Kto fałszuje Jezusa?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Paweł Lisicki 2021

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2021

All rights reserved

Na okładce: Painting of Jesus Christ in the Sacred Sacristy Museum in St Katherine Monastery on the Sinai Peninsula in Egypt

Contributor: dbimages/Alamy Stock Photo

Redakcja: Maria Wojciechowska

Korekta: Krystyna Stobierska

ISBN 978-83-66859-15-9

Wydanie I, Kraków 2021

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

SPIS TREŚCI

Przedmowa

Wstęp

Część pierwsza. Popularyzatorzy

Rozdział pierwszy. Młot na religię

Rozdział drugi. Urojony Bóg

Rozdział trzeci. Trans-Jezus

Część druga. Intelektualne zaplecze

Wstęp

Rozdział pierwszy. Głos z Ameryki

Rozdział drugi. Guru z Getyngi

Rozdział trzeci. Autentyczny Żyd

Rozdział czwarty. Zdrada teologów

Rozdział piąty. Historia jednego papirusu

Część trzecia. Śladami Nazarejczyka

Rozdział pierwszy. Siła świadectw

Rozdział drugi. Gwiazda Betlejemska

Rozdział drugi. Śledztwo w sprawie rodzeństwa

Rozdział trzeci. Głos Jana

Rozdział czwarty. Proroctwo Daniela

Rozdział piąty. Kapłan i świątynia

Rozdział szósty. Palec Boży w działaniu

Część czwarta. Konflikt i krzyż

Rozdział pierwszy. Sprzeciw uczonych

Rozdział drugi. Syn cierpi za wielu

Rozdział trzeci. Przedsmak nieba

Rozdział czwarty. Wjazd do Jerozolimy

Rozdział piąty. Wyznanie godności

Rozdział szósty. Leżał w grobie

Epilog. Tyrania doczesności

Bibliografia

PRZEDMOWA

Październik 2020 roku to w Polsce prawdziwy przełom. Pierwszy raz w historii doszło do masowych ataków na księży, kościoły i czasem po prostu katolików. Na fasadach kaplic pojawiły się wulgarne napisy, próbowano przerywać liturgię. Nawet później, kiedy liczba protestujących zmniejszyła się i z tysięcy pozostały setki, antychrześcijańskie i antyreligijne hasła nadal definiowały tożsamość nowego ruchu. Nad Wisłą narodził się w prawdziwym tego słowa znaczeniu silny prąd ideologiczny, którego celem nie jest już, jak to wcześniej bywało, osłabienie politycznej pozycji Kościoła, ale wręcz jego likwidacja. Postulaty takie pojawiały się na plakatach, transparentach. W publicznych rozmowach wypowiadały je liderki i aktywiści. Są obecne w wywiadach, wpisach twitterowych czy facebookowych wielu pisarzy i publicystów. Od października, kiedy to Trybunał Konstytucyjny ograniczył prawo do aborcji, stoją w pierwszym szeregu atakujących Kościół i tradycję kulturową. Znany pisarz kryminałów, Zygmunt Miłoszewski, napisał tak: „powinniśmy iść na wojnę, (…) naszym wrogiem, kartelem, źródłem wszelkiego zła i wspólnym mianownikiem tych strasznych krzywd, nieszczęść i wykluczeń jest Kościół katolicki”. Po łzawej nieco opowieści, jak to wskutek presji społecznej (ach, straszne, żal mi biedaka za te wszystkie katusze, które musiał znosić) posyłał dzieci do chrztu i komunii, pada wreszcie wniosek: „Po prostu przestańmy karmić potwora. Od tej niedzieli. Teraz albo nigdy. Lepszej okazji nie będzie”. Gdyby ktoś nie wiedział – potworem jest Kościół i katolicyzm. Nie mniej radykalnie wypowiada się polska noblistka, Olga Tokarczuk. „Nie oszukujmy się – ten system cynicznie będzie wykorzystywał każdy moment kryzysu, wojny, epidemii, żeby cofnąć kobiety do kuchni, kościoła i kołyski. (…) Od dziś wszyscy jesteśmy wojowniczkami”. Ten „system” to katolicyzm.

Pozostali nie chcą być gorsi. Jak owczy pęd, to owczy pęd. Wszyscy razem muszą powtarzać tę samą śpiewkę. Szczepan Twardoch, następny z nich: „Dlatego więc, panie premierze, w dupie mam pańskie nawoływania do spokoju. Widać, że pan się boi, i cieszy mnie pański strach. Panu, pańskiemu szefowi, pani sędzinie z Trybunału, nawołującym dziś do spokoju, mam do powiedzenia to samo, co dziś mówi panu ta już niemilcząca większość. ........... Nara” – to odpowiedź pisarza na apel premiera Mateusza Morawieckiego, wzywającego do zachowania pokoju społecznego. Jeszcze bardziej lapidarnie wypowiedział się inny znany pisarz, Jakub Żulczyk: „Widzę, że idziesz na zwarcie, dziadygo. Twój największy błąd od czasu, gdy kazałeś bratu lądować. ...........”. Gdyby ktoś nie wiedział, słowa te odnoszą się do Jarosława Kaczyńskiego. Lewicowi pisarze i publicyści nie umieją się powstrzymać. Ewa Wanat, publicystka, była redaktorka naczelna radia Tok FM, występująca niegdyś w roli osoby środka i umiaru, pisze dziś: „Padło tabu. Pomazane sprayem kościoły: «..... kler!» (…) Padło tabu, okazuje się, że można to wszystko zrobić i żaden grom z jasnego nieba nie spada, ziemia się nie rozstępuje, ogień piekielny nie bucha. A zatroskanym i oburzonym katolikom na pocieszenie proponuję: pomyślcie, że to Jezus wpadł do świątyni i krzyknął do kupców ...........!”.

Starczy tych cytatów; w gruncie rzeczy wszystkie są podobne, wszystkie tak samo płaskie, obsceniczne, chamskie i prymitywne. Żaden z tych pisarzy nie zdobył się na dystans. Żaden nie pomyślał, czy godzi się tak atakować Kościół. Czy bez Kościoła Polska była sobą? Czy bez katolicyzmu istniałaby polska kultura, to, co w niej wielkie? Żaden z wyżej wspomnianych nie poczuł wstydu, że uczestniczy w takiej hucpie. Kiedy liderki Strajku Kobiet ogłosiły wezwanie do narodowej apostazji, do rezygnacji z chrztu dzieci, do wyprowadzenia religii ze szkół, żaden nie próbował się od tych szaleństw odciąć i zdystansować. Żaden nie potępił niszczenia pomników papieskich, bezczeszczenia symboli religijnych.

Widać zatem, że żyjemy obecnie w Polsce w nowej rzeczywistości. Antykatolicyzm nie jest już znakiem rozpoznawczym wąskiej, elitarnej grupy, lecz staje się zjawiskiem coraz bardziej powszechnym. Ma on też coraz silniejsze wsparcie wielkich mediów. Znacząca jest pod tym względem ewolucja, jakiej uległa największa kiedyś i najbardziej znacząca polska gazeta – „Gazeta Wyborcza”. Jeszcze kilka lat temu dołączała do swoich wydań zeszyty poświęcone świętym katolickim lub znanym obrazom maryjnym, teraz bezwzględnie wspiera antychrześcijańskie wybryki. W oczach coraz większej liczby jej publicystów religia jest po prostu z zasady zła, niegodziwa i jako taka powinna zostać usunięta.

Jak przekonywała w listopadzie 2020 roku Nina Sankari, jedna z mistrzyń takiego myślenia, w „Wysokich Obcasach”: „Z fundamentalizmem w stosunku do religii jest jak z łodygą w stosunku do korzeni. Można obciąć pędy, ale jeśli korzenie zostają w ziemi, to prędzej czy później pędy odrosną. Religia zawsze prędzej czy później będzie rodzić fundamentalizm”. Zawodowa ateistka i feministka perorowała dalej: „Pod tym względem religia jest wręcz szkodliwa, bo przypisuje jakimś nadnaturalnym istotom wpływ na nasz świat, jego funkcjonowanie. Daje nieprawdziwy obraz rzeczywistości, stoi w sprzeczności z nauką”. Nic w tym nie ma nowego w porównaniu do pierwszych bolszewickich uzasadnień szkodliwości wiary. To typowe wyznanie racjonalistów już od XVII wieku: czego nie widać, tego nie ma. Religia w takim ujęciu staje się formą chorobliwej obsesji. Religia to w oczach ateistów rozsadnik zła, zarówno w tym, co się tyczy poznania, jak i moralności. To swego rodzaju wrzód na ciele ludzkości. Należy się go za wszelką cenę pozbyć – na razie jeszcze, przyznaje bohaterka wywiadu w „Wysokich Obcasach”, bez użycia przemocy, bo to nieskuteczne. Są inne, lepsze metody.

 

Jakie? Czytelnik szybko się tego dowiaduje. Sankari chwali się, że Polskę „już po raz trzeci odwiedził David Rand, prezes Kanadyjskich Ateistycznych Wolnomyślicieli, który prowadzi słynnego bloga Atheology, czy David Silverman, autor książki „Walcząc z Bogiem” [Fighting God] i inicjator największego jak dotychczas zgromadzenia ateistycznego na całej kuli ziemskiej, mianowicie Reason Rally, wiecu na rzecz rozumu, w którym wzięło udział około 30 tys. ateistów”. Nie znają państwo tych nazwisk? Nic dziwnego. Wielu Polakom nic one nie mówią. A szkoda. Bo powinny. Nie dlatego, żeby ci ludzie mieli coś szczególnie celnego do powiedzenia na temat sensu życia, ale dlatego, że pokazują, jak powoli do Polski wpływa niebezpieczna trucizna. Sankari przekonuje też, że w ciągu kilku ostatnich lat popularność ateistycznych myślicieli bardzo wzrosła. I dowodzi, że „coraz więcej ludzi rozumie, że bez uwolnienia społeczeństwa od opresji religijnej nie będzie w Polsce takich fundamentalnych wartości demokratycznych, jak wolność myśli, sumienia, słowa i wyrazu artystycznego”. Nawet jeśli Nina Sankari nieco przesadza, to ogólny obraz sytuacji przedstawia prawdziwie. Tak, pod wpływem nieustannie sączącej się z Zachodu propagandy ateistycznej Polska zaczyna się zmieniać. Widać to nie tylko na ulicach w październiku i listopadzie 2020 roku. Widać to nie tylko dzisiaj na niektórych stronach w mediach społecznościowych. Nie tylko na wielkich portalach, które coraz częściej, dokładnie tak jak na Zachodzie, próbują sprzedawać różne fałszywe sensacje dotyczące początków chrześcijaństwa. Innym niepokojącym dowodem jest rosnąca liczba apostazji. Nie ma w tym nic oryginalnego. Wszystkie te hasła, wszystkie te metody zwalczania religii znane są na Zachodzie już od wielu lat. Pod tym względem Polska była przez długi czas wyspą normalności w oceanie antychrześcijańskiej wrogości. I to się właśnie skończyło.

Zachodni ateiści walczą jednak nie tylko ogólnie z religią, ale szczególnie z chrześcijaństwem. To zaś oznacza, że muszą systematycznie atakować Kościół. Żeby zaś ostatecznie pozbyć się Kościoła, należy wcześniej pozbawić go jego historycznej wiarygodności. Krótko: Kościołowi trzeba zabrać Jezusa Chrystusa. Dlatego ostrze racjonalistycznej krytyki skierowane jest przeciw Chrystusowi jako Synowi Bożemu: bo tylko będąc Synem Bożym, stanowi On prawdziwą podstawę nadprzyrodzoności Kościoła. W Polsce znowu to dopiero początek. Dawniej ze względu na wielki szacunek dla katolicyzmu racjonalistyczni krytycy Nowego Testamentu przez długie lata nie mieli czego nad Wisłą szukać; teraz to się zmienia. Wraz ze wzrostem popularności racjonalistycznej krytyki religii rośnie zainteresowanie nowym podejściem do Jezusa. Kwestionowaniem historycznej prawdziwości obrazu Chrystusa, jaki przekazuje Kościół, zajmują się głównie byli księża, którzy wskutek zachłyśnięcia się zachodnią, liberalną egzegezą stracili wiarę i teraz są, można tak to nazwać, najbardziej wykształconym trzonem ruchu ateistycznego. To oni właśnie – Stanisław Obirek, Tadeusz Bartoś czy Tomasz Polak – próbują dokonać duchowego przewrotu.

W tym względzie podręcznikowym wręcz przykładem jest Tomasz Polak (niegdyś ks. Tomasz Węcławski), który w swojej ostatniej książce System kościelny, czyli przewagi pana K. dowodzi, że katolicyzm, w ogóle całe chrześcijaństwo, nie jest niczym innym niż ideologią. I to ideologią o ateistycznym jądrze. Jak można przewidzieć, w promowaniu tej wizji Polakowi sekundują dzielnie „Gazeta Wyborcza”, a także nominalnie katolickie pisma, „Znak” i „Więź”. To też nie jest typowo polskie działanie: również na Zachodzie na czele rewolucjonistów stali często tak zwani katoliccy, postępowi intelektualiści. Nic zatem dziwnego, że oba pisma ze wszystkich sił próbują wspierać nowe, ateistyczne odczytanie Ewangelii. I tak w „Więzi” (której zastępca redaktora naczelnego nie tak dawno opublikował w „Gazecie Wyborczej” charakterystyczny dla tego środowiska artykuł pod interesującym tytułem: „LGBT i pierwsi chrześcijanie. Czy Jezus spędził noc z mężczyzną?”) prof. Polak opowiada, że „Jezus nie chciał (wiem, że to ryzykowne stwierdzenie) być żadnym mesjaszem ani przywracać królestwa Izraela. Mówił o nadchodzącym królestwie Boga, ale ci, którzy go słuchali, rozumieli to zupełnie inaczej niż on sam”. Jezus to po prostu ktoś, kto miał głęboką duchowość i tyle. Ale głęboka duchowość w ateistycznym rozumieniu znaczy tyle, co nic. Może więc miał jakąś nadwrażliwość? Nadmierną emocjonalność? Nic z tego dalej nie wynika: „Problem nie w tym, jakie było doświadczenie samego Jezusa, bo ono skończyło się wraz z jego śmiercią. Ci, którzy po tej śmierci odnosili się do tego Jezusowego doświadczenia, nie mieli takiego samego doświadczenia jak on”. Okazuje się, że Jezus nie chciał zakładać żadnego Kościoła, zrobili to Jego uczniowie, którzy zbudowali w ten sposób koszmarne narzędzie tortur dla wszystkich. Nie da się go naprawić, należy z niego uciec. „Można być krytykiem Kościoła katolickiego, można z niego wystąpić, by tworzyć coś bardziej «chrześcijańskiego», a efekt w postaci tworzenia prawie dokładnie takich samych struktur będzie niemal identyczny” – utrzymuje w rozmowie z „Więzią” Polak. Wniosek jest jasny: ilu byśmy tej hydrze łbów nie ucięli (hydrą jest Kościół), ona wciąż się odradza, wciąż swymi mackami wciąga nas w swoje struktury, gierki, intrygi, walki. Szczęśliwi apostaci, którzy już z Kościoła wyszli – głosi w „Więzi” były ksiądz.

Podobne tezy poznański profesor stawia w „Znaku”. Mówi tam wprost, że „kiedy Bóg przemawia tak, że słowo to trafia do człowieka, mamy zawsze do czynienia ze słowem człowieka, któremu to słowu wiara ludzi przypisuje pochodzenie z boskiego źródła – czyli że jest ono samoobjawianiem się Boga w ludzkiej historii”. Chrześcijaństwo zatem to zorganizowany system samooszustwa – i przed wyciągnięciem takich wniosków Polak się nie waha. „Źródłem wspomnianej już kościelnej hipokryzji nie jest zatem – jak sądzę – dogmat chrystologiczny, ale rozpacz spowodowana fałszywym rozumieniem świętości i doskonałości, a następnie wynikająca z tej rozpaczy odruchowa perwersja”. Łatwo przewidzieć, że takie podejście musi prowadzić nie tylko do postulatu, by ograniczyć rolę Kościoła w państwie, ale również do wezwania, by go rzeczywiście zlikwidować. Czekam tylko, kiedy „Więź” razem ze „Znakiem” zorganizują debatę na temat zalet zakazu wyznawania chrześcijaństwa.

Radykalnie ateistyczna myśl dociera zatem do Polski coraz szerszym strumieniem. Ma ona już swoje polityczne, publiczne przedstawicielstwo, ma swoje katolickie (?) przyczółki. Jak się przed nią bronić? Trzeba, tak sądzę, sięgnąć do źródeł. Trzeba sięgnąć do tych najważniejszych zachodnich autorów, którzy są swego rodzaju zapleczem intelektualnym dla polskich bezbożników. Ci nie wymyślili, powtarzam, nic nowego. Są, używając wdzięcznego określenia towarzysza Lenina, pasem transmisyjnym do polskich mas. Przenoszą nad Wisłę spolszczoną wersję tak zwanych osiągnięć krytycznej i racjonalistycznej metody badania Pisma Świętego, która od lat triumfuje na zachodnich uniwersytetach. Dlatego należy sprawdzić, kto ma w tym sporze rację. Czy nowi ateiści, jak lubią się określać zachodni popularni bezbożnicy, faktycznie mają coś nowego do powiedzenia? Czy dysponują nową wiedzą, która kazałaby nam odrzucić odziedziczoną wiarę? Czy faktycznie dzisiejsi ateiści dysponują lepszymi i bardziej przemyślanymi argumentami niż ich protoplaści, tacy jak choćby w XVII i XVIII wieku Baruch Spinoza czy Hermann Samuel Reimarus? W tej książce spróbuję przedstawić poglądy na temat Jezusa i powstania chrześcijaństwa wyznawane przez trzech najbardziej dziś znanych ateistów – Christophera Hitchensa (zmarłego w 2011 roku), Richarda Dawkinsa i Yuvala Noaha Harariego. Ich książki sprzedają się w milionowych nakładach, a oni sami cieszą się niesłabnącą popularnością, powoli też coraz większą w Polsce. Pokazuję, jak wątłe i słabe są podstawy ich rozumowania oraz jak miałkie są ich zarzuty. Są oni jednak jedynie popularyzatorami. Żeby zrozumieć fenomen współczesnego ateistycznego podejścia do Jezusa, należy cofnąć się o krok i dotrzeć do tych teologów, którzy dostarczają nowym ateistom swego rodzaju naukowej podbudowy. Z nieskończonej liczby wybrałem trzech – Barta Ehrmana, Gerda Lüdemanna i Gezę Vermesa (zmarłego w 2013 roku). Uchodzą oni za poważnych badaczy, wszyscy zajmowali się lub zajmują profesjonalnie wykładaniem historii Nowego Testamentu na najbardziej prestiżowych uczelniach zachodnich. Postaram się pokazać, że podobnie jak ateistyczni popularyzatorzy, tak i ich naukowe autorytety cierpią dokładnie na tę samą chorobę: antychrześcijańskie uprzedzenia uniemożliwiają im trzeźwe i otwarte badanie faktów. Pokażę też osobno inny wykwit metody racjonalistycznej, w Polsce wciąż mało znaną feministyczną szkołę myślenia teologicznego. Jej reprezentantką będzie Karen L. King – pierwsza kobieta w dziejach, która kilka lat temu objęła katedrę teologii na Harvardzie, najbardziej zapewne prestiżowe stanowisko w amerykańskim świecie akademickim. Moja książka nie jest jednak tylko polemiką. W drugiej jej części postaram się pokazać, dlaczego, kierując się wyłącznie rzetelnym i rozsądnym badaniem źródeł, można dojść do przekonania, że Jezus z Nazaretu był faktycznie prawdziwym Synem Bożym.

Nie jest to książka napisana sine ira et studio – uprzedzam. Nie tylko dlatego, że – jak postaram się wykazać w wielu miejscach – różni autorzy, którzy stroją się w piórka znawców i mędrców, popełniają elementarne błędy logiczne i historyczne. Cóż, errare humanum est, i machnąłbym na to ręką, gdyby nie straszliwe duchowe szkody, jakie wielu z nich czyni, siejąc niepokój i krzewiąc niewiarę. Ba, w istocie to oni, ateistyczni nowi myśliciele, są prawdziwym źródłem chrystofobii, której kolejne fale zalewają Zachód; to oni dostarczają intelektualnych narzędzi, które, jak możemy to zaobserwować, prowadzić będą do wyrugowania Kościoła i chrześcijaństwa ze świata. Dlatego w części polemicznej wybrałem formę pamfletu – tylko w ten sposób, jak mniemam, uda mi się pokazać prawdziwie niszczące i jednocześnie intelektualnie mierne postępowanie ideologów ateizmu.

Wstęp

Pisanie tego listu na pewno nie należało do miłych czynności. Baruch Spinoza z trudem tłumił gniew. Z wielką niechęcią odpisywał niewiernemu uczniowi, jednemu z najlepszych, jakich miał, który to, o zgrozo, porzucił go – głosiciela jedynej prawdziwej filozofii – dla wielokrotnie już przecież obalonych guseł rzymskiego katolicyzmu. Nie tylko porzucił. Anthony Burgh śmiał jeszcze, co tylko wzmocniło irytację filozofa, napisać do swego mistrza list, w którym wezwał go do porzucenia bezbożności, fałszywej nauki i ateizmu i zamiast tego do przyjęcia słodkiego jarzma Chrystusa. Dlatego pisanie odpowiedzi na te bezczelne roszczenia – podczas mglistej jak zawsze i deszczowej jesieni 1675 roku w Hadze – naprawdę nie należało do rzeczy przyjemnych.

A jednak Spinoza próbował stanąć na wysokości zadania. Nie zdecydował się, jak sam zaznacza, skupiać się na występkach i słabościach rzymskiego kleru – zdaje sobie sprawę, że byłoby to pójście na łatwiznę, niegodne miana wielkiego mędrca. Odpowiadając nawróconemu na katolicyzm uczniowi, nie może jednakże powstrzymać się od pogardy i poczucia wyższości: „O, biedny nędzniku – pisze – ty mnie opłakujesz? Moją filozofię, której nigdy nie zrozumiałeś, nazywasz chimerą? O, młodzieńcze pozbawiony rozumu, kto opętał ciebie tak, że wierzysz, że Najwyższy i Wieczny jest jedzony przez ciebie i zachowany w twoich wnętrznościach?”. Niezbyt może subtelna aluzja do Eucharystii pokazuje jedynie stan świadomości i wiedzy Spinozy, który w spożywaniu ciała i krwi Pańskiej widział co najwyżej akt kanibalizmu. Następnie uczony z Hagi dowodzi, że wiara Burgha nie może być bardziej prawdziwa niż przeświadczenia faryzeuszy, a więc współczesnych Spinozie Żydów, z którymi wcześniej zerwał. Jedni i drudzy bowiem chełpią się tym samym: ciągłością tradycji sięgającej początków ludzkości. Kiedy Burgh powołuje się na to, że w Chrystusie spełniły się proroctwa, i wspomina o dokonanych przez Niego cudach, Spinoza z sarkazmem odpowiada: opowieści o cudach, o których opowiadają Żydzi, zmęczyłyby tysiące języków.

 

Oczywiście, konkluzja jest łatwa do przewidzenia: filozof trwa przy swoim i odrzuca ofertę zbawienia. W jego umyśle to, co Burgh nazywa tajemnicami i sekretami, może być już jedynie przesądem i zabobonem. I jest tak, mimo że w swoich innych pismach, również w słynnym Traktacie teologiczno-politycznym Spinoza wyraża się o samym Jezusie z szacunkiem, przeciwstawiając Go często Mojżeszowi i innym nauczycielom Izraela. „Nie wierzę, by ktokolwiek inny osiągnął takie wyżyny doskonałości, przewyższając wszystkich innych, jak Chrystus”. Głos Chrystusa może być nazwany słusznie głosem Boga – pisze Spinoza. Nie jest to jednak w żadnym razie wyznanie wiary: trzeba pamiętać, że ów Bóg i natura są w myśli Spinozy tym samym. Jezus jest jedynie człowiekiem obdarzonym wyjątkowo jasną wiedzą o naturze człowieka, wzorcem moralnym. Co do zasady nic nie różni Go od Sokratesa czy innych wielkich nauczycieli pogaństwa. Skoro Boga innego niż natura nie ma i być nie może, to i Jezus może być właśnie jedynie człowiekiem, filozofem, nauczycielem moralności. Używając późniejszego języka ewolucjonistów: Jezus stanowiłby przykład szczytowego rozwoju ludzkości.

Dlaczego przypominam tu ten pozornie odległy spór? Bo żeby zrozumieć współczesność, warto wracać do początków. Jeśli zaś szukać początków racjonalistycznej i ostatecznie wrogiej objawieniu postawy, która prowadzi do odrzucenia prawdy Ewangelii, to tkwią one właśnie w myśli Spinozy. To u niego i podobnie myślących ateistów i deistów z XVII wieku można odnaleźć zasady tego rozumowania, które dziś, na początku XXI wieku, dominuje. Jak zauważył trafnie jeden z badaczy jego filozofii, dokonana przez Spinozę krytyka cudów i nadprzyrodzoności nie ma sobie równych, a pod względem radykalizmu dorównuje jej być może jedynie myśl Nietzschego. Spinoza stworzył pierwszy całościowy, konsekwentny system filozoficzny, w którym nie tyle kwestionowało się istnienie Boga Biblii, ale wręcz Go wykluczało. W świecie Spinozy Bóg nie mógł ani działać, ani się pojawić. Nie mógł być na zewnątrz niego, bo świat, natura i Bóg miały być tym samym. Zatem już u progu ery nowożytnej, nim jeszcze w pełni rozkwitło oświecenie, nim zaczęły się przygotowania do rewolucji francuskiej, która ostatecznie przeorała Zachód, pojawił się system doskonale zamknięty, na swój sposób pełny, którego cechą charakterystyczną była radykalna doczesność. Do tego świata nie mogło przeniknąć nic z zewnątrz. Był doskonały jak piekło. Żaden promyk wieczności, żadne dotknięcie nadprzyrodzoności nie mogło się do niego wedrzeć.

A jednak dokładniejsze przyjrzenie się argumentom, którymi posługiwał się autor Traktatu, pokazuje, że – jakkolwiek obrazoburczo by to brzmiało – jego ocena oparta była w ogromnej mierze na ignorancji. Im większa ignorancja, tym większe zadufanie. Im mniej mędrzec wiedział, tym śmielej wypowiadał sądy. Ta właśnie ignorancja, ślepota, niezdolność do oddzielania faktów od stereotypów, świadectw od uprzedzeń, wnikliwości od pychy i zarozumiałości – to przez wieki przypadłość różnych odmian myśli ateistów. Z faktu, że istnieją różne religie, wnoszą, iż żadna nie może być prawdziwa. Z tego, że w historii opowiada się o różnych cudownych zdarzeniach, wyciągają wniosek, iż nic cudownego zdarzyć się nie mogło. Z tego, że katolicy wierzą w realność przeistoczenia chleba i wina w ciało i krew Chrystusa, wnosi się, iż są ludożercami. Żeby nie stanąć twarzą w twarz z tym, co w historii Jezusa z Nazaretu jest absolutnie oryginalne i unikatowe, uciekają się do niewłaściwych porównań, fałszywych analogii, banalnych i płaskich uogólnień.

Z niezrównaną jasnością i logiką opisał to Giuseppe Ricciotti w swojej klasycznej książce Życie Jezusa Chrystusa: „Po pierwsze, opierając się na źródłach ewangelicznych, poznajemy czyny i słowa Jezusa za pośrednictwem ludzi czy to współczesnych i bliskich Jemu, lub przynajmniej żyjących niewiele później, ale zawsze doskonale poinformowanych; po drugie, ci nasi świadkowie potwierdzają zdarzenia w ścisłym tego słowa znaczeniu cudowne; po trzecie, czyny te zostają dokonane po to, by dowieść, że misja religijna Jezusa była prawdziwa” (s. 196). Nic dziwnego zatem, że od samego początku pojawienia się myśli racjonalistycznej, ateistycznej, myśli opartej na negacji nadprzyrodzoności, pierwszym przedmiotem ataku musiała być wiarygodność Ewangelii. Jeśli ktoś uznaje, że cuda nie mogą się zdarzyć, a w ewangeliach o nich się wyraźnie pisze i dowodzi się, że dokonywał ich Jezus, to możliwości rozwiązania jest kilka. Przede wszystkim, jeśli ewangelie zostały spisane przez współczesnych Jezusowi, to mogli oni być marnymi świadkami.

Po pierwsze, mogli być ignorantami, ludźmi prymitywnymi, niewykształconymi. To by w pewnej mierze tłumaczyło łatwowierność, uleganie zabobonom, niezdolność uchwytywania realnych stosunków między zdarzeniami. Ta hipoteza jednak nie jest najlepsza. Pod względem wiedzy o świecie, zdolności formułowania sądów, umiejętności literackich autorzy chrześcijańskich przekazów w niczym nie ustępowali współczesnym im pisarzom starożytnym, historykom, filozofom (a niektórzy z nich, jak św. Łukasz, nawet ich przewyższali). Po drugie, mogli być świadomymi fałszerzami. Jednak czy poważnie można przyjąć, że tylu różnych świadków w takim stopniu świadomie wypaczyło prawdę? Dlatego współcześni racjonaliści wolą od razu już odrzucić pierwszą zasadę wspomnianą przez Ricciottiego i sądzą na ogół, że opowieści ewangeliczne zostały spisane na tyle późno, iż nie przekazują prawdziwej wiedzy o zdarzeniach, a jedynie o doświadczeniach, wrażeniach i refleksjach autorów. Naturalnie wówczas bardzo trudno, a być może wcale nie da się z nich wydobyć prawdziwego obrazu Jezusa z Nazaretu. W przekazach ewangelicznych doszło do niezwykłego splątania, niedającego się już oddzielić połączenia wrażliwości, idei, oczekiwań i nadziei piszących pod koniec I wieku po Chr. pisarzy i ich bohatera. Skonstruowali Go oni na swoją miarę, umieszczając w Nim swoją wiarę. Dlatego od XVIII wieku dziedzice Spinozy, tak jak on wyrzucający Boga poza granice prawdziwego świata, musieli uznać, że postać Jezusa z Nazaretu jest wewnętrznie pęknięta, rozdarta. Pamięć o Nim byłaby osobliwą hybrydą, utworzoną po części z wiary (stąd pochodzą słowa i czyny niebiańskiego Chrystusa), po części z prawdziwych wspomnień (stąd pochodzą słowa żyjącego w historycznym czasie Jezusa). Tak powstał schizofreniczny Jezus Chrystus, czyli Jezus historii i Chrystus wiary. W gruncie rzeczy cała racjonalistyczna krytyka przypomina, z tego punktu widzenia, działanie psychoanalityka, który usiłuje spod warstw religijnych oczekiwań, pragnień, potrzeb i nadziei wydobyć ukryte pod nimi autentyczne jądro osobowości. Trudno się dziwić, że w efekcie takiego działania racjonalistyczni krytycy docierają nie do Jezusa Chrystusa przekazanego w pamięci uczniów i Kościoła, ale do własnej wizji tego, kim On powinien być. A skoro od XVII wieku włącznie kolejni filozofowie byli wyznawcami racjonalistycznej moralności, to nic dziwnego, że dokładnie tym kimś musiał być w ich oczach Jezus – co najwyżej prekursorem tych idei, które głosili Spinoza, Kant, Hegel i później już kolejni krytycy. Wszyscy oni aż do teraz, aż do współczesnych racjonalistycznych konstruktorów prawdziwego Jezusa – Jezusa Żyda, Jezusa rabina, Jezusa terapeuty, Jezusa nauczyciela moralności, Jezusa rewolucjonisty – musieli stawić czoło Jezusowi Synowi Bożemu, wyznawanemu przez chrześcijan. Wszyscy musieli zderzyć się z wyzwaniem, jakim są świadectwa. Z faktem niewygodnym, ambarasującym i wciąż dotkliwym: jedyny Jezus, jakiego znają teksty źródłowe, ma cechy boskie. Ewangelie od samego początku upierają się, i to jest prawdziwa zgroza, że Jezus zawsze jest i od początku był i mędrcem, i cudotwórcą, i nauczycielem, i Synem Bożym. A to przecież – wiedzą o tym wszyscy dziedzice Spinozy – niemożliwe! Skoro niemożliwe są proroctwa i niemożliwe są cuda, to nie jest możliwy Jezus taki, jakim przekazali Go nam ewangeliści i Tradycja Kościoła.

Ta „niemożliwość”, ta wrogość wobec tego, co nadprzyrodzone, ta zarozumiałość ludzkiego rozumu, oburzonego na myśl, że nie wszystko jest jego własnym dziełem, ta urażona ambicja i poniżona autonomia – oto prawdziwe źródła przekonania o podziale na Jezusa historii i Chrystusa wiary. Widać je wyraźnie w tekstach najważniejszych, najbardziej popularnych autorów propagujących ateizm. Dla nich wszystkich nie ulega wątpliwości, że opowieści o Jezusie przekazane w Nowym Testamencie są fałszywe. Ogromna część racjonalistycznej krytyki Pisma sprowadza się do jednego: do negowania autentyczności świadectw. W roli sędziego występuje pewny siebie, żądny władzy i hegemonii rozum, który sam siebie ustanawia, sam sobie rozkazuje, sam z siebie wywodzi prawa i żadnego objawienia, żadnego Boga poza sobą samym nie zniesie. Kolejne pokolenia racjonalistycznych krytyków idą dokładnie tą samą drogą, którą wytyczył Spinoza, i wołają: to jest niemożliwe, dlatego nie mogło się zdarzyć i dlatego wszystko sprowadza się do jednego – trzeba ustalić motywy kierujące sprawcami opisów, to jest ewangelistami. Ci od początku zostają posadzeni na ławie oskarżonych.

Dla jednych racjonalistów motywem twórczości ewangelistów była żądza władzy, dla innych niemożność pogodzenia się z własną słabością, dla jeszcze pozostałych instrumentalne wykorzystanie Mistrza do ambicjonalnych rozgrywek. Zmieniają się jedynie nazwiska i czasy, a od końca XVII wieku wszystkim tym krytykom przyświeca ten sam duch, towarzyszy ta sama podejrzliwość, ta sama pewność siebie. Zmienia się z kolei układ sił. Pod koniec XVII wieku racjonaliści ledwo ośmielali się jeszcze otwarcie atakować ewangelie. Tworzyli zamkniętą sektę, grupę wtajemniczonych. Wymieniali się listami i poglądami we własnym gronie i pilnowali się, by zbytnio nie bulwersować niewyznawców. Funkcjonowali w salonach, lożach, klubach. Pod koniec XVIII wieku powoli zaczęli zdobywać miejsca na uniwersytetach, a ich myśl z wolna zaczęła przenikać do szerszych kręgów. Nadal jednak musieli zachowywać ostrożność.