IrakTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dżabbar dowiedział się w obskurnych, brudnych herbaciarniach Al-Karchu, że Saddam jako dziecko w Tikricie często nocował na ulicy, bo jego wuj był bardzo złym człowiekiem. Że w domu zbierał baty, kradł i żebrał, był wielokrotnie gwałcony. Dżabbar utrzymuje, że w pewnym momencie wuj podsyłał siostrzeńca zamożniejszym pedofilom. Przyszły dyktator był nastolatkiem, gdy trafił do Bagdadu. Ktoś z Al-Karchu powiedział Dżabbarowi, że również wtedy musiał chodzić z mężczyznami ze slumsów w krzaki porastające brudnożółty Tygrys.

Saddam miał szesnaście lat, gdy wuj nauczył go zabijać; wespół zamordowali konkurenta Chajr Allaha w bandyckim podziemiu. Nie skończył lat dwudziestu, gdy razem z wujem zamordował pewnego urzędnika. Takie dzieciństwo, wczesna młodość i podziw dla okrutnego wuja naznaczyły go, zdaniem Dżabbara, na resztę życia. Za wujem, którego wielbił mimo krzywd od niego doznanych, poszedł do polityki; Chajr Allah działał w partii Baas, partia potrzebowała okrutników i morderców.

(Partia Baas po raz pierwszy przejęła władzę w Iraku w 1963 roku. Rozstrzelano prezydenta, generała Kasima. Żeby Irakijczycy uwierzyli, że prezydent nie żyje, w bagdadzkiej telewizji urządzono ponury spektakl. „Każdej nocy powtarzali ten makabryczny punkt programu. Ciało było posadzone na fotelu w studiu. Wokół niego krążył żołnierz i dotykał jego różnych części. Od czasu do czasu kamera pokazywała sceny ze zniszczonego Ministerstwa Obrony, gdzie urzędował Kasim – tam można było dostrzec zmasakrowane ciała członków jego ochrony… Później następował powrót do studia i dokładne pokazywanie wszystkich dziur po kulach. Cała ta makabryczna sekwencja kończyła się sceną, która musiała na długo pozostać w pamięci widzów: żołnierz chwytał zwisającą głowę prezydenta, pochylał się i spluwał na nią”1.

Gdy Saddam rządził Irakiem, jego wuj – podówczas burmistrz Bagdadu – opublikował manifest polityczny. Nazwał go: „Trzy rzeczy, których Bóg nie powinien był stworzyć: Persowie, Żydzi i muchy”. Persów dlatego, że są „zwierzętami, które Bóg stworzył w ludzkim kształcie”, Żydów, gdyż to „mieszanina podłości i odpadków różnych ludów”, a stworzenia dokuczliwych much w ogóle nie sposób pojąć).

Tu nie ma już podłych herbaciarni. Nie ma tak dojmującej nędzy. Jest za to pamięć o Saddamie – Łaskawcy, Dobroczyńcy, Opiekunie, Ojcu. Saddamijjat al-Karch to Tikrit, Al-Falludża, Ramadi w jednym. Dlatego nie mam pojęcia, kto mógł opowiadać Dżabbarowi M. mroczne szczegóły z dzieciństwa Saddama.

Saddamijjat al-Karch leży nieopodal dawnego Ministerstwa Obrony. W czasie pierwszej wojny w Zatoce spadło tam kilka bomb. A gdy później Irak doświadczał międzynarodowych sankcji gospodarczych, właśnie w tej biednej dzielnicy Saddam postanowił zademonstrować swoją potęgę i dobroć.

Pewnego dnia 1993 roku do mieszkańców getta przyszli urzędnicy z prezydenckiego pałacu. Poprosili, by tamci zabrali swoje rzeczy. W getto wjechały buldożery i ciężki sprzęt budowlany. Niewiele później można było wprowadzić się do nowych, pięknych domów. Przypadek zdarzył, że ta dzielnica zawsze wspierała partię Baas. Sąsiednie osiedle nędzy, oddzielone wąską nitką ulicy, wolało komunistów. Tam nie odnowiono ani jednego domu.

Saddamijjat al-Karch świeci pustkami. Z czterystu trzydziestu rodzin zostało tu może ze sto. Dar Saddama dla sąsiadów z lat dziecinnych pomyślany był jako pakiet: dostaniesz dom w zamian za lojalność i współpracę. Wielu mieszkańców Saddamijjat al-Karch donosiło tajnej policji. Wielu szpiegowało. Nie byli zbyt wykształceni, nie mówili z akcentem z Tikritu. Byli najmniejszymi pionkami w irackiej machinie terroru i zniewolenia – z wdzięczności dla dyktatora, tęsknoty za lepszym jutrem, z chęci utrzymania pracy: szeregowi bezpieczniacy, strażnicy w więzieniach, sierżanci saddamowskiej armii. Woleli zniknąć z oczu innym bagdadczykom. Zwłaszcza że ofiarowane im nowe domy były wystarczającym powodem do nienawiści.

I mimo daru Saddama, jego obietnic, że zrobi z nich ludzi światłych i zamożnych, przetrwała tu mentalność getta. Po przytulnych uliczkach obsadzonych palmami, na pięknym deptaku nad brzegiem Tygrysu walają się sterty śmieci. Płyną potoki mydlin i ścieki. Niewielkie skwery zamieniły się w wysypiska gnijących odpadków. Wokół domów w piaskowym kolorze wyrosły dziesiątki obskurnych, większych i mniejszych komórek. Białymi cegłami zamurowano wybite okna.

Nocą po uliczkach Saddamijjat al-Karch jeżdżą tylko amerykańskie patrole. Nie ma dnia, by kogoś nie aresztowano. Tu w rozmowie z cudzoziemcem mówi się o dyktatorze „Pan Prezydent”, wielbi się go po dziś dzień, dziękuje za wspaniałomyślność, za dobroć i ofiarność. Za nowe domy, które powoli zamieniają się w slumsy.

Amerykanie zaś to „krzyżowcy” i „zaborcy”. Młodzi chłopcy na pokaz wygrażają amerykańskim helikopterom, bez przerwy latającym nad Saddamijjat al-Karch.

– Nie ugniemy przed nimi karku – opowiada Ahmad, dwudziestolatek sączący pepsi. – Aresztowali mojego brata, o trzeciej w nocy zabrali ojca. Przecież nic im nie zrobili. Ci bandyci wchodzą do domów bez pukania, wyważają drzwi, budzą niemowlęta, straszą kobiety. To Amerykanie są terrorystami. Gdy o nich myślę, czuję tylko nienawiść.

Ahmad wygląda jak chłopak z okładki tanich pism dla nastolatek. Głowa przewiązana kolorową chustą, modne spodnie, w ręku paczuszka płyt kompaktowych. Spiera się z rówieśnikiem, który właśnie wyszedł z aresztu. Zabrali go w środku nocy, w huku i wrzasku; myślał, że to już koniec. Ale traktowano go bardzo dobrze, dostał puszkę pepsi, mógł się wyspać, śledczy nie wypytywał zbyt dociekliwie, nikt nie krzyczał, nikt go nie uderzył. Zwolniono go po kilku dniach, odwieziono do domu. Może ci Amerykanie nie są takimi bydlakami?

Lecz Ahmad nie jest przekonany. Nienawidzi, lubi szczycić się tym uczuciem. Marzy, by walczyć jak niektórzy z jego osiedla. Ale nagle mówi, zostawiając na boku dzień dzisiejszy i politykę:

– Ojciec kupił mi komputer, serfuję po internecie. Wcześniej, co wcześniej? Nie umiałem tego robić. Oglądam zdjęcia z innych krajów, tak bardzo chciałbym tam pojechać. Mam – mówi z dumą – takie same spodnie, jakie widziałem w sieci.

– I pewnie o wielu rzeczach myślisz podobnie jak twoi amerykańscy rówieśnicy, podobnie czujesz.

– Nieprawda. Nie dzielę z nimi żadnych wartości. Jestem muzułmaninem i Irakijczykiem. Oni walczą z islamem.

– Bądź pewien, że oni też chcą podróżować.

Ahmad zamyśla się.

A potem mówi, że najbardziej chciałby zobaczyć ośnieżone góry. I jakieś miasto w Europie. Amsterdam? Może Pragę. Miasto, które wygląda inaczej niż Bagdad.

Dżabbar M.: – Gdy już Saddam wyniósł się ponad innych, pierwszymi jego ofiarami byli dawni gwałciciele; niektórych kazał zabić, innym wyłupił oczy. Później wytracił tych, którzy o wszystkim wiedzieli. Dziś w Saddamijjat nie ma człowieka, który mógłby powiedzieć: znam z pierwszej ręki historię dzieciństwa Saddama. Ale człowiek cierpliwy złoży kawałki w całość. Gdy chodziłem po pałacu Saddama, już wiedziałem, dlaczego było mu potrzebne całe to złoto, ten przepych, te hołdy, uwielbienie i strach. Rozumiem to, choć jego zbrodni nic nie usprawiedliwia. Żywię do niego więcej pogardy niż nienawiści. Nie dlatego że był nieszczęśliwym, samotnym dzieckiem. Ale dlatego że jako dorosły przegrał z własnym dzieciństwem, pozwolił, by kierowały nim straszne wspomnienia.

Nie jestem odważnym człowiekiem. Nie mam natury poszukiwacza prawdy. Bałem się uczyć, lecz bałem się też nie wiedzieć. Boję się mówić o tym nawet teraz. Dlatego proszę: niech pan nie używa mojego prawdziwego imienia. Saddama już nie ma, lecz jego ludzie ciągle są potężni w Bagdadzie.

3

Kafle na ścianach były niegdyś białe, teraz pożółkły od dymu papierosowego. Stoliki lepią się od cukru i kurzu, z blaszanych popielniczek wysypują się niedopałki. Siedzą tu sami mężczyźni, niektórzy zatopieni w rozmyślaniach, inni przekładają powolnymi ruchami rąk prostokątne kamienie domina. Pachnie herbatą; jeśli ktoś prosi o inny napój, oczy kelnera robią się okrągłe ze zdziwienia. To miejsce znają wszyscy w tym mieście: podcienia ulicy Ar-Raszid, najstarszej ulicy Bagdadu, opodal kolorowego targu Al-Mutanabbi, gdzie każdego piątku sprzedaje się książki i stare kolorowe czasopisma. Na ścianach portrety Umm Kulsum, wielkiej egipskiej śpiewaczki, patronki herbaciarni. Ze starego magnetofonu szpulowego płynie odurzająca muzyka. Pieśni są jak miękka, pierzasta kołdra. Można się nimi otulić, zawinąć się w dźwięk, odpocząć od bagdadzkiego pośpiechu. W tej herbaciarni umarł czas, nie istnieją zegarki, nie ma tego, co zewnętrzne, doraźne. Jej rzeczywistością jest czysta metafizyka i głos wielkiej artystki.

Lubię tu przychodzić, choć herbatę mają gorszą niż u Libańczyków w Latakii. Widuję te same twarze, już po kilku dniach mam poczucie, że wszystkich tu znam, ale też – że mnie znają, oswoili się ze mną, traktują jak swojego. Więc jestem na tyle swój, że można ze mną mówić, lecz na tyle obcy, że trzeba mi tłumaczyć. Wszystko i od początku, żebym pojął, gdzie jestem, co tu się działo jeszcze kilka miesięcy temu. Ludzie sami podchodzą do mojego stolika, siadają bez słowa, popijają herbatę, słuchają dźwięcznego głosu Umm Kulsum i naraz, bez żadnego wstępu, zaczynają opowiadać. Jak Jusuf M., przed laty aptekarz, teraz siwy, pomarszczony mężczyzna, w długiej diszdaszy, która kiedyś – to rzadkość w Iraku – musiała być niebieska.

Jusuf M.: – Na pewno widziałeś, bo cały świat oglądał telewizyjne zdjęcia Saddama płynącego przez wartki, rozlany Tygrys. Taki spektakl pokazywano nam każdego roku. Spytasz, habibi, dlaczego dyktator kazał fotografować się w takiej scenerii jak jakiś sportowiec, atleta? To proste. Chciał pokazać, że lata uciekają jak spłoszone konie, lecz starość i fizyczna ułomność nie imają się go; jest wiecznie młody, a wysiłek nie sprawia mu trudności.

 

Kiedyś oznajmił narodowi, że w irackim rządzie tylko on ma dość fizycznej mocy, by unieść ciężar władzy i odpowiedzialności. Ale przecież samemu rządzić się nie da, nawet największy tyran i autokrata musi mieć pomocników i namiestników, wykonawców i podwykonawców, nadzorców i pilnowaczy. Oglądaliśmy go wtedy, jak jedzie na białym koniu, a za nim, spoceni i ciężko dyszący, truchtają ministrowie i generałowie, sekretarze i pałacowi urzędnicy: z rozkazu i pod czujnym okiem przywódcy poprawiają sprawność i kondycję.

Wspomnij, przyjacielu, zdjęcia Saddama strzelającego z karabinu nad głowami maszerujących tłumów. Tak nie fotografował się nawet Ceauşescu. I znów spytasz dlaczego. Ano dlatego, że wszyscy musieliśmy wiedzieć i widzieć, że prezydent jest wojownikiem i obrońcą, dzielnym rycerzem i wielkim dowódcą.

A pamiętasz może fotografie z irańskiego frontu? Żołnierze całują Saddama w rękę, bo jest dla nich jak ojciec. Albo prezydent, zwrócony w stronę Mekki, bije niskie pokłony, bo jest najgorliwszym muzułmaninem. Albo gniewna twarz prezydenta, lecz oczy zamglone od łez, bo musiał wydać srogi, a jednocześnie sprawiedliwy wyrok; nie uwierzysz, ale on naprawdę płakał, gdy skazywał na śmierć swoich partyjnych towarzyszy, a potem oglądał ich egzekucję. Włączyłeś radio lub telewizor, a spiker wychwalał Saddama: Prezydenta, Naczelnego Wodza, Bohatera spod Al-Kadisijji, Pierwszego Rycerza Arabskiego Narodu, Spadkobiercę Proroka Mahometa.

Mieliśmy, by tak rzec, stosowny wizerunek Saddama na każdą okazję: Saddama rozmodlonego i świeckiego, srogiego i dobrotliwego, opiekuńczego i bohaterskiego, czujnego i niezłomnego, w mundurze, w garniturze, w irackiej diszdaszy, w kapeluszu, w karakułowej czapie, w wojskowym berecie lub w beduińskiej kufiji, z pistoletem, z szablą, z Koranem w dłoni. Nie muszę ci wyjaśniać, habibi, że każdy z tych obrazów był reżyserowanym kłamstwem.

Dlatego największe wrażenie na Jusufie M. zrobiło kilkanaście sekund wywiadu, który z Saddamem przeprowadził dziennikarz jakiejś zachodniej telewizji. Jusuf usłyszał rozmowę dzięki antenie satelitarnej; za jej używanie groziła kara kilku miesięcy więzienia, jako że – tak powiadano w irackiej telewizji – zagraniczne stacje demoralizują i zmiękczają morale narodu.

Wywiad przeprowadzono dwadzieścia lat temu, lecz Jusuf widział go stosunkowo niedawno. Dyktator jest w zielonym mundurze, gładko uczesany, z równo przyciętymi wąsami, twarz jeszcze młoda, choć już lekko nalana i opuchnięta; za kilkanaście lat w irackich mediach nie będzie wolno pokazywać jego podwójnego podbródka. Saddam mówi: „Opozycja w naszym kraju nie ma charakteru lokalnego, lecz międzynarodowy”, a ma na myśli krnąbrne, szyickie południe, ferment w medresach i w meczetach, jaki nastał po irańskiej rewolucji. Dziennikarz pyta: „Czy to tłumaczy stosowanie tortur i egzekucji?”. Saddam odpowiada: „Tak”. Ma smutne oczy, z wysiłkiem pociera nos i czoło. Wygląda jak człowiek, któremu jest bardzo przykro. Lecz przecież nic nie może na to poradzić – tortury są potrzebne.

Jusuf M: – I powiem ci, habibi, że nie zdziwiła mnie odpowiedź dyktatora, jego otwartość, szczerość, choć wiedziałem, że jest człowiekiem kłamliwym. „Torturujecie?”, dziennikarz bardziej stwierdził, niż zapytał. „Torturujemy”, odrzekł Saddam. Gdyby był ulicznikiem, dodałby pewnie: zyg, zyg, i co mi zrobicie?

Miał rację. Bo jak na jego słowa zareagował cywilizowany świat? Świat milczał, ale ta cisza była bardzo wymowna, znaczyła bowiem: a torturujcie sobie, torturujcie, jeśli akurat to lubicie i macie z tego pożytek. Świat przełknął wyznanie Saddama gładko, bezboleśnie, cichutko, bez oficjalnych protestów. Ci wszyscy wasi prezydenci i premierzy, ministrowie i ambasadorzy, demokratycznie wybrani posłowie i senatorowie, postacie ważne i wpływowe, zachowali się tak, jakby ludzie, których torturowano w Iraku, nie czuli bólu, nie cierpieli, słowem: jakby nie działo się nic szczególnego, godnego interwencji, interpelacji, najmniejszego choćby zapytania. Tortury – milczał świat – to w końcu wasza wewnętrzna sprawa. Róbcie, co chcecie, tylko załatwcie tych szalonych ajatollahów z Iranu; wojna z Chomeinim akurat była tuż-tuż.

Latif Jahja był sobowtórem Udaja Husajna, pierworodnego syna dyktatora. Przez wiele miesięcy uczył się chodzić, siadać, palić cygara, pić whisky, śmiać się, złościć, smucić, przemawiać, krzyczeć jak syn tyrana; dentyści z jakiegoś zaprzyjaźnionego słowiańskiego kraju (może z Polski?) zmienili mu nawet zgryz, by mógł tak samo seplenić. Latif, tak jak Udaj, przebierał się kilka razy dziennie, tak samo pił na umór, rozbijał się po bagdadzkich klubach.

Jahja nie chciał być sobowtórem. Złamano go więzieniem i szykanami. A kiedy już się zgodził, w ramach szkolenia pokazano mu kilkadziesiąt filmów, jakich nie wyświetlano w irackiej telewizji. Filmy miały sprawić, by Latif służył reżimowi najlepiej, jak to możliwe (w podobny sposób – tyle że zamiast filmów zastosowano live show – zmuszono fizyka, doktora Dżafara, do prowadzenia irackiego programu atomowego. Dżafar patrzył na ludzi zamęczonych na śmierć torturami ze świadomością, że jeśli zgodzi się zbudować bombę atomową, następny torturowany zachowa życie. Uległ po kilku dniach). Sobowtórowi Udaja pokazano trzydzieści pięć takich filmów.

„Film numer 4: Goły mężczyzna stoi w rozkroku nad ciemnozieloną butelką od wina z podłużną szyjką. Ręce ma związane. Zmuszają go, żeby usiadł na butelce. Szyjka zagłębia się w jego odbycie. Mężczyzna krzyczy, błaga o litość, ale kaci śmieją się szyderczo i drwią: nie podoba ci się?

Film numer 9: Żelazko. Metalowy rożen jest rozgrzewany do czerwoności i przyciskany do rąk, nóg i pleców więźnia. Zupełnie jak przy znakowaniu bydła.

Film numer 10: Przewiercanie dłoni i stóp wiertarką elektryczną.

Film numer 21: Więzień stoi przy ścianie. Głowę ma zakleszczoną między drewnianymi klockami przymocowanymi do ściany. Uszy ma przybite do klocków. Kiedy nie ma siły stać i przewraca się, obrywa sobie uszy.

Film numer 27: Do celi więźnia wpuszczane są psy bojowe”.

I tak dalej.

Inaczej torturowano szyitów (opalanie wąsów, bród, rzęs), inaczej pyskaczy i malkontentów bluźniących przeciwko reżimowi (łamano im szczęki i rozrywano usta). Były specjalne sposoby na kobiety (podczas menstruacji wieszano je za nogi na cały czas trwania miesiączki). Były na dzieci (zamykano je nagie w pomieszczeniu, do którego wstawiano ule). Rodzaje tortur opisano w policyjnych skryptach, a dla lepszego instruktażu utrwalono na taśmach wideo. Powstał swoisty dział wiedzy – jak skutecznie torturować. O torturach wiedział cały Irak.

„To nie był pokaz czy przywidzenie – wspominał Latif Jahja wyświetlane mu filmy. – Ci ludzie faktycznie umierali, a kamera wszystko śledziła”2.

Jusuf M: – Wiedziałem o torturach, nie znałem może szczegółów, ale wiedziałem. Wiedziałem, na przykład, bo wszyscy wiedzieli, że za handel walutą obcinano ręce; jeśli handlarz był wystarczająco majętny, mógł opłacić anestezjologa. Opowiadano mi, że rodziny skazanych na rozstrzelanie często musiały same płacić za kule. Spotkałem ludzi, którzy byli torturowani, zwykłych, szarych ludzi, przeciętnych bagdadczyków, których władza karała w sposób nieludzki dla samej przyjemności karania.

W krajach szczęśliwszych niż nasz męczarniami wydobywano zeznania, że gdzieś, po coś, z jakiegoś powodu zawiązał się jakiś spisek, podziemna konspiracja, sprzysiężenie. Tortury były po to, żeby się czegoś dowiedzieć, żeby pytania: co planujesz? co knujesz? jaki jest twój cel? – nie zawisły w próżni. W irackich więzieniach nie stawiano nawet takich pytań, bo u nas spisków i konspiracji było jak na lekarstwo. Irakijczyków nie torturowano po to, by zdobyć informacje o działalności antypaństwowej, gdyż tu nikt zdrowy na umyśle nie prowadził takiej działalności.

Ale jechałeś ulicą Karrada i niebacznie, przypadkiem wyprzedziłeś konwój samochodów wiozących Saddama, a to samo w sobie było obrazą jego majestatu. Rozwiązał ci się but, gdy szedłeś chodnikiem w pobliżu pałacu prezydenckiego, więc stanąłeś, by go zawiązać, czyli popełniłeś przestępstwo, bo zatrzymałeś się w niedozwolonym miejscu. Twoja żona spodobała się Udajowi, lecz ty nie chciałeś się zgodzić, by spędziła z nim noc, ubliżyłeś więc członkowi rodziny prezydenckiej. Zadałeś niewinne pytanie, ale uznano, że twoja ciekawość ma drugie dno albo że pytanie było pokrętną aluzją. Za wszystkie te przewinienia czekały tortury.

Zapewne wyda ci się, habibi, że w moim kraju tortury nie służyły niczemu racjonalnemu. Nieprawda. W Iraku tortury pełniły funkcje edukacyjną i wychowawczą. Świadomość istnienia tortur miała oduczyć nas niepotrzebnych zachowań i zbyt swobodnych myśli. Wszyscy musieliśmy wyobrażać sobie, że gdzieś w piwnicy pobliskiej komendy policji, w pokojach dzielnicowej komórki partii Baas, w podziemiach szpitala stoją wielkie akumulatory, a oprawcy tylko czekają, by przypiąć kable do twojej skóry i puścić prąd. Stale myśleliśmy o beczkach z kwasem, którym można ochlapać ci twarz, albo o kadziach wrzącego oleju, gdzie zanurzą ci ręce. O klatkach z wygłodniałymi psami, o kolekcjach pałek i kabli do bicia, o igłach do wbijania pod paznokcie, o gwoździach do dziurawienia języków, o młotach do łamania nosów, o imadłach do zgniatania palców.

Lecz głośne i, nie daj Boże, publiczne wspominanie o torturach byłoby działalnością antypaństwową. Mieliśmy pamiętać, ale nie mówić. Jeśli zapominałeś o torturach, niechybnie kończyłeś na torturach. Jeśli mówiłeś o torturach, również czekały cię tortury. Przyznasz, przyjacielu, że nasz system wychowawczy był prosty, lecz genialny.

Tak, habibi, zostaliśmy wychowani do samotnego przeżywania strachu. Ale wytłumacz mi, proszę, w jaki sposób udało się Saddamowi tak samo wychować resztę świata? Przecież wy również wiedzieliście o torturach i milczeliście tak samo jak my. Mieliście świadomość, że gdy wasi politycy i biznesmeni układali się z Saddamem, dobijali targu, podpisywali kontrakty, w tej samej chwili w irackich więzieniach działy się rzeczy gorsze od mąk piekielnych. Jak to się stało, że miarka przebrała się dopiero wtedy, gdy Saddam napadł na Kuwejt, a nie wtedy, gdy gazami wytruł kurdyjską Halabdżę? Ale nawet po Kuwejcie miarka przebrała się tylko trochę. Czy myślisz, habibi, że szyickich powstańców z bagien Międzyrzecza, którzy podnieśli rękę na Saddama po pierwszej wojnie w Zatoce, albo buntowników z Kurdystanu i z Basry potraktowano inaczej niż prądem, kwasem i wrzącym olejem?

Kończy się pierwsza wojna w Zatoce – Matka Wszystkich Bitew. Saddam sromotnie przegrał z koalicją międzynarodową, ale spokojnie, pewny swojej bezkarności, dorzyna kurdyjskich peszmergów na północy i szyickich powstańców na południu Iraku. Latif Jahja jest w ruinach bagdadzkiego pałacu dyktatora. Wkrótce zanotuje, co widział: „W więzieniach na terenie pałacu trzymano ponad pięć tysięcy ludzi. Stanowili oni rodzaj tarczy ochronnej w starciu z powstańcami. Nie mija więc wiele czasu, gdy Rukn wraca z trzydziestką więźniów. To Kurdowie. Saddam rozstrzeliwuje jednego po drugim, stojąc tuż obok nich. Udaj, Kusaj, Arszad al-Jasin, Abd al-Hamid, Habib, Saddam Kamil i Rukn (synowie, przyjaciele i najbliżsi współpracownicy dyktatora) depczą po zwłokach. Brodzą we krwi. Wszystko jest czerwone. Ci, którzy nie zginęli od razu, są dobijani przez oficerów bezpieczeństwa strzałem z pistoletu w tył głowy.

Ale ta masakra nie wystarcza Saddamowi. Rozkazuje przyprowadzić kolejną trzydziestkę, morduje i tych. Za każdym razem, gdy opróżnia magazynek, każe Ruknowi podawać sobie nowy pistolet. Ten krwawy szał najwyraźniej go zadowala. Śmieje się donośnie, jak szaleniec. Teraz mi lepiej – krzyczy”3.

Jusuf M.: – Tak, habibi, to była straszna świadomość, przygniatająca, ciężka do uniesienia, trudno żyć z wiedzą o tym, jak wygląda piekło. Ale cóż mogłem z nią zrobić? Nic.

Choć nigdy nie byłem, dzięki ci Boże, w saddamowskim więzieniu, mam poczucie jakiegoś strasznego okaleczenia. Siedzę godzinami w tej herbaciarni, czasem przychodzą tu cudzoziemcy jak ty, a wtedy opowiadam, wracam pamięcią do czasów, które skończyły się ledwie kilka miesięcy temu.

Pytasz, czy rozmawiam o tym z moimi rodakami. Próbowałem, lecz słyszałem w odpowiedzi: „Zwariujesz od tych myśli, Jusufie. Zobacz lepiej, po ile jest dzisiaj gaz, jak wszyscy kradną, jak traktują nas Amerykanie”.

Pytasz, czy chcemy zapomnieć. Dobre pytanie, nie mam na nie odpowiedzi. Gdyż z jednej strony doskonale pamiętamy; dawni oprawcy pochowali się w mysich norach, przestraszeni, że dopadnie ich sprawiedliwość, słuszna zemsta niesłusznie pokrzywdzonych. A z drugiej – mamy dość takiej pamięci.

 

Jesteśmy jak człowiek nieświadom choroby, zjadany przez tajemnicze zarazki, podstępne mikroby. Nie lubimy siebie i dlatego marzymy o amnezji, bo wtedy będziemy mogli sobie powiedzieć: jesteśmy niewinni. To nie my wiwatowaliśmy na cześć Saddama, nie my biliśmy brawa na publicznych egzekucjach, nie my byliśmy szpiclami, nadzorcami, donosicielami. Godziliśmy się na zło, nazywając je spokojem i porządkiem. Gdyby, habibi, w tamtych czasach ktoś ważny przyszedł do mnie i powiedział: „Nie będziesz, Jusufie, sprzedawał lekarstw, od dziś zajmiesz się odmierzaniem trucizny dla więźniów”, zgodziłbym się bez szemrania. Nie jestem winien, nic nikomu nie zrobiłem. Ale byłem gotowy na czynienie zła, wewnętrznie pogodzony ze złem, jakoś z nim zbratany, stałem się, niech mi Bóg wybaczy, znakomitym materiałem na złoczyńcę. Byłem milczącym wspólnikiem i źle mi z tym, bo bardzo chciałbym być kimś innym.

4

Szkoła stoi tuż nad rzeką, oddzielona szeroką wstążką ulicy od bujnych krzaków i wydeptanych, zachwaszczonych nadbrzeżnych łąk. Gdy pada, łąki zamieniają się w błotne sadzawki. Gdy jest sucho – straszą tonami śmieci. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu właśnie tu, w cieniu wysokich palm, po równych chodnikach wyłożonych betonowymi płytami, tłumnie spacerowali bagdadczycy. Nad rzeką stały ławki i ławeczki, można było przysiąść w ogródkach niezliczonych rybnych restauracji.

Ten kawałek nadbrzeża Tygrysu był wizytówką stolicy Iraku. Tu stawiano najelegantsze hotele, tu otwierano galerie, sklepy z antykami i pysznymi dywanami, przywożonymi nawet z dalekiego Afganistanu. Los zdarzył, że w czasie wojny iracko-irańskiej, tak samo jak podczas pierwszej wojny w Zatoce, nie spadła tu ani jedna bomba. Lecz nikt nie pielęgnował trawników, nikogo nie obchodziło, że alejki zarastają zielskiem, a chodniki kruszeją. Restauracje zaczęły znikać jedna po drugiej. Prawie nikogo nie było już stać na dorodnego karpia, pieczonego w glinianym piecu, podwędzanego dymem z tlących się szczap egzotycznego drewna. Z roku na rok miasto biedniało i coraz bardziej odwracało się od rzeki. Pięknie i dostojnie miało być tylko wokół pałaców prezydenckich.

Ale budynek szkoły nad rzeką trzymał się na przekór okolicznościom, marniał wolniej niż reszta Bagdadu. Nawet dziś, po trzech wojnach i po latach międzynarodowych sankcji, to jedyny gmach w okolicy, gdzie w oknach są wszystkie szyby, a na ścianach nie widać śladów pożarów. Zbudowany dziesiątki lat temu za chrześcijańskie datki: dwa trzypiętrowe skrzydła z żółtej, solidnej, wypalanej cegły, otoczone wysokim murem. Gdyby nie palmy, budynek wyglądałby jak renomowana szkoła z wiekowymi tradycjami, rzucona gdzieś na sielską prowincję Anglii albo Irlandii. Zresztą przez lata zarządzały nim irlandzkie zakonnice.

W 1972 roku szkołę upaństwowiono. Tak zdecydowały władze i nikt się nie sprzeciwiał. Zlikwidowano lekcje religii, zakonnice przestały uczyć. Nie było w tym żadnego podstępu; coraz więcej uczniów pochodziło z muzułmańskich rodzin. Lecz jeszcze dziś w gabinecie zastępczyni dyrektora Chalidy M. wiszą na ścianach zdjęcia dawnych administratorek i nauczycielek. Wieloletnia, szczytna historia sprawia, że szkoła cały czas jest uznawana za jedną z najlepszych w Bagdadzie.

Za rok, może za dwa Chalida pójdzie na emeryturę. Choć może byłoby lepiej, gdyby wysłano ją na emeryturę już teraz. Chalida czuje się tak, jakby ktoś poplątał i zamieszał wszelkie reguły, które porządkowały dwadzieścia dziewięć lat jej nauczycielskiej pracy. To paskudne uczucie kończyć zawodowe życie w bolesnej świadomości, że w zasadzie wszystkie dotychczasowe doświadczenia, lata praktyki i szkoleń, państwowe nagrody i wymarzony, choć niespodziewany i najpewniej niezawdzięczany układom awans na wicedyrektora renomowanej szkoły, nagle, z dnia na dzień, zamieniły się w niepotrzebny balast.

Pozornie wydaje się, że w irackim szkolnictwie nic się nie zmieniło. Obowiązuje mniej więcej ten sam program. Dzieci i młodzież poznają w zasadzie te same przedmioty, mają tyle samo godzin lekcyjnych. Nauczyciele stosują tę samą metodykę, stawiają takie same stopnie i prowadzą takie same dzienniki. Nawet pracodawca jest ten sam – Ministerstwo Edukacji – ale pieniądze znacznie większe; pracownicy zatrudniani przez państwo od kilku miesięcy zarabiają nawet piętnaście razy więcej niż za Saddama.

A mimo to Chalida czuje, że to nie jest ta sama szkoła co kiedyś. Krótko mówiąc – że zmieniło się wszystko.

– Rozumiem, że skoro mamy inną władzę, musiał się zmienić sposób kształcenia młodzieży. Nie należę do grona malkontentów, dlatego wierzę, że już niebawem dostaniemy nowe książki do historii i do geografii, że rząd przeprowadzi reformę oświaty sprawnie i z pożytkiem dla narodu. Ale nie rozumiem, dlaczego zlikwidowano naukę patriotyzmu, dlaczego nikt nie zapytał nas, nauczycieli, co o tym myślimy. Co złego jest w wyjaśnianiu dzieciom, że ich najświętszym obowiązkiem jest miłość i poświęcenie dla ojczyzny?

Uczę matematyki. Matematyka nie poddaje się politycznym regułom. Dwa plus dwa to cztery. Tak było też za Saddama. Upadek dyktatora nie odmienił praw fizyki i chemii. Zasady rządzące gramatyką również są takie, jak były.

Ale jestem również wicedyrektorem renomowanej szkoły, odpowiadam za całość nauczania. Ministerstwo poleciło mi, tak samo jak innym dyrektorom, zmienić treść niektórych przedmiotów.

Chalida M. nie pamięta zbyt dokładnie, co – zgodnie z instrukcjami z góry – mówiła na zebraniach, gdy Amerykanie zezwolili na otwarcie szkół. Saddam – wyjaśniała nauczycielom – nie był drugim Hammurabim, Lwem Babilonu, Wielkim Saladynem, który zwróci Jerozolimę Arabom. Nie będziemy już uczyć, że wojna z Iranem była wielkim irackim triumfem, podobnie jak pierwsza wojna w Zatoce, Matka Wszystkich Bitew. Ani że Kuwejt to nasza utracona, zbuntowana prowincja, a nie zagranica. Przecież, na zdrowy rozum, takie rzeczy wiedzieli wszyscy, nawet fanatycy.

Zmiana władzy oznacza zmianę programu nauczania; Chalida rozumie tę prawidłowość. Ale ciągle ma przed oczami, jak nauczyciele pracowicie wyrywają niektóre kartki z podręczników do historii i do geografii, zwłaszcza te z fragmentami przemówień Saddama lub ze zdjęciami byłego dyktatora: Saddam na froncie, Saddam z dziećmi, Saddam na trybunie.

Chalida opowiada o wielkim wyrywaniu, o tym, jak w jej szkole (i w innych irackich szkołach) słychać było szelest otwieranych książek i dźwięk dartego papieru. Wszystkie książki muszą być oczyszczone, przepatrzone. Jest w tym jakieś barbarzyństwo, choć Chalida wie, że wyrywanie stron z podręczników przywraca irackiej historii sens i właściwą miarę. A może jednak nie, może to nowy rozdział półprawd, zakłamania, ukrywania, nowa, demokratyczna cenzura. Przecież jeszcze niedawno Saddam był wszechobecny. Pozbyć się Saddama to zapomnieć o sobie.

Chalida M.: – W mojej szkole nikt nie narzekał, gdy z podręczników do geografii i historii wydzieraliśmy, na polecenie Ministerstwa Edukacji, przemówienia i zdjęcia Pana Prezyden… Saddama, a także zbyt propagandowe rozdziały. Jesteśmy przyzwyczajeni, by respektować odgórne polecenia. Kłopot polega jednak na tym, że nikt nie zastanowił się, że jeśli z podręcznika, dajmy na to, historii wyrwie się kartkę, na której z jednej strony wydrukowano prezydenckie przemówienie, to w książce zabraknie tej drugiej strony. Niech pan sobie wyobrazi, że jakieś dziecko choruje, opuszcza zajęcia, a potem chce nadrobić zaległości z dziejów Niniwy lub z historii kalifatu bagdadzkiego. Zagląda do książki, a tam luka, brak rozdziału o Niniwie. Albo tekst zaczyna się w połowie akapitu, zupełnie bez sensu, jest dalszym ciągiem czegoś, ale czego – nie pojmie ani dziecko, ani rodzice. Jak uczyć się z takiej książki? Obawiam się, że być może przy wyrywaniu stron z podręczników przesadzono z gorliwością.