Kontrrewolucja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Korekta

Firma UKKLW

Okładka i projekt graficzny,

Fahrenheit 451

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN: 9788380796270

Copyright © by Paweł Lisicki

Copyright © for Fronda, Sp. z o.o., Warszawa 2021


Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

WSTĘP, CZYLI O BOGU NIE-LUDZKĄ RĘKĄ UCZYNIONYM

NIE-LUDZKI BÓG

MROCZNE DZIEDZICTWO OŚWIECENIA

SKARB TRADYCJI

PUSTE NIEBO PANA COGITO

MODLITWA PANA COGITO

PO TAMTEJ STRONIE NIEBOSKŁONU

GORZKA PRZYPOWIEŚĆ

W MATNI

NA GRANICY ODEJŚCIA

MISTRZ WĄTPLIWOŚCI

W STRONĘ NIEZNANEGO

ODPOWIEDŹ OJCA PERRINA NA POŻEGNALNY LIST SIMONE WEIL

DRZEWO ISTNIENIA

O ŚMIERCI, KTÓRA UMARŁA

ORĘDOWNIK POTĘPIONYCH

W CIENIU SZATANA

WIĘZY UCZUCIA

DOSKONAŁOŚĆ I NĘDZA

GRANICA NIEWIEDZY

W PUŁAPCE PASJI

KROK ZA DALEKO

PAN I SŁUGA

CZŁOWIEK PRZYSZŁOŚCI

ALBO I ALBO

PRZECIW WYZNAWCOM WIELORYBA

UROK BEZSILNEGO DOBRA

GŁOWA HOLOFERNESA

O NIEPOZNAWALNOŚCI

PUNKT OPARCIA

FAKTY I SUMIENIE

ZAGADKA „GAGNTUI”

ZA GRANICĄ ZIEMI ULRO

POCHWAŁA KONSEKWENCJI, CZYLI RZECZ O KARDYNALE NEWMANIE

KŁOPOTY Z DZIEDZICTWEM

POGAŃSKIE WYZWANIE

NIEWYGODNI BOHATEROWIE

W CUDZE PIERSI

UWIEDZIONA TEOLOGIA

W OKOWACH ABSTRAKCJI

UDRĘKI NADZIEI

ODRZUCONA TAJEMNICA

NIESKOŃCZONOŚĆ NA MIARĘ ŚMIERTELNYCH BOGÓW

WSTĘP. DROGA Z CHAOSU

POWRÓT Z OBCEGO ŚWIATA

OBROŃCA ROZUMU

W POSZUKIWANIU PORĘCZYCIELA

SZTUKA NAIWNOŚCI

PERŁA PRZEBACZENIA

TAJEMNICA MESJASZA

JUDASZ I WYROK POTĘPIENIA

KOD NIENAWIŚCI

BEZ SOLIDARNOŚCI

POZA BUNTEM I DIALOGIEM

RACHUNEK DO ZAPŁACENIA

METAFIZYCZNA ZEMSTA HOUELLEBECQA

PELAGIAŃSKA NATURA WSPÓŁCZESNOŚCI

ŻYWOT W SOBIE SPRZECZNY

PROROK I MĘCZENNIK (RZECZ O SAVONAROLI)

DUSZA ZACHODU

DZIEDZICTWO DANTEGO

OKO W OKO Z REWOLUCJĄ

LEKARSTWO NA CHAOS

WROGIE PRZEJĘCIE?

TĘCZOWA REWOLUCJA

HOMOHEREZJA PRZENIKA DO SEMINARIÓW

PROTEST ARCYBISKUPA

OKOPY ZDROWEGO ROZSĄDKU

NAJWIĘKSZA POKUSA WSPÓŁCZESNOŚCI

Przypisy

WSTĘP, CZYLI O BOGU NIE-LUDZKĄ RĘKĄ UCZYNIONYM

Świat

Najstarszy z publikowanych w tym zbiorze esejów powstał w 1990 roku, ponad trzydzieści lat temu. Była to recenzja książki Milana Kundery pierwotnie opublikowana w „Znaku” pod tytułem Przypowieść o życiu lekkim jak puch. Tekst nieco później rozszerzyłem i przeredagowałem, już po przeczytaniu wszystkich wtedy dostępnych powieści czeskiego pisarza. Otwierający pierwszy tom esej Mroczne dziedzictwo Oświecenia ukazał się również w „Znaku” w 1992. W tym samym roku opublikowałem też inny, tak ważny dla mnie tekst o poezji Zbigniewa Herberta, O pustym niebie Pana Cogito.

Piękne to były czasy, chciałoby się powiedzieć. Komunizm właśnie upadł, Polska wracała do należnego jej miejsca pośród państw Zachodu. Światowa lewica leczyła rany. Socjalizm, bolszewizm, rewolucjonizm – wydawało się, że zostały ostatecznie obnażone i że ludzkość czeka złoty wiek wolności. Nie znałem jeszcze Czarnej księgi komunizmu, ale wiedziałem, podobnie jak całe nasze dojrzewające w latach 80. pokolenie, które zdobywało wiedzę z podziemnych wydawnictw i przekazów rodzinnych, że komuniści są odpowiedzialni za dokonanie masowych, straszliwych zbrodni, że stworzyli system ludobójczy i morderczy. Czy ich ofiarami padło 100 milionów ludzi, jak utrzymują autorzy Czarnej księgi, czy mniej, czy więcej nie miało decydującego znaczenia dla oceny ustroju. Dość, że jego twórcy, tak ci, którzy go uzasadniali intelektualnie, jak ci, którzy bez skrupułów mordowali, jawili się jako ludzkie bestie i potwory. Dla mnie nie było żadnej moralnej różnicy między Leninem, Stalinem, Trockim a Hitlerem, Goebbelsem czy Himmlerem. Jedna zgraja bandytów. Kiedy słyszałem nazwisko Marks, wzgardliwie wydymałem wargi i uśmiechałem się z lekceważeniem. Niemożliwe, myślałem, że tylu ludzi mogło dać się zwieść opowieściom o walce klas, o upadku kapitalizmu, o religii jako opium dla ludu. Nawet jeśli to ostatnie twierdzenie nie było prostym potępieniem – można uznać, że Marks widział w religii wyraz ludzkiej tęsknoty za sprawiedliwością – to wciąż była ona jedynie czymś pochodnym, ostatecznie formą fałszywej świadomości. Tak, na początku lat 90. wydawało się, że upadek komunizmu nieodwołalnie zdyskredytował wszystkich tych, którzy go bronili, budowali i usprawiedliwiali. Powrót Marksa zdawał się niemożliwością.

 

Chociaż, widzę teraz, był to punkt widzenia naiwny, niedojrzały wręcz. Bowiem to zwycięstwo nad realnym socjalizmem, a takie miano nosił panujący w Polsce, wprowadzony przez Sowietów ustrój, było, jak szybko miało się okazać, cząstkowe. Nie tylko dlatego, albo nie przede wszystkim dlatego, że zmiany, które nastąpiły w Polsce czy też w innych państwach bloku wschodniego były często niezbyt głębokie, że zasadzały się na porozumieniu z komunistami, którzy w zamian za bezkarność i zachowanie znaczącej części przywilejów oddali część władzy. Nie. Prawdziwym problemem było to, że ów zwycięski Zachód w niewielkim stopniu jedynie, a być może wcale, nie przypominał tego wymarzonego ideału, do którego dążyli, o którym marzyli Polacy przez dziesięciolecia ucisku.

Wtedy, na początku lat 90. nie było to tak łatwo dostrzec. Państwa i narody zachodnie zbudowane przecież zostały na silnych i trwałych podstawach cywilizacji chrześcijańskiej. Wydawało się, że Zachód swoje zwycięstwo nad komunizmem zawdzięcza przede wszystkim sile moralnej. Przekonaniu, że istnieje prawo naturalne, że ustawy przyjmowane przez parlamenty muszą się do niego stosować, że podstawą społeczeństwa musi być nienaruszalność wolności słowa, ochrona ludzkiej godności i życia, kierowanie się sprawiedliwością, szacunek dla własności, dziedzictwa, tradycji. Dziś coraz częściej myślę, że było to złudzenie. Że radość ze zrzucenia komunistycznych pęt była zbyt wielka, by pozwolić nam na trzeźwe myślenie. Zachód, który wygrał z komunizmem, znajdował się bowiem również w stanie coraz poważniejszej zapaści. Z jednej strony wewnętrznie podmywa go niewiara we własną dziejową wielkość, z drugiej systematycznie ulega presji neomarksistowskich postmodernistów. Dręczyła go i dręczy coraz bardziej choroba braku własnej tożsamości. To, co wielkie, staje się przedmiotem wstydu, to, co wspaniałe, ma zostać zapomniane. Przeszłość powinna zostać oczyszczona, wyrugowana, przezwyciężona. Ideałem ma być nowe, totalnie wyemancypowane, wyzwolone z więzów dziedzictwa społeczeństwo. Czy z tej choroby zdawaliśmy sobie wtedy sprawę, my, młodzi Polacy zachłyśnięci wolnością i dumni z obalenia komunizmu? Nie sądzę. Nie słyszałem wtedy na pewno ani o ideologii gender, ani o LGBT. Nie przypuszczałem, że zachodnie uniwersytety stały się ofiarami kulturowej rewolucji. To wszystko było jakby nierealne, dalekie. Doniesienia na ten temat budziły wówczas co najwyżej zdziwienie. Mogło się wydawać, że chodzi tu o jakieś dziwactwo, idiosynkrazję. Trzydzieści lat później widać, że to, co zbywaliśmy pogardliwym uśmiechem i pukaniem się w czoło, stało się najważniejszą ideologią Zachodu.

***

W Mrocznym dziedzictwie Oświecenia pisałem, że „współczesny świat przyjął dziedzictwo Oświecenia i tym samym nie może stanowić miary i wzorca”. Dlaczego? Bo najważniejszą częścią tego dziedzictwa, tą najbardziej mroczną stroną, chciałoby się powiedzieć, była negacja istnienia Boga i porządku nadprzyrodzonego. Nie można, oczywiście, sprowadzić Oświecenia, do ateizmu, ale, z drugiej strony, czy właśnie ateizm nie był ostatecznie najbardziej prawdziwym i autentycznym przesłaniem tych filozofów, którzy od połowy XVII wieku, od opublikowania przez Barucha Spinozę Etyki, coraz bardziej wyraźnie występowali jako jedna partia, jedna grupa? Chociaż początkowo ten ateizm mógł wydawać się ówczesnym ludziom czymś wyswobadzającym, uwalniał bowiem człowieka z więzów Tradycji, przeciwstawiał się Kościołowi, opowiadał o ludzkiej dojrzałości i autonomii rozumu, to czy ostatecznie nie musiał pociągać za sobą zamordyzmu? Czy człowiek bez Boga nie musi stać się niewolnikiem? Czy państwo, które programowo odrzuca Boski autorytet i nie uznaje Kościoła, nie musi przekształcić się w tyranię? W Skarbie Tradycji, też z 1992 roku, twierdziłem: „Społeczeństwo demokratyczne potrzebuje bezwarunkowych etycznych zasad. Te zasady nie są dla wszystkich oczywiste, nie są też tworzone przez samo państwo. Pochodzą z zewnątrz, ale wyznaczają sferze politycznej granice i stanowią jej miarę. Dlatego właśnie ortodoksyjna religijnie postawa powinna być szczególnie ceniona z punktu widzenia demokratycznego państwa”.

Wielu wtedy takie postawienie sprawy wydawało się zbyt radykalne, przesadne. Nie tylko wtedy. Jeszcze i teraz, kiedy już przerażająca potęga ateistycznego Lewiatana staje się coraz bardziej widoczna, nie wszyscy potrafią ten związek dostrzec. Doskonale widać to u autorów, skądinąd niezwykle przenikliwej książki, Helen Pluckrose i Jamesa Lindsaya, Cynical, critical Theories. How Universities Made Everything about Race, Gender and Identity – and Why This Harms Everybody. Tytuł długi, istnie barokowy, wiem. Ale wyjątkowo trafny. Otóż autorzy ci, którzy z taką precyzją i dokładnością pokazują obecny stan społeczeństw zachodnich, coraz bardziej zniewolonych przez radykałów, wciąż wierzą, że to, co opisują, jest jedynie wypaczeniem Oświecenia. I dziwią się – jak to się stało? Jak to możliwe, żeby na dzisiejszych uniwersytetach zamykano usta studentom, którzy mają odmienne zdanie? Jak to możliwe, że coraz powszechniejsza jest dyktatura politycznej poprawności? Że twierdzenia jawnie niedorzeczne – na przykład przekonanie, że płeć można sobie swobodnie wybierać i biologia nie ma żadnego znaczenia, że biali ludzie są z natury rasistami, że kultura zachodnia powstała w wyniku wiekowego ucisku czarnych, że rodzina jest obozem koncentracyjnym w miniaturze, że sprawiedliwość polega na tym, by uciskać wszystkich niepasujących do powszechnej miary równości – cieszą się uznaniem i szacunkiem, a każda próba ich negowania pociąga za sobą niebezpieczeństwo?

Pluckrose i Lindsay, notabene ich książka była w 2020 roku bestsellerem „Sunday Timesa”, są zadeklarowanymi, klasycznymi liberałami. Ba, nie tylko, że występują w obronie wolności słowa, praw jednostek; nie tylko, że zastrzegają się i dowodzą, jak bardzo zależy im na powszechnej równości płci, ras, religii, systemów poglądów itd., itp., nie tylko wreszcie podkreślają, ile wlezie swoje obawy przed prawicowym populizmem i możliwymi faszyzmami (obawiam się, że mógłbym się znaleźć w tej kategorii), ale nawet próbują wykazać, że obecna fala radykalizmu jest zaprzeczeniem projektu liberalnego, czy nowożytnego. Że to zdrada Oświecenia. Że to odejście od liberalnych ideałów Zachodu. Ba, nawet, ich zdaniem, obecna rewolucja stanowi odejście od marksizmu. Ale pal sześć. Właśnie dlatego są oni (powinni być przynajmniej) wiarygodnymi świadkami.

Otóż piszą oni, że od późnych lat 60. postmodernizm (powiedziałbym postoświecony neomarksizm) całkowicie przeorał amerykańską i szerzej, zachodnią świadomość: „Znajdujemy się w sytuacji, w której musimy stawić czoło ciągłemu zanikaniu takich kategorii, jak: wiedza i wiara, rozum i emocje, mężczyźni i kobiety, a także jesteśmy pod presją, by cenzurować nasz język w zgodzie z Prawdą według Sprawiedliwości Społecznej”. Ideologowie – zauważają Pluckrose i Lindsay – od kilkudziesięciu lat systematycznie przejmowali władzę na uczelniach. Nauczają oni teraz, że poznanie i wiedza są formą przemocy, tak samo jak moralność, podział na dobro lub zło, naturę i antynaturę. Nie istnieją uniwersalne normy etyczne ani obiektywna prawda: to jedynie zakodowane w języku dyskursy sprawiają, że coś się wydaje słuszne lub nie. Kto ma władzę ten narzuca swój dyskurs, kto jej nie ma, ten mu podlega. Używając narzuconego języka staje się, nieświadomie, ofiarą przemocy. Nie istnieje żadna obiektywna sprawiedliwość lub powszechne dobro – kto tak uważa, dał się zwieść dyskursowi, za którym skrywają się potęga białych, heteroseksualnych mężczyzn. Wszystko ma być zatem względne i płynne. Z jednym wyjątkiem: w tym całkowicie relatywnym systemie jest jeden absolut: władza, dominacja. I jedno dobro: uciskani, ofiary opresji i wyzysku.

Z tego punktu widzenia wszystko to, co wydaje się stałe i naturalne – płeć, rodzina, hierarchia, własność, nawet godność osobowa, rozum – jawi się jako przejaw przemocy i opresji. I tak choćby rodzą się kolejne potworki, jak teoria postkolonialna (biały mężczyzna jest źródłem zła) czy teoria queer (lub teoria LGBT), zgodnie z którą można być jednocześnie mężczyzną, kobietą, osobą bezpłciową lub jakąś hybrydą, płynnym połączeniem różnych tożsamości, obojnakiem lub nikim. Pojęcia nie odnoszą się do rzeczywistości, są jedynie konstrukcjami panujących grup. Jestem tym, co wzbudza we mnie pożądanie lub tym, co daje mi zaspokojenie. Nie istnieją żadne ustalenia: ani biologii, ani nauk społecznych czy historycznych. Okazuje się, że kwestionuje się nawet prawdy matematyki czy logiki (bo pochodzą one od białych mężczyzn).

To szaleństwo nie tylko staje się coraz bardziej zaraźliwe. Jest ono też coraz bardziej totalitarne. Nowa (stara) ideologia odrzuca wolność słowa. Wystarczy, że ktoś posługuje się tradycyjnym językiem, że dostrzega choćby różnicę między kobietą a mężczyzną i staje się tym samym niegodnym wolności nienawistnikiem, którego trzeba od nowa wyedukować. Oczywiście, największym źródłem uprzedzeń i zacofania (są nienawistnikami par excellence) są ludzie religijni, bo wierzą w nienaruszalne zasady. Uznają istnienie Boga, który może być przecież jedynie widmem, ekstrapolacją ludzkich pragnień, kreacją ludzkiego umysłu i uczuć i w imię tego produktu ludzkiej świadomości, czasowej i zmiennej, próbują ograniczać dążenie do spełnienia jednostek współczesnych.

Liberalni autorzy (nie, nie ja, prawicowy konserwatysta) piszą o tym wprost jako o obsesji, szaleństwie, szybko mutującym wirusie. I pokazują, jak krok po kroku bakcyl ten opanował cały amerykański, szerzej, również zachodni świat akademicki i intelektualny. Nie liczą się argumenty, ale emocje. Sprawiedliwość polega teraz nie na tym, by każdemu oddać to, co mu się należy, ale by wspierać uciśnionych (lesbijki, homoseksualistów, transwestytów, kolorowych, a nawet w skrajnej postaci niepełnosprawnych) kosztem rzekomo dominujących heteroseksualnych białych. Jak to zrobić? Temu służą specjalne urzędy rzeczników równości, którzy opanowali kilkaset (tak!) uczelni. Mnożą się zajmujące się tym biura i stanowiska w koncernach, instytucjach publicznych i fundacjach.

W ten sposób pojawiła się całkiem nowa klasa ludzi. To są właśnie dziennikarze, publicyści, politycy i biznesmeni XXI wieku, którzy przeszli skuteczne pranie mózgu. Choroba ta szerzy się szybciej niż wirus i w sensie duchowym jest nie mniej, a może bardziej śmiertelna. Ostatecznie uniemożliwia ona dotarcie do obiektywnej prawdy – prawda to dominacja. Wiedza i poznanie to ucisk.

***

Pluckrose i Lindsay widzą w tym narastającym szaleństwie zerwanie z tradycją Oświecenia, przekreślenie wielkiej zdobyczy Zachodu, jakim była wolność. Mylą się. Wolność oświeceniowa musiała, będę się przy tym upierał, przynieść właśnie takie konsekwencje, jakie przyniosła.

Nie chcą zrozumieć, że usunięcie Boga musi pociągać za sobą śmierć człowieka, zniszczenie ludzkiej wolności, podeptanie ludzkiej godności. Bez Boga człowiek staje się zwierzęciem, a prawa stanowione przez społeczeństwo mogą być jedynie swoistym regulaminem, umową, kontraktem bez żadnej wyższej sankcji. Bez Boga państwo przekształca się systematycznie w tyranię doczesności, której to człowiek musi bezwzględnie się podporządkować. Jest on jedynie obywatelem tego ziemskiego państwa i jego jedynym celem ma być dążenie do zaspokojenia swoich pożądań. Wszystko, co temu się sprzeciwia, musi zostać usunięte. Wynika to z samej logiki systemu: wyciągnięcie spod ludzkich stóp oparcia, jakim jest Bóg, pozostawia nas w zawieszeniu. Nie ma Boga, więc wszystko jest możliwe. Wszystko – w sensie co mnie zaspokaja i uszczęśliwia, nasyca. Bo jedynym Ja, o którym może mówić postoświecony człowiek to, Ja składające się z instynktu, pożądania. Skąd się one biorą? Z głębi tego, co nieświadome, z tego, co nieokreślone, z najgłębszej gatunkowo zwierzęcej nieświadomości. Rozum nie jest już najwyższą cząstką duszy, co najwyżej jest on uogólnionym, społecznym instynktem gatunkowym. Duszy też nie ma. Rozpłynęła się we mgle. Nie ma prawdy obiektywnej, prawdy metafizycznej.

 

Dlatego, pisałem, przesłanie Oświecenia najlepiej wyraził nie Kant, ale markiz de Sade. Kant jedynie ogłosił, że rozum nie może dotrzeć do rzeczy samych w sobie, nie może poznać ani istnienia Boga, ani duszy, niczego, co wieczne, bezczasowe i nieprzestrzenne. Skoro tak, skoro to, co w człowieku uważano kiedyś za najwyższe – jak to pięknie ujął święty Tomasz z Akwinu, intelekt jest tym, co najwyższe, bo odkrywa pełnię Prawdy – teraz zniknęło i rozpadło się, to człowiek przypomina obecnie ślepego kreta, niezdolnego dotrzeć do prawdy bytu. Człowiek ostatecznie musi osuwać się w zwierzęcość. „Czymże są, pytam cię, wszystkie ziemskie stworzenia wobec jednego z moich pragnień? I z jakiego powodu miałbym pozbawiać się najmniejszego z nich, by zadowolić jakąś istotę, która nic mnie nie obchodzi?” – pisał Sade. To pytanie jest oczywiste: jeśli zburzy się ład duszy, jeśli zaneguje się możliwość jej poznania, jeśli z Boga zrobi się co najwyżej postulat ludzkiej moralności, to otwiera się drogę dla nihilizmu. Po co mi spełnienie postulatu, skoro tym, co bardziej bezpośrednie jest pożądanie? W ten sposób powstaje kult samowoli i nieskrępowanego egoizmu. Kiedy Wolter jeszcze przed rewolucją francuską wykrzykiwał raz za razem nienawistne, skierowane przeciw Kościołowi tyrady, to ujmował właśnie w najbardziej dobitnych słowach sens oświeceniowego projektu. W jednym z listów pisał: „Wyznanie chrześcijańskie jest religią haniebną, podłą hydrą, która musi być zniszczona przez setki niewidzialnych rąk. Konieczne jest, by filozofowie wyszli na ulicę, by ją zniszczyć, tak jak misjonarze krążą po lądach i morzach, by ją głosić. Winni się odważyć na wszystko, zaryzykować wszystko, nawet dać się spalić, byle ją zniszczyć. Écrasez l’infâme! Écrasons l’infâme!”. Trudno o bardziej jednoznaczny przejaw wrogości. A list do Damilaville’a to tylko jeden z licznych przykładów oświeceniowej furii. Podobnie wątpliwości nie miał Jean Jacques Rousseau, kiedy twierdził, że w państwie oświeconym nie może być miejsca dla Kościoła, który wyznaje, że poza nim nie ma zbawienia. Rousseau i Wolter, a także tylu innych oświeceniowych filozofów w tym jednym w pełni się zgadzają: religię chrześcijańską należy całkowicie wyrugować, bo stoi ona na drodze szczęściu ludzkości. Człowiek to skrępowane zwierzę, a prawdziwym archontem ciemności, reprezentantem wrogich mocy porządku jest właśnie Kościół.

***

Kolejne nazwiska XIX i XX-wiecznych ateistów są niczym punkty graniczne w tej wielkiej, dziejowej drodze postoświeceniowego człowieka do samozniszczenia i do konsekwentnego uśmiercania Boga. Te dwie rzeczy zawsze się ze sobą splatają. Kto odrzuca Boga, musi negować ludzką naturę. Czas jest jedynie zapisem samoświadomości. Kolejne pokolenia potrzebują czasu, żeby z tego ogłoszonego w XVII i XVIII wieku projektu wyciągać kolejne konsekwencje. Radykalizacja, to jest wyciąganie coraz bardziej bezwzględnych i okrutnych wniosków, wbudowana jest w sam oświeceniowy projekt. I tak Marks (czwarta teza o Feuerbachu) widzi wyraźnie związek między człowiekiem, rodziną i religią. W ostateczności, żeby wyzwolić człowieka, nie wystarczy, jak myślał Feuerbach, wyzwolić go z tej ostatniej. Odebranie rodzinie podstawy naturalnej, religijnej, jest pierwszym krokiem do ostatecznego celu, całkowitego zniszczenia. „A więc np. po odkryciu, że ziemska rodzina jest tajemnicą świętej rodziny, musi ona sama zostać zniszczona w teorii i praktyce”. (https://www.marxists.org/archive/marx/works/1845/theses/theses.htm) W pierwszej kolejności należy obalić określoną formę społeczeństwa, bo tak tylko zniknie „usposobienie religijne”, które jest wytworem społecznym (teza 7). A to usposobienie blokuje człowiekowi drogę do stania się sobą. Na czym to stanie się sobą polega, nie do końca wiadomo, pod tym względem Marks był wyjątkowo oszczędny w słowach. Tym, co napędzało jego system, nie była wizja szczęśliwej przyszłości, ale nieokiełznana nienawiść do wszystkiego, co zastane. Ta sama wrogość do każdego porządku, który odwołuje się do religii, doskonale widoczna jest w innych pismach Marksa, na czele z Manifestem komunistycznym. Obalić, zniszczyć, wyrugować, znieść, przezwyciężyć – oto, co czeka zachodnią cywilizację. Z tego punktu widzenia można zauważyć ścisłe pokrewieństwo de Sade’a, Marksa, Nietzschego, czy jeszcze później, Freuda. U wszystkich można znaleźć dokładnie tę samą, napędzającą ich antychrześcijańską, zaciekłą, uporczywą emocję. Nietzschego jego obwieszczenie „śmierci Boga” doprowadziło do szaleństwa, ale jeszcze przedtem, wśród wielu innych mniej i bardziej zajadłych ataków, zdążył opublikować Antychrysta, książkę, którą trudno przebić w nienawiści do Kościoła i Boga.

Płomienne wezwania do rozprawienia się z najbardziej żałosnym przejawem niewolnictwa, jakim jest chrześcijaństwo i szczególnie kapłani, przeplatają się z marzeniem o nowym człowieku, kreatorze wartości. W porównaniu z nim Freud w swojej Kulturze jako źródle cierpień może się jawić wręcz jako dobroduszny staruszek, który z pincetą w ręce najchętniej po prostu wyleczyłby człowieka z choroby chrześcijaństwa. Religii nie trzeba niszczyć, wystarczy ją zredukować i wytłumaczyć. Zamiast stosów trupów wystarczy łagodna eutanazja. Wiara jest bowiem, w ścisłym tego słowa znaczeniu, z punktu widzenia Freuda, przejawem nerwicy, infantylizmu, niedojrzałości. Tak więc, nie mam wątpliwości, że wszystkie te nazwiska reprezentują jeden, wspólny, dziejowy proces. Są oni właśnie dziedzicami Oświecenia, radykalnej i totalnej krytyki religii, która to musi pociągać za sobą, podkreślam, zniszczenie całego, naturalnego ludzkiego świata. Przekazują sobie pałeczkę niczym w sztafecie. Jeden drugiego uczy wrogości do Boga jako źródła obiektywnego porządku. Od XVII wieku to, aż do XX i obecnie w XXI możemy śledzić przebieg tego przedstawienia. Obalenie rozumu uwolniło to, co najniższe.

***

„We wszystkich przypadkach analizy charakterologicznej było wyraźnie widoczne, że skłonności do mistycyzmu wyrastają z lęku przed masturbacją, który przybiera postać ogólnego poczucia winy. Trudno pojąć, że aż do dzisiaj w badaniach analitycznych nie dostrzegano tej zależności. Sumienie człowieka, zinternalizowane upomnienia i groźby ze strony rodziców oraz nauczycieli znajdują uprzedmiotowienie w idei Boga” – pisał XX-wieczny guru nowej lewicy, uczeń Freuda i Marksa, Wilhelm Reich. W ten sposób rewolucjoniści krok po kroku zatykają w człowieku wszelkie szczeliny, przez które mogłoby do niego dotrzeć światło z góry. Sumienie przestaje być głosem Boga, jest tylko uwewnętrznionym głosem otoczenia. Pragnienie czystości to infantylizm. Dążenie do świętości to wyraz zahamowań. Czystość to strach przed pożądaniem. Sprawiedliwość, ład, obowiązek to puste słowa, dźwięki bez znaczenia. Wszystko to są, w oczach ateistycznych mędrków, mary senne, ułudy i iluzje, które uniemożliwiają człowiekowi stanie się tym, kim jest. A kim jest? Tym, kim zechce być, kiedy będzie mu się chciało chcieć. Tylko całkowicie wyswobodzony z zewnętrznych nakazów i zakazów człowiek może być w pełni szczęśliwy. Zresztą słowo „szczęście” jest tu nie całkiem na miejscu – raczej zaspokojony i nasycony.

Utopia panseksualna polega na tym, by każdy spełniał to, co czuje na każdy możliwy sposób bez narażenia się na jakikolwiek krytyczny osąd. Nawet ogólne potępienie wytwarza psychiczny dyskomfort, a dyskomfort i poczucie poniżenia to jedyne dające się uchwycić zło. Skoro tak, to jedynym celem prawa pozytywnego i państwa demokratycznego powinno być usuwanie przeszkód, które przeszkadzają jednostce realizować się w taki sposób, żeby to, co w niej najgłębsze i jedynie realne, pragnienie seksualne, zostało bez żadnych ograniczeń spełnione. Z tego punktu widzenia ostatecznym celem państwa jest stworzenie możliwości odywatelom odbywania jednej wielkiej powszechnej orgii. Każdy ma prawo kochać kogo chce, jak chce, kiedy chce i wyrażać to, jak mu się żywnie podoba. W ostateczności państwo powinno się tez zaangażować w przekonywanie obywateli, że wszyscy są lub mogą być po trosze przynajmniej homoseksualistami, lesbijkami i transwestytami – tak tylko każdy może okazać swoją pełną afirmację i bezwarunkową akceptację zasady nieoceniania. Ideałem ma być jednostka o płynnej seksualności, jakby napisała Judith Butler.

Każdy, kto tego nie rozumie, jest faszystą, dowodzili twórcy późniejszej szkoły frankfurckiej. Więcej. Jak to ujął zręcznie Michael Foucault we wstępie do Anty-Edypa, jednej z najważniejszych (przynajmniej dla zrozumienia rewolucji) książek drugiej połowy XX wieku, w każdym człowieku tkwią nieprzezwyciężone pokusy faszystowskie, a filozofia ma polegać na tym, by się od nich nieustannie uwalniać. W rezultacie to wniosek, jaki wyciągają nowi rewolucjoniści, wiara w Boga Ojca i Opatrzność staje się ni mniej, ni więcej tylko radykalnym przejawem faszyzmu. Trzeba ją zatem zniszczyć lub oswoić. Czy dziś właśnie tak się nie dzieje? Czy tego nie doświadczamy? W istocie zredukowanie człowieka do jego pożądań oznacza też podporządkowanie go nieustannej kontroli i racjonalizacji. W tym świecie znika też miłość, która zasadza się na intymności i oddaniu, panuje jedynie chciwe, pożądliwe Ego. Zwycięstwo tej rewolucji nie byłoby nigdy w takim stopniu możliwe na Zachodzie, gdyby wcześniej Kościoła nie ogarnął dziwny, głęboki paraliż.

Kościół

W 1992 roku, a także później, aż do esejów z końca XX wieku, nie miałem tak wyraźnej wiedzy jak obecnie na temat kryzysu Kościoła i katolicyzmu. Nawet kiedy pisałem o różnych negatywnych zjawiskach, o dostosowaniu się za wszelką cenę do świata, o ucieczce przed głoszeniem prawdy, o tchórzliwym potakiwaniu modom i pogoni za duchem czasu, wydawało mi się, że są to mimo wszystko zjawiska poboczne, marginalne. Dopiero kiedy dokładniej poznałem historię Kościoła ostatnich kilkudziesięciu lat, kiedy wczytałem się w oficjalne i publiczne teksty wystąpień najważniejszych hierarchów, zrozumiałem, że kryzys jest znacznie głębszy. Że choroba przeniknęła do samego centrum życia Kościoła. Że ostatecznym i prawdziwym źródłem owej słabości, cofania się, uległości, jest swoista mutacja rozumienia wiary.

***

Pierwszy raz poczułem, że w Kościele dzieje się coś naprawdę niedobrego w 1989 roku, kiedy to poszedłem, jeszcze jako student, na plac Zamkowy w Warszawie, gdzie odbywały się uroczystości kolejnego światowego dnia modlitw o pokój. Stałem tam w tłumie, słuchałem Albinioniego, przyglądałem się zbudowanej z desek scenie, na której po kolei prezentowali się liderzy światowych religii, aż w końcu na ekranie pojawiła się wielka postać papieża. Nie dotrwałem do końca. Niemal stamtąd uciekłem. Pamiętam tylko ucisk serca i dziwne poczucie, nigdy wcześniej go nie miałem, jakbym uczestniczył w akcie bałwochwalstwa. Szybko jednak o nim zapomniałem. Mówiłem sobie, że skoro takie spotkania są organizowane i zaplanowane przez samego papieża, a jemu ufałem bezgranicznie, to muszą mieć głębszy sens.

W 1998 roku przeczytałem książkę Johannesa Doermanna Der theologische Weg Johannes Pauls II. zum Weltgebetstag der Religionen in Assisi. Niemiecki teolog pisał, że myśl Karola Wojtyły, a także Jana Pawła II została w ogromnym, dominującym stopniu ukształtowana przez Karla Rahnera i Henri de Lubaca, dwóch jezuitów, którzy od lat 40. XX wieku wywierali ogromny wpływ na całą katolicką doktrynę. Dla mnie ta książka była wstrząsem – nigdy wcześniej tak na słowa Jana Pawła II nie patrzyłem. Nigdy ich wcześniej właściwie nie analizowałem. Nie badałem i nie zadawałem pytania o relację między nimi a Tradycją Kościoła. Jednak w 1998 roku nie mogłem już tych pytań unikać. Skończyłem akurat pisać długi esej o Johnie Henrym Newmanie (to tekst Pochwała konsekwencji) i z przerażeniem odkryłem, że jeśli w stosunku do niektórych przynajmniej nauk papieża zastosuję metodę angielskiego konwertyty, to pojawi się bardzo poważny problem. Nie potrafiłem dostrzec zgodności między naukami współczesnego Kościoła o wierze a tym, jak rozumiał ją Newman. Dla niego wiara miała charakter w ścisłym tego znaczeniu dogmatyczny. Zawsze zasadzała się na przylgnięciu do prawdy. Rozwój wiary mógł być możliwy tylko, jeśli zachowywana była spójność tego, co późniejsze w stosunku do tego, co wcześniejsze. Właśnie odkrycie tej jednolitości wiary – w wieku I, IV, XVI i XIX – doprowadziło Newmana do katolicyzmu.