Indie. Podróże egzotyczne dla kobiet (i mężczyzn)Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

Copyright © 2020 Paweł Skiba

Zdjęcia: Paweł Skiba; Karolina Pisula str. 6-7, 8, 34-35, 68, 107 dół, 119 góra, 158, 170, 193, 264, 282, 286, 287; Sulekha Dey 280-281; Adobe Stock 262, 263

Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2020 opracowanie plastyczne W. Cejrowski Sp. z o.o.

Copyright © 2003 plastyczny kształt serii „Biblioteka Poznaj Świat”

W. Cejrowski Sp. z o.o.

Copyright © 2020 wydanie polskie

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

All rights reserved.

Projekt okładki i elementów graficznych: Łukasz Ciepłowski

Redakcja: Edyta Urbanowicz

Korekta: Edyta Urbanowicz, Irena Gwiazda, Piotr Koperski

Mapy: Agnieszka Rajczak-Kucińska

Skład, dobór i opracowanie zdjęć: Łukasz Ciepłowski

Kierownictwo artystyczne i merytoryczne: Wojciech Cejrowski

Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnictwa „Bernardinum” Sp. z o.o.

tel. 58 536 43 75, e-mail: drukarnia@bernardinum.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-8127-536-1

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Mojej żonie, za umiejętność

postrzegania świata sercem,

a nie oczami.


Spis treści

NIEPOKÓJ

ŻYCIE POMIĘDZY PODRÓŻAMI

ATMOSFERA SIĘ ZAGĘSZCZA

PRZERWA NA HERBATKĘ

W ŚWIĄTYNI MIŁOŚCI

STOLICA – DRUGIE PODEJŚCIE

MIASTO MOTYLI

450 TON BUDDY I HAN SOLO

LECIWY MNICH I SŁONIOWE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

HINDUIZM

W INFORMATYCZNYM ZAGŁĘBIU

TAM, GDZIE PIEPRZ ROŚNIE, A SŁONIE WARCZĄ

ŻYCIE NA WODZIE

RYBA, CZYLI KURCZAK PO BENGALSKU

SPACER PO INNEJ PLANECIE

KAMASUTRA I MASAŻ PĘPKA

RÓŻOWA REWOLUCJA

FORT, ŻE HO, HO!

RÓŻOWE MIASTO I MAŁPA NA GŁOWIE

SIKHIZM

JOGA, ŚWIĘTY CZŁOWIEK I ZIEMNIAKI

OSTATNIE PÓŁ DNIA

PODZIĘKOWANIA




NIEPOKÓJ


Niepokój to pierwsze uczucie, jakie pamiętam, gdy wspominam podróż do Indii. Niepokój związany z tłumem Hindusów szukających czegoś w środku nocy na lotnisku w Nowym Delhi. Niepokój towarzyszący nam podczas przejazdu z lotniska do coraz ciemniejszych i coraz węższych ulic, na których nigdy z własnej woli nie postawiłbym stopy. Niepokój związany z samym wejściem do obskurnego hotelu i jeszcze większy, gdy następnego dnia nadszedł czas, by z niego wyjść. Niepokój narastał, gdy zorientowałem się, że na ulicach prawie nie ma kobiet, a mężczyźni bez najmniejszego skrępowania świdrują wzrokiem dwie białe dziewczyny, które miałem za towarzyszki. Na to wszystko nakładał się również depresyjny brak słońca, którego promienie przez okrutnie gęsty smog nie były w stanie dotrzeć do Ziemi.

Potrzeba czasu, by niepokój zmienić w czujność, wyzbyć się strachu i zacząć odczuwać radość z pobytu w Indiach. Zanim tam przylecieliśmy, byłem przekonany, że już wiele widziałem, a trzy miesiące spędzone w Tajlandii, Laosie, Wietnamie i Kambodży wystarczyły, żeby oswoić się z azjatycką rzeczywistością i czuć w Indiach spokój. Nic bardziej mylnego. Indie to zupełnie inny poziom azjatyckości. Miejsce, w którym brud miesza się z elegancją, bieda z bogactwem, piękno z kiczem, smród zgnilizny z zapachem kadzideł, a higiena z… nie, higieny po prostu nie ma.

Radość? Do niej trzeba dorosnąć. Kiedy już minie trochę czasu, a organizm przyzwyczai się do nowych bodźców i gdy nieodzowny zapach ekskrementów przestanie nam przeszkadzać, zaczniemy dostrzegać to, co w pierwszej chwili jest niezauważalne. Pod tą twardą, praktycznie nieprzepuszczalną pokrywą znajduje się, czekający na odkrycie, piękny kraj i piękni ludzie.

Kiedyś pewna mądra osoba powiedziała mi, że każdy, kto był w Indiach, patrzył na to samo, lecz widział coś zupełnie innego. Właśnie dlatego oddaję w ręce Czytelnika tę książkę, przedstawiającą moje własne, zupełnie inne spojrzenie na Indie.




ŻYCIE POMIĘDZY PODRÓŻAMI


W książce pt. „Tajlandia. Dwa spełnione marzenia” wspominałem o tym, jak wyglądało życie przed pierwszą poważną wyprawą do Azji. Wiele osób później pytało, jak to możliwe, żeby po tak długim czasie wrócić do „normalnego” życia. W związku z tym myślę, że warto, abym odpowiedział na to pytanie i w kilku zdaniach opisał to, co wydarzyło się pomiędzy kwietniem 2014, gdy wraz z Anną wróciliśmy z Tajlandii, a styczniem 2016, gdy w końcu udało nam się wyruszyć w kolejną podróż. Otóż powrót do Polski nie był aż tak trudny. Korzystając z życzliwości naszych znajomych, wprowadziliśmy się do ich przytulnego domu w Gowarzewie pod Poznaniem. Następnie wróciliśmy do pracy w tych samych firmach, w których pracowaliśmy wcześniej. Byliśmy pełni energii, odwiedzaliśmy rodzinę i przyjaciół, pokazując im film z naszych podwodnych zaręczyn oraz zakupiony w zatoce Ha Long pierścionek z czarną perłą. Z czasem znaleźliśmy własne mieszkanie, a następnie skupiliśmy się na przeprowadzce i remoncie. Innymi słowy, jakby nigdy nic, podążaliśmy klasyczną drogą, którą powinien przejść młody człowiek w naszym kraju. Dostałem się na projekt w Hamburgu i po raz kolejny rozpocząłem etap samotnych wyjazdów służbowych. Ani Anna, ani ja nie byliśmy zadowoleni z powrotu za biurko, więc w naszych niespokojnych głowach zaczęły rodzić się różne myśli, prowadzące w kierunku zmiany. Zmiana, jaką zdecydowaliśmy się zrealizować, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się tak absurdalna, że sam się zastanawiam, jak mogło do niej w ogóle dojść. To jednak wydarzyło się naprawdę: Anna zrezygnowała z pracy na etacie, kupiliśmy przez Internet wózek gastronomiczny, zrobiony wiele lat wcześniej w Chinach,

a następnie namówiliśmy mojego brata, żeby pomógł nam przerobić go na wyglądający iście azjatycko pojazd, służący do mobilnej sprzedaży wietnamskiej kawy. Przygotowanie wózka, zdobycie wszystkich wymaganych pozwoleń od różnego rodzaju urzędów i sanepidów, zakup kasy fiskalnej i co najważniejsze: uzyskanie aprobaty od plastyka miejskiego, trwało prawie pół roku. Ostatecznie, gdy już traciliśmy wszelką nadzieję na powodzenie naszej akcji, późną wiosną Anna zaczęła parzyć wietnamską kawę na ulicach Poznania. Mieliśmy swój własny kawałek Azji w Polsce. Gdy kończyłem pracę, wsiadałem na rower lub motocykl i jechałem do Anny. A jeśli nie jechałem, to widzieliśmy się najwcześniej o dwudziestej drugiej, gdy wracała do domu, podliczała straty, przygotowywała zestaw produktów na kolejny dzień pracy i kładła się spać, półprzytomna, około północy. W weekendy jeździliśmy razem na targi śniadaniowe. Szybko zyskaliśmy klientów, którzy odważyli się spróbować naszej kawy i od tamtej pory nie chcieli już pić żadnej innej. Powracający klienci sprawiali nam naprawdę dużą radość i mimo że w ostatecznym rozrachunku nasza mała działalność nie przyniosła ani złotówki zysku, dążyliśmy do celu i zrealizowaliśmy nasze marzenie. Wspominamy je dziś jako fantastyczną przygodę, która niestety miała nieciekawe zakończenie i wcale nie mam tu na myśli kwestii finansowych. Otóż jesienią skończyła się ładna pogoda, zaczął padać deszcz, a co za tym idzie, skończyli się również klienci. Przez Internet znaleźliśmy firmę budowlaną, która za opłatą chętnie przyjęła wózek na przechowanie przez okres zimowy. Gdy chcieliśmy go odzyskać na wiosnę, właściciel firmy unikał spotkań, nie przyjeżdżał w umówione miejsce, aż w końcu przestał odbierać nasze telefony. Legalnie zarejestrowana firma, która do dziś nie została zamknięta, a właściciela nie spotkały żadne konsekwencje. Sprawę zgłosiłem na policję, a ta nie zrobiła w tej kwestii nic aż do jesieni (czyli idealnie do zakończenia sezonu), ponieważ… sprawcy nie dało się zlokalizować. Po miesiącach mojego nękania pani prowadząca sprawę postanowiła w końcu odwiedzić sprawcę osobiście. Tydzień później wózek, pozbawiony ręcznie robionego zadaszenia, powgniatany i odrapany z farby, trafił na policję. Nie pozostało nam nic innego jak sprzedać go za bezcen. Co działo się z wózkiem przez cały ten czas, tego nie wie nikt. A co dzieje się teraz z człowiekiem, który go sobie przywłaszczył? Pewnie szuka kolejnych zleceń w Internecie…

 

Tak skończyła się nasza polsko-wietnamska przygoda. Anna znalazła nową pracę za biurkiem, a ja pozostałem przy swoich dotychczasowych zajęciach. Minął kolejny miesiąc, może dwa i… kupiliśmy bilety do Indii. Tym, co będzie później, postanowiliśmy martwić się… później.



ATMOSFERA SIĘ ZAGĘSZCZA


Jak mawiają ludzie mądrzy i doświadczeni: przed wyjazdem do odległego kraju należy się odpowiednio przygotować. My ograniczyliśmy się do spakowania podręcznych plecaków i wykupienia ubezpieczenia na czas podróży. Bilety do Indii kupiła również Kasia, koleżanka Anny z lat szkolnych. Nie odzywały się do siebie latami, a nagle zdzwoniły się i dogadały w sprawie miesięcznej podróży na drugi koniec świata. Ludzie odświeżają kontakty w różnych dziwnych sytuacjach, to dlaczego akurat nie w Indiach? Kasia jest całkiem zabawną osobą, więc nie miałem nic przeciwko jej towarzystwu, tym bardziej że w kupie zawsze raźniej. Przed wyjazdem zarezerwowała pierwszy hotel w Nowym Delhi, o czym my w ogóle nie pomyśleliśmy. Nie przyszło nam do głowy, że skoro wylądujemy tam o pierwszej nad ranem, to może pojawić się problem z transportem do centrum, ani to, że w nocy dla własnego bezpieczeństwa nie powinno się chodzić ulicami tego miasta. W szczególności gdy jest się przybyszem z Zachodu. Ponadto przez tę nazbyt długą przerwę w podróżowaniu zdążyłem pogrążyć się w pracy na tyle, że jeszcze w dniu wylotu dopinałem służbowe sprawy. Tym samym nie byłem ani trochę przygotowany do tego wyjazdu i nie wiedziałem w zasadzie nic na temat Indii.

Wylecieliśmy z Berlina w niedzielę trzeciego stycznia dwa tysiące szesnastego roku. Dzień później dotarliśmy do stolicy Indii, Nowego Delhi, o pierwszej w nocy czasu lokalnego. Lotnisko było ogromne, ale nie to przyciągało najbardziej naszą uwagę. Powietrze w budynku było silnie zamglone. Tak jakby ktoś rozpalił tam bezzapachowe kadzidło. Nikt inny się tym nie przejmował, więc najwyraźniej tak miało być. Szliśmy za tłumem. Przed opuszczeniem

terminalu wymieniliśmy trochę pieniędzy na lokalną walutę, czyli indyjskie rupie (INR1). Przy wyjściu miał na nas czekać kierowca z hotelu i jeśli wydawało nam się, że w środku nocy znajdziemy go bez problemu, to byliśmy w ogromnym błędzie. Stał tam cały tłum wyglądających identycznie Hindusów, a każdy trzymał w ręku kartkę z nazwiskiem lub nazwą hotelu i krzyczał coś w niezrozumiałym dla nas języku. Nie było mowy o przeczekaniu, aż większość sobie pójdzie, bo taka chwila nigdy by nie nadeszła (wspominałem już o nieodłącznym uczuciu niepokoju, prawda?). Biegaliśmy od jednego do drugiego, starając się dostrzec, co mają napisane na swoich kartkach, ale nic nie przypominało w najmniejszym stopniu żadnego z naszych nazwisk czy imion. Dopiero jakąś godzinę później znaleźliśmy naszego kierowcę. Samochód nie był w żaden sposób oznaczony, nie miał naklejki z hotelu ani choćby napisu „taxi”. Zwyczajnie wsiedliśmy do prywatnego auta z obcym człowiekiem w nieznanym miejscu. A prawdziwa zabawa miała się dopiero zacząć.

Zza szyby samochodu spoglądaliśmy na owiane tajemniczą mgłą ulice miasta. Było chłodno, może piętnaście stopni Celsjusza. Kierowca skręcał w coraz węższe i ciemniejsze uliczki, a ja w myślach powtarzałem jak mantrę: „tylko nie tutaj, jedź dalej”, aż w końcu zatrzymał się w najbardziej zamglonym i chyba najciemniejszym miejscu, jakie tylko mógł wybrać i kazał nam wysiadać. Gdy wyciągał z bagażnika nasze plecaki, powiedział:

– Płatność.

– Płatność mieliśmy przecież uregulować w recepcji hotelu – odpowiedziałem.

– Tak, ale płatność dla mnie. Napiwek.

– Napiwek? Rozumiem… – no to zaczynamy. Wyciągnąłem z kieszeni najdrobniejszą monetę, jaką znalazłem i podałem ją kierowcy. – Proszę.

– Pięć rupii? Żartujesz sobie? Daj mi jeden euro albo jednego dolara. Waszą walutę!

– Nie mam naszej waluty. Tyle mogę ci dziś zaoferować.

– Pięć rupii… Ech, zatrzymaj je sobie. – Pokiwał głową z politowaniem i zaprowadził nas do hotelu.

W hotelu The Spot czekało dwóch Hindusów, którym nie patrzyło z oczu najlepiej i raczej wolałbym nie spotkać ich w żadnych innych okolicznościach. Pozory jednak myliły, ponieważ okazali się całkiem mili i przyjaźnie nastawieni, nawet do turystów, którzy obudzili ich w środku nocy. Przekazali nam klucze do pokoju i poszli dalej spać. Nasze lokum wyposażone było w trzy małe łóżka i kawałek stolika. Zabarykadowaliśmy się w nim szczelnie i od razu położyliśmy spać.

Gdy zadzwonił budzik, było już jasno, ale nikt z nas nie czuł się wyspany. Przez te kilka godzin w zasadzie nieustannie towarzyszyły nam odgłosy skuterów i ujadających psów. Ponadto dawała o sobie znać zmiana strefy czasowej. W obawie przed atakiem obcej flory bakteryjnej zęby umyliśmy, korzystając z resztki wody mineralnej, która przyleciała z nami z Europy, a następnie wyszliśmy na korytarz hotelu. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a schody prowadziły zarówno w dół, jak i w górę. Na dole byliśmy już wczoraj w nocy i chwilowo niespecjalnie mieliśmy ochotę tam wracać, więc weszliśmy na dach budynku i rozejrzeliśmy się dookoła. Gdy teraz patrzę na zdjęcia, które zrobiłem tamtego dnia, przypomina mi się pytanie jednego z moich współpracowników, które usłyszałem niedługo po powrocie do Polski: „Czy Indie nadal wyglądają tak, jakby przed chwilą skończyła się tam wojna?”. Tak, dokładnie tak wyglądają – pomyślałem.

Po horyzont ciągnęły się budynki mieszkalne. Każdy z nich był innej wysokości. W kolorystyce przeważała szarość i mimo że niektórzy mieszkańcy starali się wprowadzić trochę urozmaicenia, malując na przykład ściany na pomarańczowo, musiało to być całe wieki temu, gdyż wszystko zdążyło już wyblaknąć. Na każdy dach można było wejść z wnętrza domu lub po drewnianej, ręcznie wystruganej drabinie. Żaden budynek nie miał dachu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Były to raczej tarasy, a może nawet niedokończone piętra. Wszystkie ściany bez wyjątku zbudowano z klasycznych cegieł. Wiele domów w ogóle nie zaznało dotyku farby, za to przez lata porosło bujną warstwą pleśni. Te, które właściciele zdołali otynkować, były już zupełnie popękane i nadawały się do gruntownego remontu. Na niektórych tarasach wisiało rozwieszone pranie, a na innych stały zbiorniki z wodą, w ciągu dnia naturalnie

ogrzewane do temperatury otoczenia, a wieczorem będące źródłem ciepłej wody dla mieszkańców. Centrum Nowego Delhi wyglądało tak, jakby każde, choćby najmniejsze wolne miejsce zostało zajęte przez prywatnego właściciela, który następnie wybudował na nim własny dom, wysoki i szeroki na tyle, na ile wystarczyło mu cegieł. Urbanista w Polsce prawdopodobnie dostałby palpitacji serca na samą myśl o czymś takim. Tu jednak nikt najwyraźniej nie przejmował się problemami sercowymi architektów i po prostu robił swoje, gdy tylko nadarzyła się okazja.

Kasia zakasłała po raz pierwszy. Za chwilę po raz drugi. Mnie trochę kręciło w nosie. Czyżbyśmy mieli się pochorować już pierwszego dnia? Chwilę po tym, jak sam sobie zadałem to pytanie, mój mózg wyrwał się z objęć jet lagu i zatrybił. Przecież mgła, którą widzieliśmy w nocy, jest obecna również w dzień. Widoczność ograniczona do kilkuset metrów, może do pół kilometra… A więc otaczał nas smog! Tak gęsty, że można by go kroić nożem, od kilku godzin swobodnie osadzający się w naszych gardłach i płucach. Ale nic na to nie mogliśmy niestety poradzić.

Zeszliśmy na śniadanie. Hindus z recepcji podał nam chleb tostowy z jajkiem. Typowe i bezpieczne śniadanie dla turysty, często spotykane w Azji. Dostaliśmy również pierwszy prawdziwy chai, czyli mocną, czarną herbatę ugotowaną z mlekiem i cukrem. Lepsza wersja, wzbogacona o przyprawy, takie jak kardamon lub imbir, to tak zwany masala chai. Hindusi pijają obie odmiany mlecznych herbat każdego dnia, o każdej porze i w każdym miejscu. Te napoje parzone są przez obwoźnych sprzedawców, straganiarzy, w restauracjach, hotelach, domach i w wioskach. Wszędzie2.

Po śniadaniu zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie i wyjść na zewnątrz. Założyliśmy długie spodnie i pełne buty, ponieważ nie było aż tak ciepło, jak się pierwotnie spodziewaliśmy. Przewiesiłem przez ramię aparat oraz mały plecak, w którym była tylko mapa i zakupiona w hotelu butelka wody. Nasz hotel znajdował się przy wąskiej ulicy Chandi Wali Gali, będącej odnogą Main Bazar Road. Stanęliśmy na rogu tych dwóch ulic i już po raz drugi tego dnia zwyczajnie nas zamurowało (a jeszcze nie minęła nawet dziewiąta rano!). Zobaczyliśmy mnóstwo ludzi przemieszczających się pieszo, rykszami, skuterami i samochodami. Wszyscy jednocześnie trąbili i krzyczeli. Nawierzchnia kiedyś zapewne została wykonana z asfaltu, jednak teraz bardziej przypominała klepisko, na którym nie brakowało śmieci, a od czasu do czasu pojawiał się również krowi placek. Zapach towarzyszący temu miejscu był spójny z jego obrazem. Nie mogliśmy tylko zrozumieć, dlaczego dodatkowo tak bardzo śmierdziało ludzkim moczem. Aż gryzło w oczy! Obejrzałem się w lewo, a później w prawo i spostrzegłem dwóch mężczyzn sikających do pisuarów. Tak, na rogu wspomnianych ulic znajdował się niewielki uskok w ścianie, a w nim błyszczały dwa pisuary, zamontowane na „świeżym”

powietrzu.

Głośny klakson przerwał te refleksje. Bez namysłu skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy szybkim krokiem dalej. Podobno ktoś opublikował badania naukowe, z których wynikało, że zdecydowana większość klientów tuż po wejściu do sklepu skręca właśnie w prawo, a Main Bazar Road w Nowym Delhi to przecież jeden wielki sklep! Stragany poustawiane ciasno jeden obok drugiego, od czasu do czasu sterta śmieci i stojąca na nich krowa. Dla nikogo chyba nie jest niespodzianką, że krowa w Indiach to zwierzę wyjątkowe. Pytanie, które często słyszę, brzmi: „Czy krowy w Indiach naprawdę chodzą sobie wolno po ulicach?”. Tak, chodzą. Nawet po ulicach tak wielkiego miasta jak Nowe Delhi. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że chociaż krowa jest święta, to często nie udaje jej się uniknąć ciosu kijem, wymierzonego przez Hindusa, któremu ukradkiem podjadła trochę sałaty ze straganu. Świętość również ma swoje granice3.

Nie uszliśmy zbyt wiele, a już wzbudziliśmy zainteresowanie pierwszego uczynnego Hindusa. Podszedł do nas uśmiechnięty od ucha do ucha i nienagannym angielskim spytał:

 

– Cześć przyjaciele! Dokąd idziecie?

– Tak tylko chodzimy. Nigdzie.

– Dokądś przecież na pewno idziecie?

– Na przystanek metra, poradzimy sobie. Dzięki.

– Idziecie w złym kierunku, metro jest przecież tam! – Wskazał na mniejszą uliczkę odbijającą od Main Bazar Road. – Chodźcie, zaprowadzę was.

– Nie, dziękujemy, poradzimy sobie…

– Chodźcie, chodźcie. Jesteście tu nowi, zgubicie się i co będzie? No już, chodźcie! – I zaczął wręcz ciągnąć nas za sobą.

Chwilę później, korzystając z nieuwagi nowego przewodnika, po cichu się ulotniliśmy. Przypadkowo znaleźliśmy się na cmentarzu (tak, w samym centrum miasta, tuż obok głównego bazaru…). Odczekaliśmy kilka minut i niechętnie wróciliśmy na główną ulicę. W trakcie rozmowy z nachalnym przewodnikiem ustaliliśmy właśnie cel naszego spaceru, więc nie podejmowaliśmy już próby wymyślenia niczego ciekawszego niż metro. Zanim je znaleźliśmy, przynajmniej trzech lub czterech „pomocników” chciało nas prowadzić do swoich sklepów, straganów, ryksz czy Bóg jeden wie, dokąd jeszcze. W okolicy znajdowała się świątynia, której teren był zdecydowanie mniej zaludniony niż główna ulica. Przemknęliśmy się do środka.

– Jest źle. Tak to nawet w Wietnamie nie było. Albo już wyszliśmy z wprawy… Przecież ich nie daje się w ogóle spławić! – narzekałem, powoli tracąc cierpliwość.

– Wygląda na to, że musimy się przyzwyczaić – odpowiedziała zrezygnowana Anna.

Nasze rozważania przerwał… kolejny Hindus-pomocnik. Wyraźnie rozbawiła go nasza sytuacja. Chyba dokładnie wiedział, o co chodzi.

– Za dobrze wyglądacie – rozpoczął wesoło rozmowę. – Kupcie sobie ubrania w Indiach, pobrudźcie je trochę. Widać, że dopiero co wysiedliście z samolotu. Nie odpuszczą wam.

– To aż tak widać? – Miałem na sobie starą koszulkę z Tajlandii, ale fakt, nikt w Indiach takich nie nosił.

– Widać – zaśmiał się.

– Coś jeszcze nam podpowiesz? – Tym sprytnym zabiegiem zyskał w pełni nasze zaufanie. – Co trzeba powiedzieć albo zrobić, żeby nachalni ludzie sobie poszli?

– Jest taki zwrot: Chale jao. To znaczy „odejdź”, „zostaw mnie w spokoju”. Gdy tak powiecie, ludzie zrozumieją, że nie jesteście tu nowi i wiecie, jak sobie radzić.

– Super, dziękujemy! A to nie jest obraźliwe słowo? Nie będzie przez to problemów?

– Nie. Będzie dobrze. To dokąd chcecie iść? Nie będziecie chyba tu siedzieć do wieczora?

– Chcieliśmy dostać się do metra.

– To raczej zły pomysł. A gdzie chcecie tym metrem jechać? – Nagle jakby spoważniał.

– Pozwiedzać Nowe Delhi. Na mapie jest kilka ciekawych miejsc do zobaczenia. Na przykład parlament albo różne świątynie.

– Dziś wiele miejsc turystycznych jest zamkniętych, ponieważ jest poniedziałek. Otworzą je dopiero jutro. Lepiej pójdźcie do oficjalnej, rządowej informacji turystycznej. Oni dadzą wam dokładną mapę i kierowcę za półdarmo. Metro jest niebezpieczne.

Chwilę później nowy kolega prowadził nas do najprawdziwszej na świecie informacji turystycznej. A przyznam, że jeszcze takiej w Azji nie widzieliśmy… i tego dnia również nie było nam dane! Tradycyjnie, trafiliśmy wprost do prywatnej agencji turystycznej. Znowu daliśmy się podejść jak dzieci. Wizyta ciągnęła się przez dobre dwadzieścia minut, ale w końcu udało nam się uwolnić. Przynajmniej, korzystając z okazji, wypytaliśmy na wszystkie sposoby o transport i koszty wyjazdów do takich miejsc jak Tadź Mahal. Gdy w końcu udało nam się wyjść, zrezygnowani usiedliśmy na pobliskim krawężniku.

– Dobra dziewczyny, nie ma co. Wybieramy miejsce na mapie i bierzemy rykszę. Mam dziwne przeczucie, że jesteśmy w samym środku gniazda naganiaczy i musimy po prostu szybko z niego uciec – zadecydowałem.

– Według mapy, najbliżej nas jest świątynia Lakszmi Narajany.

– Znajdźmy więc rykszarza.

Z tym akurat problemów nie było. Ryksze w dużych miastach są zawsze w zasięgu wzroku. Podeszliśmy do jednego ze starszych panów, czekających biernie na klienta.

– Dzień dobry, ile będzie kosztował przejazd do świątyni

Lakszmi?

– Siedemdziesiąt rupii.

– Pojedziemy za pięćdziesiąt.

– Wsiadajcie.

Trzymając czujnie plecak, spokojnie dojechaliśmy do punktu docelowego. Hindusi targują się przed wykonaniem usługi, podobnie jak Tajowie. Raz ustalona cena pozostaje niezmienna, chyba że ustalamy ją na przykład z pracownikiem hotelu, a usługę wykonuje zupełnie inna osoba. W takiej sytuacji płacimy ustaloną kwotę w hotelu, ale w kieszeni musimy mieć jeszcze zapas na napiwek dla kierowcy, by uniknąć niepotrzebnych kłótni.

Wstęp do świątyni Lakszmi był darmowy, ale niestety przy samym wejściu ochrona zabrała nam aparaty fotograficzne i telefony. Działo się tak w większości świątyń, przez co mogliśmy robić zdjęcia jedynie z zewnątrz. Zwiedzanie dużych obiektów sakralnych wiązało się z przejściem niezwykle szczegółowej kontroli. Pikające bramki, wykrywacze metalu, konfiskata wszelkich sprzętów elektronicznych. Tego typu środki bezpieczeństwa zaczęto stosować po atakach terrorystycznych z 2008 roku. Mam wrażenie, że zabezpieczenia te chronią nie tyle ludzi, ile budynki, do których wchodzą. Nikt teraz nie wysadzi się w powietrze w żadnej uczęszczanej świątyni – zagęszczenie populacji w Indiach jest tak duże, że aby osiągnąć podobną skalę, równie dobrze można zrobić to na środku choćby naszej ulubionej Main Bazar Road.

Świątynia Lakszmi Narajany, inaczej Birla Mandir, to spokojne miejsce, na które warto poświęcić trochę czasu. W porównaniu z większością indyjskich budowli jest obiektem bardzo młodym, bowiem prace nad nią ukończono w 1939 roku. W kolorystyce dominuje kolor ceglasto-czerwony i biały, a architektura budynku, nawet dla tak niewprawnego oka, jak moje, stwarza wrażenie nowoczesnej. W środku nie brakuje złota. Tak jak we wszystkich obiektach sakralnych w Indiach, tu również należy zdjąć buty. W głównej części stoją dwa posągi przedstawiające Pana Narajanę i boginię Lakszmi. Pan Narajana znany jest pod wieloma imionami, z których najbardziej rozpoznawalne to Wisznu4. Lakszmi jest natomiast hinduską boginią bogactwa, zdrowia, fortuny i dobrobytu. Przebywa tam, gdzie Wisznu, jej mąż. W świątyni znajdują się również wizerunki Śiwy, Ganeszy, Hanumana oraz Buddy.

Świątynię otacza ogród z fontanną, rzeźbami i ławeczkami. Na jej ścianach widnieją liczne symbole swastyki, która w Europie kojarzy się z nazistami, a w hinduizmie oznacza szczęście i pomyślność5. W ogrodzie rosną drzewa z rodzaju figowców, których pnie i gałęzie zostały oplecione czerwono-żółtymi sznurkami. Osoba zawiązująca sznurek na pniu figowca przynosi do świątyni konkretne życzenie lub modlitwę. Takie same sznurki można otrzymać od mnichów w całych Indiach. Zawiązuje się je nie tylko na drzewach, ale także na własnym nadgarstku – na szczęście i dla bezpieczeństwa.

Na terenie świątynnego kompleksu znaleźliśmy również kantynę. Czas na pierwszy prawdziwy posiłek w Indiach! Podano nam talerze wykonane z cienkiej blachy, a na nich ciecierzycę w ostrym sosie oraz po dwie samosy. Samosa to chyba najlepsza i najbardziej uniwersalna przekąska, jaką jedliśmy. Ma formę sporego pieroga usmażonego na głębokim oleju i wypełnionego farszem warzywnym, najczęściej zawierającym ziemniaki i zielony groszek. Co najważniejsze, samosy można kupić praktycznie w każdym zakątku kraju. Potrawka z ciecierzycy była pikantna, aż do oczu Anny napłynęły pierwsze indyjskie łzy. Zastanawialiśmy się przez chwilę, jak nasze żołądki zareagują na tutejsze bakterie. Blaszane talerze i sztućce tuż przed użyciem zostały bowiem opłukane w wiadrze z wodą, co prawda wymienioną, ale… zapewne tego samego dnia rano. Niemniej jednak tym niewielkim posiłkiem udało się zabić pierwszy głód i szczęśliwie nikt z nas się nie pochorował. Tak więc zaliczyliśmy pierwszą styczność z poziomem higieny w Indiach, który przez cały nasz pobyt utrzymywał się na podobnym poziomie bez względu na miejscowość. Tamtejsze zarazki były jednak na tyle uprzejme, że odpuściły nam w pełni i ani razu nie spowodowały

problemów żołądkowych. Mogło to mieć również związek z ilością czosnku, ostrej papryki, imbiru i innych przypraw, których Hindusi nie zwykli szczędzić w swej kuchni. Takich mieszanek bakterie zwyczajnie nie wytrzymują i giną marną śmiercią w drodze, gdzieś pomiędzy garnkiem, talerzem a przełykiem turysty.

Przed wyjściem ze świątyni Lakszmi Narajany spotkaliśmy samotnie zwiedzającą ogród białą dziewczynę. Z czystej ciekawości zaczęliśmy wypytywać ją, skąd się tam wzięła. Okazało się, że pochodzi z Australii, a spokojny spacer po świątyni zapewniła sobie, wykupując za siedemset rupii kierowcę, wożącego ją po Nowym Delhi przez calutki dzień. Tak, bezpieczeństwo i wygoda samotnej kobiety zdecydowanie były warte tej kwoty, zatem szybko zapragnęliśmy zrobić dokładnie to samo. Tego dnia przegapiliśmy swoją szansę, ale mieliśmy zaplanowane aż trzy noclegi w Nowym Delhi, więc czasu musiało wystarczyć na wszystko.

Tymczasem, zapewne za sprawą spokojnej atmosfery panującej na terenie świątyni oraz pierwszego ciepłego posiłku w naszych żołądkach, poczuliśmy się w końcu trochę pewniej. Poza tym doszliśmy do wniosku, że jeśli samotne dziewczyny mogą podróżować po Indiach, to troje Polaków również da sobie radę. Odebraliśmy więc rzeczy z depozytu i ruszyliśmy do wyjścia, lecz wtedy miły pan z ochrony stanął w przejściu, wyciągnął dłoń i powiedział jedno, magiczne słowo:

– Tip6.

Pierwszego dnia było to nawet trochę zabawne, kolejnego stało się już irytujące, ale w końcu przyzwyczailiśmy się, że zawsze musimy mieć ze sobą drobne i po prostu je rozdawać na prawo i lewo, żeby zachować względny spokój i uniknąć nieprzyjemnych kłótni z Hindusami. Dałem strażnikowi dwadzieścia rupii, po czym wyszliśmy.

Złapaliśmy kolejną rykszę i ustaliliśmy cenę przejazdu do jednej z największych rezydencji prezydenckich na świecie, czyli

Rashtrapati Bhavan. O tym, że jest aż tak wielka, dowiedzieliśmy się tuż po tym, jak podjęliśmy próbę obejścia jej dookoła. Rykszarz nie mógł lub z jakiegoś powodu nie chciał podjechać pod samo wejście, więc zlokalizowaliśmy się na mapie i ruszyliśmy dalej pieszo. Szliśmy i szliśmy, aż w końcu doszliśmy przypadkiem do gurudwary7 Rakab Ganj Sahib. Piękny, biały budynek wzniesiony w 1783 roku zwraca uwagę już z daleka. Gdy przekroczyliśmy bramę, zobaczyliśmy mężczyzn z długimi brodami, w turbanach na głowach. Momentalnie zaprzestali rozmów i wpatrywali się w nas, jakbyśmy byli gwiazdami z Hollywood. Po chwili jeden z nich podszedł i z szerokim uśmiechem rozpoczął rozmowę:

– Witajcie w świątyni sikhów. Bardzo cieszymy się, że do nas przyszliście.

– Dzień dobry. My również się cieszymy. Czy moglibyśmy zwiedzić waszą piękną świątynię?

– Oczywiście. Wszyscy są tu mile widziani, jednak jest kilka zasad, których nasi goście muszą przestrzegać. Jak widzicie, wszyscy sikhowie mają turbany. Od was oczywiście tego nie wymagamy, ale będziecie musieli okryć głowy w inny sposób. Tam dostaniecie odpowiednie nakrycia. – Wskazał ręką na niewielki budynek stojący obok świątyni. – Tuż obok zostawcie proszę buty i umyjcie ręce.