Człowiek obiecanyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2016

Copyright © Paweł Majka, 2010

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 Dmitry Glukhovsky, 2009

Projekt okładki Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Redakcja

Piotr Mocniak

Korekta

Pracownia 12 A

Konwersja

Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65315-88-5

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90 biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis twitter.com/insignis_media (@insignis_media) instagram.com/insignis_media (@insignis_media) Snapchat: insignis_media

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Potem nie potrafił sobie zbyt wiele przypomnieć. A przecież jego dawni towarzysze pomagali mu, jak mogli. Najpierw tylko zadawali pytania. Gdy to nic nie dało, bo zamiast odpowiadać, potrząsał głową i poddawał się atakom histerycznego śmiechu, zaczęli go bić. Pierwszego ciosu prawie nie poczuł, uderzenie dłonią w policzek miało go tylko rozbudzić i uświadomić mu, że powinien traktować sprawę równie poważnie jak ci, którzy przyszli go wysłuchać.

Zdaje się, że rozzłościł ich, gdy znowu się roześmiał. Nie rozumieli, że ani mu w głowie z nich kpić. Bardzo chciał im wszystko opowiedzieć, bo w ten sposób również sobie wyjaśniłby, co właściwie się stało. A przecież pamiętał tylko przebudzenie: jak leży na poboczu, bolą go plecy i głowa i nie może przestać się śmiać.

Po pierwszym uderzeniu posypały się kolejne. Bili coraz mocniej, zapamiętale. Głównie ze złości i frustracji. Gdy wywrócił się razem z krzesłem, do którego go przywiązali, nie podnieśli go, ale zaczęli kopać. Już nie zadawali pytań, tylko go wyzywali. Aż reszcie ktoś rozsądniejszy musiał wpaść między nich i siłą odciągnąć od więźnia.

Wtedy podarowano mu nieco wytchnienia. Przyszedł nawet lekarz. Pomamrotał coś, nawet nie spróbował łagodzić bólu, tylko opatrzył rany. Więzień zemdlał, gdy przemywano mu głębokie rozcięcie na plecach spirytusem.

Gdy się ocknął, znów zadano mu pytania. Podczas tej jednostronnej rozmowy zerwano mu paznokcie z trzech palców lewej stopy. Tracił przytomność za każdym razem, a gdy ją odzyskiwał, nadal potrafił tylko się śmiać. A przecież bardzo się starał tego nie robić. Ten śmiech doprowadzał go do szału, sprawiał ból niemal równie wielki jak tortury. Wydawało mu się, że każdym spazmem histerycznego rechotu jego organy wewnętrzne są szarpane i rozrywane. Nabrał pewności, że zabije go albo ten śmiech, albo gniew przesłuchujących.

Nie wiedział, ile czasu minęło. Może kilka godzin, a może dzień? Ledwie odzyskał przytomność tego, a może już następnego wieczora – trudno to było ocenić w ciasnej, podziemnej klitce – wepchnęli mu w usta kawał sztywnej szmaty, stopy włożyli do miski z wodą i spróbowali przywrócić pamięć i rozsądek, rażąc prądem.

Osiągnęli tylko tyle, że przestawał się śmiać, gdy jego układ nerwowy płonął od przeciążeń. Nadal nic nie pamiętał.

Wtedy się naradzili. Rozmawiali tak głośno, że nawet on ich usłyszał i zrozumiał. I przestraszył się po raz pierwszy, bo groza tego, co miało nadejść, przebiła się nawet do jego oszołomionego mózgu, który przez cały ten czas trwał pomiędzy ciemnością a histerią.

Tamci kłócili się zawzięcie. Więzień kibicował frakcji obawiającej się, że ostatni, rozpaczliwy sposób, którego chcieli się chwycić, może nieodwracalnie zniszczyć mu umysł. W końcu jednak ulegli. Dali się przekonać nieustępliwością przesłuchiwanego, którą fałszywie interpretowali, a także pokusie, by poeksperymentować na nowy sposób. Uważali się za naukowców, zbawców ludzkości – nie za oprawców.

Przyprowadzili niuchacza.

Więzień nie pamiętał dokładnie, czym było to stworzenie, wiedział tylko, że miał się czego bać. Ale gdy poczuł zimne, oślizgłe dotknięcie myśli tamtego, gdy głód tamtej istoty stał się przez chwilę jego głodem, przypomniał sobie wszystko.

Najpierw niuchaczy. Ofiary eksperymentów, jakie Kombinat przeprowadzał od tygodni, starając się wycisnąć ile się tylko da z potencjału jeńców. Spieszono się, bo najcenniejszy z nich umierał. Nie rozumiano, dlaczego tak się działo – wszak rany, jakie mu zadano, nie były śmiertelne. Ale szybko stało się jasne, że nie pozostało mu wiele czasu.

Utrzymywano go w stałym oszołomieniu, a równocześnie starano się tresować podając narkotyki i uzależniając go od nich. A potem zaczęto przyprowadzać do niego innych jeńców, a jego zmuszać, by zmieniał ich wedle życzeń zarządu Kombinatu. Większość popadała w szaleństwo, kilku próbowało zabić jeńca albo strażników. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę robił z umysłami ofiar. Nie była to już prosta, czysta jednomyślność. Kombinatowi chodziło o osiągnięcie ciekawszych efektów.

Poniekąd się to udało. Wprawdzie ginęło dziewięciu na dziesięciu z tych, których poddano wpływowi naćpanego po uszy, konającego Króla, ale ci, którzy przeżyli, zmieniali się w interesujące bestie. Berserkerów musiano wprawdzie cały czas trzymać w klatkach, bo ich szały bojowe były całkowicie bezrozumne, ale niuchacze zachowali nieco inteligencji. Byli spokojni i potulni.

Gdy Król zmarł, poszatkowano jego ciało. Podobno próbowano nawet wszczepiać fragmenty jego mózgu niektórym jeńcom, ale to musiały być legendy. Nikt w Kombinacie nie znał się na neurochirurgii. Wszyscy ci mieniący się naukowcami ludzie tak naprawdę działali na ślepo. Nie byli ludźmi nauki, ale dziećmi nieznającymi odpowiednich metod i nieposiadającymi odpowiednich narzędzi. Nie tyle prowadzili badania, ile bawili się w wyjątkowo okrutny sposób.

Co nie zmieniało faktu, że niuchacze im się udały.

O ile przesłuchiwany wiedział, istniało ich tylko trzech. Jeden rozwiewał właśnie mgłę w jego umyśle. I nagle przesłuchiwany przypomniał sobie swoje imię. Mikołaj. Dowódca tramwaju bojowego Kombinatu.

Potem poszło już gładko. Pobudzony przez niuchacza mózg Mikołaja przywołał obrazy, które ktoś starał się ukryć albo może wymazać.

Jeńcowi przypomniała się młoda dziewczyna w zaawansowanej ciąży, która przyszła do niego pewnego poranka. Nie powinna się ruszać ze swojej celi, trzymano ją przecież pod strażą. Ale mężczyźni, którzy mieli jej pilnować, przyszli razem z nią. Twarze mieli wykrzywione w nienaturalnych uśmiechach, a wzrok nieobecny. To wtedy Mikołaj poczuł w mózgu to dziwne dotknięcie, nieco przypominające jednomyślność, ale trochę jednak odmienne. Dziewczyna, która nie powinna mieć aż tak wielkiego brzucha, bo przecież minęły ledwie dwa miesiące, odkąd ją schwytali, coś mówiła. Że jest w niebezpieczeństwie, że dziecko, że śmierć, że eksperymenty… Mikołaj ledwie ją słyszał, bo umysł wypełniały mu obrazy bólu i śmierci. Poczuł cudzy lęk i przepełniło go cudze pragnienie ucieczki. A także tęsknota za czymś, czego nie rozumiał. Dojmująca i nieznośna, sprawiająca, że zapragnął natychmiast rzucić się do ucieczki, biec przed siebie, jak najdalej od Kombinatu i Nowej Huty, gdzieś daleko ku wielkiej budowli strzeżonej przez potwory, które w tamtej chwili wydawały mu się braćmi. Gdy dziewczyna wyjaśniła wreszcie, czego oczekuje, usta Mikołaja otwarły się, a tramwajarz usłyszał własny głos oznajmujący, że oczywiście, że pomoże, że zrobi wszystko, czego oczekują. Ona się uśmiechnęła, a umysł Mikołaja na moment ogarnęło uczucie niewyobrażalnej błogości.

Następne, co mu przypomniano, to jak przemykali się ku bramom Kombinatu. Strażnicy, którzy zmienili się w gwardię dziewczyny, zarżnęli wartowników, a potem, zupełnie kretyńsko, wszczęli alarm, strzelając z kusz na wszystkie strony, do kogo popadło. Mikołaj rozpędzał już wtedy tramwaj. Pomagali mu obcy ludzie, zupełni dyletanci. Ale udało się. Gdy obstawa dziewczyny ginęła, oni już śmigali w stronę centrum.

Kombinat rzucił na nich wszystko, czym dysponował. Nawet więcej niż do bitwy przeciwko hordzie Króla. Gdy Mikołaj zdał sobie sprawę, że utracili wszelkie szanse, że pościg z pewnością ich dopadnie, roześmiał się szaleńczo, zakręcił gwałtownie tramwajem, wbijając się w opuszczony posterunek Federacji Schronów Nowej Huty znajdujący się naprzeciw starego kina, o który Federacja tak niedawno toczyła rozpaczliwe boje z szarymi. Metal rozorał dyktę, rozłupał drewno, roztrzaskał surogat podmurówki z fragmentów płyt chodnikowych, ale nie podołał postawionej na sztorc szynie stanowiącej oś posterunku. Cenny pojazd zatrzymał się na niej, stęknął, a potem odbił w prawo i gubiąc równowagę, stoczył się w rów, który był niegdyś jednym z tuneli wykopanych przez ludzi, zniszczonym po bitwie z hordą. Kombinat nakazał rozkopanie części korytarzy, by światło wywabiało niedobitki oszalałych ludzi i zwierząt.

Gdy go dopadli, Mikołaj leżał we wraku rozbitego tramwaju i śmiał się histerycznie.

Dopiero teraz, dzięki pracy niuchacza, przesłuchujący pojęli przyczyny tego śmiechu.

– Oszukała go – głos mężczyzny, w którego niedźwiedziowatej posturze Mikołaj rozpoznał Pitalę, kapitana Straży Wewnętrznej, brzmiał zarazem jak warczenie i jak jęk. – Oszukała nas wszystkich.

 

Wtedy także Mikołaj zrozumiał. Tej dziewczyny, Ewy, nie było w jego tramwaju. On miał tylko odciągnąć pościg, zaangażować wszelkie siły Kombinatu, żeby zdołała uciec inną drogą. Wszystko pozostałe było ułudą oszukanego umysłu. Znów, jak wtedy gdy roztrzaskał tramwaj, zaczął się śmiać.

– Co z nim? – zapytał jeden z oprawców.

– Biedny dureń. Ale oficjalnie zdrajca. Jeżeli nie jest wam już potrzebny, możemy zrobić tylko jedno – odparł Pitala.

– Niuchacze mogliby się nim pobawić – zaproponował ktoś. – Zawsze jest szansa, że dowiemy się czegoś nowego.

– Zatem niuchacze – zdecydował Pitala i wyszedł. A wraz z nim wszyscy, poza tymi, którzy mienili się naukowcami.

Zachęcony niuchacz znów wtargnął w umysł Mikołaja, wyszukując wszystkie wspomnienia i tęsknoty, lęki i każdą zawstydzającą mężczyznę chwilę, o jakiej ten starał się zapomnieć. A Mikołaj śmiał się mimo to. Śmiał się, bo uznał, że wszyscy zostali oszukani na dziesiątki sposobów i że to dopiero początek kłopotów.

Aż wreszcie niuchacz dotarł do echa owej tęsknoty, którą Mikołaj poczuł podczas kontaktu z dziewczyną. I teraz potwór zatrząsł się ze zgrozy, bo dopadła go niezrozumiała dla człowieka tęsknota, by w mgnieniu oka wypełnić go niczym ogień, którego nic nie zdoła ugasić.

Niuchacz odskoczył od Mikołaja. Ku zdumieniu i przerażeniu swoich twórców uciekł w kąt pokoju przesłuchań, skulił się i zaczął przejmująco skowyczeć.

A Mikołaj śmiał się coraz głośniej i gwałtowniej. Wbrew sobie, bezmyślnie. „Naukowcy” spoglądali to na niego, to na niuchacza, aż wreszcie uciekli, zostawiając obu z ich szaleństwem.

Część pierwsza

Człowiek obiecany

Rozdział 1

Najważniejsza na świecie jest miłość.

To znaczy zaraz po jedzeniu, piciu i paru solidnych tonach żelbetonu nad głową, zapewniających bezpieczeństwo przed zabójczym wiatrem ze wschodu oraz apetytami nocnych. Gdy człowiek ma już wszystko to, co zapewni mu przeżycie, zaraz zaczyna mu brakować czegoś więcej. I wtedy, jeśli ma pecha albo szczęście, pojawia się miłość.

Szurnięty Stach siedział w swoim bezpiecznym i wcale nieźle zaopatrzonym „pałacu”, gapiąc się na kartkę papieru, na której nabazgrał portret ukochanej. Jajowata głowa przykryta na czubku czymś, co równie dobrze mogło być włosami, jak i ośmiornicą, upiększona została twarzą składającą się wyłącznie z ogromnych oczu i ust. Nawet ktoś tak bezkrytyczny wobec siebie jak Stach musiał przyznać, że kompletnie nie radzi sobie z rysowaniem nosa. Zrezygnował więc z niego. Bezpośrednio spod głowy wyrastała para ogromnych piersi, pod którymi od razu rozkwitał bujny krzew trójkątnego bohomazu. Całość nie przypominała człowieka, nawet wedle dość zaniżonych po Pożodze standardów, jednak siła wyobraźni i wspomnień Szurniętego Stacha pozwalała mu widzieć ukochaną, tak jak ją zapamiętał, ilekroć spojrzał na portret.

„Ninel” – szeptał, a zafałszowane przez szaleństwo i upływ czasu wspomnienia napływały natychmiast i znów widział najpiękniejszą kobietę świata tańczącą z nim w ramionach, całującą go namiętnie bądź spoglądającą na niego pełnymi miłości oczami. Stach nie widział powodu, by nie ubarwiać nieco wspomnień, tak jak ubarwiał swoje spojrzenie na cały otaczający go świat. Dawno już uznał, że skoro rzeczy nie zawsze są takie, jakie być powinny, można trochę pomóc rzeczywistości wyobraźnią. Dzięki temu mógł „pamiętać” wiele upojnych chwil z Ninel, szaloną wojowniczką, która przybyła do niego, by przenocować w jego „pałacu” i na zawsze skraść mu serce. Popijał więc wino zrobione przez popielnych i po raz kolejny przeżywał wszystkie te upojne chwile, które nigdy nie miały miejsca, a które niespodziewanie przydały jego życiu sensu.

Ostatnie miesiące nie były dla Szurniętego najlepsze. Jeden prawie cały spędził, kryjąc się przed łowcami Kombinatu. Nie dość, że najpierw przez okolicę przetoczyła się horda jednomyślnych, porywając niemal wszystkich, którzy nie zdążyli przed nią uciec, to potem, po dwóch tygodniach względnego spokoju, Kombinat postanowił wyłapać niedobitki.

Gdy zagon hordy przebiegł przez ruiny, Szurnięty Stach także poczuł dotknięcie jednomyślnych. Przepełniony obietnicami zew dotknął jego umysłu i odbił się od niego. Choć samozwańczy dziedzic imperium Konopków pozostawał dla jednomyślności niczym otwarta księga, równocześnie na swój sposób był na nią odporny. Wzruszył więc ramionami i wygnał hordę ze swoich myśli wyobrażając sobie, jakby to było fajnie przetrzebiać ją wraz z Ninel.

Z łowcami Kombinatu nie poszło mu już tak łatwo. Dzięki wziętym do niewoli popielnym ci z Kombinatu dowiedzieli się o istnieniu Szurniętego Stacha, jego powiązaniach z Farmą Konopków mieszczącą się w podziemiach Szpitala Rydygiera, a także o większości jego kryjówek. I choć znaczna część popielnych utrzymywała, że Stach zmyślił wszystko, co opowiadał o Konopkach, to jednak ktoś w Kombinacie uznał, że gra jest warta świeczki.

A to dlatego, że Konopkom udało się oprzeć tak hordzie, jak i Kombinatowi. Hordzie być może dzięki temu, że Farmę ominęła główna fala jednomyślnych. Kombinatowi zaś dzięki silnym umocnieniom, fanatyzmowi wyhodowanych na Farmie wojowników i strategicznemu sojuszowi z tymi, których Ninel nazywała faszystami. Szalony Stach też zaczął ich tak nazywać, ale nigdy nie robił tego w obecności tych ogolonych na łyso, wytatuowanych w dziesiątki starożytnych, pogańskich symboli i zawsze uzbrojonych po zęby osiłków. Zdaniem Stacha musieli być szaleni oddając cześć rozmaitym Perunom i Swarożycom – bóstwom, które wymarły wieki przed Pożogą. Nie można jednak było odmówić łysolom skuteczności.

Nieustępliwość Farmy sprowadziła na Stacha kłopoty. I choć czuł się mile połechtany faktem, że wreszcie ktoś uwierzył w jego królewskie pochodzenie, sukces ten oznaczał, że musiał na jakiś czas porzucić pałac i ukrywać się w plątaninie podziemnych korytarzy, które kopał przez ostatnie dwanaście lat. Łączył je czasem potajemnie z korytarzami popielnych, tworząc szalony labirynt, w którym tylko on się orientował. A i to nie zawsze.

Przez dwa tygodnie spał w paskudnych, śmierdzących ziemiankach, marząc o powrocie do swego pałacu. A gdy wreszcie łowcy Kombinatu skapitulowali i Szurnięty Stach mógł wrócić do domu, ten wydał mu się pusty i ponury. Nie dlatego, że ci z Kombinatu ukradli wszystko, co celowo zostawił niepoukrywane, by wydawało im się, że odnieśli nie wiadomo jaki sukces. Szurnięty raz-dwa otworzył nietknięte, sprytnie zamaskowane schowki i w ciągu godziny ponownie napełnił wszystkie pomieszczenia śmieciami, które tak kochał. A jednak nie był szczęśliwy, bo wciąż tęsknił za Ninel.

Męczył się przez kolejny miesiąc. Od faszystów dowiedział się o wielkiej bitwie i upadku hordy oraz Federacji i Muzeum. Świat najwyraźniej bardzo się zmienił i Szurnięty czuł, że jego ukochana musiała mieć z tym wiele wspólnego. Spróbował dowiedzieć się czegoś o niej na Farmie, ale tam albo rzeczywiście nic nie wiedzieli, albo ukrywali przed nim prawdę. Wartownicy, którzy tym razem nie przepuścili go przez bramy, i owszem, zainteresowali się Ninel i oświadczyli, że patriarcha z pewnością zapłaciłby dobrą cenę za tak silną i zdrową kobietę. Stach sklął ich i odszedł. Przez kolejny tydzień przeżywał męki, aż wreszcie uznał, że dłużej tak nie może, i podjął decyzję.

Wyruszy szukać Ninel.

Nigdy dotąd nie zapuszczał się dalej niż pół dnia drogi poza pałac. Żył z tego, co udało mu się znaleźć bądź ukraść, ze sprzedaży popielnym nic niewartych śmieci, które potrafił łączyć na cudaczne sposoby, tworząc zabawki oparte na dźwigniach i wiatrakach. Popielni uważali, że miały one działanie magiczne, i płacili za nie żywnością i alkoholem. Czasem Stachowi udawało się od nich wykupić jakąś w miarę zdrową dziewczynkę, za którą dostawał dobrą cenę na Farmie. Podróżował niechętnie, przyjmując nie bez racji, że dłuższe wędrówki zawsze wiązały się z niebezpieczeństwem.

Dlatego przygotował się starannie. Wygrzebał plecak turystyczny, prawdziwy skarb ze starych czasów, zaopatrzony w porządne szelki i pasy, które dawały się regulować i zapinać, by lepiej trzymał się ciała. Zapełnił go jedzeniem poupychanym w starych puszkach, drzazgami na opał, kilkoma butelkami wódki na handel, dwoma butelkami oleju do lampy i jeszcze paroma drobiazgami, do których był przywiązany. Przypiął jeszcze śpiwór i namiot. Co do tego ostatniego nie miał pewności, czy jeszcze się do czegoś nadaje i czy w ogóle będzie umiał go rozbić. Od dnia kiedy się znalazł w jego rękach, nie wyjmował go nawet z ochronnej folii, na której wciąż pozostała naklejka z ceną.

Podniósł plecak i prawie upadł pod jego ciężarem. Westchnął. Co też z człowiekiem wyprawia ta miłość! Napił się wódki dla nabrania sił i jeszcze raz spróbował wstać. I tym razem dał radę.

Po kilku minutach czołgania tunelem, w którym na powrót musiał zdjąć plecak, by ciągnąć go za sobą, wyszedł nareszcie na powierzchnię. Pospiesznie zapiął kurtkę pokrytą osłoną z połączonych na gorąco starych worków foliowych, narzucił na głowę głęboki kaptur i założył przyciemniane gogle narciarskie, bo słyszał kiedyś, że letnie słońce potrafi oślepić. Nigdy nie widział świata na zewnątrz bez osłony, która przytłumiała kolory, toteż bez względu na pogodę wydawał mu się on nieco ciemniejszy i bardziej ponury. Jego pałac był zdecydowanie przyjemniejszym miejscem.

Obrócił się jeszcze raz, by spojrzeć na swoją siedzibę. Westchnął. Jaki to pech, że miłość była jednak najważniejsza na świecie, ważniejsza nawet od jedzenia, picia i bezpieczeństwa, jaką dawał porządny schron. Łyknął znów wódki z manierki i wyruszył na poszukiwania ukochanej. Wiedział, że Ninel musi gdzieś na niego czekać i tęsknić równie mocno jak on. Spodziewał się zastać ją w niewoli u jakichś wyjątkowo wrednych drani (oby nie u kanibali, nie wiedział, jak poradziłby sobie z kanibalami, których bał się szczególnie). Wydawało mu się, iż to nawet dobrze, że będzie mógł ją uratować i ostatecznie zasłuży sobie na jej dozgonne oddanie.

Na początek skierował się ku siedzibie czerwonych. Skoro Ninel była komunistką, może wiedzieli coś o jej losie? Wprawdzie faszyści utrzymywali, że cała komuna została porwana przez hordę, ale Szurnięty Stach nie wierzył im w tej sprawie. Jeśli Pożoga i wszystkie następujące po niej katastrofy czegoś go nauczyły, to tego, że zagłada nigdy nie jest ostateczna. Zawsze coś zostawało. Niedobitki, które starały się odtwarzać cywilizację, albo przynajmniej jakieś łupy do zebrania.

Zerknął odruchowo na niebo i zamarł. Dwa ciemne punkty szybowały tam po nierównych, ale wyraźnie celowych trajektoriach. Ptaki! Nie potrafił ocenić, czy to drapieżniki. Instynkt podpowiadał mu, że powinien natychmiast poszukać schronienia, że tam gdzie są dwa ptaki, zaraz może pojawić się całe ich stado. A jednak nie ruszył się z miejsca.

Pamiętał czas, gdy niebo wydawało się miejscem pełniejszym życia niż ziemia. Choć Pożoga i je obróciła w ruinę, oczyściło się szybciej. Miasta wciąż pokryte były pyłem, budynki nie podniosły się z upadku, a ludzie prawie w nich już nie mieszkali, preferując piwnice, schrony i wąskie, ciemne korytarze, na wykopanie których mieli dwa dziesięciolecia. Nikt nie budował już domów próbujących sięgnąć nieba, nikt nie wysyłał samolotów ponad chmury. Nawet wszechobecne niegdyś sygnały radiowe nie krążyły teraz w powietrzu.

Przetrwały tam tylko owady i ptaki. Kiedy opadł zabójczy pył, powróciły na odnowione niebo i zajęły je na wyłączność. Zamiast jednak stać się znakiem odnowy, okazały się jeszcze jednym symbolem klęski ludzi – istot, które same sobie odcięły skrzydła.

A jednak ludzie przetrwali. I może udało im się nawet lepiej niż ptakom, bo tych było teraz niewiele na nowohuckim niebie. Do dwóch przyglądających się Szurniętemu Stachowi nie dołączyły następne. Nie pojawiło się żadne stado. Najpierw Król zgarnął dla siebie wszystkie, tak jednomyślne, jak i niejednomyślne, a potem Kombinat wybił te, które nie zdołały uciec.

Natchniony wiarą w zdolności przystosowawcze ludzkości, opierającą się między innymi na wybitnej zdolności zabijania wszystkiego, co ośmielało się żyć w jej pobliżu, Szurnięty Stach zmierzał ostrożnie ku terenom Nowej Huty, których nigdy dotąd nie odwiedzał, a które znał jedynie z opowieści. Wiedział na przykład, że powinien trzymać się z dala od ronda Czyżyńskiego, gdzie mieszkali kanibale, oraz że lepiej uważać na siebie w okolicach Teatru Ludowego, największego legowiska nocnych. Do Ronda nie zamierzał się zbliżać, natomiast teatr postanowił minąć, cały czas się czołgając. Zmarnował przy tym mnóstwo czasu i sił, kompletnie nie radząc sobie z sinymi pnączami, porastającymi tę okolicę znacznie ściślej i gęściej niż siedliska plemienia Wandy, w którego sąsiedztwie mieszkał. Klął na czym świat stoi, przebijając się przez ten gąszcz, i tak w nim zmitrężył, że ani się obejrzał, a zastała go w nim noc. W samym środku terytorium upiorów!

 

– Coś musisz teraz zrobić, brachu – szepnął sam do siebie, gdy dotarły do jego uszu pierwsze niepokojące odgłosy, świadczące, ze nocni zaczęli wychodzić ze swoich dziennych kryjówek. – Myśl szybko, albo przepadniesz!

Jakkolwiek jednak wysilał umysł, zdobył się tylko na to, by skulić się wśród pnączy i wstrzymywać oddech na tak długo, jak to tylko możliwe, by czynić jak najmniej hałasu. Bał się, że jeśli choćby drgnie, tamci mogą go usłyszeć. Nie obawiał się natomiast, że wyczują jego zapach. Podczas przedzierania się przez siny las rozeźlony przeciął kilka pnączy, a one mściwie spryskały go cuchnącym sokiem. Pachniał więc teraz jak siny las. W myślach pobłogosławił swą zapobiegliwość i spryt, natychmiast uznając, że ów atak złości, podczas którego siekł wszystko w okolicy starą, kupioną od faszystów maczetą, był w istocie zaplanowanym atakiem, efektem słynnej przemyślności Szurniętego Stacha.

Teraz bał się choćby sięgnąć po maczetę spoczywająca w pochwie przypiętej do pasa. To przecież także byłby jakiś ruch, a ruch mógł stać się zalążkiem dźwięku.

Leżał więc, drżąc na całym ciele. Pierwszy raz przebywał nocą poza bezpiecznym schronieniem, na zewnątrz, pod gołym niebem, z którego również dobiegały ciekawskie pokrzykiwania jakichś istot. Odkrył, jak pełen dźwięków jest nocny świat. W dzień nie dobiegało ich aż tyle, jakby światło tłumiło je w jakiś magiczny sposób. Gdy zabrakło słońca, każdy szelest nabierał mocy i stawał się słyszalny dla Stacha. Słyszał kroki miękkich łap, jakieś popiskiwania, szelest nagle pobudzonych skrzydeł. Prawie krzyknął, gdy jego uszu nagle dobiegło gniewne warknięcie w pobliżu.

Spędził tak całą noc. Czasem zapadał w drzemkę, by zaraz budzić się z niej ze strachu, że coś może go dopaść we śnie. Nic jednak go nie dopadło. Gdy wstało słońce, odczekał jeszcze, aż wzniosło się wyżej, ostatecznie przeganiając noc, i wreszcie spróbował podnieść się z ziemi. Zajęło mu to chwilę, bo przeciw woli Stacha buntowało się całe jego ciało. Łyk wódki rozgrzał go i dodał mu sił. Zdołał usiąść. Potem podczołgał się pod ruiny najbliższego bloku, z ulgą oparł o nie plecy i wyjął z kieszeni kurtki porcję suszonego mięsa, by z satysfakcją zacząć je przeżuwać.

– Nie dopadli cię! – mruknął. – Z wprawą zamaskowałeś się między pnączami, bohatersko nie drgnąłeś przez całą noc. Choć kusiły cię dźwięki szalonych syren, choć podchodzili cię nocni łowcy, nie uległeś pokusie ani strachowi. Wykonałeś plan i przetrwałeś.

W nagrodę za swoje męstwo pociągnął z manierki.

– Teraz powinieneś się przespać. Ale wtedy pewnie będziesz spał do nocy i wszystko się powtórzy. Musisz więc ruszać dalej.

Jęknął, wstając. Noc spędzona w lesie nie należała do relaksujących. Miłość jednak przydała mu sił. Spróbował spojrzeć w niebo w poszukiwaniu ptaków, które widział poprzedniego dnia, ale splątane pnącza przesłaniały mu widok. Wprawiło go to w ponury nastrój. Ruszył szybszym tempem, niż początkowo zamierzał. I choć klął przy każdym kroku, udało mu się je utrzymać.

Nawet nie zauważył, że bał się nieco mniej niż pierwszego dnia podróży. A przez to zrobił się także mniej ostrożny. I przegapił mężczyznę, który wyłonił się z ruin Teatru Ludowego, by ruszyć jego tropem. A przecież był to prawdziwy olbrzym, uzbrojony w charakterystyczny, przesadnie potężny topór. Stach rozpoznałby go natychmiast.

Gdyby tamten chciał, by go dostrzeżono.