Most Ikara

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Nie bój się marzyć…

ale ostrożnie wybieraj marzenia,

do których dążysz…

Mówią, że do szczęścia wystarczy na swojej drodze spotkać tylko jednego anioła… Ja podczas pracy nad swoją książką spotkałem ich aż dwóch! Madziu, Dobrochno, dziękuję Wam za wiarę w moje możliwości. Nawet wówczas, kiedy mi ich zabrakło…

Spis treści

Od autora

CZĘŚĆ PIERWSZA: IKAR

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III – Kaśka

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII – Ojciec

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X – Matka

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII – Kaśka

Rozdział XIX

Rozdział XX

CZĘŚĆ DRUGA: PO DRUGIEJ STRONIE MOSTU

Rozdział XXI – Matka

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII – Kaśka

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI – Matka

Rozdział XXXII – Ojciec

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI – Kaśka

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXIX

Podziękowania

Od autora

Pisanie tej książki wiązało się z emocjonalnym rollercoasterem, z którym musiałem się zmierzyć. Na szczęście wokół mnie było kilka osób, które pomogły mi przejść tę drogę bez szwanku. Są na tym świecie jednak tacy, którzy z własnymi demonami muszą radzić sobie sami, a w starciu z nimi… nikt nie powinien być sam. Szczególnie wtedy, gdy tolerancja jest coraz bardziej zagrożona. Dlatego kupując tę książkę, przeznaczasz część dochodu na wsparcie działań: fundacji instytut Otwarta Przestrzeń. To dzięki nim nikt nie zostanie sam w chwili, kiedy będzie potrzebował pomocy.

Dziękujemy za Twój wkład!


CZĘŚĆ PIERWSZA: IKAR

Rozdział I

To takie głupie, tak strasznie infantylne i tak niedorzeczne, że Antek sam nie mógł uwierzyć, że o tym pomyślał. Stał przy barierce na moście Świętokrzyskim w Warszawie. Nie zamierzał skoczyć, chciał tylko popatrzeć na tę metalową konstrukcję. Uwielbiał ją. Ten most był dla niego synonimem marzeń. Złudzeniem nowego życia, innego, lepszego niż to, które miał. Miał być bramą do szczęścia, a przejazd na drugą stronę miał otworzyć nowe, nieznane dotąd możliwości.

A przecież nie ma dużego znaczenia dla stolicy, nie spaja centralnych punktów miasta, nie jest też zbyt często wybierany przez kierowców, a droga prowadząca do niego częściej jest uczęszczana przez rowerzystów niż ciągle spóźnionych warszawiaków.

On jednak wiedział, że kocha ten most od dziecka. Pamiętał go z ekranów TVN-owskich produkcji, na których most Świętokrzyski, będący symbolem metropolii, miał być wizytówką miasta, nowych możliwości, które każdy może zrealizować w Warszawie.

No właśnie… miał być – pomyślał Antek. – Tylko co teraz, dokąd mam pójść?! Co dalej mam robić? To wszystko nie wyszło.

Nadal w głowie miał pocieszający głos rozsądku Kaśki:

– Antek, jest źle, znasz mnie, nie będę cię pocieszać i mówić, że wszystko się ułoży. Ale nie ma co płakać, trzeba myśleć, co dalej!

– Tylko że ja nie wiem, co dalej, nie wiem nawet, co dalej mógłbym zrobić…

– Powiedz tylko słowo, a ja dziś pakuję swoje volvo i jadę po ciebie, ale przecież ty zawsze marzyłeś o Warszawie, mówiłeś o tym, odkąd się znamy, więc daj sobie szansę!

– Mam wrażenie, że… ja daję sobie szansę, ale to miasto nie daje jej mnie…

To miasto nie daje jej mnie – ta myśl nie dawała mu spokoju. Męczyła go, wewnętrznie dusiła i nie pozwalała poluźnić węzła. To prawda, że marzył o Warszawie, ale w ciągu tych blisko czterech miesięcy od momentu przyjazdu wszystko legło w gruzach i nie ma perspektyw na nic nowego.

Chłopak oparł brodę o zimną balustradę i popatrzył w mieniącą się taflę wody. Była przyjemna kwietniowa noc, wyjątkowo ciepła jak na tę porę roku. Co jakiś czas lekki wiatr dawał sygnał, że nadchodzi długo oczekiwana wiosna. Rzeka płynęła bezszelestnie, wydawałoby się, że opiera się pędowi stolicy, ma swój własny rytm i nie zważa na zabieganych mieszkańców, ich problemy i nieudolne wyścigi do metra, które i tak przyjeżdża co trzy minuty.

Przez chwilę wrócił myślami do jednej z rozmów z Kaśką sprzed kilku miesięcy:

– Wiesz, Kaśka, jeśli to, co dziś mam, nagle się skończy, to chyba skoczę do Wisły z mostu Świętokrzyskiego.

– No cóż, Antek – zaczęła drwiącym tonem – tam to akurat jest dość płytko, może wybierz sobie inne miejsce… Nie gadaj bzdur!

Tu faktycznie jest płytko – zaśmiał się w duchu. – To też nie rozwiąże moich problemów… Tylko co ja mam robić dalej?

*

Kilkanaście minut wcześniej, po praskiej stronie miasta, Grzegorz zaparkował swój samochód w okolicy Stadionu Narodowego, przebrał się w wygodny strój i stwierdził, że to idealny wieczór na rozpoczęcie swojej przygody z joggingiem. Właśnie wybiegał z leśnych bulwarów, skręcając w okolice mostu. Tak, to był zdecydowanie dobry pomysł, aby dzisiejszego wieczoru zmienić śmierdzącą siłownię na nocny trening na świeżym powietrzu, czuł podniecenie na myśl o nadciągającej wiośnie. Miał na sobie krótkie szorty i opiętą bluzę z kapturem z lycry. Spojrzał na swoje łydki. Cóż, jak na czterdzieści dziewięć lat wyglądają całkiem nieźle – pomyślał. Tylko ta okropna opona na brzuchu. Muszę zacząć więcej biegać. Tak, to będzie moje wiosenne postanowienie!

Sport dla Grzegorza był nieodłącznym elementem życia. Kiedy po burzliwych przejściach siedem lat temu odszedł jego ówczesny partner Ryszard, jego starannie ułożone życie się załamało. Wszystko, co miał, budowali razem, będąc z dala od gejowskiego towarzystwa i świata, tworzyli wspólne życie we dwoje. Obaj nie byli zwolennikami imprez i z czasem wyrośli też z branżowych klubów. Ich relacja wymagała wielu kompromisów i akceptacji faktów, z którymi większość ludzi nie byłaby sobie w stanie poradzić. Ale wzajemne wsparcie zaowocowało blisko dwudziestoletnim szczęśliwym związkiem. Aż do czasu, kiedy został sam.

 

Grzegorzowi było ciężko się z tym pogodzić. Wydawało mu się, że z Ryszardem spędzi całe swoje życie. Mieli wspólne marzenia, wspólne życie, wspólną firmę… Kompletnie się załamał, przytył i zaniedbał swój wygląd.

Dziś nie przypominał tej osoby sprzed siedmiu lat. Jak sam powtarzał, trzeba walczyć i żyć dalej, nie wolno się poddawać. Kierował się dewizą, że to my decydujemy o naszym losie, a to, jakich wyborów dokonamy, może zaowocować w przyszłości. Regularnie uczęszczał na siłownię, zapuścił gęsty zarost i dbał o swoją garderobę. W idealnie skrojonym garniturze jego szerokie plecy i muskularne ramiona dominowały nad całą sylwetką. Zadbane dłonie i niski basowy głos sprawiały, że jak na swoje prawie pięćdziesiąt lat przykuwał uwagę zarówno kobiet, jak i mężczyzn. I choć na głowie pojawiały się już znaczące pasma siwych włosów, a zarost gdzieniegdzie barwiły srebrne kępki, dodawało mu to męskości i powagi.

Mimo tego Grzegorz unikał związków oraz budowania bliższych relacji, bo jak sam powtarzał, nie jest jeszcze gotowy na nowe uczucie. A jego jedyna i prawdziwa miłość, Ryszard, nie wróci… I choć niby pogodził się z tą stratą, nie umiał otworzyć serca dla kolejnej osoby. Czuł strach przed tym, że ktoś inny zajmie miejsce Ryszarda, który już dawno zapuścił tam zbyt głębokie korzenie.

Biegł już ponad godzinę i nagle poczuł, że kolka uderza go w okolicach żołądka. Próbując złapać oddech, zatrzymał się w połowie mostu. Wówczas zauważył przy barierce drobnego chłopaka. Nie wyglądał na kogoś, kto chce skoczyć czy zrobić coś głupiego. Ocenił jednak jego wiek na jakieś dwadzieścia dwa, może dwadzieścia cztery lata. Wówczas pomyślał, że będąc w tym wieku, inaczej postrzega się świat, a on nie ruszał się z miejsca, tylko patrzył w wolno płynącą Wisłę. W dodatku wyglądał na wyraźnie zmartwionego.

– Hej, długo tu jesteś? – zagadał do niego.

Przestraszony młodzieniec spojrzał w bok i wyrwał się z transu, w którym pozostawał od dłuższej chwili. Spostrzegł wysokiego mężczyznę o stanowczo zbyt mocno odtłuszczonych łydkach. Musiał długo biegać, biorąc pod uwagę fakt, że miał na sobie bluzę opiętą na szerokim torsie i kompletnie mokrą od potu. Kiedy jednak zdjął kaptur, przypomniał sobie, że zdążyli się już poznać.

– Pan Grzegorz? Co pan tu robi? – Sprawiał wrażenie kompletnie zaskoczonego.

– Cokolwiek bym robił, myślę, że moja obecność jest tu bardziej zasadna niż chłopaka w środku nocy, z opartą brodą na barierce. – Grzegorz spojrzał w przestrzeń rozciągającą się za swoim rozmówcą. – Jakoś wędki u ciebie nie widzę, co jeszcze mogłoby tłumaczyć łowienie ryb – zakończył z uśmiechem.

Mimo iż ten poczuł się zakłopotany, mimochodem zrobił to samo.

– Jesteś Antek, prawda? – zapytał. – Poznaliśmy się podczas zakupów, gdy szukałem koszuli. Swoją drogą byłem tam wczoraj, ale ciebie nie zastałem, tylko tego starego dziada w wyjątkowo podłym nastroju. Chyba więcej nie kupię tam ubrań, chociaż są wyjątkowo dobre… Mam słabość do białych koszul, mam ich chyba ze sto i ciągle kupuję nowe, ale to mimo wszystko chyba najbezpieczniejsze z ludzkich uzależnień – odparł dla rozluźnienia atmosfery, co chyba mu się udało, bo chłopak krótko się zaśmiał.

– Za to bardzo dobrze pan w nich wygląda.

– Dziękuję, chociaż patrząc na ciebie tutaj teraz, myślę, że to nie jest najlepszy temat naszej rozmowy.

Mężczyzna spojrzał przez barierkę, gdzie właśnie pod mostem przepływała motorówka, co i tak było zaskakujące o tej porze.

– Naprawdę zamierzasz skoczyć? Nie chciałbym cię zrażać, ale chyba powinieneś wybrać sobie inny most, tu jest dość płytko – powiedział ponownie z uśmiechem Grzegorz.

Antek spojrzał na mężczyznę. Już wówczas, gdy się spotkali pierwszy raz, zwrócił na niego uwagę, zastanawiając się, ile może mieć lat. Nie wiedząc czemu, Grzegorz wzbudzał ogromne zaufanie, tak jakby był właściwą osobą we właściwym miejscu i o właściwym czasie.

– Nie zamierzałem skakać, po prostu lubię ten most. Kojarzyłem go jako symbol Warszawy, utożsamiał moje wyobrażenie o tym mieście. Pierwszy raz widziałem go w filmie Nigdy w życiu, od tego czasu zawsze chciałem go zobaczyć na żywo.

– Skąd jesteś? Myślałem, że mieszkasz tu od dawna, pasujesz tutaj.

– Nie, jestem z południa Polski, mieszkam tutaj zaledwie od czterech miesięcy. A teraz… Teraz nie wiem, co robić, i dlatego tu jestem, bo to była pierwsza rzecz, którą zobaczyłem, przyjeżdżając do stolicy – Antek odpowiedział zgodnie z prawdą, po czym spojrzał ponownie w nurt wody, przyjmując wcześniejszą zamkniętą pozycję.

Grzegorz zaniemówił, odczuwał silną potrzebę podejścia bliżej i przytulenia swojego rozmówcy. Gdy widzieli się ostatnio, wyglądał zupełnie inaczej. Zapamiętał go jako pewnego siebie, wesołego chłopaka, ubranego w nienagannie wyprasowaną białą koszulę z drogimi spinkami u mankietów oraz w idealnie skrojoną marynarkę.

Dziś patrząc na niego, stojącego na moście Świętokrzyskim w podartych jeansach i bluzie z kapturem, zrozumiał, że głupio było wtedy myśleć, że ciuchy, w których go zapamiętał, należą do niego. Musiał reklamować butik i jego asortyment – pomyślał i jednocześnie zauważył, że ta całkowicie zwyczajna stylizacja zdecydowanie bardziej mu odpowiada, nadając naturalności i młodzieńczej niewinności.

Był szczupłym, filigranowym chłopakiem średniego wzrostu, brunetem z idealnie ułożonymi włosami i wyraźnie wystającymi kośćmi policzkowymi. To, co jednak najbardziej przykuło jego uwagę, to ciepłe, błękitne oczy i bardzo długie rzęsy, jak na chłopaka. W jego twarzy było też coś niezwykłego, coś uroczego, zapraszającego do rozmowy, tak jakby zachęcał, żeby go bliżej poznać. Jednak dziś był zupełnie inny niż podczas ich poprzedniego spotkania. Z daleka można było zauważyć, że przepełnia go smutek. Teraz rozumiał też, że wynika on z bezsilności, z którą nie mógł sobie poradzić.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał cicho Grzegorz.

– Ech… szczerze, to chyba nikt nie może mi pomóc. Zresztą, nie zna mnie pan, dlaczego chciałby pan to w ogóle robić?

– Wiesz, wydaje mi się, że nie trzeba mieć specjalnych powodów, żeby chcieć komuś pomóc.

– Kiedyś też tak myślałem. Sądziłem, że tutaj spełnią się wszystkie moje marzenia i początkowo wszystko szło dobrze. Teraz mam wrażenie, że to miasto robi wszystko, aby się mnie pozbyć, a ja z uporem maniaka nie chcę stąd wyjeżdżać.

– Warszawa to nie jest proste miasto. Zawsze znajdzie się tu sporo ludzi, którzy będą chcieli cię wykorzystać do swoich celów, być może skrzywdzić, ale możesz też poznać wiele osób, które szczerze będą chciały ci pomóc. Ja na przykład kocham stolicę za to, że jest tu tylu ludzi, że każdy może znaleźć kogoś dla siebie, kogoś, z kim chciałby przebywać. Wierz mi, początki mogą być trudne, ale z czasem Warszawa da się lubić. Myślę jednak, że powinniśmy zacząć od powrotu do twojego domu. Gdzie mieszkasz? Mogę cię podrzucić. Kawałek stąd zaparkowałem samochód. Poza tym jest już późno, a chyba jutro idziesz do pracy.

– No właśnie problem w tym, że nie idę, a do domu też nie chcę wracać.

Grzegorz czuł się coraz bardziej zniecierpliwiony, z jednej strony chciał pomóc chłopakowi, z drugiej czuł, że w ciągu tej krótkiej rozmowy zdołał on wybudować wokół siebie mur, zapominając o zostawianiu miejsca na drzwi, które pozwoliłyby mu się do siebie zbliżyć.

– Słuchaj, robi się coraz zimniej, może naprawdę chciałbyś pogadać? O co chodzi z tą pracą i czemu nie chcesz wracać do domu? – W głosie mężczyzny dało się wyczuć nutę irytacji.

– Wcale nie jest mi zimno – odparł ostrzejszym tonem – i przepraszam za swój paskudny nastrój, może rzeczywiście już sobie pójdę.

Chłopak gwałtownie się odwrócił i zaczął odchodzić szybkim krokiem, nie zauważając, że smycz zwisająca z jego kieszeni zahaczyła o barierkę, w wyniku czego wypadły mu klucze.

– Hej, zaczekaj! – Grzegorz podbiegł do niego, podając mu jego zgubę.

Antek odwrócił się, a wtedy mężczyzna zauważył, że jego rozmówca… płacze!

– Ej, mały, co jest? Wszystko będzie ok, nie ma takiej sytuacji, która byłaby bez wyjścia – powiedział, po czym mimowolnie przytulił chłopaka.

Nie wiedział, czy to jego odczucie, czy ten silnie przywarł do jego ciała, tak jakby chciał uciec od problemów albo najzwyczajniej potrzebował ciepła drugiej osoby. Jednocześnie zauważył, że sprawia mu to ogromną przyjemność, że dawno nie czuł bliskości kogoś, kto tak bardzo łaknie jego dotyku. Pierwszy raz od dawna poczuł się szczerze potrzebny.

– No już dobrze, chyba naprawdę musiało się stać coś strasznego, ale jeszcze raz ci powtarzam: nie ma sytuacji bez wyjścia.

– Przepraszam – wychlipał Antek – ja po prostu nie wiem, co robić dalej. Marzyłem o Warszawie, a teraz właściwie muszę wracać do rodziców, podczas gdy ja tam nie mogę wrócić, więc nie mam dokąd pójść.

– Dlaczego nie możesz wrócić do domu?

– Moi rodzice nie chcą mnie widzieć, a nawet gdyby chcieli, ja nie mogę tam być. Jeśli tam zostanę, to prawdopodobnie ich znienawidzę, a nie chcę tego zrobić.

– Dlaczego miałbyś ich znienawidzić? To jednak rodzice. Ja swoich już nie mam i dziś brakuje mi chwil, które moglibyśmy razem spędzić.

– To długa historia.

– Mamy czas, skoro jutro nie idziesz do pracy – odparł, po czym uśmiechnął się wolno. – Może chciałbyś o tym opowiedzieć? Wiesz, czasem rozmowa z nieznajomym jest lepsza niż z setką przyjaciół. A ja jestem dobrym słuchaczem.

Ponownie spojrzał na Grzegorza swoimi szklistymi oczami. Takich Grzegorz dawno nie widział, emanowała z nich szczerość, niewinność i silna potrzeba opieki oraz wdzięczności. Chciał patrzeć na te oczy, czuł, jakby napełniały go jakąś energią lub siłą, wyzwalając uczucia, których dawno nie doznawał.

– Tak, chciałbym ci opowiedzieć! – odparł Antek.

Rozdział II

Zawsze byłem problematycznym dzieckiem, z czasem tylko moje problemy stały się bardziej „globalne” i dotyczyły znacznie większej liczby osób. Pamiętam, że jako małe dziecko, o ile nigdy nie miałem problemów w nauce i nie sprawiałem problemów wychowawczych, to byłem non stop na coś chory.

Któregoś dnia moja mama, zmieniając mi opatrunek po zabiegu nastawienia kości, powiedziała:

– Wiesz, Antek, gdyby nie twoje zdrowie, można by powiedzieć, że jesteś idealnym dzieckiem.

Mama jest bardzo ciepłą kobietą, z sercem na dłoni, oddałaby wszystkim to, co ma najlepszego. Gdyby kiedyś stworzyć ranking najbardziej szczerych i dobrych ludzi na świecie, myślę, że mogłaby zająć wysoką pozycję. Nigdy nie poznałem jej jako kogoś, kto mógłby krzyczeć, mieć do kogoś żal lub się na kogoś gniewać. Mam wrażenie, że w jej zestawie uczuć nigdy nie zostały one wykształcone. W całej swojej dobroci jest jednak bardzo słaba psychicznie. Nigdy nie umiała stawiać czoła problemom, a każdy, który się pojawiał, mam wrażenie, że ją przerastał, a jedyną obroną był płacz. Myślę, że jej najgorszą wadą jest nieustanne szukanie problemów. Tak, szukanie problemów i kierowanie się opinią innych.

Jej modus operandi to „co ludzie powiedzą?”. Słuchałem tego przez całe życie. Począwszy od momentu, kiedy podczas balu przebierańców w podstawówce powiedziałem, że chcę się przebrać za Pocahontas, skończywszy na momencie, w którym musiałem się wyprowadzić z domu.

Właściwie to nie wiem, czemu wyszła za mojego ojca. On jest zupełnie inny, można by powiedzieć, że jest przeciwieństwem osobowościowym mojej matki. Ojciec jest bardzo zdecydowany, niezależny od nikogo i bardzo zaradny. Uwielbia narzucać swoją wolę innym. Jedno słowo wystarczy, aby matka przestała lamentować, podporządkowując się jego woli.

Z tych powodów w moim domu panował hierarchiczny podział stanowiskowy, bez wątpienia na szczycie tej piramidy znajdował się mój ojciec, a gdzieś na dole znajdowała się mama. Nigdy nie widziałem tam miejsca dla siebie.

Ojciec prowadzi małą firmę usługową, wykonując zlecenia remontowe dla innych. Z całego mojego dzieciństwa pamiętam tylko to, że nigdy go nie było. O ile mama była pierwszą osobą, do której zwracałem się ze wszystkim, o tyle ojciec zawsze dowiadywał się o tym ostatni. Nie mogę powiedzieć, że to zły człowiek, raczej trudny. Jednak całe jego działanie podyktowane było tym, aby ani mi, ani matce niczego nie brakowało. Ojciec oszczędnie okazuje uczucia, zwykle ogranicza się do krótkich zdań, szybkiego uścisku albo w ogóle nic nie mówi.

Pamiętam, jak któregoś dnia w szkole dostałem napadu drgawek tak silnych, że wylądowałem na pogotowiu. Kiedy zobaczyła mnie matka, wpadła w histerię, obwiniając siebie o to, co się stało, z kolei mój ojciec poklepał mnie po plecach, mówiąc, że cieszy się, iż skończyło się tylko na krzyku.

 

Nie mogę też powiedzieć, że w moim domu czegokolwiek brakowało. Rodzina nie należy do specjalnie zamożnych, ale też ojciec starał się zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy do życia. Harmonogram tygodnia koncentrował się na pracy, szkole i niedzielnym kościele. Według tego grafiku nadal żyją moi rodzice, a ja dobrowolnie też mu się poddawałem.

Co tydzień, w niedzielę o godzinie dziesiątej, musiałem mieć uprasowaną najlepszą białą koszulę i pół godziny później stawić się na mszy. Można rzec, że tworzyliśmy obrazek idealnej katolickiej rodziny. Matka dbała, aby nikt nie pomyślał czegoś, co mogłoby zaburzyć tę laurkową sielankę, jedyną osobą, która mogła to popsuć, byłem ja sam.

Tak jak wspominałem już wcześniej, nie sprawiałem problemów wychowawczych swoim rodzicom. Uczyłem się bardzo dobrze, byłem też raczej cichym i spokojnym dzieckiem. Nie miałem zbyt wielu kolegów, ale też miasteczko nie obfitowało w ogromną liczbę dzieci. Tak naprawdę sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero wtedy, kiedy poszedłem do szkoły średniej. Ponieważ w mojej rodzimej miejscowości nie było takowej, musiałem dojeżdżać do miasta wojewódzkiego. Dla mnie był to moment przełomowy, a dla mojej matki przeżycie na miarę wybuchu II wojny światowej.

Jako ciche i spokojne dziecko z małego miasteczka, nie najlepiej wspominam wydarzenia z tamtego okresu mojego życia. Właściwie unikałem kolegów, byłem też raczej chudy i wątły, przez co inni chłopcy przeważnie mnie unikali i nie chcieli wdawać się ze mną w bliższą relację. Chcąc nie chcąc, przyjaciół szukałem wśród dziewczyn, z którymi zawsze łatwiej mi było odnaleźć wspólny język.

W szkole średniej poznałem Kaśkę. Wpadliśmy na siebie, kiedy była w ostatniej klasie. Jako chłopak o bardziej kobiecej urodzie przyciągałem uwagę i to zwykle w złym tego słowa znaczeniu. Któregoś dnia, gdy wychodziłem ze szkoły, zaczepiła mnie grupka nastolatków. Przezywali mnie i popychali z jednych rąk do drugich, jakbym był wyjątkowo lekką piłką, która jest na tyle kompaktowa, że można ją dowolnie konfigurować. Wówczas wkroczyła Kaśka.

– Ty knypku, chcesz, to tak samo cię popchnę! – Podeszła do jednego z napastników i odciągnęła go za kaptur.

– Patrz, nasza dziewczynka jest taką ofiarą, że inne koleżanki muszą go ratować, bo sam nie umie się postawić! – wydarł się jeden z napastników.

– Chcesz, to ja ci się postawię! Tknij go jeszcze raz, a załatwię ci taki wpierdol, że własna matka cię nie pozna. Zamierzasz się bić, to wyskocz do równego sobie, a jak się boisz, to ja załatwię ci towarzystwo. – Wyraźnie pewna siebie dziewczyna szybko uciszyła jednego z oprawców.

– Dobra, dajcie spokój, chłopaki, szkoda czasu na tę ciotę! – krzyknął jeden z nich, po czym towarzystwo rozbiegło się po sąsiednich ulicach.

Ja osobiście czułem, że moje policzki płoną. Nie dość, że nie byłem w stanie się postawić, to jeszcze ratowała mnie dziewczyna, niespecjalnie wyższa ode mnie, na dodatek bardzo ładna.

– Ty, mały, jak chcesz chodzić do szkoły średniej, to musisz umieć się postawić, nie będę tutaj zawsze. Został mi tylko jeden rok, a niewiele dziewczyn ma tyle odwagi co ja – powiedziała z wyraźną dumą w głosie. – Jestem Kaśka.

– To nie odwaga jest tutaj problemem, ale paraliż, który mnie przenika w kontakcie z tą samą płcią.

Kaśka spojrzała na mnie wzrokiem pełnym zrozumienia, tak jakby właśnie powstała nić łącząca nasze umysły.

– Co powiesz na wspólną kawę? – zagadała z uśmiechem.

Tak zaczęła się nasza przyjaźń. Kaśka była utożsamieniem wszystkich cech kobiecych, których nie widziałem u mojej matki. Już jako dziewiętnastolatka była piękną, wysoką kobietą, z długimi, falującymi, brązowymi włosami, które dodawały jej pewnego rodzaju szyku i klasy. Była pewna siebie, odważna, po prostu wiedziała, czego chce. W krótkim czasie dowiedziałem się, że po szkole średniej chce iść na zarządzanie, aby jak najszybciej odrobić praktyki w firmie swojego ojca. Kaśka kierowała się w życiu dewizą, że aby coś osiągnąć, należy działać i iść naprzód, a pomysł, jak to zrobić, pojawi się sam.

Dzięki temu w późniejszych latach osiągnęła wszystko to, co sobie założyła, zostając zastępcą dyrektora w firmie produkcyjnej, gdzie odpowiadała za strategię marketingową większości produktów wychodzących na rynek zagraniczny.

Znajomość z Kaśką była dla mnie bardzo cenna również w kontekście wizerunkowym. Jeszcze w szkole, chcąc nie chcąc, stała się najbliższą mi osobą spośród tych, z którymi spędzałem czas. Ludzie zaczęli nas identyfikować ze sobą, podejrzewając o bliższe relacje. Co w kontekście dalszego rozwoju wydarzeń było dla mnie bardzo cenne. Zapobiegło też wielu nieprzyjemnościom, na które wcześniej byłem narażony.

Jeszcze zanim poszedłem do liceum, podejrzewałem, że ze mną jest „coś” nie tak. Mój paraliż podczas kontaktów z innymi chłopcami wynikał nie tyle z braku chęci nawiązywania relacji, co z patrzenia na nich inaczej niż na kobiety. Z czasem zacząłem zauważać, że męska sylwetka jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjna niż kobieca, innym razem, że moje fantazje seksualne, które mimo wszystko mimochodem sam wywoływałem, coraz bardziej skupiają się na mężczyznach. Wypierałem tę myśl, mówiąc sobie, że to niemożliwe, to tylko nic nieznaczące myśli. Ja, chłopak z katolickiego domu, gdzie homoseksualiści lądowali w ostatnim kręgu piekła, zaraz za widłami Lucyfera, nie mogę być „inny”.

Sytuacja zmieniła się, gdy którejś nocy świadomie zacząłem się masturbować z myślą o chłopaku ze szkoły. Mimo że pierwszy raz sprawiło mi to prawdziwą przyjemność, zaraz potem poczułem ogromne wyrzuty sumienia. To był moment, w którym stwierdziłem, że nie poradzę sobie z tym problemem i uznałem, że muszę z kimś pogadać. Wiedziałem z kim, tą osobą musiała być Kaśka.

– Muszę ci coś powiedzieć – wyznałem jej podczas jednego z naszych spotkań.

– Antek, wal, wiem o tobie wszystko. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać.

– Wiem, tylko… ja chyba sam do końca nie ufam sobie. W każdym razie nikt o tym nie wie i nie może wiedzieć – dodałem po chwili.

Kaśka popatrzyła na mnie swoimi bystrymi oczami. Znałem to spojrzenie, było dokładnie takie samo jak pierwszego dnia, kiedy zauważyłem w jej oku dziwną nić porozumienia.

– Myślę, że wiem, co chciałbyś mi powiedzieć, czekałam na to.

– Naprawdę wiesz?

– Jezu, Antek, wykrztuś to z siebie, to naprawdę nie jest nic złego.

– Ja… Ja chyba jestem dziwny, to znaczy myślę, że jestem pedałem.

– No Antek, to muszę przyznać, że jednak mnie zaskoczyłeś, a mimo wszystko myślałam, że to niemożliwe.

– Zaskoczyłem? O Boże, to znaczy ja nie wiem, ja tylko się zastanawiam, to samo przychodzi, nie odwracaj się ode mnie, potrzebuję cię bardzo – powiedziałem przerażony.

– Ty to jednak jesteś dzieciak, co dziwne, bo w twoim wieku powinieneś mieć już twardszy tyłek. Nie zaskoczyłeś mnie tym, że, jak to mówisz: „jesteś dziwny”. Wiem to od dawna, zaskoczyłeś mnie tym, że sam siebie nazywasz w taki sposób!

– To znaczy jak?

– Nie jesteś pedałem, nie ma kogoś takiego! Jesteś gejem, rozumiesz? I zabraniam ci tak mówić o sobie, jesteś cudownym chłopakiem, ciepłym i wrażliwym. Wiedziałam o tym już od pierwszego dnia, kiedy cię poznałam, i wiedziałam, że nie przyjdzie ci to łatwo, dlatego unikałam tej rozmowy. Uznałam, że sam musisz do niej dojrzeć. Ale zrozum, że to nic złego, masz prawo kochać tak samo, jak każdy, znam wielu gejów. Nigdy nie daj sobie wmówić, że jesteś pedałem! – zakończyła z uśmiechem na twarzy.

Ja jednak spojrzałem na nią wzrokiem pełnym przerażenia, chyba nie spodziewała się takiej reakcji, ponieważ mina momentalnie jej zrzedła.

– Ty nic nie rozumiesz, nie rozumiesz po prostu, ja nie mogę być gejem, co powiedzą moi rodzice, co powie mój ojciec, przecież to nie mogę być ja – szczerze przyznałem się do moich obaw.

– Antek, czuję się, jakbym rozmawiała z małym dzieckiem, a przypominam ci, że jesteś tylko dwa lata ode mnie młodszy. Za chwilę będziesz dorosły, lubię twoich rodziców i naprawdę uważam, że to cudowni, dobrzy ludzie. W końcu wychowali cię na tego, kim jesteś, ale oni już swoje życie przeżyli, a to, że jesteś gejem, nie jest twoją winą. Ja wolę facetów, ty też, taki już jesteś i musisz to zaakceptować. Pamiętaj, nigdy nie walcz sam ze sobą, bo zawsze przegrasz!

Pomimo tej rozmowy świadomość siebie nie przychodziła mi łatwo, nie pomagał mi świat, w którym się wychowywałem i w którym nauczyłem się żyć. Wkrótce Kaśka skończyła szkołę, a ja zostałem w niej sam i chociaż często się widywaliśmy, zawsze unikałem tego tematu, próbowałem wypierać myśl, że mogę być „inny”. Szukałem dziewczyny, umawiałem się na denne randki i nigdy nie utrzymałem relacji z kobietą dłużej niż miesiąc. Jednocześnie myśl, że mogę być gejem, nawiedzała mnie jak przerażający demon, który czekał tylko na uśpienie mojej czujności.

W domu temat homoseksualizmu nie istniał, czasem mam wrażenie, że moja matka w ogóle wyparła świadomość istnienia takich osób, ojciec z kolei żywił do nich szczerą nienawiść. Przy jakiejkolwiek wzmiance w telewizji zawsze wysyłał litanie epitetów o wynaturzeniu i chorych ludziach, których powinno się izolować, aby nie panoszyć zarazy.

Pamiętam, że pewnego dnia oglądaliśmy świąteczną komedię, w której pojawiła się wzmianka o związku dwóch mężczyzn. Choć scena przedstawiająca tę parę była bardziej wzruszająca i romantyczna niż zabawna, ojciec dostał spazmatycznego napadu śmiechu.

– Antek, ty widzisz, jakie błazny? Jak można było zepsuć tak dobry film? – Spojrzał tylko na mamę, która momentalnie potwierdziła jego słowa, po czym zwrócił wzrok zaniepokojony w moją stronę. – Nie zgadzasz się ze mną, Antek? Może ci się to podoba? – wyraźnie naciskał.

– Uważam, że każdy ma prawo do miłości w sposób, jakiego sam potrzebuje – powiedziałem zupełnie spokojnym tonem. Ojciec zaniemówił, matce momentalnie napłynęły do oczu łzy.

– Chcesz mi powiedzieć, że tobie podobają się tacy zboczeńcy?! A może sam byś chciał takiego brudasa?! – Wówczas sprawiał już wrażenie rozjuszonego lwa.

– Przecież oni nie odziedziczą Królestwa Bożego – wtrąciła się matka głosem pełnym szczerego przerażenia.

– Antek, posłuchaj mnie, dopóki mieszkasz w tym domu, żyjesz na moich zasadach, chcesz iść na studia, to wybij sobie takie pierdoły z głowy, a tak w ogóle to zjeżdżaj mi z oczu do książek, zamiast oglądać takie bzdury! – Ojciec po raz kolejny dał popis braku akceptacji dla odmiennego sposobu myślenia.

Od tego czasu nigdy nie poruszałem ponownie tego tematu. Zgodnie uznaliśmy, że ta kwestia nie istnieje, nie tylko w domu, ale i we wszelkich momentach, kiedy mogła wrócić. Wkrótce skończyłem szkołę średnią, dostałem się na studia i skupiłem się na nauce. Zdana matura oznaczała jednak coś więcej niż tylko świadectwo dojrzałości. Wraz z tym faktem nastąpił u mnie przełom świadczący o pogodzeniu się ze swoją orientacją, jednocześnie nie chciałem nikogo mieć. Uznałem, że lepiej być samemu i chociaż nadal łaknąłem faceta i to bardziej niż wcześniej, swoje pragnienia zostawiłem tylko dla siebie. Nawet z Kaśką nie rozmawiałem na ten temat. Czasem miałem wrażenie, że podczas wspólnych spotkań łapała mój zwieszony wzrok na jakimś mężczyźnie, który wyjątkowo mi się spodobał, jednocześnie nigdy nie naciskała na rozmowę.