Nowa wspaniała przyszłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NOWA WSPA­NIA­ŁA PRZY­SZŁOŚĆ
Nowa, wspaniała przyszłość

Gest ekspiacji

Jes­tem tu­taj, żeby ja­sno i jed­no­znacz­nie za­de­kla­ro­wać: my, Po­la­cy, na­ród pol­ski, też by­li­śmy spraw­ca­mi. Może na­wet więk­szy­mi niż inni – na na­szych oczach za­bi­ja­no i mor­do­wa­no na­szych bra­ci, a my­śmy nic nie ro­bi­li. Pa­trzy­li­śmy bier­nie lub współ­uczest­ni­czy­li­śmy w zbrod­ni. Świa­dom hań­by i nie­go­dzi­wo­ści, jaką po­peł­ni­ła Pol­ska i pol­ski na­ród, nie śmiem bła­gać o wy­ba­cze­nie. Bła­gam o samą moż­li­wość bła­ga­nia – tu głos mów­cy za­ła­mał się, jak­by nie był w sta­nie za­cho­wać spo­ko­ju.

„Pła­cze, on na­praw­dę pła­cze” – po­my­ślał Je­rzy. I od razu po­czuł sa­tys­fak­cję. To było jed­no z naj­lep­szych prze­mó­wień, ja­kie do tej pory na­pi­sał. Pra­co­wał nad nim kil­ka dni. Każ­de sło­wo było wła­ści­wie do­bra­ne, do­szli­fo­wa­ne, wy­cy­ze­lo­wa­ne, pa­so­wa­ło do­sko­na­le do resz­ty. Czuł, że Ro­bert Mró­wa też jest za­do­wo­lo­ny. Sły­chać to było po tem­brze jego gło­su, po tym jak mo­du­lo­wał dźwięk, jak sta­rał się, ni­czym praw­dzi­wy, dra­ma­tycz­ny ak­tor, dać z sie­bie całą du­szę.

– Na­ród pol­ski musi otrzeź­wieć i doj­rzeć. Musi prze­pra­co­wać wła­sne zbrod­nie, nie wy­pie­rać się win. Tak, do­syć uda­wa­nia, że Ho­lo­caust to obca zbrod­nia, do­syć ob­cią­ża­nia nią Niem­ców i Hi­tle­ra. Taka uciecz­ka przed od­po­wie­dzial­no­ścią pro­wa­dzi na ma­now­ce. Dla­te­go te­raz, w imie­niu wol­nej, ra­do­snej, otwar­tej i pro­eu­ro­pej­skiej Pol­ski, śmia­ło biję się w pier­si na­sze­go na­ro­du i wy­zna­ję, że bar­dzo zgrze­szy­li­śmy.

Je­rzy dłu­go się wa­hał, czy użyć tej fra­zy. Z jed­nej stro­ny ide­al­nie pa­so­wa­ła mu do kon­cep­cji. Je­śli pre­zy­dent miał nadać swo­je­mu ge­sto­wi nad­zwy­czaj­ne zna­cze­nie, je­śli miał po­ka­zać, że nie cho­dzi tu o zwy­kłe, prze­cięt­ne, jed­no z wie­lu, sztam­po­we wy­stą­pie­nie, ale o coś prze­ło­mo­we­go, coś, co wszy­scy do­strze­gą, na co zwró­cą uwa­gę świa­to­we me­dia i dzien­ni­ka­rze, na­le­ża­ło nadać sło­wom od­po­wied­nią gra­vi­tas. A tego nie da­wa­ło się zro­bić bez de­li­kat­ne­go choć­by na­wią­za­nia do ję­zy­ka re­li­gij­ne­go. Je­rzy nie zno­sił tej pseu­do­ro­man­tycz­nej ckli­wo­ści, brzy­dził się nią i gar­dził. Jed­nak był też re­ali­stą. Był czło­wie­kiem, któ­ry chciał osią­gnąć wła­ści­wy efekt. Dla­te­go nic lep­sze­go niż to „bi­cie się w pier­si na­sze­go na­ro­du i wy­zna­wa­nie”, sło­wa jaw­nie po­ży­czo­ne ze słow­ni­ka ko­ściel­ne­go, nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. Praw­dę mó­wiąc, za­nim je na­pi­sał, po­szedł na kon­sul­ta­cje do ar­cy­bi­sku­pa Jó­ze­fa Żbi­ka z Po­zna­nia, któ­re­mu dał w se­kre­cie tekst do spraw­dze­nia. Ar­cy­bi­skup Żbik już rok temu zdo­był się na akt ra­dy­kal­nej eks­pia­cji za pol­skie winy – pod­czas ob­cho­dów zbrod­ni w Je­dwab­nem po­ja­wił się bez krzy­ża, za to z żół­tą gwiaz­dą Da­wi­da, i po­wie­dział, że przy­szedł tu jako po­to­mek tych, któ­rzy mo­gli Ży­dów mor­do­wać. Jako po­ten­cjal­ny zbrod­niarz, twier­dził, a jest nim każ­dy chrze­ści­ja­nin, chciał w ten spo­sób przy­naj­mniej wy­ra­zić swo­ją so­li­dar­ność z ofia­ra­mi. Ar­cy­bi­sku­po­wi fra­za Je­rze­go bar­dzo się spodo­ba­ła.

– Tak trzy­mać, tak trzy­mać – po­kle­pał Je­rze­go po ra­mie­niu. – O to cho­dzi.

Od tej pory Je­rzy nie miał wąt­pli­wo­ści, że prze­mó­wie­nie było tra­fio­ne. Te­raz pa­trzył tyl­ko z uko­sa na ar­cy­bi­sku­pa Żbi­ka, któ­ry pod­czas dzi­siej­szych uro­czy­sto­ści re­pre­zen­to­wał cały epi­sko­pat, jak stoi z ocza­mi wbi­ty­mi w zie­mię i jak sku­tecz­nie i nie­odwo­łal­nie na­da­je swo­jej twa­rzy wy­raz żalu, smut­ku, bo­le­ści i nie­szczę­ścia. Tak samo pró­bo­wa­li wy­glą­dać po­zo­sta­li uczest­ni­cy uro­czy­sto­ści, na cze­le z pre­mie­rem An­drze­jem Schi­tem, mar­szał­ka­mi Sej­mu i Se­na­tu oraz całą po­li­tycz­ną świ­tą. Je­dy­nie Wal­de­mar Ku­cza-Ka­my­czek, li­der lu­do­wców, mimo ogrom­nych wy­sił­ków nie po­tra­fił nadać swo­jej twa­rzy od­po­wied­nie­go sku­pie­nia. Naj­wy­raź­niej nie umiał za­pa­no­wać nad roz­la­ny­mi, tłu­sty­mi ry­sa­mi i nie­co tę­pa­wym spoj­rze­niem, tak że to, co mia­ło wy­glą­dać na smu­tek, ro­bi­ło wra­że­nie pro­stac­kie­go za­wa­diac­twa. Co gor­sza, od cza­su do cza­su z naj­wyż­szym tru­dem zwal­czał chęć zie­wa­nia. „Oby tyl­ko ża­den re­por­ter tego nie do­strzegł” – po­my­ślał Je­rzy. Kwiet­nio­we po­łu­dnie było cie­płe, sło­necz­ne, raz po raz po sze­ro­kiej ta­fli pla­cu Zwy­cię­stwa prze­la­ty­wał lek­ki wia­te­rek.

– Tak, to na­sza wiel­ka wina – grzmiał da­lej głos pre­zy­den­ta – i dla­te­go dzi­siaj wła­śnie, w kwiet­niu 2021 roku, na tym miej­scu cier­pie­nia po­sta­no­wi­łem wo­łać o po­ku­tę. Ina­czej niż nasi po­przed­ni­cy – tu po­wiódł zna­czą­co wzro­kiem do­oko­ła, jak­by da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wśród obec­nych za­bra­kło opo­zy­cji – nie będę się li­cy­to­wał i nie będę się wzbra­niał przed za­pła­tą. Mo­ral­no­ści nie moż­na prze­li­czyć na pie­nią­dze, a każ­de ży­cie ludz­kie ma war­tość nie­skoń­czo­ną. Dla­te­go de­kla­ru­ję, że Pol­ska za­pła­ci tyle, ile zo­sta­nie uzna­ne za sto­sow­ne. Ko­niec z obłą­kań­czą pe­da­go­gi­ką chwa­ły. Ko­niec z chlu­bie­niem się wła­sną mocą i po­tę­gą. Po­la­cy doj­rze­li do tego, by sta­wić czo­ło smut­nej praw­dzie. Kto chce być praw­dzi­wym Eu­ro­pej­czy­kiem, do­łą­czy do nas. Do­łą­czy do no­wej Pol­ski. Do­łą­czy do no­we­go na­ro­du, któ­ry przyj­mu­je na sie­bie zbrod­nie i nie­go­dzi­wo­ści, a nie pła­wi się w bez­myśl­nym i pu­stym sa­mo­za­do­wo­le­niu.

W tym mo­men­cie pre­zy­dent Mró­wa prze­rwał prze­mó­wie­nie i pod­szedł do sto­ją­cych obok har­ce­rzy z mi­sa­mi peł­ny­mi po­pio­łu, za­gar­nął z jed­nej nie­co i po­sy­pał gło­wę naj­pierw so­bie, a po­tem ob­szedł po ko­lei sto­ją­cych. Wszy­scy po­kor­nie przyj­mo­wa­li na sie­bie ten znak po­ku­ty. Je­den tyl­ko ar­cy­bi­skup Żbik naj­pierw zgiął się wpół, na­stęp­nie zaś rzu­cił się dra­ma­tycz­nie na ko­la­na i dał so­bie po­sy­pać gło­wę, klę­cząc. Twar­do przy tym i sta­now­czo uni­kał wy­ko­ny­wa­nia ja­kich­kol­wiek nie­przy­jem­nych i nie­wła­ści­wych ge­stów. Je­rzy, któ­ry do naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu opra­co­wał sce­na­riusz uro­czy­sto­ści, po­cząt­ko­wo był w ogó­le scep­tycz­ny co do obec­no­ści ar­cy­bi­sku­pa. Zgo­dził się osta­tecz­nie, kie­dy uzy­skał za­pew­nie­nie, że nie po­ja­wią się ge­sty i sym­bo­le o cha­rak­te­rze chrze­ści­jań­skim. Dla­te­go ar­cy­bi­skup na wszel­ki wy­pa­dek ka­zał so­bie na­wet wcze­śniej przy­wią­zać pra­wą rękę do cia­ła, żeby ma­chi­nal­nie i od­ru­cho­wo nie przy­szło mu do gło­wy wy­ko­nać zna­ku krzy­ża.

Pre­zy­dent Mró­wa wró­cił na swo­je miej­sce i do­koń­czył prze­mó­wie­nie. – Po­sta­no­wi­łem, że jesz­cze w tym 2021 roku w War­sza­wie po­wsta­nie wiel­ki po­mnik hań­by na­ro­du pol­skie­go. Po­sta­wi­my go na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, za­miast zu­ży­te­go już nie­co i wła­ści­wie nie­po­trzeb­ne­go po­mni­ka księ­cia Jó­ze­fa Po­nia­tow­skie­go. Po po­wro­cie do Pa­ła­cu uro­czy­ście ogło­szę otwar­cie kon­kur­su na po­mnik, do któ­re­go za­mie­rzam za­pro­sić pra­cow­nie ar­chi­tek­to­nicz­ne z ca­łe­go świa­ta. Niech żyje Pol­ska, niech żyje praw­da, niech żyje przy­szłość i Eu­ro­pa – za­koń­czył.

Go­dzi­nę póź­niej Je­rzy sie­dział przed kom­pu­te­rem i roz­ko­szo­wał się efek­ta­mi swo­jej pra­cy.

– Chodź, sama zo­bacz – uśmiech­nął się do Aga­ty. Umó­wił się z nią naj­pierw w re­dak­cji „Po­li­ty­ki Kry­tycz­nej”, ale osta­tecz­nie za­pro­sił ją do domu, nie­wiel­kiej ka­wa­ler­ki, któ­rą wy­naj­mo­wał na Żo­li­bo­rzu.

– Do­pie­ro wró­ci­łem z uro­czy­sto­ści – tłu­ma­czył – i nie dam rady przy­je­chać do cen­trum.

– Ale mu­si­my się dziś spo­tkać. Obie­ca­łam, że zro­bię ci zdję­cia do ar­ty­ku­łu, a już nie mo­że­my cze­kać.

W ten spo­sób Aga­ta zna­la­zła się w jego miesz­ka­niu. Była o gło­wę wyż­sza od nie­go, dłu­ga, chu­da, tycz­ko­wa­ta. Z tru­dem moż­na było do­strzec jej biust, a bio­dra ro­bi­ły wra­że­nie mę­skich. Je­rzy miesz­kał sam. Mia­ło to swo­je za­le­ty, bo nikt mu nie prze­szka­dzał i nie za­wra­cał gło­wy, ale też oczy­wi­ste wady. Wła­ści­wie je­dy­nym go­ściem, któ­ry śmiał na­ru­szać spo­kój jego sa­mot­ni, była sio­stra Ma­ria, któ­ra raz po raz wpa­da­ła do nie­go i mó­wi­ła, że mat­ka pyta, kie­dy po­ja­wi się u niej z na­rze­czo­ną. Z ro­dzi­ca­mi przy­je­cha­li do War­sza­wy jako dzie­ci z Gar­wo­li­na. O ile dla Je­rze­go od po­cząt­ku wszyst­ko, co na­le­ża­ło do prze­szło­ści – ko­ściół, Gar­wo­lin, sta­ry cmen­tarz, ro­dzi­na – sta­ło się ba­ga­żem i ob­cią­że­niem, sio­stra, prze­ciw­nie, kul­ty­wo­wa­ła pa­mięć i do­sko­na­le czu­ła się w roli mamy wie­lo­dziet­nej ro­dzi­ny.

– No nie­źle, nie­źle – wy­raź­nie po­czuł, że Aga­ta jest pod wra­że­niem. Fak­tycz­nie, już same ty­tu­ły na por­ta­lach mó­wi­ły za sie­bie. „Prze­ło­mo­we wy­stą­pie­nie pre­zy­den­ta Pol­ski. Ro­bert Mró­wa prze­pra­sza za na­ród” – to był ty­tuł z „Rzecz­po­spo­li­tej”. „Pre­zy­dent wy­znał winy na­ro­du za Ho­lo­caust. Ko­niec pol­skiej nie­win­no­ści” – bez rzu­ca­nia okiem na wi­nie­tę wie­dział, że cho­dzi o re­dak­cję z Czer­skiej. Mie­li pra­wo do za­do­wo­le­nia i do trium­fu. Wresz­cie sta­ło się to, na co tak bar­dzo pra­co­wa­li. Praw­da jest też taka, że oprócz ar­cy­bi­sku­pa Żbi­ka to z nimi Je­rzy se­kret­nie kon­sul­to­wał treść prze­mó­wie­nia.

Je­rzy przej­rzał też por­ta­le za­gra­nicz­ne. Wszę­dzie moż­na było wy­czuć na­strój za­do­wo­le­nia i sa­tys­fak­cji. „Pol­ski pre­zy­dent bez wa­ha­nia wy­znał winy” lub „Ko­niec stra­te­gii wy­pie­ra­nia zbrod­ni” – taki ton do­mi­no­wał. Na stro­nie BBC zna­lazł coś, co mu się spodo­ba­ło naj­bar­dziej: „Od­waż­na twarz no­wej Pol­ski. Kil­ka mie­się­cy po zwy­cię­stwie Ro­ber­ta Mró­wy Pol­ska przy­zna­ła się do winy za Ho­lo­caust”. Dal­szy tekst utrzy­ma­ny był w po­dob­nym to­nie: „Nowe wła­dze w War­sza­wie nie zwal­nia­ją tem­pa. 49-let­ni Ro­bert Mró­wa, pol­ski le­wi­co­wy pre­zy­dent, do­trzy­mał obiet­nic zło­żo­nych pod­czas kam­pa­nii. Od cza­sów prze­pro­sin pre­zy­den­ta Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go to pierw­szy tej ran­gi pol­ski po­li­tyk, któ­ry wziął na Pol­skę od­po­wie­dzial­ność za pol­skie zbrod­nie. Ude­rzać musi, że wśród słu­cha­ją­cych znaj­do­wał się ar­cy­bi­skup Jó­zef Żbik, je­den z przy­wód­ców pol­skie­go Ko­ścio­ła, któ­ry już wcze­śniej za­an­ga­żo­wał się w wal­kę z ka­to­lic­ką an­ty­se­mic­ką tra­dy­cją”.

 

– No, zdjęć to im za­zdrosz­czę – Aga­ta po­de­szła tak bli­sko, że mógł po­czuć za­pach i cie­pło jej cia­ła. „Och, gdy­by to była Mar­ta” – prze­mknę­ło mu przez myśl. Ale to nie była Mar­ta. Mar­ta trak­to­wa­ła go jak psa, a on da­wał się tak trak­to­wać. Nie przy­cho­dzi­ła do nie­go ni­g­dy, wzy­wa­ła, kie­dy mia­ła ocho­tę. A mimo to sza­lał za nią i nie mógł się od niej uwol­nić.

– Po­do­ba­ją ci się? Ten po­mysł z po­pio­łem na gło­wach to też ja. Na­zwa­łem to „Ope­ra­cją Śro­da Po­piel­co­wa”.

Z za­do­wo­le­niem prze­czy­tał też wpis na blo­gu pro­fe­so­ra Wi­tol­da Ha­ru­ma­na, któ­ry tłu­ma­czył sens bu­do­wy po­mni­ka hań­by. „Do­syć cza­sów, kie­dy to na­ro­dy w swej zbio­ro­wej pa­mię­ci bu­do­wa­ły je­dy­nie po­mni­ki chwa­ły i za­cho­wy­wa­ły to, czym chcia­ły się chlu­bić i co chcia­ły po­ka­zy­wać. Te cza­sy mu­szą się de­fi­ni­tyw­nie skoń­czyć. Bu­do­wa­nie po­mni­ków wiel­ko­ści sy­ci­ło po­czu­cie dumy i god­no­ści wła­snej, a z tego wy­ni­ka­ła go­to­wość do agre­sji i cie­mię­że­nia in­nych. Do­syć. Bar­dzo do­brze, że pre­zy­dent Ro­bert Mró­wa jako pierw­szy pol­ski po­li­tyk ze­rwał z tą mi­li­ta­ry­stycz­ną tra­dy­cją, wspie­ra­ją­cą agre­sję i po­czu­cie wyż­szo­ści. Tak jak pa­mię­ta­my o bo­ha­te­rach i zwy­cięz­cach, tak mu­si­my pa­mię­tać o zdraj­cach, tchó­rzach, sprze­daw­czy­kach. Sko­ro bu­do­wa­li­śmy po­mni­ki tym pierw­szym, to mu­si­my też sta­wiać po­mni­ki hań­by, pa­mię­tać o tym, jak bar­dzo na­ród nie zdał eg­za­mi­nu. Nic dziw­ne­go, że pre­zy­dent wy­brał do tego celu, do prze­pro­wa­dze­nia tej wiel­kiej lek­cji wy­cho­wa­nia oby­wa­tel­skie­go, pa­mięć o na­szym udzia­le w Ho­lo­cau­ście. Wspa­nia­le. O to cho­dzi­ło”. Ha­ru­man ucho­dził po­wszech­nie za praw­dzi­wą gwiaz­dę, był wy­kła­dow­cą nie tyl­ko w Kra­ko­wie, ale i w Prin­ce­ton i na Ha­rvar­dzie i w Oks­for­dzie. To on zor­ga­ni­zo­wał słyn­ną bruk­sel­ską kon­fe­ren­cję, dru­gą po pa­ry­skiej, na któ­rej pię­ciu ba­da­czy oskar­ży­ło Pol­skę o udział w Ho­lo­cau­ście, a na­stęp­nie w po­wszech­nym ak­cie eks­pia­cji naj­pierw prze­pro­si­ło Niem­ców za to, że przez tyle lat nie­słusz­nie przy­pi­sy­wa­no im winę, a na­stęp­nie, szlo­cha­jąc i bi­jąc się z ca­łych sił w pier­si, Ży­dów, a na­wet Ro­sjan, praw­dzi­wych wy­zwo­li­cie­li Pol­ski spod na­cjo­na­li­stycz­nej oku­pa­cji. To Ha­ru­man wy­gło­sił wte­dy naj­bar­dziej pło­mien­ne prze­mó­wie­nie. To on wo­łał, że nie może spać po no­cach, bo wszę­dzie wi­dzi du­chy po­mor­do­wa­nych, któ­rym sta­ła się krzyw­da, i wy­da­je mu się, że ta­pla się we krwi. To on też wy­ka­zał, że za­miast mó­wić o nie­miec­kiej oku­pa­cji i Ge­ne­ral­nym Gu­ber­na­tor­stwie, na­le­ża­ło­by mó­wić o nie­miec­ko-pol­skiej re­pu­bli­ce, w któ­rej to część Niem­ców ra­zem z ogó­łem Po­la­ków do­ko­na­ła strasz­li­wej zbrod­ni. To czy­ta­jąc wy­stą­pie­nie Ha­ru­ma­na sprzed mie­się­cy, Je­rzy wpadł na po­mysł bu­do­wy po­mni­ka hań­by.

– Nie­źle.

Przez chwi­lę miał wra­że­nie, że Aga­ta li­czy na nie­co więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie z jego stro­ny, dla­te­go szyb­ko ode­pchnął od sie­bie krze­seł­ko i wstał. Nie miał cza­su i gło­wy do tego. Wcze­śniej, ow­szem, raz do­bie­rał się na­wet do Aga­ty, ale było to po pi­ja­ku i tak na­praw­dę my­ślał, że do­wie się od niej cze­goś o Mar­cie.

– Przy­nieść ci her­ba­ty? – za­py­tał. Mach­nę­ła prze­czą­co gło­wą. Ga­pi­ła się na nie­go uważ­nie. Mia­ła duże, zie­lo­ne oczy i krót­kie, ja­sne wło­sy.

– To zro­bię so­bie. I wiesz, za­raz mu­szę iść do Pa­ła­cu na ko­lej­ne uro­czy­sto­ści – damy Orła Bia­łe­go na­szym pro­fe­so­rom. A wie­czo­rem do Te­atru Po­wszech­ne­go. Dziś pre­mie­ra. Wy­sta­wia­ją „Je­dwab­ne Dwa­dzie­ścia Je­den”.

– Dla­cze­go wła­ści­wie „Dwa­dzie­ścia Je­den”? – tak, Aga­ta na pew­no była roz­cza­ro­wa­na jego za­po­wie­dzią.

– Dwa­dzie­ścia je­den od dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku. A Je­dwab­ne, bo dziś Po­la­cy są jesz­cze gor­si, jesz­cze bar­dziej obrzy­dli­wi. Tak przy­naj­mniej uwa­ża re­ży­ser.

Sala te­atru była wy­peł­nio­na do ostat­nie­go miej­sca. W sa­mym środ­ku sie­dział pre­zy­dent Mró­wa. To Je­rzy na­mó­wił go, żeby tu przy­szedł.

– To musi być spraw­nie prze­pro­wa­dzo­na ope­ra­cja, wie­lo­to­ro­wo i wie­lo­stron­nie – mó­wił na taj­nym spo­tka­niu po zwy­cię­stwie Mró­wy, któ­re od­by­ło się je­sie­nią 2020 roku. – Two­ja ka­den­cja to nie może być im­pro­wi­za­cja. Wszyst­ko pre­cy­zyj­nie za­pla­nu­je­my. Przej­dziesz do hi­sto­rii jako Ro­bert Wiel­ki. Dla­te­go samo naj­moc­niej­sze na­wet wy­stą­pie­nie nie wy­star­czy – tłu­ma­czył pre­zy­den­to­wi cel kwiet­nio­wych uro­czy­sto­ści. – Ata­ku­je­my na wszyst­kich fron­tach na­raz. Tak żeby prze­ciw­ni­cy nie byli w sta­nie się po­zbie­rać. Trze­ba ich za­szo­ko­wać i znisz­czyć, wte­dy opór bę­dzie sła­by. Naj­pierw prze­mó­wie­nie. Ogło­sze­nie kon­kur­su na po­mnik hań­by. Wrę­cze­nie Or­de­ru Orła Bia­łe­go pię­ciu pro­fe­so­rom no­wej szko­ły hi­sto­rii. Tego sa­me­go dnia wie­czo­rem wiel­ka pre­mie­ra „Je­dwab­ne­go Dwa­dzie­ścia Je­den”.

– No wiesz, nie je­stem pe­wien – Mró­wa się wa­hał. – To dość szo­ku­ją­ce. Pa­mię­taj, że wy­gra­łem do­pie­ro w dru­giej tu­rze, nie­wiel­ką tak na­praw­dę więk­szo­ścią. Już te­raz an­ty­se­mi­ci pod­no­szą gło­wę. Zo­bacz, co się dzie­je w in­ter­ne­cie. Pięt­nu­ją mnie, kry­ty­ku­ją. Może trze­ba roz­trop­niej, od­pu­ścić tro­chę?

– Ro­bert, ani ty, ani An­drzej jesz­cze ni­g­dy się na mnie nie za­wie­dli­ście. Nie za­cho­wuj się jak Bro­nek przed laty. Masz ra­cję, wy­gra­łeś o włos. I gdy­by­śmy te­raz po­wtó­rzy­li gło­so­wa­nie, to pew­nie byś prze­rżnął. Je­stem pe­wien, że po two­im wy­stą­pie­niu po­par­cie dla cie­bie naj­pierw spad­nie. Ale masz jesz­cze czte­ry lata. Ro­zu­miesz? Nie mo­żesz cze­kać. Opór trze­ba raz na za­wsze zła­mać. A pod­sta­wą opo­ru jest po­czu­cie wła­snej god­no­ści. Jak im to od­bie­rze­my, wy­grasz w cu­glach. Więc dość wa­ha­nia. Zła­mać ozna­cza na­praw­dę zła­mać, a nie pak­to­wać, za­sta­na­wiać się, co­fać. Mó­wię, to musi być tak moc­ne, żeby ich za­szo­ko­wać. Trze­ba zro­bić to tak, żeby im tchu za­bra­kło, żeby zro­zu­mie­li, że się z nimi nie bę­dziesz li­czyć.

Mró­wa ustą­pił. Może też dla­te­go, że za­dzwo­nił do nie­go Schit i osta­tecz­nie do ca­łej kon­cep­cji prze­ko­nał.

Te­raz Je­rzy sie­dział dys­kret­nie w loży i cze­kał na wy­stęp. Przed te­atrem nie­wiel­ka grup­ka de­mon­stran­tów pró­bo­wa­ła za­kłó­cić pre­mie­rę, ale nim zdą­ży­li roz­wi­nąć trans­pa­rent, zgar­nę­ła ich po­li­cja. Było do­kład­nie tak, jak Je­rzy prze­wi­dział: po­ran­ne wy­stą­pie­nie Mró­wy i od­zna­cze­nie Or­łem Bia­łym pię­ciu pro­fe­so­rów spa­ra­li­żo­wa­ło wszyst­kich. Je­rzy za­dbał też o to, żeby na pre­mie­rze było jak naj­wię­cej dzien­ni­ka­rzy i pu­bli­cy­stów, tak­że tych z dru­giej stro­ny. Im gło­śniej, tym le­piej.

Sztu­ka, mu­siał to przy­znać, była po­cząt­ko­wo nu­żą­ca i bez po­lo­tu. Raz po raz po­ja­wia­li się ak­to­rzy i wy­gła­sza­li dość mar­ne ty­ra­dy prze­ciw pol­skie­mu na­cjo­na­li­zmo­wi. Do­pie­ro pod ko­niec coś za­czę­ło się dziać. W pew­nej chwi­li grup­ka ak­to­rów w ko­szul­kach z Pol­ską Wal­czą­cą za­czę­ła szyb­ko bie­gać po sce­nie. Oka­za­ło się, że przy po­mo­cy szta­chet za­ga­nia­ją bied­ne­go Żyda do nóg uśmiech­nię­te­go es­es­ma­na. Po­tem w takt Ma­zur­ka Dą­brow­skie­go oraz Deutsch­land, Deutsch­land über al­les wspól­nie ka­to­wa­li go na śmierć, co bło­go­sła­wił sto­ją­cy z boku, ubra­ny w pon­ty­fi­kal­ne sza­ty bi­skup. Nie mniej po­ru­sze­nia wy­wo­ła­ła sce­na zbio­ro­we­go gwał­tu na żo­nie ofia­ry, naj­pierw zro­bił to ak­tor gra­ją­cy Niem­ca, a po­tem resz­ta. Na koń­cu bi­skup po­rzu­cił krzyż, któ­rym bło­go­sła­wił zbrod­nię, i do­łą­czył do ko­lej­ki. W te­atrze za­pa­no­wa­ła przej­mu­ją­ca ci­sza. Po­tem ze­rwa­ły się bra­wa, dość nie­licz­ne, któ­re zde­rzy­ły się z okrzy­ka­mi „hań­ba”, „pod­łość”. Ogół pu­blicz­no­ści cze­kał, jak za­cho­wa się pre­zy­dent. Mró­wa zro­bił do­kład­nie to, co ra­dził mu Je­rzy – wstał, za­czął bić bra­wo gło­śniej niż inni i za­wo­łał: – Wspa­nia­łe. Ka­thar­sis.

Je­rzy dłu­go ćwi­czył z nim wy­mo­wę tego dru­gie­go sło­wa, bo Mró­wa z nie­ja­snych po­wo­dów cią­gle się my­lił i mó­wił a to „ka­ris”, a to „ka­this”, a to „ka­ta­rak­ta”. Za nic nie umiał wy­po­wie­dzieć ską­d­inąd pro­ste­go „sis”. W pew­nym mo­men­cie Je­rzy był tak zroz­pa­czo­ny, że na­wet my­ślał o pol­skim od­po­wied­ni­ku, ale „oczysz­cze­nie” nie brzmia­ło rów­nie po­waż­nie i do­brze. Za bar­dzo ko­ja­rzy­ło się ze środ­ka­mi czysz­czą­cy­mi, pra­niem i po­rząd­ka­mi do­mo­wy­mi. Albo czyst­ka­mi. Więc „ka­thar­sis” było ide­al­ne. Je­rzy był pe­wien, że je­śli Mró­wa wy­po­wie je moc­no i gło­śno, zo­sta­nie ono do­strze­żo­ne też za gra­ni­cą. Po­szu­ki­wał moc­ne­go prze­sła­nia i „ka­thar­sis” je za­pew­nia­ło. Dla­te­go po­mył­ki Mró­wy do­pro­wa­dza­ły go do sza­łu. Wresz­cie zdał so­bie spra­wę, że pre­zy­dent ni­g­dy nie wy­po­wie tego sło­wa we wła­ści­wy spo­sób. A po­mył­ka w tym przy­pad­ku mo­gła po­cią­gać za sobą śmiesz­ność. Wte­dy Je­rzy wpadł na po­mysł, któ­ry oka­zał się, jak więk­szość jego po­my­słów, ge­nial­ny: na­grał wcze­śniej Mró­wę i te­raz, kie­dy pre­zy­dent wsta­wał i skła­dał ręce do kla­ska­nia, sie­dzą­cy obok mi­ni­ster Teo­dor Swój wci­snął je­dy­nie mały gu­zi­czek urzą­dze­nia w kie­sze­ni gło­wy pań­stwa. Wszyst­ko było pod kon­tro­lą.

Wcze­śniej tego dnia przed Pa­ła­cem Pre­zy­denc­kim na Kra­kow­skim, gdzie Je­rzy po­szedł, roz­sta­jąc się z wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ną Aga­tą, po­ja­wi­ła się gru­pa prze­ciw­ni­ków. Była więk­sza niż ta póź­niej przed te­atrem. Je­rzy zgo­dził się sko­men­to­wać pro­te­sty dla te­le­wi­zji.

– Grup­ka ra­dy­kal­nych fa­szy­stów i neo­na­zi­stów usi­łu­je za­kłó­cić wznio­słą at­mos­fe­rę uro­czy­sto­ści. W chwi­li, kie­dy pre­zy­dent Ro­bert Mró­wa wrę­cza naj­waż­niej­szy pol­ski or­der kil­ku nie­po­kor­nym, wa­lecz­nym, od­waż­nym hi­sto­ry­kom re­pre­zen­tu­ją­cym to, co w pol­skiej tra­dy­cji naj­lep­sze, po­ja­wi­li się też mą­ci­cie­le. Nie damy się za­szan­ta­żo­wać dzie­ciom i wnu­kom szmal­cow­ni­ków. Pol­ska wresz­cie, jak mó­wił przed dwie­ma go­dzi­na­mi pan pre­zy­dent, doj­rza­ła, wresz­cie sta­nę­ła na wy­so­ko­ści za­da­nia. Nikt nas z tej dro­gi nie za­wró­ci. Mam poza tym na­dzie­ję, a my­ślę, że wy­ra­żam tu ocze­ki­wa­nia pana pre­zy­den­ta, że wkrót­ce Sejm przyj­mie usta­wę o wal­ce z mową nie­na­wi­ści, któ­rą opra­co­wa­li­śmy, co po­zwo­li nam sku­tecz­nie zwal­czać te pa­to­lo­gicz­ne prze­ja­wy agre­sji, któ­re tu przed Pa­ła­cem wi­dzi­my.

Je­rzy był bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Z Mró­wą usta­lił, że tym ra­zem on weź­mie na sie­bie odium i ogło­si, że w Sej­mie po­ja­wi się usta­wa o wal­ce z mową nie­na­wi­ści. Je­rzy nie bar­dzo lu­bił wy­cho­dzić z cie­nia i wy­stę­po­wać pu­blicz­nie, do­sko­na­le czuł się w roli sza­rej emi­nen­cji, kie­dy to mógł de­cy­do­wać, wska­zy­wać, wy­zna­czać za­da­nia. Wie­dział, że tak jest naj­le­piej. Kie­dy stał z boku, wi­dział do­brze błę­dy i prze­wa­gi każ­de­go z ak­to­rów. Kie­dy wy­stę­po­wał oso­bi­ście, obiek­ty­wizm był trud­niej­szy. Jed­nak w tej spra­wie trud­no mu było zna­leźć do­brych ak­to­rów.

Sam wpro­wa­dził do Pa­ła­cu piąt­kę na­ukow­ców, na cze­le ze słyn­nym Ja­nem To­ma­szem Sro­sem. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, ostat­nio jego gwiaz­da tro­chę przy­bla­kła, wy­raź­nie wy­prze­dził go dru­gi ba­dacz, Jean Gra­boś, któ­ry mie­siąc temu ogło­sił, że Po­la­cy za­mor­do­wa­li co naj­mniej mi­lion Ży­dów.

– Mi­lion, po­wta­rzam raz jesz­cze, mi­lion. Ban­dy­ci, dra­nie, kłam­cy, oszu­ści – pro­fe­sor Gra­boś przed­sta­wił swo­je usta­le­nia na kon­fe­ren­cji bruk­sel­skiej. W pew­nym mo­men­cie krzyk­nął tak gło­śno, jak­by coś go za­bo­la­ło. Wstał na­wet, wszedł na stół, za­czął ska­kać i wy­rzu­cać do góry ręce, wo­łał cały czas „mor­der­cy, mor­der­cy”, na­wet kop­nął przez nie­uwa­gę sie­dzą­cą obok nie­go pro­fe­sor Bar­ba­rę Ke­sel­ring, był nie do za­trzy­ma­nia, po­tknął się i padł, tak że zła­mał so­bie rękę i ude­rzył moc­no w oko. „Na sali była tak stę­żo­na at­mos­fe­ra an­ty­se­mi­ty­zmu – ko­men­to­wał póź­niej w „La li­bre Bel­gi­que” – że moje za­cho­wa­nie było kla­sycz­ną re­ak­cją obron­ną. Nie mia­łem wyj­ścia. Wiem, że nie­któ­rzy uwa­ża­ją ina­czej, ale na­praw­dę nie zna­ją pań­stwo kon­tek­stu. Spoj­rze­nia do­cho­dzą­ce z sali były tak nie­na­wist­ne, sy­cze­nie, spo­glą­da­nie, prze­su­wa­nie pal­ca­mi, ge­sty dło­ni, ru­chy oczu, to wszyst­ko była jed­na wście­kła ema­na­cja po­twor­ne­go an­ty­se­mi­ty­zmu. Pro­fe­sor Ke­sel­ring usta­li­ła prze­cież wcze­śniej, że nie mo­że­my mó­wić o żad­nej wspól­no­cie ofiar, że śmierć Żyda mia­ła cha­rak­ter me­ta­fi­zycz­ny, a nie bio­lo­gicz­ny, jak w przy­pad­ku go­jów, i tak też było na tej sali. Sta­ra­łem się przed­sta­wić me­ta­fi­zycz­ny, a tym sa­mym re­al­ny wy­miar za­gła­dy, nie­ste­ty, sty­ka­łem się cały czas z at­mos­fe­rą bio­lo­gicz­nej wro­go­ści, ze­wsząd ota­cza­ła mnie ra­so­wa, fi­zycz­na prze­moc, uno­si­ła się w po­wie­trzu, na­peł­nia­ła po­wie­trze, prze­dzie­ra­ła się ze­wsząd”. Kie­dy Je­rzy prze­czy­tał ten wy­wiad, wie­dział, że to jest to, cze­go szu­ka.

 

Od razu po­tem po­je­chał do pro­fe­so­ra Gra­bo­sia do Bruk­se­li i prze­ko­nał go, żeby ra­zem z in­ny­mi przy­ję­li Orła Bia­łe­go od Mró­wy. Pro­fe­sor z po­cząt­ku był nie­uf­ny, bał się, że Je­rzy pró­bu­je go wro­bić w, jak to na­zwał, „na­cjo­na­li­stycz­ną ka­ba­łę”, naj­bar­dziej nie po­do­ba­ła mu się na­zwa or­de­ru. Mó­wił, że orzeł bia­ły to sym­bol kse­no­fo­bii. Osta­tecz­nie dał się prze­bła­gać, kie­dy Je­rzy obie­cał, że Cen­trum Ba­dań Praw­dzi­wych nad Naj­więk­szą Zbrod­nią do­sta­nie rocz­nie pięć mi­lio­nów na dal­sze ba­da­nia. Je­rzy od­wie­dził też po­zo­sta­łych pro­fe­so­rów. Z wy­jąt­kiem Ha­ru­ma­na, któ­ry ka­te­go­rycz­nie i sta­now­czo od­mó­wił – „do­pó­ki nie zo­ba­czę na­cjo­na­li­stów i kse­no­fo­bów w re­zer­wa­tach, nic od tego pań­stwa nie przyj­mę” – nikt się nie opie­rał. Tyl­ko Sros miał wąt­pli­wość, czy to do­brze, że do­sta­nie or­der ra­zem ze wszyst­ki­mi in­ny­mi, w koń­cu, jak mó­wił, „by­łem pre­kur­so­rem i nikt tyle co ja nie wy­cier­piał”. Do­wo­dził, że Gra­boś przy­szedł na go­to­we, a wcze­śniej tyl­ko on niósł sztan­dar praw­dy i wal­ki z an­ty­se­mi­ty­zmem. Osta­tecz­nie jed­nak się zgo­dził. Je­rzy dał sło­wo, że jego szcze­gól­ną rolę jako pre­kur­so­ra pre­zy­dent Mró­wa pod­kre­śli w wy­stą­pie­niu w Pa­ła­cu.

Chwi­la, kie­dy piąt­ka pro­fe­so­rów sta­nę­ła ra­zem z Mró­wą do sym­bo­licz­ne­go zdję­cia, była praw­dzi­wym trium­fem Je­rze­go. Ża­ło­wał je­dy­nie, że w Pa­ła­cu nie po­ja­wił się ar­cy­bi­skup Żbik, któ­ry tak do­brze spra­wił się rano na uro­czy­sto­ściach, ale na jego obec­ność nie zgo­dzi­li się ani Sros, ani Ke­sel­ring. Je­rzy prze­ko­ny­wał ich, że ar­cy­bi­skup bę­dzie bez krzy­ża, że przy­cze­pi so­bie żół­tą gwiaz­dę, że w cza­sie uro­czy­sto­ści bę­dzie wy­ko­ny­wać nie­ustan­nie ge­sty po­kut­ne, jed­nak to ich nie prze­ko­na­ło.

– Ar­cy­bi­skup to ar­cy­bi­skup, za­wsze jed­nak kle­cha. Co z tego, że bez krzy­ża i nasz, ale może to nieść fał­szy­wy sy­gnał, może znie­kształ­cić praw­dę o zbrod­ni­czym cha­rak­te­rze ka­to­li­cy­zmu – pro­fe­sor Sros nie ustą­pił ani na piędź.

Osta­tecz­nie sta­nę­ło na tym, że Żbi­ka do środ­ka nie wpusz­czo­no, po­zwo­lo­no mu jed­nak być przed wej­ściem do Pa­ła­cu. Ar­cy­bi­skup się zgo­dził i pod­czas wrę­cza­nia przez Mró­wę or­de­rów sie­dział na dwo­rze w po­zy­cji lo­to­su. Tak na­praw­dę Je­rzy miał z tym je­den pro­blem: nie wie­dział, jak po­ka­zać, że Żbik jest ar­cy­bi­sku­pem i zna­kiem po­ku­tu­ją­ce­go Ko­ścio­ła, sko­ro pro­fe­so­ro­wie do­ma­ga­li się, żeby hie­rar­cha nie miał na so­bie żad­nych re­li­gij­nych em­ble­ma­tów. Osta­tecz­nie zgo­dzi­li się na fio­le­to­wą cza­pecz­kę bejs­bo­lo­wą na gło­wie, co od bie­dy, kie­dy uprze­dzi­ło się fo­to­gra­fów, moż­na było uznać za sym­bol re­li­gij­ny.