Most Ikara

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział VII – Ojciec

Ojcem być… jak to dumnie brzmi. Odkąd pamiętam, właśnie ten cel przyświecał mi w życiu. Chciałem być dobrym ojcem, najlepszym… innym niż mój. Była nas piątka. Ja byłem tym najmłodszym z braci, tym, który zawsze dostawał najmniej, najgorsze, po starszym bracie, czyli to najbardziej zniszczone.

Dlaczego chciałem być innym ojcem? Bo tego mojego nigdy nie poznałem. Nie wiem, kim był i nigdy nie chciałem tego wiedzieć. Ojciec odszedł, kiedy miałem zaledwie dwa latka. Nawet trudno powiedzieć, że nim był, ale to, co o nim wiedziałem, wystarczyło, abym go znienawidził. Matka wychowywała nas sama. Kiedy miałem pięć lat, mój najstarszy brat, Rafał, miał już dwanaście, bliźniacy: Tomek i Paweł byli dwa lata starsi ode mnie, mieliśmy jeszcze młodszą siostrę Malwinę, która urodziła się rok przed tym, jak zostawił nas ojciec. Nie pamiętałem go już wówczas, ale pamiętałem płacz mojej matki, każdej nocy przez wiele, wiele lat. W wieku siedmiu lat nie mogłem już znieść tego płaczu, wówczas zwróciłem się do niej słowami:

– Czemu za nim płaczesz?! To gnój! Zostawił nas! Zostawił ciebie! Nie zasługuje na nic!

Zapłakana matka zwróciła się w moją stronę:

– Nie waż się, gówniarzu, tak mówić o własnym ojcu.

– BIŁ CIĘ! BIŁ RAFAŁA I PEWNIE BIŁBY TEŻ I MNIE! NIENAWIDZĘ GO, NIENAWIDZĘ GO ZA TO, ŻE KOCHASZ GO BARDZIEJ NIŻ NAS!

Wówczas matka wzięła zamach i wymierzyła mi policzek, dysząc płytko, przerażona swoim gestem. Ale ja nie płakałem, nigdy nie płakałem, po prostu nie umiałem płakać. Spojrzałem na nią, zacisnąłem zęby i ruszyłem do mojego pokoju, który dzieliłem z braćmi.

To Rafał był naszym ojcem, był bratem i ojcem jednocześnie. To on mnie bronił, gdy pobiliśmy się z bliźniakami, i tylko on oraz Malwina byli w stanie wytrzymać lamenty naszej matki. Ja nie mogłem tego znieść, nie znosiłem ludzi słabych. Chciałem być silny, najsilniejszy z braci, aby nigdy nie nauczyć się płakać.

Nie znałem ojca, ale byłem, jak mówiono, „najbardziej jego” z naszego rodzeństwa. Pomimo to pozostawił we mnie ogromny ślad. Matka zawsze mi powtarzała, że mam jego oczy, Rafał – „Ojciec tak wybuchał”. Ta świadomość mnie przerażała, a jednocześnie dziwnie fascynowała, tak jakby część mojej duszy miała inne oblicze. Ciemne, mroczne, którego sam się bałem. Nie znałem ojca, ale to, co wiedziałem, wystarczyło, abym go znienawidził. Kiedy byłem malutki i nie słuchałem poleceń matki, ona zawsze powtarzała:

– Poczekaj tylko, jak kiedyś wróci ojciec, już on ci pokaże.

Kiedy z kolei biłem się z bliźniakami, a Rafał próbował nas rozdzielić, wołał:

– Przestańcie! Przydałoby się wam lanie ojca!

„On ci pokaże” i „dostać lanie” – przez długi czas nie rozumiałem, co to znaczy. Byłem butny, zadziorny i dominowałem nad rodzeństwem. Jednak nigdy nie dostałem lania. Któregoś dnia, gdy matka za karę zabroniła mi jeść kolacji, Rafał ukradkiem przemycił dla mnie kilka kromek chleba.

– Jedz! To dla ciebie.

– Nie będę jadł! – odpowiedziałem dumnie.

– Powiedziałem, że masz jeść! Masz rosnąć i opiekować się matką oraz Malwiną.

– Od tego jest ojciec, a nie ty czy ja.

– Ojciec umiał tylko lać – skomentował odpowiedź mój najstarszy brat.

– Co to znaczy lać? – zapytałem zdziwiony.

– Rafał spojrzał na mnie smutnymi oczami, on jeden miał brązowe oczy po matce, tak zupełnie inne niż ja czy bliźniacy.

– To znaczy to… – Ściągnął koszulkę przez głowę.

Wówczas zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałem brata nago, a on sam zawsze rozbierał się, gdy wokół nie było nikogo z rodzeństwa. Na jego plecach były dwie podłużne pręgi sięgające długością od łopatki do połowy żebra. Wyglądały tak, jakby ktoś rozciął ciało, a potem niedbale je zaszył bardzo grubym sznurem, który zlepił się podczas gojenia. Te blizny przeraziły mnie, bolały, choć nigdy ich nie czułem.

– Czy on… – przerwałem, ale zapytałem w końcu: – Czy ojciec bił kogoś jeszcze?

Rafał długo milczał, odwrócił wzrok, ale i to nie ukryło łez, które napłynęły mu właśnie do oczu.

– Bił mamę, bliźniaków też. Pamiętam to, miałem zaledwie kilka lat, a nadal pamiętam ten moment. Ojca nie było cały dzień, zresztą jego nigdy nie było, ty byłeś malutki, Malwinka dopiero się urodziła. A matka była sama z czwórką dzieci, z czego dwóch trzylatków dawało jej w kość. Ojciec wrócił do domu kompletnie pijany. Przyciągnął matkę do siebie, widziałem, jak ją dotyka, jak ona tego nie chce. Jak próbuje go odtrącać.

Krzyczała wtedy: „Gdzie byłeś cały dzień? Czemu zawsze jestem sama? Co z ciebie za ojciec?”. Odpowiedział jej, bełkocząc: „Kochppchanie… daj mi buziaczka, przecież to lubisz”. Był obrzydliwy, nie chciałem na niego patrzeć. Chciałem, żeby zniknął, żeby mama nie była już więcej smutna. Ona go odpychała, w końcu z całej siły pchnęła go na fotel. Zachwiał się, a potem wpadł w szał, powiedział jej okropne, obraźliwe rzeczy. Słowa, których wówczas nie rozumiałem. Nie chciała go, broniła się, a on był napastliwy, straszny. Widziałem, jak ją uderza, jak upada. Malwina zaczęła płakać. Wyszedłem z ukrycia, chcąc pomóc mamie, a za mną do pokoju wbiegli bliźniacy.

Wtedy ojciec powiedział słowa, które na zawsze zostaną w mojej głowie: „Kurwa, kiedy narobiłaś tyle dzieci, jak zwykła dziwka?”. Mama zaczęła płakać, krzyczała do chłopaków, by wyszli, ale Tomek się rozpłakał, wtedy ojciec zaczął krzyczeć na niego: „Nie rycz, ty bachorze! Jestem zmęczony!”. Ale Tomek nie przestawał płakać, był coraz głośniejszy, nigdy wcześniej tak nie płakał, to była histeria, która dzwoniła w uszach. Wtedy ojciec wyrwał pas ze swoich szlufek i zaczął okładać go jak cielaka. Mama rzuciła się na niego, rozbijając wazon na jego głowie.

Ostatnie, co pamiętam, to krew, strugę krwi, która spływała mu po karku i kapała na dywan. Wszyscy umilkli, nawet mały Tomek, który chwilę wcześniej płakał z bólu. Ojciec wstał. Byłem pewny, że stanie się coś strasznego, ale on tylko chwycił za kurtkę i wyleciał z domu. Od tej pory nigdy więcej go nie widziałem.

Rafał skończył swoją opowieść. Siedział obok mnie, choć wcale na mnie nie patrzył, głowę trzymał w górze, a po jego policzkach spływały łzy. Wiedziałem, dlaczego na mnie nie patrzy, miał świadomość, że nie potrafię płakać. Słuchałem go, a w mojej głowie materializował się obraz mężczyzny. Wielkiego, grubego, pijanego faceta, katującego swoją żonę oraz płaczące dzieci, będące niezamierzonym świadkiem tej sytuacji. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo go nienawidzę, jak bardzo nienawidzę tego, którego krew płynie w moich żyłach.

– Jesteś podobny do niego. – Rafał spojrzał w końcu na mnie, gdy otarł łzy z policzków. Milczałem, nie chciałem być podobny, nie chciałem mieć nic wspólnego z tym, o którym właśnie usłyszałem. – Obiecaj mi coś, obiecaj mi, że nigdy nie staniesz się nim. Że nigdy nie staniesz się naszym ojcem!

Patrzyłem na niego wyjątkowo trzeźwym wzrokiem, byłem pewny tego, co mówię i tego, czego brat ode mnie oczekuje.

– Obiecuję ci, że nigdy nie stanę się naszym ojcem.

*

Chciałem być ojcem, chciałem być najlepszym ojcem. I zostałem!

Wiadomość o tym, że Dorota jest w ciąży, spadła na mnie niespodziewanie, długo staraliśmy się o dziecko, czasem traciłem już nadzieję. Chciałem, żeby Dorota zrobiła badania. Zastanawiałem się, dlaczego wciąż nie możemy mieć dziecka, i martwiłem się, że coś z nią jest nie tak. Przecież wszystko robiliśmy dobrze. Chciałem tego dziecka, chciałem spełnić się w tej roli, musiałem udowodnić sobie, że jestem lepszy niż ten, którego ja nigdy nie poznałem.

Udało się, po pięciu latach urodził się Antek. Syn! Syn, o którym marzyłem, przedłużenie mojego nazwiska. Każdy ojciec chce, aby jego dziecko było zdrowe, nieważne, czy to chłopiec, czy dziewczynka i jestem pewien, że wiadomość o narodzinach córki ucieszyłaby mnie równie mocno, jak o pojawieniu się Antka. Ale syn dla mężczyzny znaczy coś zupełnie innego. To poczucie spełnienia swojej życiowej roli, do której zostałem powołany. Wiedziałem, że mój syn będzie taki jak ja, że wyrośnie na prawdziwego, silnego mężczyznę, który kiedyś będzie dumny ze swojego ojca, z tego, czego go nauczyłem, z tego, jakim stał się człowiekiem. Chciałem, aby mojej rodzinie nigdy niczego nie zabrakło. Aby Antek nie miał nigdy tego, co najgorsze, co niechciane, co stare, dlatego to ja miałem zarobić na dom, Dorota miała zająć się resztą.

Dlaczego mieliśmy tylko jednego syna? To ja nie chciałem mieć więcej dzieci. Wychowany w wielodzietnej rodzinie, gdzie wszystkim mieliśmy się dzielić, a na nic nie było pieniędzy, chciałem, aby mój syn tego uniknął. Bałem się, że jeśli będę mieć kolejne dziecko, to nie będę w stanie być tak dobrym ojcem, jakim przecież chciałem być.

Antek jednak dorastał, a ja miałem wrażenie, że on jest znacznie bardziej podobny do Doroty niż do mnie. Jako chłopiec był bardzo szczupły, miał oczy Doroty oraz wątłą budowę. Kochałem Dorotę, ale ona była delikatna, wrażliwa i krucha, taka, jaką powinna być kobieta. Mężczyzna powinien być silny, zdecydowany. Właśnie tego chciałem nauczyć Antka. On był jednak toporny do nauki, nigdy nie lubił bawić się samochodami, choć ja za każdym razem powiększałem jego kolekcję w nadziei, że w końcu będzie się bawić tym, czym powinien bawić się chłopak. Mój syn jednak najlepiej czuł się wśród szmat. A zamiast uczyć się wbijać gwoździe, wolał obserwować, jak Dorota gotuje obiad.

Próbowałem, starałem się zaszczepić w nim pasję do męskich zajęć, on jednak za każdym razem marnował czas na zabawy z dziewczynami w piaskownicy zamiast kopać piłkę z chłopakami. Irytowało mnie to, drażniło, byłem zły na niego, traciłem cierpliwość. Któregoś dnia Dorota odesłała go do pracy ze mną przy montażu domku gospodarczego. Już od wejścia widziałem jego brak entuzjazmu i zniechęcenie. Jego bujanie w obłokach działało na mnie jak płachta na byka.

 

– Antek, podaj mi gwoździe.

– A gdzie są? – zapytał rozkojarzony.

– Ech… chłopcze, zastanów się, gdzie mogą być gwoździe, jeśli obok ciebie znajduje się skrzynka na narzędzia.

Po chwili zaczął grzebać w walizce. Jego powolność sprawiała, że moja cierpliwość zbliżała się do kresu wytrzymałości, jednocześnie chciałem, aby czegoś się nauczył i nie zrażał się do pracy w ogrodzie.

– Mam! – zawołał uradowany, podając mi metalowy przedmiot. Był wyraźnie z siebie dumny.

Spojrzałem na gwoździa, którego podał mi do ręki. A ogień, który wybuchł w mojej głowie, przeniósł się na wysokość krtani, dając upust w postaci krzyku.

– CO TY MI DAJESZ?! TO SĄ ŚRUBKI! TY TĘPAKU, DLACZEGO JESTEŚ TAKI LENIWY, TAKI GŁUPI! TAKI… PEDAŁOWATY!

Nie chciałem tego powiedzieć, a może chciałem, sam nie wiem, co wtedy czułem. Antek się rozpłakał i poleciał do matki. Byłem na niego zły, byłem też zły na siebie, a nawet na Dorotę. Byłem zły na to, że on nie wie rzeczy, które przecież wiedzieć powinien, które wie się, będąc mężczyzną. Wieczorem Antek nie chciał jeść kolacji, wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może to dobrze, że nie zniósłbym kolejny raz jego mazgajowania. Chciałem tylko, żeby był twardy, żeby trzymał formę, żeby nie płakał, nie lubiłem, kiedy płakał. Chłopaki nigdy nie płaczą!

Nie mogę powiedzieć, że nigdy nie byłem z niego dumny. Antek zawsze się dobrze uczył. Był grzeczny i nigdy nie było z nim problemów ani wychowawczych, ani w szkole. Nawet jeśli takie się pojawiły, to Dorota nigdy mi o nich nie mówiła, to była jej rola. Chciałem jednak, aby miał on więcej męskich zajęć, aby coś go zainteresowało. Coś, co sprawi, że wyrośnie ze swojej zniewieściałości. Próbowałem zainteresować go piłką nożną, ale każdy wspólny mecz go nudził. Właściwie jakikolwiek sport mało go interesował, zaś każda nasza wspólna praca kończyła się kolejną awanturą.

W końcu zrezygnowałem z nastawiania go na właściwe tory męskości, ponieważ uznałem, że Antek taki po prostu jest i takiego go kocham. To mój syn i płynie w nim moja krew. Miałem nadzieję, że wszystkiego w życiu nauczy się sam. Że kiedy znajdzie odpowiednią dziewczynę, to przy niej nauczy się, jak być mężczyzną.

Ostatecznie nigdy nie poznałem swojego ojca. A przecież sam nauczyłem się, jak być dobrym ojcem…

Rozdział VIII

Wiedziałem, że wieść o odkryciu swojej seksualności bez wątpienia będzie najgorszym wydarzeniem, jakie nastąpi w moim dotychczasowym rodzinnym życiu. W jednej chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie, a jakiekolwiek starannie wypracowane relacje z moimi najbliższymi wkroczyły na zupełnie inne tory. Jakakolwiek próba rozmowy w moim domu kończyła się gigantyczną awanturą, polegającą na wyzwiskach i wzajemnym obwinianiu tych, którzy odpowiadają za powstały stan rzeczy. Mnie w tym wszystkim zaczynało brakować już sił i motywacji do dalszej walki. Po jednej z takich awantur naprawdę pomyślałem, że nie dam już rady i zrobiłem jedną z największych głupot w moim życiu.

Chwyciłem za rozbite lusterko, którego szczątki leżały pod łóżkiem po jednej z kłótni z moim ojcem i zacząłem powoli jeździć po nadgarstkach, z każdym przesunięciem głębiej naciskając na skórę. Wbrew pozorom wcale nie chciałem niczego sobie zrobić, nie miałem zamiaru się zabijać lub powodować trwałych okaleczeń. Chciałem, aby ktoś zobaczył to, co robię, aby ktoś zareagował, i pomyślałem, że ja naprawdę dłużej już nie dam rady, że muszę zrobić coś, co wywoła szok. W pewnej chwili do pokoju weszła moja mama.

– Antek, chciałam jeszcze raz… Co to jest, co ty robisz? ANTEEEEK, DO CHOLERYYYYYY! – Ostatnie słowa wykrzyczała przestraszona, patrząc na moje ślady na nadgarstkach. – Radek, szybko! Antka trzeba zawieźć do szpitala!

Wystraszony ojciec wbiegł do mojego pokoju, spojrzał na moje nadgarstki, po czym rzucił się na mnie, wymachując na oślep rękami.

– Ty gówniarzu! Ty myślisz, że będziesz mnie szantażować? Co to, to nie, nigdy ci na to nie pozwolę – krzyczał, uderzając mnie na oślep.

– Tato, przestań! – wydzierałem się i próbowałem się uchronić przed jego rękami, które napierały niczym stado rozwścieczonych gołębi.

– Radek, uspokój się! Zrobisz mu krzywdzę! – wrzeszczała mama, próbując go odciągnąć siłą.

Rozdrażniony ojciec z impetem odciągnął ją i odepchnął na przeciwległą ścianę, ta uderzyła w nią głucho, po czym wybiegła zapłakana z pokoju. To też otrzeźwiło mojego ojca, spojrzał na mnie wzrokiem pełnym przerażenia i lęku, po czym wybiegł, wykrzykując przeprosiny.

Siedziałem na łóżku i nie wiedziałem, czy bardziej zaskoczony jestem reakcją mojego ojca na mój głupi pomysł ze zwróceniem na siebie uwagi, czy wszystkim tym, co wydarzyło się na sam koniec. Po raz kolejny pomyślałem, że jestem w sytuacji bez wyjścia.

Rodzice nie poddawali się ze wszystkimi próbami „nawrócenia” mnie na, jak uważali, właściwą drogę. Każdy kolejny sposób podejmowania nowych działań prowadził do jeszcze bardziej opłakanych konsekwencji i naszego oddalania się od siebie. Ja sam coraz częściej zacząłem czuć niechęć i wrogość do osób, które w praktyce powinienem kochać najbardziej. Coraz bardziej też brakowało mi Marka, przy którym czułem bezpieczeństwo, którego teraz miałem deficyt.

Dwa dni przed wspólnym weekendem wydarzyło się jednak coś, co sprawiło, iż coraz częściej zaczynałem się obawiać, że wkrótce znienawidzę własnych rodziców. Gdy kierowałem się w stronę przystanku autobusowego, wracając z zajęć na uczelni, otrzymałem SMS-a od mojej mamy.

Antek, obróć się, jesteśmy z tatą w samochodzie, przyjechaliśmy cię odebrać i chcemy cię zabrać na kolację, musimy porozmawiać.

Spojrzałem w stronę parkingu, rzeczywiście przy wjeździe stał niebieski samochód mojego taty z włączonym silnikiem i świecącymi światłami. Nie byłem pewny, czy to dobry pomysł i kto właściwie na niego wpadł. Każda wcześniejsza próba dialogu z moimi rodzicami kończyła się awanturą lub rękoczynami, więc pomysł wspólnej rozmowy w restauracji był skazany na niepowodzenie i narażenie innych ludzi na bycie świadkami naszej sprzeczki. Podszedłem do samochodu i poprosiłem tatę, aby otworzył okno.

– Tato, naprawdę uważasz, że to dobry pomysł?

Tata nie patrzył na mnie, był skupiony na kierownicy i z trudem cedził każde słowo.

– Wsiadaj, Antek, musimy porozmawiać, tak dłużej nie może być między nami.

Nie będąc przekonanym co do słuszności tego działania, otworzyłem tylne drzwi auta i usiadłem na kanapie. Tato szybko ruszył i nie odzywał się do mnie przez całą drogę, podobnie uczyniła mama. Nawet nie powiedzieli, gdzie jedziemy, po prostu spędziliśmy całą drogę w ciszy, co wbrew pozorom było bardzo dobrym rozwiązaniem w kontekście każdej poprzedniej rozmowy kończącej się awanturą. Po około pół godzinie jazdy ojciec zatrzymał się przed jakimś osiedlem domków o niskiej zabudowie. Spojrzałem na budynek, na drzwiach wejściowych znajdowała się tabliczka.

ANETA PIĘTAK

Psycholog dziecięcy i dla dorosłych.

Godz. otwarcia 17–20

– TATO, nie!

– Antek, uspokój się – wtrąciła mama.

– Nie zrobicie ze mnie czubka!

– Kochanie! Nikt nie chce z ciebie zrobić czubka, to mój pomysł, musimy nauczyć się ze sobą rozmawiać, to ma pomóc nie tylko tobie, ale też nam. Jesteśmy rodziną, nie możemy dłużej tak funkcjonować.

Spojrzałem na rodziców. Mama wyglądała na szczerze zainteresowaną tym pomysłem i pełną wiary w to, co powtarza. Tata beznamiętnie patrzył w przestrzeń, tak jakby nie dochodziły do niego ani moje słowa, ani mamy, która z każdą minutą sprawiała wrażenie bardziej ożywionej. Ostatecznie uwierzyłem jej, po raz pierwszy nie mówiła o chorobie, ale o próbie dialogu, dlatego uważałem, że pomysł rozmowy z psychologiem nie mógł pogorszyć już i tak fatalnych relacji.

– Okay, dobrze, wejdźmy tam – powiedziałem, wychodząc z samochodu.

Gabinet pani psycholog nie przypominał w żaden sposób tych znanych pomieszczeń z programów telewizyjnych. Nie było tam ani kozetki, ani stosu książek, pod którymi uginały się półki starych regałów. Wystrój był bardzo nowoczesny. Ściany zdobiły gdzieniegdzie małe obrazki i zdjęcia chyba rodziny pani Anety. Na środku znajdował się duży, okrągły, szklany stół, zaś wokół ustawione były białe krzesła o nowoczesnym kształcie. Wszystko tu było w jasnych, pastelowych kolorach, zamiast zasłon w oknach były drewniane, białe żaluzje, zaś w kącie stał gigantyczny wazon ze świeżo ściętymi kwiatami.

Ten pokój wyzwalał bardzo ciepłe i uspokajające fluidy, tak jakby czas w tym miejscu płynął inaczej niż w moim domu. Sama pani Aneta okazała się młodą blondynką w idealnie wygładzonych włosach, spiętych w wysoki kucyk. Na nosie miała kwadratowe okulary, ubrana była w białą bluzkę ze stójką i ołówkową spódnicę do wysokości kolan. Jak na kobietę to przywitała nas mocnym, zdecydowanym uściskiem dłoni oraz pogodnym uśmiechem, przez dłuższą chwilę zatrzymała na mnie wzrok. Zupełnie nie wiem, czy to był tylko mój spontaniczny odbiór, czy naprawdę zauważyłem wówczas w jej spojrzeniu nić porozumienia.

– Dzień dobry państwu i miło mi cię poznać, Antku. Cieszę się, że zdecydowali się państwo przyjść wszyscy razem. Myślę, że najłatwiej będzie, jeśli na początek wysłucham każdego z osobna, a następnie spróbujemy wspólnie ustalić, czemu nasze dzisiejsze spotkanie ma służyć.

– Chodzi o to, że syn zdecydował, że chce być gej… Wymyślił sobie, że będzie homoseksualistą – zaczęła głosem pełnym przejęcia mama.

– Antek, wiem, że moje pytanie zabrzmi bardzo książkowo, ale powiedz nam szczerze, jak się z tym czujesz? Opowiedz, jakie towarzyszą ci uczucia, kiedy mówisz, że jesteś gejem? – podkreśliła mocniejszym głosem, na co moja mama syknęła, jakby ktoś dał jej z liścia w twarz. – Czy czujesz wstyd, lęk, obawę, czy jednak czujesz się wolny, szczęśliwy, tak jakby kamień spadł ci z serca?

– Ja… jestem pewny, że czuję się…

– Ma pani go wyleczyć! – krzyknął nagle ojciec, wstając z krzesła i przewracając je na podłogę. – ON JEST CHORY! Jemu popierdoliło się w głowie, bo całe życie był niańczony przez matkę. Bierze pani od nas tyle kasy, więc niech znajdzie pani na niego sposób. Ten gówniarz całe życie chce być w centrum uwagi, najpierw non stop chorował, potem miał problemy z poznawaniem kolegów, a teraz wymyślił sobie, że jest pedałem. Nasza obecność jest tutaj zbędna, to ON jest CHORY na głowę.

Pani Aneta patrzyła na mojego ojca niewzruszonym wzrokiem, nie zareagowała ani na jego wybuch, ani na zrzucenie krzesła, które leżało teraz na jej dywanie.

– Panie Radosławie, naprawdę bardzo pana proszę, aby się pan uspokoił, niczego w ten sposób nie załatwimy. Rozumiem wzburzenie każdej z osób, która znajduje się w tym pomieszczeniu, ale zanim przejdziemy dalej do czegokolwiek, musimy wspólnie ustalić, z czym chcemy się uporać.

– Pani chyba nie rozumie! – kontynuował nadal wzburzony ojciec.

– Radek, proszę cię… – zaczęła mama, która, jak to miała w swoim zwyczaju, już miała łzy w oczach.

– Proszę mi zatem wytłumaczyć – odpowiedziała nadal ze stoickim spokojem pani psycholog.

– To nie ja jestem chory, jestem normalny, rozumie pani? To ten tutaj jest chory na głowę. Jeśli pani go nie wyleczy, to załatwię to w inny sposób.

Mój wzrok wędrował z jednej osoby na drugą, kompletnie nie zważałem na łkającą mamę, która z opuszczoną głową wpatrywała się w swoje kolana.

– Panie Radosławie. Muszę panu coś uzmysłowić i proszę, aby pan wysłuchał na spokojnie każde moje słowo. Nie będę go leczyć, bo tak się składa, że Antek nie jest na nic chory. Homoseksualizm od dawna nie jest uznawany za chorobę, zaburzenie seksualne czy perwersje. Jest takim samym człowiekiem jak każdy z nas tutaj obecnych, mało tego, ma takie same prawa do miłości jak my. Jedyne, co mogę dla państwa zrobić, to pomóc uleczyć wasze relacje między sobą i naprawdę chciałabym…

– Nie umie go pani uleczyć? On jest normalny? Ciekawe, co zrobiłaby pani, gdyby to dotyczyło pani dziecka! – krzyczał dalej ojciec, tym razem wymachując już rękami w stronę psychologa.

– Tak się składa, że mam dwójkę, jeśli chciałby pan wiedzieć, to przede wszystkim życzyłabym sobie, aby były one szczęśliwe.

– Ty niekompetentna babo! – Ojciec krzyczał jak opętany. – Podam cię do sądu za błędy w sztuce lekarskiej. Dorota, bierz go do domu, idziemy stąd!

Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, nawet nie planowałem takiej reakcji, po prostu był to impuls, który sprowokował moje działanie. Zerwałem się z krzesła, oparłem się o blat stołu, złożyłem ręce, patrząc na panią psycholog i ze łzami w oczach zwróciłem się do niej:

 

– Proszę, niech pani coś zrobi, ja nie dam rady tak dłużej żyć, to mnie powoli wykańcza!

Pani Aneta spojrzała na mnie wzrokiem pełnym zszokowania i szczerego współczucia. Również wstała i bardzo mocnym głosem zwróciła się do mojego ojca:

– Państwo potrzebują pomocy, jeśli nie zmieni pan swojego nastawienia, straci pan syna!

– A co ty, kretynko, wiesz o wychowaniu synów, skoro jesteśniby-specjalistką od czubków, a nie wiesz, kto jest chory, a kto normalny? Antek, powiedziałem, że idziemy, ostrzegam cię!

Spojrzałem jeszcze raz na panią psycholog, jej mina sugerowała słowa – „okropnie ci współczuję, ale jestem bezsilna”. Wiedziałem, że to nic nie da, że każda minuta przebywania dłużej w tym pomieszczeniu może spowodować dalsze problemy i konsekwencje prawne dla którejś ze stron. Zrezygnowany powlokłem się za ojcem do samochodu. Siedziałem z tyłu, ponownie w ciszy wróciliśmy do domu. Kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że nic nie jest w stanie zmienić myślenia moich rodziców. Czułem wstyd i beznadzieję. Patrzyłem na migające za oknem domy i drzewa, w myślach zadałem sobie pytanie, co czuję dziś do własnych rodziców… Nie potrafiłem odpowiedzieć, a może bałem się, że znam na nie odpowiedź.

Po tych wszystkich wydarzeniach największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że moi podejrzliwi rodzice ani razu nie poddali w wątpliwość mojego weekendowego wyjazdu na ślub z Kaśką. Z jednej strony byłem przekonany o ich nadziei, że obecność w jej towarzystwie mnie odmieni, co przysłoniło wszelkie obawy o kłamstwo, z drugiej wyjazd i cała intryga była szyta tak grubymi nićmi, że sam nie wierzyłem w powodzenie tej akcji. Szczególnie ze względu na znajomość z Kaśką, która trwała już wiele lat i nigdy żadna ze stron nie wykazywała zainteresowania drugą w taki sposób, żeby można nas było podejrzewać o jakiekolwiek bliższe relacje niż przyjacielskie. Niemniej jednak do dnia, kiedy Kaśka miała po mnie przyjechać, nikt nie sugerował, że wydarzenie mogłoby się w ogóle nie odbyć.

Dzień wcześniej napisałem do Marka SMS-a, że dotrę do niego sam i nie musi po mnie przyjeżdżać, tak na wypadek, gdyby ktoś chciał sprawdzić, gdzie się znajduję.

Świetnie, Słodziaku, w takim razie zapraszam Cię na ul. Ogrodową 68/130. Nie mogę się doczekać, kiedy Cię wyściskam.

Poranek w drugiej połowie listopada obudził mnie przedzimowym, wyjątkowo mocnym jak na tę porę roku słońcem. Choć za oknem było zaledwie osiem stopni, dzień zapowiadał się na wyjątkowo słoneczny, co jakby sugerowało chwilowe oderwanie od wszystkich problemów, z którymi ostatnio musiałem się mierzyć. Kaśka zgodnie z naszym planem przyjechała o dziesiątej. Byłem naprawdę pełny podziwu dla niej, ile pracy włożyła w przygotowanie do tego wydarzenia. Na ten dzień założyła koktajlową sukienkę do kolan, w biało-czarne okręgi oraz długie czarne botki na szpilce. Na ramiona zarzuciła białe sztuczne futerko. Kaśka zadbała o wszelkie detale, aby uwiarygodnić nasz wyjazd na wesele. Na głowie miała uczesany bardzo szykowny kok, całości dopełniał pełny makijaż, który mimo że nie był jej obcy, tym razem dodawał jej jeszcze większej elegancji i powagi.

– Kaśka, wyglądasz zjawiskowo! – krzyknąłem na jej widok.

– Dzięki, ty też wyglądasz niczego sobie, chociaż mogłeś się bardziej postarać – zwróciła się do mnie, patrząc na moją czarną muszkę dobraną do białej koszuli i ciemnogranatowy garnitur. Z domu wybiegła moja mama i siląc się na neutralny ton, zwróciła się do nas:

– Kochani, to bawcie się dobrze, pięknie wyglądacie!

– Dziękujemy pani. I proszę się nie martwić. Odstawię go jutro późną nocą – odpowiedziała także zupełnie neutralnie Kasia.

– Dzięki, mamo – powiedziałem, nie patrząc na nią, po czym zamknąłem szybko drzwi od samochodu.

Ruszyliśmy. Przez chwilę Kaśka nic nie mówiła, skupiając się na drodze, po chwili jednak zaczęła rozmowę.

– Jesteś pewny, że dobrze robisz?

– Kaśka, gdyby tylko jeden dzień z Markiem z dala od tego miejsca pozwolił mi przez chwilę zapomnieć o tym koszmarze, a w zamian za to miałbym spędzić resztę życia w zamkniętym zakładzie w Tworkach, to zrobiłbym to!

– Wiem, że nie jest ci łatwo – westchnęła, spoglądając na mnie z troską. – Ale szczerze, to po tym, co opowiadałeś, martwię się o ciebie, kłamstwo ma krótkie nogi. Co będzie, jak twój ojciec się dowie?

Odwróciłem wzrok, nie chciałem odpowiadać na to pytanie, sam bałem się tego chyba bardziej niż czegokolwiek innego, ale wypierałem tę świadomość, unikając wyobrażenia sobie szału, w jaki wpada mój ojciec na wieść, że zamiast z Kaśką na weselu przebywałem w mieszkaniu Marka.

– Swoją drogą, naprawdę przepięknie wyglądasz.

– Ha, dzięki Antoś, no co, może znajdę sobie dziś męża, chociaż biorąc pod uwagę moje wymagania, będzie to raczej trudne – odpowiedziała, trzepocząc długimi rzęsami. – Zadzwoń do mnie, jak będę miała po ciebie przyjechać – oznajmiła, zatrzymując samochód pod wysokim apartamentowcem. – Tylko nie za wcześnie, w końcu masz się dobrze bawić na weselu. – Pomachała mi na pożegnanie, po czym odjechała.

Stanąłem przed bramą strzeżonego osiedla z gigantycznym patio, na środku którego znajdował się ogród zimowy z przygotowaną choinką, zwiastującą nadchodzący okres Bożego Narodzenia. Nacisnąłem guzik domofonu, a po chwili sygnał poinformował o otwarciu bramki. Ruszyłem w stronę właściwej klatki, a następnie skierowałem się do windy, zgodnie z zaleceniem Marka wjechałem na najwyższe piętro. Stanąłem przed numerem sto trzydziestym. Nawet nie zdążyłem zapukać, ponieważ po ułamku sekundy usłyszałem trzask otwieranych drzwi i w nich ukazał się Marek w swojej idealnie przystrzyżonej brodzie, rozpuszczonych włosach i okularach. Uśmiechał się do mnie, ukazując swoje krystalicznie białe zęby. Na sobie miał czarny golf opinający jego tors i umięśniony brzuch. Oniemiałem.

– A co to za elegancik do mnie trafił, ubrałbym się bardziej odświętnie, gdybym wiedział, że obowiązuje taki dress code.

– Przecież jestem na weselu – odpowiedziałem i puściłem do niego oko.

– Nie jesteś na weselu! Jesteś dziś MÓJ! – Wówczas chwycił mnie za ręce i zarzucił sobie moje ramiona na szyję.

– Słodziaku, tak strasznie się za tobą stęskniłem, mrrrr… i ten zapach, tak bardzo mi go brakowało. Ach, co ja bym z tobą robił…

Momentalnie zaczął mnie głęboko całować, a ja intuicyjnie poddałem się wyszkolonym już ruchom jego języka, który wplótł się we mnie na jakieś trzydzieści sekund.

– Udusisz mnie – stwierdziłem z uśmiechem.

– O nie, na to sobie z pewnością nie pozwolę, mamy zbyt dużo do zrobienia – odpowiedział, opuszczając mnie na ziemię. – Tak strasznie się cieszę, że jesteś, i tak bardzo cię przepraszam, byłem okropny. Jak ty się czujesz? Gdybym dorwał twojego ojca, nie ręczę za siebie, ale obiecuję ci, że jak tylko skończą się moje problemy, sam z nim wyrównam rachunki.

– To nic, cieszę się, że jesteśmy teraz razem.

– Rozbieraj się, to znaczy przebierz w coś wygodniejszego, zaraz przygotujemy jakiś obiad, a tam jest toaleta. – Marek pobiegł do kuchni, a ja wszedłem do pomieszczenia wyłożonego marmurem, z wielką wanną pośrodku.

Nigdy wcześniej nie byłem w tak dużej łazience, wszystko tu było w kolorze czarno-białego marmuru z mosiężnymi bateriami przy umywalce i wannie. Zdziwiło mnie, że w mieszkaniu samotnego mężczyzny wszystko było pochowane i nic nie leżało na wierzchu, żadnych kosmetyków i męskich gadżetów. Pomyślałem, że Marek musi być bardzo pedantyczny i dbać o porządek, więc starałem się niczego ani nie zabrudzić, ani nie przesunąć. Chwilę zajęło mi przebranie się w prosty biały T-shirt i ulubione jeansy z dziurami. Chciałem czuć się wygodnie i w swoim stylu.