Krew na naszych rękach?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Wstęp

Część pierwsza. Bolesna pamięć Polaków

Część druga. Ziarna zagłady

Część trzecia. Tytus, Balaam i... On

Część czwarta. Niezwykły i osobliwy przypadek Ariela Toaffa

Część piąta. W cieniu nihilizmu

Bibliografia

Fabryka Słów proponuje

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Pewnego dnia, była późna jesień, ranek pochmurny i szary, słuchałem radia. W audycji ktoś komentował opublikowany właśnie przez niemiecki „Die Welt” artykuł Jana Tomasza Grossa, w którym autor dowodził, iż Polacy dlatego nie chcą przyjmować muzułmańskich imigrantów, że od zawsze są ksenofobami, nacjonalistami i antysemitami. Zaproszony do studia gość plótł coś o tym, że trzeba takie głosy z uwagą i pokorą przyjmować, że miast się sprzeciwiać i protestować, należy uderzyć się w piersi. I dodał: „Wszyscy mamy krew na rękach”. Tak, jako żywo, perorował, że my, Polacy, my, Europejczycy, musimy rozumieć inną wrażliwość, musimy przyjąć do wiadomości, że brak reakcji i pomocy dla mordowanych przez nazistów Żydów (tak, tak właśnie powiedział, przez nazistów) czyni nas współodpowiedzialnymi, a jeśli nie chcemy tego uznać, to dlatego, że drzemie w nas ukryty, zawsze gotów się obudzić i skoczyć do gardła demon nacjonalizmu, egoizmu. Dalej lały się słowa potoczyste, gość się nakręcał, zapluwał, coraz głośniej na nas, Polaków (ach, jak chętnie by powiedział: polaczków) pohukiwał, do rachunku sumienia wzywał, do pokuty namawiał.

Rzadko mi się to zdarza, ale nie wytrzymałem, wściekły podszedłem do radia i z całej siły walnąłem w mały odbiornik. Zarzęził i padł. Pomyślałem: ty taki i owaki, będziesz mnie tu pouczał, ty jeden, nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś, ale ja żadnej krwi na rękach nie mam. Nie znoszę opowieści martyrologicznych, nie lubię obnosić się z ranami, widzę w tym coś babskiego i niemęskiego, ale skoro tak, skoro ktoś chce mnie szantażować i do muru przyprzeć, krwią innych obciążyć, w buty niemieckie ubrać, to takiemu komuś prędzej w twarz napluję, niż pokornie będę znosił, jak się mnie i bliskich poniewiera. Wujek, brat ojca, zginął w powstaniu, miał trzynaście lat, gówniarz; od kiedy pamiętam, odwiedzam jego grób na Powązkach. Babcia ze strony ojca – dawno już nie żyje – w powstaniu straciła rękę, pamiętam jej dziwną, niekształtną postać, jak toczyła się po nierównych chodnikach Warszawy, była słusznego wzrostu, kikut czynił ją dodatkowo niezdarną i ułomną. Ze strony mamy brat babci został zgładzony w Bergen-Belsen zastrzykiem fenolu, kolejnego w 1947 roku rozstrzelało UB w Częstochowie. Ani to powód do chwały, ani uznania. Ot, typowy, chciałoby się rzec, banalny polski los. Znam wielu stokroć bardziej wojną, śmiercią dotkniętych. Jednak kiedy słuchałem, jak ten radiowy mędrek wzywa mnie do pokuty, ględzi, że na mnie, na wszystkich krew żydowska ciąży, że teraz trzeba się kajać, w piersi bić, winy wyznawać, to taka mnie wściekłość ogarnęła, że szczęście jego, iż nie znalazł się blisko mnie.

Pomyślałem, że my, Polacy, nie potrafimy mówić o swoich cierpieniach i ranach. Ba, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby za te życia przegrane, stracone, przeklęte winić cały świat, kulturę, Europę. Żeby wszystkich wokół oskarżać i ciągle napierać, żeby ich do winy przymusić. A jednak w świecie, w jakim żyjemy, inaczej się nie da. Za zasłoną uścisków i uśmiechniętych twarzy, schowana za frazesami i ukłonami, za wyrazami grzeczności i zrozumienia wzajemnego, kryje się wściekła i bezwzględna walka o pamięć. W tej walce z różnych powodów przegrywamy. Nie rozumiemy bowiem, jak zmienił się świat wokół nas w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Naiwnie myślimy, że wszyscy pamiętają o naszych ranach, o zasługach, o krwi milionów ofiar. Guzik prawda. O krwi pamiętają, ale tej, co to nam ją chcą przypisać, o tej, co chcą na nas wylać.

Od połowy ubiegłego wieku w powszechnej świadomości świata jedyną ofiarą wojny stali się Żydzi. Przeciętny Amerykanin, Francuz czy Niemiec mniema, że druga wojna to był Holocaust i tyle. Byli jeszcze jacyś ludzie, którzy Żydów ratowali, reszta jednak, cała wielomilionowa rzesza, przyglądała się biernie albo wręcz w mordzie uczestniczyła. Otoczeni przez mrowie chrześcijańskiej tłuszczy, która czyhała na ich życie i majątek, Żydzi ginęli samotnie. W tej opowieści Hitler przekształca się z Niemca, z niemieckiego nazisty w wyraziciela ukrytych pragnień i dążeń zdeptanych przez niego ludów. Wyrasta niemal na zbawiciela, na kogoś, kto nie tyle podbił i prześladował, co zrealizował ukryte i podświadome pragnienie zbrodni wszystkich na Żydach.

Ta chora, obsesyjna opowieść coraz szybciej opanowuje umysły. Staje się religią, mitem, dogmatem bezwzględnym i nieznoszącym sprzeciwu. Wszystko w niej staje się wykoślawione i odwrócone. Hitler to nie zbrodniarz i morderca ludów, ale wyłącznie zabójca Żydów; podbite narody, Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini, to nie osobne ofiary, ale nieistotny nawóz historii, przypis do wielkiej tragedii Holocaustu. A chrześcijaństwo? Przestaje ono być religią, która dodawała ducha, krzewiła miłość bliźniego, wzywała do poświęceń, skłaniała do ofiar za innych, obcych, często uznawanych za wrogów, ale staje się narzędziem opresji, narzędziem, za pomocą którego zbrodniarze mogli swobodnie zadawać śmierć. Gorzej jeszcze. Staje się ono wehikułem, dzięki któremu wiele środowisk żydowskich bez oporów i żenady może przypisywać innym winę i opowiadać, że wszyscy goje mają krew na rękach. Bo byli ochrzczeni, bo wyrośli w cieniu kościołów i krzyża. Religia, która kiedyś niosła wyzwolenie, stała się z dnia na dzień znakiem niewoli. Za pośrednictwem chrześcijaństwa, twierdzi się, zło i niegodziwość, nienawiść i antysemityzm wlały się w krwiobieg narodów.

Tę zmianę mało kto w Polsce rozumie. Od czasu do czasu, kiedy znany mędrek z Ameryki lub Francji czy też innego oświeconego państwa powie to, co mówią wszyscy, podnoszą się głosy sprzeciwu i oburzenia. A potem gasną. Złość umiera równie szybko, jak się narodziła. Wypala się, wyładowuje. Niektórym może się zdawać, że protesty poskutkowały, że inni wreszcie nas zrozumieli, że przecież nasze polskie cierpienie jest tak oczywiste i tak niepodważalne, iż jedynie ignorancja mogła sprawić, że je przeoczono. Nieprawda. Owszem, niewiedza ma znaczenie, ale zła wola również.

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Opiera się ona na czterech dogmatach. Po pierwsze Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata: bardziej okrutną, bardziej straszną, bardziej ohydną, niż cokolwiek i kiedykolwiek miało miejsce. Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie uczestniczyła w tej zbrodni cała ludzkość: nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi, utajone i podświadome pragnienie usunięcia Żydów. Po trzecie źródłem tego krwiożerczego, ohydnego pragnienia było chrześcijaństwo, która to religia od początku zaraziła ludy wrogością do Żydów. Adolf Hitler był zatem dziedzicem wiekowej tradycji nienawiści. Dzieje Kościoła to dzieje rosnącej przemocy i wrogości. Po czwarte wreszcie, co jest konsekwencją trzech pierwszych dogmatów, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach. Ci są podwójnie napiętnowani: raz jako katolicy, dwa – bo na ich ziemi doszło do mordu. Oparta na tych czterech dogmatach religia jest coraz powszechniej wyznawana przez elity uniwersyteckie, intelektualne i polityczne Zachodu. Wyznają ją profesorowie teologii, historii i innych nauk humanistycznych na wielu renomowanych uczelniach USA, Kanady, Wielkiej Brytanii czy Francji, w dużym stopniu opanowała ona także umysły przedstawicieli Kościoła.

Niestety, jej sukces ma dla Polaków, dla polskiej pamięci skutki dramatyczne. Polacy mogą być albo sprawiedliwymi ratującymi Żydów (to jednak tylko przywilej nielicznych), albo współsprawcami, biernymi lub czynnymi, zbrodni (to przeznaczenie ogółu, który mógł zabijać, przyglądać się biernie zabijaniu, udawać, że nie widzi, wreszcie korzystać z zabijania). Dla polskiej osobnej pamięci, dla polskich ofiar, które ginęły niezależnie od Żydów, w ogóle w takim ujęciu nie ma miejsca.

W niniejszej książce próbuję powiedzieć, jak do tego doszło. Próbuję pokazać, w jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu. Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni, nawet jeśli przed taką deklaracją wciąż się wzdraga, i ogłosił, że będzie zwalczał antysemityzm, do którego propagowania w dziejach w znacznym stopniu się przyznał. To jeden z najważniejszych fragmentów tej opowieści: zmiana stosunku Kościoła otworzyła bowiem drzwi do powszechnego oskarżenia. Jeśli wszyscy Europejczycy byli i są w jakimś stopniu związani z kulturą chrześcijańską, nawet jeśli od dawna już nie wyznają religii Chrystusa, to i tak zostali zainfekowani trucizną.

 

Wreszcie postaram się pokazać, dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć. Tak, książka to tylko słowa. To tylko próba przekazania wiedzy i obudzenia świadomości. Nie zmienia to biegu historii, nie pozwala wierzyć, że krzyk polskich ofiar okrutnych reżimów – tych, co ginęli w operacji NKWD, podczas niemieckich mordów w ramach akcji AB, w Katyniu, w Ponarach czy w Auschwitz, na Wołyniu czy w Palmirach, czy na Zamojszczyźnie, czy na Woli – nie zostanie przykryty i stłumiony innym krzykiem innych niewinnych ofiar. Że stanie się osobną, ważną i autonomiczną częścią solidarnej opowieści wszystkich ofiar, bez względu na narodowość, o zbrodniczym szaleństwie rozpętanym przez bolszewików i nazistów. Że to naiwne? Oczywiście. Jednak taka naiwność jest lepsza niż gniew wyładowywany na odbiorniku radiowym. Może dzięki niej czyjeś sumienie się poruszy. Może.

Część pierwsza
Bolesna pamięć Polaków
Nowy początek

Kiedy w kwietniu 2015 roku szef FBI wygłaszał w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie przemówienie, nie mógł jeszcze wiedzieć, że wywoła ono tak wielkie poruszenie nad Wisłą. Polacy dowiedzieli się o nim z pewnym opóźnieniem i jak kraj długi i szeroki podniosły się głosy sprzeciwu. Jedni wskazywali na ignorancję, inni zarzucali złą wolę, niedokształcenie, głupotę wręcz. Tym razem wygląda na to, że głosy sprzeciwu przeważyły. Ulegając w końcu presji, James Brien Comey wyraził ubolewanie i wygłosił coś, co można by było – przy odpowiedniej dozie dobrej woli lub, wedle uznania, nieuwagi – uznać za przeprosiny. Jak to zwykle bywa, o sprawie szybko zapomniano i emocje się wyciszyły. Niesłusznie. Idę bowiem o zakład, że takich wypowiedzi rychło pojawi się więcej.

Comey nie jest może intelektualistą, jednak wbrew temu, co sądzi się nad Wisłą, nie jest też po prostu ignorantem. Przeciwnie. To produkt amerykańskiego systemu nauki o historii. Powiedział dokładnie to, czego w USA naucza się coraz powszechniej. Nieświadomie zapewne, może tylko w nieco bardziej wyrazisty sposób, może nieco brutalniej nazwał po imieniu powszechne przekonanie, jakie stało się udziałem ogromnej masy zwykłych Amerykanów. Otóż, najkrócej mówiąc, sądzą oni, choć słowo „wierzą” byłoby w tym przypadku bardziej na miejscu, że Holocaust, czyli masowa zbrodnia na Żydach, był wydarzeniem absolutnie nieporównywalnym z niczym innym oraz jednocześnie – że był on skutkiem wiekowego rozwoju, chciałoby się wręcz rzec: rezultatem koniecznym niemal i oczywistym wcześniejszej europejskiej, chrześcijańskiej tradycji, dojrzałym owocem rośliny wyrosłej z zatrutego pierwotnie nasienia, który to owoc musiała ona z siebie wydać. Dwa te twierdzenia razem stanowią coś na wzór religijnego wyznania, swoistą formę wypowiedzi quasi-wyznaniowej. Holocaust jest nieporównywalny i jednocześnie jest on skutkiem powszechnej winy, swoistym grzechem, do którego popełnienia cała ludzkość dojrzewała przez wieki. W tym sensie słowa szefa FBI nie zawierały nic szokującego. Powiedział to, co w USA uchodzi za powszechnie obowiązujący punkt widzenia. W pewien sposób wręcz trudno zrozumieć, dlaczego wywołał on takie zdumienie i zaskoczenie w Polsce. Być może wynika ono z niewiedzy na temat tego, w jaką stronę podążył dyskurs o zbrodniach na Żydach na Zachodzie. Jeśli tak jest, Polaków czekać będzie jeszcze sporo niemiłych niespodzianek. Wystąpienie Jamesa Comeya mieściło w sobie bowiem opinie typowe, w żadnym stopniu nie ekstremistyczne.

Po pierwsze zawierało charakterystyczne wyznanie wiary w jedyność i doniosłość Holocaustu: „Holocaust jest najbardziej znaczącym wydarzeniem w dziejach ludzkości”[1]. Po drugie przekonanie, że żadna inna zbrodnia w dziejach nie była z nim porównywalna: „był najbardziej przerażającym w historii przykładem bestialstwa”[2]. Po trzecie, w ścisłym tego słowa znaczeniu, jego sakralność, transcendencję wręcz: Holocaustu „po prostu nie da się opisać słowami”[3]. I wreszcie ostatni element charakterystyczny – powszechność udziału w zbrodni, obciążającą całą ludzkość: „Dobrzy ludzie pomogli w wymordowaniu milionów. [...] W swoim mniemaniu mordercy oraz ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i bardzo wielu innych miejsc nie dopuszczali się niczego złego. [...] Tak właśnie czynią ludzie i to powinno naprawdę nas przerażać”[4]. Mordercy są tu kategorią ponadnarodową, rekrutują się z Niemiec, Polski, Węgier i „bardzo wielu innych miejsc”, czyli całego świata. Cóż, czasy, kiedy Polacy mogli żyć w naiwnym przekonaniu, że są postrzegani jako współofiary wojny, dawno się skończyły. Sakralizacja Holocaustu sprawiła, że dokonał się nowy podział ról. Może jeszcze nie wszyscy mówią o tym tak wprost jak szef FBI, jednak co do zasady, jego wystąpienie wyraża powszechną świadomość amerykańskich, a także zachodnioeuropejskich elit. Holocaust to już nie zwykłe zdarzenie z historii, a cierpienia żydowskie to nie to samo co męczarnie innych ludów.

I tak dla żydowskiego pisarza Arthura Allena Cohena Holocaust to tremendum, doświadczenie ostateczne, coś, co stanowi absolutną granicę ludzkiego pojmowania. Widać wyraźnie, że współcześni pisarze, którzy chcą zrozumieć wydarzenie Holocaustu, używają wprost języka religijnego – tremendum, czyli inaczej bojaźń, groza, drżenie, było zdaniem wielkiego niemieckiego religioznawcy i teologa Rudolfa Otta charakterystyczną cechą towarzyszącą każdemu autentycznemu przeżyciu transcendencji, świętości, Boga. Taki język, kiedy to opisując śmierć Żydów, używa się pojęć wprost religijnych, jest zjawiskiem powszechnym. Inny przykład – Harold Kaplan, ważny żydowski intelektualista: „Jesteśmy skłonni powiedzieć, że tak jak to jest w przypadku misterium religijnego, tak i w przypadku Holocaustu winien on zostać czymś niewytłumaczalnym lub powinno się ogłosić, że jest czymś świętym w swym transcendentnym znaczeniu”[5]. Amerykański historyk i socjolog Peter Novick wprost przyznaje, że w popularnej kulturze amerykańskiej nastąpiła „sakralizacja Holocaustu”[6]. Przykłady można mnożyć. Pisarz George Steiner: „Świat Auschwitz leży poza granicami mowy i poza granicami rozumu”[7] – dokładnie tak jak transcendencja. Według Elie Wiesela „Auschwitz neguje wszelkie systemy, niszczy wszystkie doktryny”[8]. Staje się tym samym co numinosum – pełną grozy i nieprzystępną tajemnicą.

Inny z kolei badacz, katolicki etyk John Pawlikowski, stwierdził, że Shoah był tworem „nowej świadomości ludzkich możliwości”, a zniszczenie Żydów „potwierdzeniem ludzkiej autonomii i wolności”[9] – tak jakby pod tym względem cokolwiek różniło zbrodnie na Żydach od innych zbrodni na niewinnych ludziach. Holocaust raz bywa pojmowany jako niemal objawienie, raz jako najwyższa forma osobliwej emancypacji i jednocześnie punkt docelowy zachodniej cywilizacji. W Holocauście należy widzieć „wyraz niektórych najgłębszych tendencji zachodniej cywilizacji”[10] – pisał rabin Richard Rubenstein. A polska autorka Bożena Keff stwierdza: „Cała europejska tradycja antysemityzmu była niezbędnym warunkiem zagłady. Można powiedzieć, że Hitler i nazizm stali się ucieleśnieniem ducha tej tradycji [...]”[11]. Czy jest to doznanie tremendum czy radykalne przekroczenie wolności, Holocaust jest swoistym epokowym przełomem, punktem zwrotnym dziejów, swoistym radykalnym początkiem, który musi, sądzą holocaustianiści, przynieść zupełnie nowe rozumienie podstawowych pojęć ludzkiej świadomości. Nic nie pozostało takim, jakie było, wszystko jest na nowo. Nowym ma być Bóg, religia, człowiek, kultura, sztuka.

Objawienie Auschwitz

Wielu słusznie zauważyło wielki wpływ, jaki na całą teologię współczesną wywarł Elie Wiesel, a szczególnie jego opowieść „Noc”, w której między innymi odtwarzał własne doświadczenia, przypominając masowe mordy na Żydach. We fragmencie, w którym autor opisuje śmierć chłopców na szubienicy, jeden ze współwięźniów pyta, patrząc na ofiary: „Gdzie jest Bóg? Gdzie On jest? Teraz?”[12], na które to pytanie Wiesel słyszy odpowiedź udzieloną mu przez tajemniczy wewnętrzny głos: „Gdzie On jest? Oto jest tu – wisi na tej szubienicy”[13]. Oto Bóg utożsamia się z ofiarami Holocaustu, schodzi ze swego tronu w niebiosach i poddaje się męce i cierpieniu.

Znany protestancki teolog Jürgen Moltmann w książce „Der gekreuzigte Gott” („Bóg ukrzyżowany”) starał się nadać temu doświadczeniu Wiesela chrześcijański wymiar. Pisał: „Bóg jest w Auschwitz i Auschwitz jest w ukrzyżowanym Bogu – to jest podstawa dla realnej nadziei, która zarówno obejmuje, jak i przezwycięża świat i która jest podstawą dla miłości, która jest mocniejsza niż śmierć i może pokonać śmierć”[14]. Doświadczenie Auschwitz ma być, powtarzam, swoistą cezurą dziejów, absolutnie nowym początkiem pojmowania Boga i Jego stosunku do świata. Inna znana teolog, Susan J. White, pisała: „Czy możemy obecnie wyznawać Boga i pośredniczyć między Tym, który wydaje się, że nie słyszał krzyków Żydów w obozach koncentracyjnych, a ludźmi? Czy chcemy oczyszczenia od Boga, którego znaleźliśmy winnym obojętności? Czy wolno nam używać psalmów, które mówią o interwencji Boga w sytuacjach niesprawiedliwości? Czy możemy ogłaszać, odmawiając »Ojcze nasz«, że jest to Bóg, który ma moc zbawiać? Czy możemy, krótko, modlić się w ten sam sposób do Boga klasycznego teizmu, Boga mocy, mądrości, władzy i miłosierdzia, jako wspólnota wiary po Auschwitz?”[15]. Oczywiście nie możemy. Gdyby Bóg był taki, jak Go sobie wyobrażano przez wieki, nie dopuściłby do Holocaustu, który w tych kategoriach ma stać się swoistym antyobjawieniem.

„Holocaust jest najbardziej radykalnym antyświadectwem zarówno judaizmu, jak i chrześcijaństwa. Nie wolno wygłaszać sądów teologicznych, które nie byłyby wiarygodne w obliczu płonących dzieci”[16] – pisał rabin Irving Greenberg. Konsekwentnie trzeba uznać, że tak jak niegdyś dla Kościoła punktem odniesienia miało być cierpienie Jezusa na krzyżu, szczytowy punkt historii, tak teraz ma nim być cierpienie i męki Żydów w obozach śmierci. Po Holocauście Bóg albo całkiem musi zniknąć – nie sprawdził się, bo nie przeciwdziałał męczarniom Żydów; albo musi ulec radykalnej przemianie. Wierzyć nadal w Boga, który jest wszechmocny, jest Opatrznością, jest Panem świata – to teraz, zgodnie z tą nową teologią, akt skrajnie niemoralny, egoistyczny i wręcz nieludzki. Jak można wyznawać takiego Boga? Jak można Mu wierzyć i twierdzić, że panuje nad światem, skoro dopuścił do swoistego objawienia absolutnego zła w Auschwitz i nie raczył kiwnąć palcem?

Kto wyznaje takiego Boga, bliski jest wręcz, można by powiedzieć, antysemityzmowi: przecież głosząc potęgę Boga, lekceważy absolutność żydowskiego cierpienia. Albo zatem Boga w ogóle nie ma, albo jeśli jest, to należy w Nim widzieć już nie Ojca dobrego, nie wszechwładnego i potężnego Pana, ale, być może, kogoś, kto też cierpi, kto poddany został męczarniom. Nie pomógł Żydom nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że nie mógł. Możliwy jest zatem obecnie, twierdzą holocaustiańscy myśliciele, jedynie Bóg, który cierpi i nie może zbawiać. Wyznawać Boga Zbawiciela, który mógł wybawić Żydów, a tego nie uczynił, to wyznawać wiarę, zdaniem zwolenników nowego podejścia, w moralne monstrum. Należy więc, stwierdza Pawlikowski, uznawać podatność Boga na zranienie. Bóg, którego „zwykliśmy wzywać w liturgii, aby przyszedł i uleczył zło świata, sam umarł w popiołach Holocaustu”[17].

 

Jak zauważył inny słynny teolog niemiecki, Klaus Berger, umierający na krzyżu Jezus był zaledwie jednym z setek tysięcy ukrzyżowanych żydowskich niewolników i jednym z milionów zabitych w obozach Żydów. Jeśli tak, to rzeczywiście jego śmierć traci nadzwyczajne znaczenie – był on tylko jednym z wielu przypadków; w porównaniu ze śmiercią ofiar Holocaustu śmierć Jezusa nie robi na współczesnych teologach specjalnego wrażenia. Jej znaczenie można uratować jedynie w ten sposób, że podkreśla się żydowskość Jezusa – zginął na krzyżu jako członek narodu żydowskiego, a nie jako człowiek, składając ofiarę za ludzkość. „Jezus był wierny Torze, był jednym z wielu męczenników żydowskich cierpiących dla uświęcenia imienia Boga”[18] – pisał holenderski teolog Coos Schoneveld.

Tę zmianę podejścia doskonale pokazał powołany przez papieża Franciszka na konsultora Papieskiej Rady do spraw Popierania Jedności Chrześcijan ojciec Enzo Bianchi. Ogłosił on, że objawienia fatimskie w 1917 roku były oszustwem, bo... Matka Boska nie przepowiedziała w nich Holocaustu. Jego zdaniem Maryja, która mówiła o prześladowaniu chrześcijan i błędach Rosji, była wymysłem chrześcijańskim, gdyż przekazała obraz Boga „katolickiego rasizmu, który dba tylko o swoją rodzinę”[19]. Ksiądz Bianchi, założyciel ekumenicznej wspólnoty z Bose, doskonale zrozumiał nową tendencję, która dominuje w teologii katolickiej. Faktycznie, czy można sobie wyobrazić, żeby Bóg, gdyby rzeczywiście chciał się objawić, nie wspomniał o metafizycznym złu Holocaustu?