IrakTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z dnia na dzień nakazano mi uznać, że żyłam i pracowałam w kraju, który bardziej przypominał więzienie niż normalne państwo, oraz przekazać ten pogląd wychowankom. Nie będę z tym dyskutować, choć przecież nie czułam się tak, jakbym chodziła w więziennym pasiaku. Każe się nam uwierzyć, że wraz z wejściem Amerykanów wszystko w Iraku odmieni się na lepsze, również na moim szkolnym podwórku, na dodatek szybko i bezboleśnie.

Tymczasem pamiętam doskonale, kiedy było lepiej. Dzisiejsze czasy wcale nie przypominają tych naprawdę dobrych. Potępiamy Saddama. Ale zapomnieliśmy już, że do końca jego rządów nauka była darmowa, uczniowie nie płacili za podręczniki i przybory szkolne, dostawali ołówki, zeszyty, mundurki. Wszystkie dzieci uczyły się, a nie szwendały po ulicach, nie żebrały. Czy pan również uważa, że to było aż tak bardzo złe? Nasza pamięć nie może być tak wybiórcza.

Książki do historii czy do patriotyzmu opowiadały o Iraku – raju na ziemi. Chalida nie wierzy, by w jakimkolwiek kraju istniał raj, że jest takie miejsce na świecie, gdzie wszystkim dobrze się powodzi. Nie wszyscy Amerykanie są szczęśliwi, choć przybyli tu, by pokazać Irakijczykom, na czym polega ich szczęście. A poza tym nauczanie przedmiotów, nazwijmy je ważkimi dla obywatelskiego wychowania, nie należało do obowiązków Chalidy. Z tego punktu widzenia nic nie można jej zarzucić.

Ale – powiada nauczycielka – nie wolno jej zapominać o dobrych stronach tego, czego kiedyś doświadczała. Porównuje nieustannie dni irackiej prosperity i to, co się dzieje obecnie. Jeśli ma być szczera, musi powiedzieć, że kiedyś było lepiej. Nie dostrzega zapowiadanych zmian.

W Iraku stało się coś dziwnego, nigdy nie przypuszczała, że będzie żyć w takim porządku. Lub – to chyba odpowiedniejsze słowa – w kompletnym bałaganie. Gdyby ktoś zapytał ją kilkanaście miesięcy temu, czy wyobraża sobie Bagdad, w którym nie obowiązują zasady ruchu ulicznego, powiedziałaby: nie. Przecież kiedyś nikt nie przechodził przez jezdnię w niedozwolonych miejscach! Kierowcy uważali na pieszych. Co takiego się stało, że zmienili się z dnia na dzień?

Podobnie nie wyobrażała sobie tak drastycznych podwyżek. Ani powszechnego bandytyzmu; to niewiarygodne, lecz wieczorami boi się wychodzić z domu! W jej mieście ciągle słychać strzały i wybuchy bomb. Trwa wojna, choć podobno jej nie ma. Jeśli zapowiadana przez Amerykanów demokracja ma polegać na przemocy i totalnym chaosie, na ulicznych patrolach i rewizjach…

Chalida nie chce takiej demokracji. Jest matematyczką, nie zagłębiała się nigdy w politykę. Lecz dziś to polityka przyszła do niej. Prosi, bym powiedział jej z ręką na sercu, co takiego w Iraku zmieniło się na plus.

– Mówi pan, że nie ma Saddama, że to jest ta fundamentalna zmiana, która stwarza perspektywy. Być może. Ale myślę, że została jego filozofia. Przecież Bush mówi jak Pan Prezydent: kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Tak nie można stawiać spraw, to krok ku kontrolowaniu myśli, próba sprawdzania intencji, a nie czynów, to nowa forma dyktatury, obcej dyktatury. Nie umiem być z Bushem, nie pochwalam tej jego wojny i okupacji. Nie wolno tego ode mnie wymagać.

Nie byłam również z Saddamem – Chalida prawie krzyczy. – Iracki patriotyzm nie równał się wspieraniu dyktatora. Byłam patriotką, sobą, nie musiałam się bać, tak jak dziś. Bali się ludzie zaangażowani w politykę oraz ci, którzy głośno narzekali. Póki nie narzekałam, wszystko było w porządku, choć do narzekania miałam tysiące powodów. Ale żyliśmy wedle jasnych reguł.

Mówi pan, że miałam zamknięte oczy i uszy. Może… Każdego czwartku na szkolnym apelu opowiadałam dzieciom, co takiego przez ostatnie siedem dni zrobił dla nich i dla kraju Pan Prezydent. Nie było to zbyt trudne, wystarczyło oglądać telewizję, czytać gazety i cytować, cytować, cytować. Czy wyrzucam to sobie? Niby dlaczego?

Przecież wiedziałam, widziałam, czułam. Za cytowaniem telewizyjnych wiadomości nie musiała stać ślepa wiara, że wszystko, co mówię, to szczera prawda. Nigdy bezrefleksyjnie nie wychwalałam porządków panujących w Iraku. Pan chyba nie dosłyszał, że uczyłam matematyki. Polityka to nie była moja sprawa.

Nie zamieniałam szkolnych apeli w wiece miłości do Saddama. Przeciwnie – gdy Pan Prezydent coś skrytykował, wytknął jakąś niedbałość, błąd, pomyłkę, zrugał lub zdymisjonował jakiegoś złego urzędnika, powtarzałam to dzieciom. Ale też starałam się opowiadać uczniom, że mieszkamy w potężnym, bogatym kraju, że mamy ogromne zasoby ropy naftowej i silną armię, wspaniałe zabytki i wielką historię.

Nie wierzę w przyszłość. Żyliśmy w biedzie, ale dziś żyjemy jeszcze biedniej. Saddam krzywdził ludzi, ale jeśli ktoś się nie wychylał, mógł spokojnie żyć. Cały Irak wiedział o cierpieniach niewinnych, o torturach, o więzieniach, o korupcji, o rozpasaniu klanu Tikriti i wyższych funkcjonariuszy partii. I cały Irak milczał! Milczenie nie było poparciem tyranii. Było regułą, zasadą, której należało się trzymać. Jaki ma sens dmuchanie pod wiatr? Poza tym w uczeniu młodzieży miłości do ojczyzny nie ma nic niewłaściwego. Nie pamiętam lekcji patriotyzmu, nie pamiętam treści podręczników. Nie zawracałam sobie tym głowy. Zresztą te podręczniki dziś już nie obowiązują. W niektórych szkołach je zniszczono. My schowaliśmy książki do szafy. Nikt tam nie zagląda, bo po co.

Niech pan weźmie pod uwagę i taki czynnik: skąd miałam wiedzieć, do kogo mówię? Uczniowie mają rodziców, a wielu z tych rodziców było członkami partii, wielu wierzyło w Saddama. Nie twierdzę, że wszyscy członkowie Baas byli zaślepionymi fanatykami; sama byłam w partii, więc wiem, że członkostwo jeszcze o niczym nie świadczyło. Lecz nie miałam żadnych gwarancji, że dzieci nie powtórzą moich słów w domu. Nauczyciel nie ma prawa mieszać uczniom w głowach. Wypełniałam obowiązki, pracowałam najlepiej, jak potrafiłam. Zresztą moi uczniowie są za mali, by wszystko dobrze rozumieć. Mają się uczyć, a nie roztrząsać problemy, których nie pojmują nawet dorośli. Dziecko nie potrafi myśleć w ten sposób. To dla niego za trudne i zupełnie niepotrzebne.

Chalida jest dobrą nauczycielką. Potrafi wyjaśniać zawiłości matematyki tak przystępnie, że zrozumie je nawet najbardziej niepojętny uczeń. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje, że znajomość królowej nauk przydaje się nawet w dyktaturze. Występowała w milczącym chórze, jej milczenie było odpowiedzialnością w czystej formie.

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby na jakimś apelu Chalida zachowała się nieodpowiedzialnie i powiedziała dzieciom: „Mamy ogromne pokłady ropy naftowej, a widły Tygrysu i Eufratu były przed wiekami uznawane za biblijny raj. Kilkadziesiąt lat temu żyliśmy dostatnio, jak w wielu krajach Europy. Dziś brakuje nam wszystkiego, głodowalibyśmy, gdyby w Iraku nie było żywności na kartki”. Jak myślicie, mogłaby spytać uczniów, kto za to odpowiada?

Chalida zobaczyłaby zdziwione buzie. „Co też ta pani mówi, co chce powiedzieć, zasugerować? Przecież nawet w telewizji śpiewają piosenki o dobrym Wujku Saddamie”. Usłyszałaby w odpowiedzi, że w Iraku i tak żyje się lepiej niż gdzie indziej. A kłopoty i żywność na kartki to wina międzynarodowego spisku, okrutnych, bezrozumnych i antyhumanitarnych sankcji gospodarczych, szykan ONZ, Izraela i Stanów Zjednoczonych, złodziejskiej polityki Kuwejtu, który kradnie ropę z irackich pól.

Jeszcze tego samego dnia przyszedłby do szkoły funkcjonariusz tajnej policji, zwabiony natychmiastowym donosem. Chalida musiałaby się tłumaczyć, dlaczego postawiła dzieciom tak nierozsądne pytanie. Straciłaby pracę, jest niemal pewne, że za te kilka słów zapłaciłaby torturami, latami więzienia, może nawet śmiercią. Jej miejsce zająłby inny nauczyciel, być może gorszy dydaktyk, lecz z pewnością wyznający tę samą zasadę, że milczenie jest złotem, a unikanie wątpliwości – dowodem rozsądku. Jaki z takiej zamiany byłby pożytek dla dzieci? Żaden. Co udowodniłaby swoim wystąpieniem? Nic. Czy ktokolwiek dostrzegłby w nim choć ślad odwagi? Wątpliwe.

Dlatego Chalida nie stawiała pytań. Miała świadomość, że pytania, nawet te bardzo ogólne i zgoła niewinne, prowadzą w złym kierunku i na grząski grunt, są niebezpieczne i, koniec końców, zdradliwe. Nauczyła się, by nie być zbyt ciekawą, nie interesowało ją w zasadzie nic poza matematyką. Nawet w domu nie rozmawiała o polityce. Ufała domownikom, ale respektowała zasady niewypowiedzianej nigdy umowy: są w Iraku Saddama takie sprawy i takie obszary, których po prostu nie wolno dotykać.

Ale przecież musiała w skrytości ducha pytać samą siebie, musiała się zastanawiać, analizować; matematyka uczy logicznego myślenia, dwa i dwa to zawsze będzie cztery. Musiała przed zaśnięciem, w samotności lub w chwilach zwątpienia, powtarzać w myślach natrętne słowo „dlaczego”.

To był największy wysiłek, by słowa „dlaczego”, „po co”, „w czyim to jest interesie”, „komu to służy”, „kto na tym zyskuje” wyeliminować z najbardziej sekretnego, intymnego słownika. Chalida pamięta, jak lata temu do szkół trafiło ministerialne zalecenie (potraktowano je jak bezwzględny rozkaz), że nauczyciele powinni wstępować do partii Baas; pewnej nocy spytała samą siebie: Czy powinnam się zapisać? Komu to potrzebne? Czy szkoła na tym zyska? Co mi z tego przyjdzie? Na drugie pytanie odpowiedziała: Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Na trzecie: I tak wstąpią wszyscy. Na pierwsze i na czwarte: Będę miała spokój, uniknę podejrzliwych spojrzeń, niepotrzebnych wyjaśnień, odsunę od siebie kłopoty.

I choć pytanie: „Czy powinnam się zapisać do Baas?” powracało przez jakiś czas i w najmniej oczekiwanych chwilach, szczęśliwie zepchnęła je w najgłębsze zakamarki podświadomości.

I nie pytała samej siebie już o nic więcej.

5

Stało się to w święto Id al-Fitr, odpowiednik chrześcijańskiego Bożego Narodzenia i Nowego Roku. To było wiele lat temu, więcej niż dwadzieścia, kiedy nikt nie przypuszczał, co może się wydarzyć. Przed Irakiem, krajem, w którym pod piaskami bezkresnej pustyni leżą drugie na świecie zasoby ropy naftowej, przyszłość rysowała się w różowych barwach.

 

Abu Ali (wtedy wołano go po imieniu, Zajdun F., gdyż syna o imieniu Ali nie było jeszcze na świecie) szedł wolnym krokiem zieloną, wysadzaną palmami aleją w sercu Bagdadu. Wysoki, kruczoczarny, szczupły, dumny, w eleganckim europejskim garniturze; wyglądał jak człowiek niemający zmartwień.

Zajdun, jedyne dziecko szlachetnego Faika F., został dziedzicem fortuny, gromadzonej w jego rodzie przez pokolenia, pomnażanej przez znakomitą dynastię irackich adwokatów, dziennikarzy i wydawców. Faik F. należał do elity elit. Był prawnikiem najważniejszych osobistości w kraju. Z jego porad korzystali nawet brytyjscy okupanci. Umiał zarabiać. Otaczały go powszechny szacunek i miłość.

Dlatego Zajdun podczas świątecznej przechadzki nie musi zamartwiać się przyszłością rodziny; pieniędzy starczy nawet dla wnuków i prawnuków. Poważanie, jakim darzono rodzinę F., jest teraz w całości jego udziałem, jedynego potomka dostojnego Faika. Nie musi pracować, nie ma żadnych zmartwień. Życie jest wspaniałe. Niebawem – Zajdun był pewien – urodzi mu się syn. Da mu na imię Ali, żeby – choć jest sunnitą – uczcić pamięć zięcia Proroka. A wtedy, mimo stosunkowo młodego wieku, zyska zaszczytny przydomek Abu Alego – Ojca Alego. Szedł więc Zajdun powoli, dostojnie, obok odświętnie ubranej żony Wedah (niosła przed sobą pękaty brzuch zaawansowanej ciąży, za kilka tygodni będzie nazywana Umm Ali – Matka Alego). Obok dreptała najstarsza córka Werud, wówczas rozbiegana, kilkuletnia dziewczynka. Niespodziewanie zatrzymał się przy nich duży, czarny samochód.

W samochodzie siedział kierowca i On. Młody, z pięknymi wąsami, ubrany po iracku, w powłóczystą diszdaszę, radosny, roześmiany. Na pewno On (Abu Ali: „Te zachodnie brednie o sobowtórach, włóż, habibi, między bajki. Takich oczu nie ma nikt na świecie”). W tamtych szczęśliwych latach, gdy ropa lała się strumieniami i panował dostatek, a z Irakiem wszyscy musieli się liczyć, On jeździł ulicami Bagdadu jak zwykły obywatel, choć przecież nie był zwykłym obywatelem, lecz Ojcem Narodu, Lwem Babilonu. Jeździł, rozmawiał z ludźmi, brał dzieci na ręce, głaskał po głowach, całował.

Więc kiedy On się zatrzymał, Zajdun na chwilę stracił pewność siebie. Lecz zaraz przyszło mu do głowy, że to przecież Id al-Fitr, trzeba Przywódcy złożyć życzenia. Gratulowali sobie pomyślności, życzyli jeszcze większego dostatku. I wtedy On wziął na kolana córeczkę Zajduna. Pogładził dziewczynkę po głowie, zagadał. Wsadził rękę w poły diszdaszy i wyciągnął wafelek… Mała rozpakowała ciasteczko, szybko chciała je wcisnąć do buzi, lecz On uprzedził dziecięce łakomstwo, złapał Werud za rączkę, rozprostował zmięty papierek, podał Zajdunowi. Na papierku napisano, że wafelek wyprodukowano w Iraku.

To było najzwyklejsze ciastko. Żadne europejskie czy amerykańskie specjały, choć było ich w Iraku pod dostatkiem. Zwykłe ciasteczko, dostępne dla każdego. Jeszcze w domu Zajdun nie mógł się nadziwić, jak niewyobrażalna skromność i dobroć mieszka w sercu Prezydenta. Dziedzic fortuny adwokatów i wydawców nie kupiłby córce takiego wafelka za nic na świecie, bo przecież stać go na coś lepszego. A On, Wspaniały Ojciec, jadł to samo co naród – jego dzieci.

Tego dnia Zajdun F. odebrał od Sajjida – Pana – wielką lekcję pokory oraz irackiej dumy.

– Wybacz, habibi, że nie poczęstuję cię słodką herbatą, nie postawię przed tobą miseczki świeżych daktyli. Mogę ofiarować ci tylko wodę, to wszystko, co wolno mi teraz zrobić. Nie jestem aż tak skąpy ani źle wychowany. Mamy ramadan, święty miesiąc postu. Przyszedłeś przed zachodem słońca. Prosiłbym cię, habibi, byś mi darował i uszanował nasze zwyczaje. Zobacz raczej, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa przypadek! A może to znak, wróżba na przyszłe szczęście. Wszak zachodzisz do mojego domu niemal w rocznicę mojego jedynego spotkania z Prezydentem; już za kilka dni będziemy świętować Id al-Fitr. Pozwól zatem, że przy tobie będę nazywać go tak, jak każe nasza arabska tradycja – Sajjidem – Panem albo Abu Udajem, Ojcem Udaja. Choć dobry Bóg nie oszczędził mu trosk i zmartwień z powodu synów.

Lecz dobrze się stało, habibi, że nie przyszedłeś do mnie wieczorem. To elegancka dzielnica, dostatnia, żaden slums pełen przemocy i występku. I właśnie dlatego lepiej wieczorem tu nie przychodzić. Bandyci, mordercy, złodzieje, porywacze kobiet kręcą się wszędzie. Dlatego ja, człowiek pokoju, muszę trzymać w domu karabin. Gdy rządził Abu Udaj, bandyci siedzieli w więzieniach. Nie wierz plotkom, że po ostatnich wyborach (bo to były wybory, choć niepotrzebne, naród iracki nie wydał większego syna) zwolnił z więzień wszystkich kryminalistów. Takie bajki rozpuszczają Amerykanie i przewrotni Kuwejtczycy, złodzieje naszej ropy i kobiet. Dlaczego Kuwejtczycy? O tym usłyszysz później.

Siądź zatem, przyjacielu, i posłuchaj, dlaczego my, ludzie światli, znający życie i inne kraje, szanujemy Abu Udaja. Nie jestem ślepy. Wiem, że Sajjid jest tylko człowiekiem, a dobry Bóg czasem skąpi ludziom doskonałości. Tylko Prorok nie czynił zła i oszczędzone mu były pomyłki.

Ojciec Abu Alego, dostojny Faik, ukończył bagdadzką szkołę praw w dwudziestym szóstym roku. Bogaty z domu, dziedziczył – prócz pieniędzy – również rodzinne tradycje i słynne nazwisko. Był tak dobrym prawnikiem, że proponowano mu funkcje rządowe. Wszak chodził do jednej klasy z Salihem Dżabbarem, przyszłym irackim premierem kolonialnego rządu króla Fajsala II. Zaprzyjaźnili się wtedy, polubili, spędzali czas na długich dysputach; obaj wykształceni i z dobrych rodzin. Tyle że Salih wybrał posłuszeństwo i służbę, a Faik – niezależność i sprzeciw. Łatwiej sprzeciwiać się bogatemu niż biednemu. Ale Faik nie korzystał tylko z rodzinnej fortuny. Zarabiał jako adwokat, tracił jako dziennikarz, gdyż finansował z własnej kieszeni wydawane przez siebie gazety. Było ich kilka: Abu Ali pamięta tylko dwa tytuły: „Al-Karch” i „Al-Itihad”. Wszystkie gazety zamknięto arabskimi rękami, lecz na polecenie Brytyjczyków. Faik pisał tylko prawdę. Miał zbyt wiele honoru, by splamić się półprawdami lub kłamstwem. Gardził ludźmi, którzy dla świętego spokoju pisali tak, jak chcieli brytyjscy okupanci.

Co Faik chciał powiedzieć Irakijczykom? Że nie wolno im dłużej żyć tak, jak żyją: na kolanach, z pochylonym czołem, służąc Brytyjczykom i skorumpowanej monarchii. Że Arabom przeznaczona jest wielka, niepodległa i niezależna przyszłość. Że lada chwila podniosą głowy.

Skąd to wiedział? Z arabskiej historii, ze wspaniałych czynów dawnych kalifów, z pomników wielkiej sztuki, znakomitej nauki i literatury. Wszak Arabowie panowali nad połową świata, stawiali świątynie w dalekiej Hiszpanii, wygnali krzyżowców z Jerozolimy. Zrobił to Saladyn – co prawda Kurd – lecz człowiek islamu i Wschodu. Czy można się dziwić, że Saddam bardzo lubił, gdy nazywano go drugim Saladynem?

Faik pisał więc, że niebawem ponownie nadejdzie ktoś, kto pchnie arabskie życie na lepsze tory. Pójdą precz Brytyjczycy, każdy Irakijczyk stanie się równy Europejczykowi. Dlatego oskarżano go nawet o komunizm; wszak pisał o równości ludzi. Lecz daleko mu było do komunizmu; człowiek z tak dobrej rodziny, tak wykształcony i oczytany, tak bogaty nie mógłby tak paskudnie pobłądzić. Faik był tylko uczciwym Irakijczykiem. Potem Arabem. Dopiero później muzułmaninem, przywiązanym do tradycji, lecz nie fanatycznym. Zresztą fanatyzm religijny – Abu Ali jest tego pewien – miał się między Arabami dopiero narodzić.

Kiedy więc Faik pisał to, co myślał, a jego myśl dotarła do światłych Irakijczyków, ale też do nieproszonych oczu i uszu, przychodzili urzędnicy króla Fajsala i prosili: „Nie pisz już tak, zostań lepiej ministrem. Nie chcesz, musimy zamknąć twoją gazetę”. Faik tylko uśmiechał się ze wzgardą.

Gdyż nie tylko słowem ojciec Abu Alego pokazywał, że kocha Irak ponad wszystko. Pewnego dnia zaproszono go na obiad do klubu oficerskiego, tuż obok królewskiego pałacu, którego balkony wychodziły na klubowy ogród, w gorące, letnie dni zamieniony w jadalnię. Na balkonie odpoczywał król Fajsal. Faik, obdarzony tubalnym, donośnym głosem, opowiadał właśnie o swojej miłości ojczyzny. Posłyszał go Fajsal, zapragnął poznać wziętego adwokata.

Wnet słudzy króla przyszli do klubu. Powiedzieli: „Najjaśniejszy Pan życzy sobie poznać tego, który tak pięknie mówi o naszej ojczyźnie”. Faik wstał od stołu, otarł usta i rzekł: „Jeśli król chce mnie poznać, niech zejdzie tu, między naród, którym podobno rządzi”.

– Nie dziw się zatem, habibi – snuje opowieść Abu Ali – że gdy w czterdziestym pierwszym roku nadszedł czas powstania przeciwko brytyjskim najeźdźcom, mój czcigodny ojciec stanął w pierwszym szeregu. Zarzucacie nam, że wbiliśmy Brytyjczykom nóż w plecy: wszak trwała wojna światowa, Londyn przegrywał na wszystkich frontach. Tak, postawiliśmy na Hitlera, chcieliśmy być sojusznikiem Rzeszy. Ale żaden Niemiec nie okupował nigdy irackiej ziemi. A Brytyjczycy ciągle nam rozkazywali, choć formalnie od wielu lat żyliśmy w niepodległym kraju.

Niestety, powstanie upadło. Ojciec już nie wydawał gazet, zamknięto mu również praktykę adwokacką. Ale nie wyrzekł się swoich ideałów. Przesiadywał w bagdadzkich kawiarniach, dyskutował, przekonywał. I pisał wiersze. Musiał czekać przez piętnaście długich lat, aż jego słowa przyoblekły się w ciało życia. W pięćdziesiątym ósmym roku nasze wojsko zgniotło sprzedajną monarchię i patronujących jej Brytyjczyków. Na ulicy Ar-Raszid, między strzelistymi kolumnami i strojnymi podcieniami, słowem – na tej samej ulicy, którą zwykło paradować brytyjskie wojsko, nasze małe, dzielne koniki ciągnęły zmasakrowane trupy kolaborantów. Mój ojciec patrzył na to niezwykłe okrucieństwo, promieniejąc szczęściem. Zawołał mnie; byłem małym chłopcem. Zapytał: „Jak myślisz, synu, dlaczego jestem szczęśliwy? Nie z powodu wojny i widoku krwi; wszak wiesz, że zawsze mierziło mnie barbarzyństwo. I nie tylko dlatego, że Brytyjczycy odeszli na zawsze. Gdybym za radą przyjaciół ze szkoły praw – ludzi mądrych, lecz bojaźliwych – zgodził się zostać ministrem, widziałbyś teraz mego trupa ciągniętego za koniem, byłbyś pohańbiony. Lecz nie dlatego jestem szczęśliwy, że żyję i że oszczędziłem ci wstydu. Jestem rad, bo historia przyznała mi rację”.

Wiedz, habibi, że była to największa lekcja, jaką otrzymałem w życiu. Nauka, której zostanę zawsze wierny. Żaden Irakijczyk nie może wysługiwać się okupantom. Zdobywcy, najeźdźcy, krzyżowcy zawsze poniosą klęskę na naszej ziemi.

Wiele lat minęło, lepszych i gorszych, przez Irak przetoczyło się kilka zamachów stanu, kolejni premierzy tracili głowy, powoływano nowe rządy, każdy następny bardziej skorumpowany niż poprzedni. Ojciec Abu Alego, wtedy tylko obserwator polityki, choć jeszcze w pełni sił, jakby zapadał się w sobie. Dlaczego? Abu Ali nigdy o to nie spytał. Niezmiennie do gościnnego domu Faika przedstawiciele najwybitniejszych bagdadzkich rodzin przychodzili na kawę i daktyle. Niezmiennie rozmawiano o polityce, wychwalano arabską świetność, piętnowano grzechy nieudolnych polityków. Niby świat kręcił się tak jak zwykle, lecz stary już ojciec Abu Alego gasł, marniał, żył swoim wnętrzem i swoją poezją.

Potem nawet poezja poszła w kąt. Bez wyraźnego powodu. Przecież Irak – jego największa miłość – nie jęczał już pod butem zdobywców. Ale może coś szło nie tak.

To był czas, gdy Irakiem rządził prezydent Hasan al-Bakr, mając po prawicy młodego Saddama. Aż przyszedł dzień, zwyczajny, lecz jakby znienacka, gdy Al-Bakra zabrakło. Niby zrzekł się władzy dobrowolnie, lecz naprawdę uwięziono go w areszcie domowym i otruto, choć w gazetach pisano, że zmarł na serce.

W więzieniach znaleźli się opozycjoniści i zwykli marzyciele. Zapełniały się sale tortur. Saddam kazał rozstrzelać elitę partii Baas; w telewizji pokazano, jak wtedy płakał. Wielki ajatollah Muhammad Bakir as-Sadr – iracki Chomeini i przywódca szyickiej większości – oraz jego córka i starsi synowie zginęli w skrytobójczych mordach. Ani świat, ani Irak nie zwracał na to uwagi. Ropa naftowa kosztowała prawie czterdzieści dolarów za baryłkę. Za jednego irackiego dinara płacono trzy dolary.

Ojciec Abu Alego nigdy nie chodził na pokoje władzy. Nikt się temu nie dziwił, znając jego przeszłość i niezależnego ducha. Zresztą miał już wtedy tylko własny, wewnętrzny świat. Los nie dał mu szansy – żali się Abu Ali – radować się iracką potęgą.

Sam Abu Ali, bon vivant ze świetnej rodziny, bywał w najlepszym towarzystwie, studiował to i tamto, rzucał naukę, wracał na uniwersytet, jeździł po świecie, brylował. Ożenił się, rozwiódł, wnet poznał Wedah, piękną dziewczynę z tej samej sfery. Rodzice dali zgodę na ślub, zadowoleni, że taki związek pomnoży majątki. Wesele było bardzo huczne. Posypały się dzieci.

 

Abu Ali opowiedział ojcu o spotkaniu z Prezydentem w tamten Id al-Fitr. O irackim ciasteczku, wręczonym przez Lwa Babilonu pierwszej wnuczce Werud. Ojciec nie rzekł ani słowa. Nawet się nie uśmiechnął. Niewiele już rozumiał.

– Trzeba ci wiedzieć, habibi, choć nawet po latach przykro to mówić, że duszę, rozum i ciało mojego ojca z roku na rok pożerała nielitościwa skleroza. Dałbym wiele, by Bóg obdarzył ojca dobrym zdrowiem do końca życia. Lecz taki już los ludzi wyrastających ponad przeciętność, że muszą cierpieć, nawet jeśli nam się wydaje, iż cierpienia nie powinny być ich przeznaczeniem.

Tak więc mój ojciec w ostatnich swoich latach stał się milczący, skryty, niedołężny jak dziecko. Zapominał, mówił od rzeczy, choroba przejęła władzę nad takim człowiekiem! Zmarł w osiemdziesiątym roku, tuż po wybuchu Kadisijjat Saddam – dostojnej Kadisijji Saddama – wojny z Iranem, nazwanej tak na cześć pamiętnego zwycięstwa Arabów w siódmym stuleciu waszej chrześcijańskiej ery nad wojskami pogańskiej jeszcze Persji. Nie mnie sądzić o wyrokach boskich. Choć niekiedy myślę, że lepiej się stało, że ojciec nie doczekał następnych lat.

Powiedzą ci, habibi, że to Saddam wywołał irańską wojnę. Nic bardziej kłamliwego. Wprawdzie to my dokonaliśmy pierwszego uderzenia, lecz już następnego dnia irańskie samoloty barbarzyńsko bombardowały Bagdad. To przeciw nam irańscy ajatollahowie wysyłali oddziały złożone z bezbronnych chłopców, ubranych w białe, niczym ofiarne, szaty. Ginęliśmy tysiącami – taka jest prawda. Znów pokazaliśmy światu irackie męstwo.

Zapytasz, habibi, po co była ta wojna? A po cóż to arabskie wojska pobiły Persów pod Al-Kadisijją? Po cóż Arabia Saudyjska, zdradziecki Kuwejt, zamożne Emiraty, po cóż Ameryka i Europa płaciły ciężkimi dolarami za krew synów Iraku? Jak przed wiekami, tak wtedy świat chciał powstrzymać irańską dzicz naszymi rękami. Zewsząd sypały się zachęty do boju. To była wielka, potrzebna wojna. Wojna w imieniu wszystkich Arabów. Ale też wojna, w której zostaliśmy oszukani, podstępnie wykorzystani i zdradzeni.

Wiedz jeszcze, habibi, że te masowe groby, o które dziś podejrzewają Saddama, to scheda po Kadisijjat Saddam. Cóż miał zrobić nasz Prezydent? Zostawić ciała poległych na pastwę szakali? Zakopał zmarłych, a dziś niewdzięcznicy i Amerykanie mówią, że to ofiary jego rządów. Ci sami Amerykanie, którzy jeździli do Bagdadu z błaganiem, by powstrzymał ajatollahów! Czy wyobrażasz sobie większy cynizm, zakłamanie i podłość?

Wiedz na ostatek, że kurdyjskie ofiary gazów bojowych, których użyto ponoć na polecenie Sajjida, to następna mistyfikacja. Kurdów zagazowano – to prawda. Lecz zrobili to Irańczycy, a Amerykanie pomogli im ukryć zbrodnię, zrzucając wszystko na Prezydenta.

Nikt nie wygrał irańskiej wojny. Lecz trzeba było uczcić Kadisijjat Saddam, wedle irackiej propagandy jawiła się wielkim, historycznym zwycięstwem Arabów nad Persami. Lajla al-Attar, artystka i rzeźbiarka, wystawiła w Bagdadzie monument na cześć Lwa Babilonu: skrzyżowane, wygięte szable trzymane w ogromnych dłoniach – powiększonych replikach rąk Saddama – a pod nimi bruk ze zdobytych irańskich hełmów. Ludzie podziwiający monument deptali po pogiętym żelastwie. Każdy z tych hełmów nosił kiedyś żywy człowiek.

Kadisijjat Saddam była zbyt krwawa, zbyt okrutna i zbyt absurdalna, żeby w Iraku nie zaczęło dziać się źle. Dezerterom obcinano uszy, żołnierzy, którzy pierzchali przed oddziałami irańskich dzieci-samobójców, rozstrzeliwano. Zaczęło być krucho z dolarami, dlatego cinkciarzom obcinano dłonie. Saddam ciągle dodrukowywał pieniądze, gasząc niezadowolenie Irakijczyków plikami bezwartościowych banknotów. Gdy ktoś chciał zachować pracę, wstępował do partii Baas. Albo kupował jej członkostwo, nawet to najwyższego stopnia, uprawniające do służby państwowej, bo korupcja przybrała niewyobrażalne rozmiary. Zresztą partia przestała być partią, a stała się filią tajnej policji i żandarmerii wojskowej. Funkcjonariuszom Baas rozdano broń.

Ciągle trwały radosne marsze i parady niezwyciężonej, zdziesiątkowanej armii. Saddam wpław pokonywał Tygrys, fotografował się na białym koniu z szablą w dłoniach. Reżim prężył muskuły. Za byle słowo można było trafić do więzienia i na tortury. W dzielnicach nędzy Bagdadu, w starodawnej Karbali i w świętym An-Nadżafie szyici marzyli o śmierci dyktatora. Klan Tikriti zajmował coraz wyższe pozycje w państwie.

Potrzebny był sukces, triumf tak wielki jak pod Kadisijją. W 1990 roku Saddam ogłosił, że Kuwejt to utracona prowincja Iraku. Niewiele później wojska Obrońcy Arabów mordowały arabskich obrońców miasta Kuwejt. Minęło kilka miesięcy i na Bagdad posypały się amerykańskie rakiety. W szerokiej, antysaddamowskiej koalicji poczesne miejsce zajmowały inne państwa arabskie.

– A więc opowiem ci, habibi, o Kuwejcie – mówi Abu Ali. – A raczej powtórzę słowa mego dostojnego ojca. Bo choć ojciec był już niedołężny, choć dzień mylił mu się z nocą, zawsze podkreślał, że Kuwejt to nasza ziemia, oddzielona od Matki-Iraku jedynie kreską na mapie, narysowaną ołówkiem brytyjskiego zaborcy. Nigdy nie pogodził się z tą stratą. Wspominał Kuwejt nawet wtedy, gdy nie pamiętał imion własnych wnuczek.

Nie dziw się, że Sajjid postanowił odzyskać naszą ziemię. Miał ku temu wiele powodów. Po pierwsze, historia dała mu ku temu święte prawo; kiedyś nie było Kuwejtu, tylko iracka prowincja Al-Kazima. Po wtóre, musiał nas bronić przed podstępnymi złodziejami. Kuwejtczycy to wyrodne dzieci Iraku; dasz wiarę, że ze wspólnych pól kradli nawet naszą ropę. Powiadają, że zazdrościmy im bogactwa. To dlaczego – wie to każde dziecko – dziś, chowając się pod amerykańskie skrzydła, Kuwejtczycy podkładają ogień pod bagdadzkie domy? Nie mogliśmy wygrać Matki Wszystkich Bitew. Zdradzili nas nawet bracia Arabowie. Zapytasz pewnie, habibi, dlaczego dziś nie podaje nam wody moja najmłodsza córka? Jej matka, Umm Ali, ukryła ją daleko stąd. Nur jest prześliczna, jej uroda cieszy oko wielu mężczyzn. Kuwejtczycy, barbarzyńcy nad barbarzyńcami, porywają piękne irackie dziewczyny, zmuszają je do prostytucji. Nie śmiej się, nie wzruszaj ramionami. To prawda, choć na pozór brzmi jak bajka. Wie o tym cały Bagdad.

Umm Ali, żona Abu Alego (niewysoka, ubrana w jasną sukienkę, na którą narzuciła czarną chustę, zakrywającą włosy), siada na wyściełanej ławie, uśmiecha się ciepło, woła posługującą dziewczynę, by – mimo ramadanu – przyniosła jednak słodką herbatę. W tym domu, pełnym pamiątek, starych zdjęć, porcelanowych bibelotów, sreber i kandelabrów, to ona tak naprawdę ma pierwszy głos. Dostojny Abu Ali wcale się tym nie trapi. Umm Ali jest kobietą mądrą i rozsądną.

Dlatego, gdy u schyłku lat dziewięćdziesiątych złodzieje splądrowali ich dom, uradzili, że to ona musi poskarżyć się Sajjidowi. Napisali list, wysłali do pałacu. Długo czekali na odpowiedź, lecz opłaciło się.

Pewnego dnia, w 1999 roku, o czwartej nad ranem, pod dom Abu Alego zajechał samochód. Umm Ali zebrała się jak najszybciej, cała w nerwach, pełna niezwykłych, nieznanych wcześniej emocji. Samochód zawiózł ją pod jeden z pałaców prezydenckich; auto miało zasłonięte okna, więc Umm Ali nie miała pojęcia, gdzie jedzie. Był przepiękny poranek, dochodziła piąta.