone cierpienie? Nie mam pojęcia.

Zapada zmrok, zaraz zacznie ryczeć generator; odkąd Amerykanie weszli do Bagdadu, do domu Abu Alego nie dochodzi prąd z elektrowni. Herbata z rozgniecionymi ziarnami kardamonu jest rzeczywiście wspaniała. Jeszcze niedawno na ścianie największego pokoju wisiał portret Saddama, lecz Abu Ali zdjął obraz i ukrył poza domem. Nie ze strachu, lecz żeby ochronić przed pohańbieniem.

W kołysce pod ścianą, zawinięty w białą pieluchę, śpi malutki, ledwie dwudniowy Zijad, pierwszy wnuk Abu Alego. Umm Ali położyła mu przy poduszce zieloną księgę Koranu. Mały chłopczyk krzywi buźkę przez sen. Dziadkowie promienieją szczęściem.

Siedzimy więc i gawędzimy o niczym, gdy do pokoju wchodzi Faik, kilkunastoletni, najmłodszy syn Abu Alego. Sięga za kołyskę Zijada, wyciąga kałasznikowa, przeładowuje broń. W kieszeni ma torbę pełną nabojów, uzupełnia magazynek. Matka i siostry nie zwracają na chłopaka żadnej uwagi. Abu Ali krzywi się z lekkim niesmakiem.

– Pozwalam mu zajmować się bronią, bo każdy mężczyzna musi wiedzieć, jak obchodzić się z karabinem – wyjaśnia. – Lecz uwierz mi, habibi, że nie czerpię z tego żadnej przyjemności. Trzymam w domu broń do obrony przed bandytami. Nie mam innego wyboru. Zanim przyszli Amerykanie, bronił mnie Sajjid, sypiałem spokojnie, bez strachu, że ktoś zrabuje mój dobytek. Dziś nie mogę zaufać ani policjantowi, ani urzędnikowi. Wszędzie łapownictwo, korupcja, protekcja. Bandytyzm, złodziejstwo, gwałt.

– Co jeszcze chcesz wiedzieć o Saddamie? – pyta Umm Ali. – Dziś, gdy na nasz kraj spadło tak wiele nieszczęść, takie rozmowy to jedyna okazja, by wrócić duchem do dobrych lat. Gdy rządził nami Prezydent, mieliśmy prąd. Gaz do gotowania kosztował trzysta dinarów i też było go pod dostatkiem. Bandyci siedzieli w więzieniach, wieczorami mogłam iść z mężem na spacer. Nie bałam się, że Kuwejtczycy porwą nasze córki albo podpalą dom. Nie lękałam się o majątek. Nawet biedacy z najgorszych bagdadzkich nor mieli każdego Id al-Fitr świątecznego kurczaka, którego przywozili im słudzy Sajjida. Nur, nasza najmłodsza córka – dodaje Umm Ali – widziała w Al-Arabiji wstrząsające zdjęcia. Środkiem pustej drogi biegła obłąkana kobieta, półnaga, z rozwianymi włosami. Za nią podążał tłum szaleńców. Tak, habibi, Amerykanie otworzyli nawet domy wariatów. Jak zatem możemy czuć się bezpiecznie?

– Amerykanie mówią, że przywieźli nam wolność i demokrację – dziwi się Abu Ali. – Lecz pierwej winni się nauczyć, co to słowo znaczy. Widziałem w Al-Dżazirze wielkie demonstracje; Ameryka i Europa nie chciały tej wojny. Ale Bush z nikim się nie liczył. Nawet z własnym narodem. Jest rozbójnikiem, przestępcą. Nie ogląda się na żadne prawa. Mądrzy ludzie w Bagdadzie mówią, że Bush ofiarował Żydom starą mapę. Na tej mapie od Nilu po Eufrat rozciąga się państwo Izrael, jak napisano w pradawnych żydowskich księgach. A gdzie miejsce na Irak? – zapytasz. Nie ma Iraku. Ta wojna to część większego planu. Poznałeś, habibi, moją rodzinę – ciągnie. – Dla ciebie, przybysza, złamaliśmy święte reguły ramadanu; niech Bóg nie policzy nam tego za grzech. Wiesz, że jesteśmy uczciwymi, spokojnymi, bogobojnymi ludźmi. Dlatego nie rozumiemy, za co zostaliśmy tak bardzo skrzywdzeni, dlaczego odbiera nam się naszą ojczyznę. Sajjid już nie wróci, czuję to i bardzo nad tym boleję. Co? Nie spotkałeś Irakijczyków, którzy by go żałowali? Dziś ludzie boją się mówić prosto z serca. Bomby zniszczyły nasze drogi, zburzyły domy i mosty. To będzie łatwo odbudować. Ale Irakijczycy spuścili głowy. Mają złamaną duszę. Lecz musisz również pamiętać, że Irakijczycy mają gorącą krew. Noszą w sobie wielką dumę. Krew i duma nie pozwolą nam długo znosić obcych. Wiemy, że lepszy własny tyran niż obca wolność. Saddam – pewnie tego nie pojmiesz – był wart swego narodu. A my, głęboko w to wierzę, choć błądziliśmy, kluczyliśmy, mieliśmy małą wiarę i tchórzliwe serca, zasłużyliśmy na takiego Przywódcę. Nie chcę amerykańskiej wolności. Już mój ojciec powiadał, że w Iraku nie ma miejsca dla zdobywców.

 

Umm Ali uśmiecha się promiennie. Przeciąga palcem po szyi.

6

Przed piętrowym, białym domem w dzielnicy willowej Bagdadu siedzi na stołku ochroniarz z kałasznikowem. Nudzi się, nawet rewizję przeprowadza po łebkach. Za drzwiami ze zbrojoną szybą znajduje się poczekalnia, dalej korytarz, pokoje dziennikarzy i gabinet redaktora naczelnego sporego irackiego dziennika. A w nim czarne biurko, monitor komputera, w kącie, pod ścianą, karabin, na ścianie plan miasta.

(Mapa zwróciła moją uwagę dlatego, że w Bagdadzie nie ma map, plany miasta są w zasadzie nie do zdobycia. Można za kilka dolarów kupić jakieś reprinty sprzed ćwierć wieku, niedokładne, nieaktualne, więc nieprzydatne, czyli bezpieczne. Saddam nie chciał, by istniały powszechnie dostępne plany stolicy. Naturą planu jest informowanie i wyjaśnianie, dlatego każdy plan ze swej istoty jest wrogi dyktaturze, zagraża władzy. Na planie można sprawdzić, którędy wiedzie najkrótsza droga z Ministerstwa Informacji do hotelu Isztar, z hotelu Ar-Raszid na ulicę Karrada, jak najprościej dojechać z placu Al-Firdaus do dzielnicy Al-Mansur. Po co to wszystko wiedzieć? Po co dowiedzieć się, która droga jest najkrótsza, skoro lepiej znać okrężną? Po co sprawnie poruszać się po Bagdadzie, skoro można błądzić? Po co szybko, skoro bezpieczniej jest wolno? Tak oto zwykła mapa miasta stała się w Iraku Saddama przedmiotem antypaństwowym i wywrotowym, narzędziem potencjalnych spiskowców i szpiegów. Jeśli w dzisiejszym Bagdadzie ktoś ma plan miasta, musiał go dostać od Amerykanów).

Szef nazywa się Ahmad al-M. Jest dziennikarzem od trzydziestu lat. Szczupły, siwiejący, uśmiechnięty, serdeczny.

Opowiada: – Saddam miał pola naftowe i armię, fabryki i sklepy, teatry i kina. Słowem: miał wszystko, a więc również nas, dziennikarzy. Jednych miał bardziej, innych mniej.

Myślę, że mnie miał mniej niż bardziej. Zgoda – bywałem zastępcą redaktorów naczelnych, pracowałem w telewizji, uczyłem dziennikarstwa na bagdadzkim uniwersytecie. Mogłoby się więc wydawać, że prześwietlili mnie ze wszystkich stron, przebadali, sprawdzili, a po sprawdzeniu mi zaufali. Ale wiedz, habibi, że trzy razy stawałem w sądzie, trzy razy karano mnie za moje publikacje, a wtedy sprawdzanie i badanie zaczynało się na nowo. Zresztą – trójka jest dla mnie liczbą nieszczęśliwą i feralną. Czy dasz wiarę, że właśnie na trzy miesiące wyrzucono mnie kiedyś z pracy. A wszystko za to, że za bardzo zbliżyłem się do czerwonej linii.

Czerwona linia – tak ją nazywaliśmy – była granicą, której nie mogliśmy przekroczyć. Nikt jej nie widział, nikt nie znał jej precyzyjnej definicji, nie była jasno określona, obwarowana czytelnymi zasadami. Trzeba było być bardzo czujnym, natężać wszystkie zmysły, by zobaczyć, wywąchać, wymacać czerwoną linię. Tak, habibi, czerwona linia to nie była zwykła, prymitywna w swej istocie cenzura, jakaś książeczka-instrukcja, że o tym pisać nie wolno, tego nie należy, na ten temat milczymy. Nie zawiadywało jej kształtem jakieś biuro z gorliwymi urzędnikami, sprawdzającymi, co takiego wymknęło się spod naszych piór. To była subtelność i delikatność, nieuchwytność i zmienność, jednego dnia czerwona linia mogła przebiegać tu, innego tam.

Z reguły dostrzegaliśmy ją dopiero wtedy, gdy została dotknięta, trącona, nie daj Bóg, przekroczona. Przejście za czerwoną linię było jak włożenie czapki niewidki; niby jesteś, ale cię nie ma, niby żyjesz, lecz nikt o tym nie wie, bo przecież takie jest właśnie życie dziennikarza, któremu nie wolno pisać. Bywało i tak, że te wszystkie „niby” przenikały do realnego świata. Miałem, habibi, przyjaciół, którzy w porę nie wyczuli czerwonej linii. Zniknęli, naprawdę ich nie ma, przepadli. Wiem, co się z nimi stało, bo wszyscy wiedzieliśmy, choć nigdy o to nie pytałem, bo nikt nie pytał.

Chcesz wiedzieć, jak można było przejść za czerwoną linię? Wystarczało jedno malutkie niedopatrzenie, chwila nieuwagi i roztargnienia. Saddam miał krzywy ząb, już nie pamiętam – piątkę, a może szóstkę. Gdy uśmiechał się szeroko i akurat dokładnie obserwowałeś ten uśmiech, mogłeś dostrzec ten krzywy ząb, lecz tylko pod warunkiem, że wcześniej ktoś powiedział ci o prezydenckim defekcie. Z tego powodu zwracaliśmy baczną uwagę na fotografie uśmiechniętego prezydenta. Gdyby jakaś gazeta opublikowała zdjęcie Saddama z krzywym zębem (nie pamiętam, by coś takiego w ogóle się zdarzyło), znaczyłoby, że jej szef przekroczył czerwoną linię.

Uśmiech prezydenta musiał być doskonały, więc nie dziw się, że równie doskonałe musiało być jego ubranie. Lecz jeśli siedzi się przez wiele godzin w fotelu, potem wstaje, potem znów siedzi, i znów wstaje, na spodniach mogą pojawić się jakieś fałdy i załamania, niewielkie nawet zagniecenia. Ale pokazać Saddama w pogniecionych spodniach? W żadnym wypadku. Takie zdjęcie oznaczyłoby, że gazeta nie szanuje powagi prezydenckiego urzędu, a od tego już tylko krok do… czyli do antypaństwowej zbrodni.

Podobnie rzecz się miała z marynarkami. Saddam lubił rozpinać marynarkę, tymczasem wiadomo, że dżentelmen, gdy stoi, musi mieć marynarkę zapiętą na jeden guzik. Prezydent stoi na trybunie, przemawia, przyjmuje honory, ale marynarka rozpięta, wiatr rozchyla poły, nie ma szans na zrobienie innego zdjęcia. A fotografia musi pójść nazajutrz, nie ma innej możliwości, gdyż artykuł bez zdjęcia to pół artykułu, nie oddaje powagi, nastroju chwili. Co robić, jak się ratować? Rozpięta marynarka prezydenta spędzała sen z oczu niejednemu redaktorowi. Nie uwierzysz, przyjacielu, jak dziennikarze, nawet ci starszej daty, nieskorzy do przyjmowania nowinek i niechętni jakiejkolwiek nauce, radowali się, gdy w redakcjach pojawiły się komputery. Komputer może poprawić zdjęcie, zapiąć prezydencką marynarkę, wygładzić fałdy na spodniach, wyprostować ząb. Dzięki komputerom nasza praca stała się o wiele łatwiejsza.

Tak, habibi, zdjęcia były naszym największym problemem. Co innego słowa, nad słowami można panować, można je zmieniać, skreślać, zastępować innymi, przestawiać. Przez kilkanaście lat komentowałem problemy społeczne w kraju, gdzie oficjalnie nie było żadnych problemów. Nikogo nie zaczepiałem, nie krytykowałem, lecz ostrzegałem, sugerowałem, podpowiadałem. Gdy jakieś zjawisko miało same złe strony, pisałem o nieistniejących dobrych stronach, by można było sobie porównać rzeczywistość z marzeniami. Kiedy chciałem powiedzieć coś od siebie, wertowałem przemówienia Saddama. Prezydent, jak każdy tyran, mówił dużo i na każdy temat, toteż jeśli ktoś był pracowity, miał szansę znaleźć odpowiedni cytat i napisać: o tym i o tym urzędniku, o tej i o tej sprawie pan prezydent sądzi to i to. Z taką opinią nikt się nie spierał, zawsze była słuszna, celna, właściwa. A jeśli na dodatek dziennikarz miał szczęście, wyszukał zdanie ogólne, pasujące do wielu sytuacji i zjawisk i na takim ogólnym zdaniu mógł budować szczegółowe opinie. Kiedyś Saddam powiedział do dziennikarzy: „Piszcie, co chcecie, bez obaw”. Cytowałem to wielokrotnie i nigdy przełożeni nie wykreślili mi tego zdania, choć bywało, że potrafili w pocie czoła i rozedrganymi ze strachu rękami pisać całe teksty na nowo.

Prócz słów, przyjacielu, są we wszystkich gazetach jeszcze linie między wierszami. Puste, białe, a przecież pełne treści, największy skarb dziennikarza pracującego w kraju rządzonym przez despotę. Linii nie można ocenzurować, wykreślić, wyciąć, linie między wierszami są nie do zastąpienia. W tych liniach można zmieścić cały artykuł, opisać problem, nie pisząc, wytłumaczyć, pokazać, skrytykować, zganić, nawet przywalić, w brudnej kropli pokazać skażenie całego oceanu. Pisałem, na przykład, że w jakiejś dzielnicy Bagdadu źle się dzieje ze śmieciami, w odpadkach lęgną się szczury, a linie krzyczały, że dzielnica to przecież Irak, śmiecie to nasze prawdziwe problemy, a może nawet władza: zła, skorumpowana, wylęgarnia wszelkiego zła, brudu, nieprawości.

Słowa i interlinie były największym sprzymierzeńcem tych dziennikarzy, których Saddam nie miał w całości. Wiem to, bo jestem profesjonalistą, przez kilkadziesiąt lat pisania nauczyłem się panować nad liniami i nad słowem. Dla zaprzedanych mu bez reszty były największym utrapieniem. Zaprzedany nie miał pojęcia, co można wyczytać z pustych linii, dlatego bał się, drżał, kiepsko sypiał. Oddał cześć Saddamowi czołobitnie i nadgorliwie, lecz nie umiał przewidzieć, jak linie przemówią do czytelnika, czy w pochwałach ktoś nie doczyta się kpin z prezydenta, żartów, czy to aby nie poniżenie przez wywyższenie, skryte głęboko satyra i krytyka.

Taki dziennikarz żył tylko tym, jak sypać prezydentowi kwiaty pod nogi, myślał, jak go wielbić, wychwalać, pieścić, uczynić równym Bogu i prorokom. Lecz w tym wypadku język okazuje się bardzo ubogi, i przez to mało pomocny. Doświadczyły tego wszystkie bałwochwalcze reżimy. Można pisać, że Saddam to Lew Babilonu, Ojciec Narodu, Słońce Wszystkich Słońc, Drugi Saladyn (dlaczego drugi, a nie pierwszy? – czerwona linia jest tuż-tuż, a strach autora przeogromny). I co napisać więcej, jak więcej? Jak wynaleźć słowa i zwroty, które pochwalą i dopieszczą, a jeszcze nikt ich nie użył, nie ułożył w zdania? Allah ma dziewięćdziesiąt dziewięć boskich właściwości. Saddam miał ich sto, może sto dwie. Lista komplementów jest zawsze skończona, zamknięta.

Pochlebcy nie mieli łatwego życia. Zasładzali, oblepiali miodem, jakby startowali w zawodach, kto ładniej napisze, skuteczniej wypromuje, lepiej się podliże. Zasładzanie i podlizywanie było dowodem lojalności. Lojalność była kluczem do kariery. Saddam nie musiał znać podlizuchów, ale popierał ich, dawał im stanowiska państwowe, wypłacał specjalne nagrody. Nie mam pojęcia, czy wierzył pochlebcom. Ale był reżyserem tej komedii, grał w niej główną rolę.

Dalej Ahmad al-M. opowiada mi, że najtrudniej pisało się o Udaju Husajnie, właścicielu kilku irackich gazet i szefie korporacji dziennikarskiej. To Udaj, patologiczny okrutnik, nienasycony kobieciarz i modniś, zmieniający garnitury kilka razy dziennie, właściciel stajni samochodów, które dobierał wedle koloru ubrania, przyglądał się, czy w jakimś tytule nie pojawiło się nieopatrznie zdjęcie ojca w rozpiętej marynarce albo ze skrzywionym zębem. Czuwał nad wszystkim, wszystkiego doglądał, surowo karał za niedopatrzenia, gapiostwo, niedoróbki.

– Gniew Udaja, habibi, był równie straszny jak gniew Saddama. Wszyscy wiedzieli, że syn prezydenta mógł bić, więc bił, wolno mu było zastrzelić, toteż osobiście mordował, bez wahania i dla zabawy skazywał na więzienie i tortury.

Niekiedy Udaj nakazywał, by pisano o nim tak, jak o ojcu. Nie robił tego często, ale robił. I wtedy pojawiał się prawdziwy kłopot, problem w zasadzie nie do rozwiązania: jak zadowolić prezydenckiego syna, a jednocześnie nie rozsierdzić prezydenta (i drugiego syna, Kusaja, który wprawdzie nie był aż tak łasy na komplementy, ale jednak wymagał czci i zainteresowania), jak dopieścić Udaja, zaznaczając, że Saddam jest jedyny i niepowtarzalny (Kusaj zaś nie gorszy od brata), jak napisać, że prezydent to Lew, a Udaj… Syn Lwa – jakoś niezręcznie. Lwiątko – niepoważnie i mało dostojnie.

Najprościej byłoby napisać powszechnie znaną prawdę, że Udaj to najwyżej postawiony, najbardziej okrutny policjant Saddama. Ale prawda równała się śmierci w męczarniach. Lęk o siebie i o rodzinę bywa znakomitym doradcą. Zresztą, nikt by tego nie wydrukował. A jeśli nawet – ludzie pomyśleliby: widzicie go, prowokatora, sprawdza naszą lojalność, coś knuje, kombinuje, musi mieć jakiś ukryty cel, skoro pisze prawdę, zawarł pakt z władzą i uczestniczy w grze, której nie rozumiemy. Przecież wszyscy wiemy, jak jest, rzeczy oczywistych nie trzeba nazywać. W taki sposób prawda stawała się zaprzeczeniem naszej wiarygodności. Tak, habibi, wybrnięcie z tej sytuacji wymagało nie lada delikatności i sprawnego pióra.

Dziś Ahmad al-M. też się boi. Lecz ten strach ma zasadniczo inny wymiar. Boi się przypadkowych bomb i zamachów, które i tak są bardziej przewidywalne od kaprysów Udaja. Lęka się fanatyków, którzy dostrzegą w jego pracy zdradę islamu, ale też ludzi zbyt pamiętliwych i zarazem pozbawionych pamięci, którzy wyparli obowiązującą jeszcze niedawno regułę: oszukuję innych dlatego, że sam jestem oszukiwany. Nie jest tak, że Ahmad al-M. zasypia bez poczucia winy. Mówi, że zna swoją miarę odpowiedzialności. Ale kto prócz niego tak naprawdę wie, gdzie zawinił, a gdzie został wmanewrowany, okłamany, wpuszczony w kanał, zdradzony? Krótko mówiąc, Ahmad obawia się, że lada chwila nadejdzie w Iraku czas rozliczeń, a on siłą rzeczy będzie rozliczany. Za słowa, które pisał z własnej woli, ale też za to, co musiał robić, jeśli chciał być dziennikarzem. Nie wie, czy będzie dobrze zrozumiany. Wszak zewnętrzny przymus zwalnia od osobistej odpowiedzialności. Wydaje się, że wszyscy w Iraku powinni o tym pamiętać. Problem w tym, że ludzka pamięć jest jak sito: zatrzymuje grubszą treść, a przepuszcza drobiazgi, niuanse, nastroje i klimaty, wszystko, co tłumaczy kłamstwo – istotę rzeczy. Irackie media kłamały – i kłamstwo na sicie zostanie. Tyle że to dalece za mało, by zrozumieć tamten Irak.

 

Ahmad al-M. lęka się również nowych reguł. Tej wolności, która pozwala, by każdy, kto ma wolę i trochę grosza, mógł pisać o tym, co myśli. Jak ludzie przez dziesięciolecia pozbawieni wyboru mają wybrać, co dla nich dobre, a co złe? Jak w powodzi wolnych słów („Nie tak znów wolnych, habibi, bo w końcu są Amerykanie, ich zakazy i nakazy, ich polityka i preferencje. Nie mówmy, proszę, o pełnej wolności, gdy wszyscy wiemy, że korespondenci arabskich telewizji Al-Dżazira i Al-Arabijja często muszą milczeć, ponieważ ich punkt widzenia na sprawy irackie różni się od amerykańskiego”) odróżnić, które jest wolne dla samej wolności, a więc wolne buntowniczo, anarchizująco, w sumie szkodliwie, a które jest kreatywne, konstruktywne, odpowiedzialne? Wolne media to – zdaniem Ahmada – hasło tak uwodzicielsko piękne, że aż zwodnicze i niebezpieczne, burzące umysły swoją prostotą, a przecież każdy wie, że życie jest splątane, lawiruje, kluczy, ucieka od prostych schematów. Media wolne i odpowiedzialne, media słusznie oceniające rzeczywistość są doskonałością, do której należy dążyć.

Dlatego Ahmad zastanawia się, czy tej wolności nie należałoby niekiedy reglamentować. Nie na zawsze, lecz w najbliższym czasie, gdy nowy Irak nie jest jeszcze ukształtowany. Czym zasłużą się krajowi te setki partii i rozpolitykowanych grupek, ta próżna burza mózgów generująca bałamutne pomysły? A każda z partii i partyjek musi mieć dużą gazetę lub małą gazetkę, wydaną choć w kilkuset kopiach, raz na dwa dni, raz na tydzień, choćby jednokartkowy, ulotny druk, sprzedawany na skrzyżowaniach za kilkaset dinarów, wciskany w dłonie przez kolporterów, rozdawany przed meczetami. Nikt się w tym nie połapie, nikt nie dostrzeże w tym zamieszaniu i chaosie choćby drobiny porządku i równowagi. Ahmad, choć na dziennikarstwie zjadł zęby, pierwszy raz doświadcza takiej wolności. I musi przyznać, że trochę go ona przeraża.

7

Ma blond włosy, złoty naszyjnik i europejską garsonkę. Niewysoka, energiczna, zapracowana. Za kilka dni wystąpi w teatrze Rabat; jakimś cudem budynek nie został rozkradziony, gdy w Iraku pękły wszelkie blokady, a ludzie odrzucili zahamowania. To będzie pierwsze takie przedstawienie od czasu upadku reżimu, właściwie recital autorski. Woźni pucują już stare, przetarte fotele. Samira K. już od wielu dni jest lekko podenerwowana, ma debiutancką tremę, choć wie, że potrafi śpiewać. Szykuje się na wielki powrót.

Gdy pytam, czy jej niepewność ma drugie dno, przecząco kręci głową.

– To nie tak – mówi – to nie tak. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Mieszkaliśmy w Basrze, gdy starsza siostra się zorientowała, że śpiew jest moim powołaniem. Była aktorką, znała ludzi sceny i estrady, miała wiele przydatnych kontaktów. Ojciec się burzył, lecz kochał nas, burczał, ale po cichu wspierał. Kiedyś słyszałam, jak kłócił się ze swoimi braćmi, że jeśli moja siostra Nur chce, może nie nosić chusty (ja też nie noszę chusty, jestem muzułmanką, lecz w jakimś sensie również obywatelką świata).

Bracia mojego ojca są konserwatystami, nie rozumieli, że aktorstwo to żadna hańba dla kobiety, nieledwie prostytucja, infamia. To sztuka, prawdziwa sztuka, a sztuka jest świętością. Irak, mój drogi panie, przez wieki słynął z ludzi sztuki, mieliśmy wspaniałych poetów, wielkich pisarzy; nie sądzi pan, że Szeherezada, uwodząc kalifa opowiadaniem baśni, była pospołu aktorką i poetką? Tak, habibi, moja starsza siostra zrobiła wyłom w rodzinnej tradycji, a ojciec to zaakceptował. Kocham go za to, jestem mu głęboko wdzięczna, choć wiem, jak wiele kosztowała go taka decyzja. Dzięki Nur było mi łatwiej, najbliższa rodzina nie stawiała większych przeszkód.

Byłam nastolatką, gdy siostra zaprowadziła mnie do telewizji; nagrywano akurat program, w którym występowali młodzi amatorzy. Jeszcze dziś nie mogę uwierzyć, jak to się stało, że pobiłam wszystkich na głowę, odniosłam wielki sukces, pierwszy sukces w mojej karierze. Był rok sześćdziesiąty trzeci.

Już dwa lata później śpiewałam w irackim chórze narodowym w Bagdadzie, najlepszym chórze w kraju. Bagdad to była wtedy metropolia: kluby, sceny, teatry, prawdziwe życie. Nie taka prowincjonalna mieścina jak Basra.

Od tego chóru wszystko się zaczęło, to był prawdziwy początek. Dzięki występom w chórze byłam, proszę pana, spikerką w telewizji, próbowałam z powodzeniem aktorstwa w teatrze i w filmie. Ale to śpiew jest tą dziedziną sztuki, w której mogę się najpełniej realizować, oddać ludziom to, co sama dostałam od Boga. Tak się cieszę, że po wielu miesiącach przerwy znów stanę przed publicznością.

Samira mówi, że czas bez śpiewania był dla niej czasem straconym bezpowrotnie, pustym, bez znaczenia. Dlatego lubi Amerykanów, popiera to, co dzieje się dziś w Iraku. Ma – to rzecz naturalna – masę pytań i wątpliwości („Ludzie sztuki to niepokorne istoty, zna pan to zapewne z własnego kraju”), ale spokój, powtarza, spokój jest najważniejszy.

Wydaje mi się, że Samira lubi kokietować.

– Ma pan rację, habibi, że czuję się jak debiutantka, że dopadła mnie trema. To, proszę mi wierzyć, nawet miłe uczucie, mam wrażenie, że czas się cofnął, znów, proszę wybaczyć banał, jestem młoda, niepewna swego; to lekkie zdenerwowanie, to mrowienie w żołądku… mój Boże, kiedy ostatni raz tak się czułam?

Tak, habibi, te wszystkie lata pracy, całe moje doświadczenie, długa droga artystki – wszystko to razem daje mi wielką pewność i siłę. Niech pan się nie dziwi, że gnieżdżą się we mnie dwa wykluczające się uczucia. Jestem stremowaną, pewną siebie śpiewaczką – zabawne, habibi, bardzo zabawne.

Dalej Samira opowiada, jak z narodowym chórem Iraku jeździli po całym świecie. Była w Stanach Zjednoczonych, w Związku Radzieckim, we wszystkich krajach Zatoki Perskiej, w prawie wszystkich krajach arabskich. Nagrywali moc płyt, chwalonych i rozchwytywanych. Dawali kilkanaście koncertów w miesiącu. Prawda – te próby, wewnętrzna dyscyplina i koncentracja, wszystko to męczy młodą dziewczynę. Ale coś za coś, w końcu święcili wielkie sukcesy.

– Nadszedł wreszcie czas na karierę solową. Mój głos, przyjacielu, wyróżniał się na tle innych głosów. Jak to odkryłam? Długo by opowiadać, a mam kłopoty z mówieniem o sobie. Przebiegnę przez te kilkadziesiąt lat. Powiem tylko, że w dwutysięcznym roku zdobyłam zaszczytny tytuł irackiej śpiewaczki tysiąclecia. Wie pan, co o tym myślę? Że to nie jest zwieńczenie mojej kariery, lecz zaledwie przystanek. Było mi bardzo miło, gdy wręczano mi dyplom i statuetkę. Ale już wtedy, w tamtej wspaniałej chwili, powiedziałam, że to jeszcze nie koniec.