Grób Rybaka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Okładka i projekt graficzny

Fahrenheit 451

Zdjęcie na okładce (tło)

© Anton Balazh @fotolia.com

Zdjęcie Autora

© Bartek Syta

Mapy kolorowe

Piotr Karczewski

Ilustracje wewnątrz książki

Wolne zasoby internetu

Redakcja i korekta

Barbara Manińska

Współpraca

Fahrenheit 451, Agnieszka Muzyk, Anna Wolf, Anna Feliga

Indeks osobowy i indeks nazw geograficznych

Fahrenheit 451

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380794610

Copyright © by Jacek Bartosiak, Warszawa 2019

Copyright © for Zona Zero, Sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydawca

Zona Zero Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44,

877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl

Konwersja

Monika Lipiec



O Autorze

Paweł Lisicki (ur. 1966) - publicysta, pisarz, redaktor naczelny i współwydawca tygodnika „Do Rzeczy”. W latach 2006 – 2011 redaktor naczelny dziennika ,,Rzeczpospolita”, założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika ,,Uważam Rze ”. W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę „Doskonałość i nędza”. Autor dramatów „Jazon” (2000) i „Próba” (2005), powieści „Przerwa w pracy” (2009) oraz wstępów krytycznoliterackich do „Boskiej Komedii” Dantego i pism Savonaroli. W latach 2013-14 wydał trylogię poświęconą początkom chrześcijaństwa ,,Kto zabił Jezusa?”, ,,Tajemnica Marii Magdaleny”, ,,Czy Jezus jest Bogiem?”. W latach 2015-18 ukazały się ,,Dżihad i samozagłada Zachodu”, ,,Krew na naszych rękach?”, ,,Poza polityczną poprawnością” i „Luter” a także „Epoka Antychrysta” i „Chrystus jest zawsze nowoczesny”. Stały uczestnik radiowych i telewizyjnych programów publicystycznych m.in. „Loży Prasowej” czy „Minęła dwudziesta”.


Spis treści

Wstęp

Rozdział pierwszy • POLE BITWY

Rozdział drugi • MIASTO I ŚWIAT

Rozdział trzeci • MĘCZEŃSTWO PIOTRA

Rozdział czwarty • RADOŚĆ I ROZGORYCZENIE

Rozdział piąty • OPOKA

Rozdział szósty • CESARZ, GROBOWCE I MĘCZENNICY

Rozdział siódmy • ZWYCIĘSTWO PO ŚMIERCI

Rozdział ósmy • SPORY I POLEMIKI

Bibliografia

Ilustracje kolorowe

Przypisy

Wstęp

Trudno wyobrazić sobie gorsze czasy dla katolika. Rzym, który powinien być dla wiernych źródłem spokoju i pewności, ostoją i punktem oparcia, drży w posadach. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że papiestwo miota się bezsilnie, ulegając kolejnym światowym modom i prądom, że zamiast głosić prawdę „w porę i nie w porę” poddaje się dyktatowi potężnych ideologii. Coraz bardziej palące staje się pytanie, jak rozumieć słowa Jezusa, który obiecał przecież, że „bramy piekielne nie przemogą Kościoła”. Jak to nie przemogą, kiedy zdają się właśnie to czynić? Co zrobić z wezwaniem skierowanym do Szymona i – jak zawsze wierzono – do jego kolejnych następców: „Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci”. Te słowa brzmią dziś jak wyrzut. Jak obce zdają się bowiem i odległe od tego, co można zaobserwować.


Apostoł Piotr– Peter Paul Rubens

Ta chwila chaosu i zamieszania, ten czas zawieruchy i niepewności sprawia, że tym silniejsza jest tęsknota za oparciem się na tej pierwszej opoce, na skale, którą wskazał Jezus. Tym bardziej chciałoby się odkryć i dotknąć tego kogoś, na kim, jak przyrzekał Galilejczyk, wzniesie On swój Kościół. Paradoksalnie nigdy nie było to w sensie historycznym równie łatwe, jak obecnie. Mimo owej atmosfery niejasności i rozproszenia, osłabienia i zagubienia właśnie dzisiaj można zdobyć pewność, że owa Skała, rybak Piotr, Szymon z Betsaidy, Kefa, naprawdę był w Rzymie, naprawdę tu poniósł męczeńską śmierć, naprawdę zaniósł wiarę do stolicy Imperium i zbudował tam wspólnotę, która mimo zawieruch, wyzwań i niebezpieczeństw przetrwała do naszych czasów. Im dokładniej bada się starożytne teksty i im więcej wie się o tamtych czasach, im głębiej zanurza się w historię, mówiąc językiem kardynała Newmana, tym dokładniej można dostrzec, że późniejsi papieże są Piotra następcami i że pradawne roszczenie papiestwa ma mocne, historycznie niewzruszone podstawy.

Jak śmiesznie brzmią dziś słowa tych, którzy od wieków powątpiewali, krytykowali, kręcili nosem. Rzeczowe i bezstronne badanie nie pozostawia wątpliwości, że historia przyznała rację katolikom. Nie w tym sensie oczywiście, że prawdziwa jest treść ich wiary, tego zwykłe badanie zdarzeń z przeszłości dać nie może, ale że prawdziwe są jej historyczne podstawy. Nie jest wymysłem późniejszej propagandy ani to, że Piotr był w Rzymie, ani to, że poniósł tam śmierć męczeńską, ani wreszcie to, że rzymska wspólnota od początku wiernie i z narażeniem życia przechowywała pamięć o miejscu jego pochówku. Tak, brzmi to jak chełpienie się albo niewczesne przechwalanie, zgrzyta niemiłosiernie w uszach, powoduje niechęć i odrzucenie, jest nieekumeniczne i niewłaściwe. Ba, wręcz można by powiedzieć, że słowa te nie mają prawa paść, że są przykładem triumfalizmu, pyszałkowatości, że jest w nich ukryta niewczesna apologetyka i brak wrażliwości, ale mimo to nie sposób ich nie wypowiedzieć: każdy kierujący się zdrowym rozsądkiem człowiek będzie musiał przyznać, że zebrane poszlaki – dokumenty, przekazy, wspomnienia, a przede wszystkim dokonane przez archeologów i architektów odkrycia – wskazują, iż Szymon Piotr założył rzymski Kościół i zginął w Wiecznym Mieście za czasów Nerona, a także pozostawił po sobie następców, którzy strzegli jego grobu aż do czasów, kiedy to najpierw w IV wieku została na nim ufundowana przez Konstantyna bazylika, a później w XVI i XVII wieku, po jej zburzeniu, zbudowana bazylika watykańska, największy i najwspanialszy kościół zachodniego świata. Ilekroć zatem idziemy via della Conciliazione i patrzymy na majestatyczną kopułę górującą w oddali nad placem, tylekroć możemy być pewni, że znajduje się ona dokładnie nad grobem, gdzie dwa tysiące lat temu grupa chrześcijan złożyła w ziemi umęczone zwłoki pierwszego ucznia Jezusa. To nie legenda, nie mit, nie domniemanie ani nie hipoteza. Rzymskość Piotra i Pawła jest potwierdzona. Ich ciała stały się prawdziwym ziarnem, które musiało obumrzeć, aby przynieść plon stokrotny, aby wyrósł z niego Kościół – idąca przez pokolenia wspólnota.


Wręczenie kluczy św. Piotrowi– Pietro Perugino

Wiem, brzmi to jak bajka. Wiem, publiczność nie chce happy endu. Wiem, pobrzmiewa to jak wykwit starej, katolickiej propagandy pochodzącej z czasów słusznie zapomnianych, z epoki, za którą dziś należy się wstydzić i z całą mocą przepraszać, ale właśnie tak się rzeczy mają. Wbrew dziesiątkom, setkom mędrków, wbrew oświeconym mistrzom podejrzeń zwłoki świętego Piotra znajdują się w najbardziej nieprawdopodobnym i nie dającym się zaakceptować miejscu: dokładnie tam, gdzie miały się znajdować zdaniem maluczkich, prostych i nie całkiem, trzeba przyznać szczerze, oświeconych, tych, którzy przez wieki, a musi ich być do dziś przecież setki milionów, pokornie zmierzali do grobu Apostoła. Być może ta prawda jest tak bezwstydna i oszałamiająca, i tak kłóci się z dzisiejszymi oczekiwaniami, nie pasuje do „płynnej ponowoczesności”, do powszechnego sceptycyzmu i niedowiarstwa, że nawet ci, którzy najbardziej powinni być nią zainteresowani, papieże i katoliccy hierarchowie, mówią o niej półgębkiem i z dystansem.

Aż trudno uwierzyć, ale jest to faktem: mimo że w 1950 roku Pius XII powiadomił świat, że pod posadzką bazyliki odkryto grób Apostoła, mimo że Paweł VI ponad pięćdziesiąt lat temu ogłosił, iż pod Bazyliką św. Piotra znajdują się jego autentyczne relikwie, a w 2013 roku Franciszek pokazał część kości światu – wiedza ta przebija się z oporami i powoli. Uderzyło mnie, jak bardzo sceptycznie i z dystansem media informowały o pokazaniu przez papieża Franciszka skrzyni z fragmentami dziewięciu kości. W każdej depeszy zaraz po informacji o uroczystości, która miała miejsce w Watykanie, padały słowa, że część archeologów podważa autentyczność pokazanych szczątków albo że zdania są podzielone. Wielkie media w ogóle poświęciły pokazaniu kości niewiele uwagi, informację na ten temat umieszczając obok migawek o nowej plastycznej operacji gwiazd rocka albo anomalii pogodowej. Dla kogoś, kto nie ma czasu i głowy do badania takich spraw, przekaz był jasny: ot, może to wymysł, może znowu jakaś religijna sztuczka. Lepiej zachować dystans, lepiej stać z boku, bo nauka nie wydała ostatecznego osądu, a dopóki NAUKA tego nie zrobiła, to należy się wstrzymać i grzecznie poczekać. Otóż w tym przypadku nauka – dokładne i metodyczne badania przeprowadzone przez kompetentnych profesjonalistów – wyraźnie pokazała, że racja jest po stronie tych, którzy w obecność Piotra w Rzymie nigdy nie zwątpili.

 

Dlaczego zatem o odkryciach tych mówi się tak niewiele? Dlaczego odnalezienie grobu i zwłok Piotra, a później w 2009 roku i Pawła odbiło się tak niewielkim echem? Może chodzi o to, że w dzisiejszym dialogiczno-ekumenicznym świecie zbyt głośne mówienie o tych odkryciach nie uchodzi? Może zanadto byłoby ono kłopotliwe dla powątpiewających i inaczej wierzących? Nie wiem. Trudno powiedzieć, skąd ta ostrożność. W Polsce informacja pojawiła się w kilku rozproszonych artykułach prasowych, może jako przypis w pismach specjalistycznych. Wielu w ogóle nie słyszało o największym odkryciu archeologicznym XX wieku, o największym w ogóle odkryciu archeologicznym w dziejach Kościoła. Tym bardziej trzeba o nim opowiedzieć. Pokazując wszystkie okoliczności, nie tylko cofamy się w przeszłość i docieramy do źródeł, ale też namacalnie niemal widzimy, jak bardzo sama Opatrzność chciała, aby do tego odkrycia doszło.

Mówię za dużo? Przemawia przeze mnie zbytni entuzjazm? Dobrze. Niech będzie, że do odkrycia doszło nie wskutek działania Opatrzności (a kysz! a kysz! co za stroświeckie słowo, co za niemodny zwrot, jak bardzo nie na czasie, nie au courant!), ale za sprawą ciągu niezwykłych, nigdzie w takim natężeniu nie występujących przypadków. Kto nie wierzy, kto myśli, że to tylko retoryczny zabieg lub chwyt marketingowy, niech czyta i niech spróbuje potem odpowiedzieć na pytanie, czy przesadziłem. Takie rzeczy po prostu w naturze nie występują. Tyle zbiegów okoliczności, tyle niespodzianych zwrotów akcji, tyle zaskakujących i niewytłumaczalnych zdarzeń nie ma prawa pojawić się w jedny m miejscu. Zastanawiam się, jak niewielkie musi być prawdopodobieństwo zdarzenia, żeby kierujący się zdrowym rozsądkiem człowiek uznał, że było ono skutkiem działania woli wyższej. Cóż, upartego nie przekona żaden dowód. Jeśli jednak ktoś ma otwartą głowę, odnajdzie w tej historii palec Boży (znowu muszę przeprosić za fatalny zwrot, który dawno już powinien zostać z języka polskiego wyrugowany…). To, że doszło do odkrycia grobu, a jeszcze bardziej fakt, iż odnaleziono szczątki doczesne Piotra, jest efektem niezwykłej wręcz liczby nieprawdopodobnych zdarzeń. Żeby to zrozumieć, należy sobie wyobrazić, że mnożymy nieprawdopodobieństwa.

Rozdział pierwszy • POLE BITWY

Pod posadzką bazyliki

Połowa listopada to czas, w którym nawet Rzym wydaje się miastem spokojnym i pustym. Mniej turystów i pielgrzymów, łatwiej dostać się do muzeów i na wystawy. Tego dnia, szczęśliwie, pogoda była piękna, temperatura sięgnęła dwudziestu stopni, a słońce od chwili, kiedy przebiło się ranem przez chmury, cały czas już pozostało nad miastem. Może tylko poranek przypominał, że to jednak koniec jesieni i że zbliża się zima, poranek chłodny, wietrzny, nie pasujący do reszty dnia, co dla przybysza wyruszającego wcześnie z domu pociąga za sobą zawsze kłopoty: jak ubrać się wystarczająco ciepło, żeby nie zmarznąć po wyjściu i nie za grubo, żeby nie umrzeć potem z ciepła. Nie da się. Zawsze trzeba po kilku godzinach wrócić do domu i przebrać się w wersję letnią.


Przekrój nekropolii watykańskiej– położenie Grobu Apostoła względem konfesji Świętego Piotra

Właściwie mogłem zaczekać dłużej, a jednak myśl o tym, że wreszcie po tylu miesiącach oczekiwania znajdę się tam, pod ziemią, w pobliżu miejsca śmierci i pochówku Piotra, nie dawała mi spokoju. Tak bardzo się bałem, żeby nieprzewidziana przeszkoda nie utrudniła dotarcia na miejsce, nie pokrzyżowała planów i nie uczyniła wyjazdu do Rzymu bezprzedmiotowym. Dlatego wyszedłem z domu, raptem położonego kilkaset metrów od bazyliki, niemal godzinę przed umówioną chwilą spotkania i zwiedzania. Mijałem pospiesznie plac Świętego Piotra, obchodząc dookoła kolumnadę Berniniego. Jeszcze wczoraj wieczorem widziałem wjeżdżające tu wielkie, potężne ciężarówki, które zostawiały przy obelisku zwały piasku. „Czyżby miał się zacząć remont?” – pomyślałem zdziwiony. Po powrocie do domu przeczytałem, że piasek przywieziono, bo miał posłużyć do budowy gigantycznej szopki, dzieła grupy współczesnych artystów. Na ich czele stał niejaki Rich Varano, Amerykanin z Florydy, zawodowy artysta piaskowy (tak nazwały go gazety), wraz z nim pracowali trzej rzeźbiarze: z Holandii, Rosji oraz Czech. Później, już w Warszawie, dowiedziałem się, że pracowali dwa tygodnie i wykonali dzieło, które miało około pięć i pół metra wysokości oraz szesnaście metrów szerokości. Rano, kiedy przechodziłem obok, prace jeszcze się nie zaczęły. Odseparowano tylko teren piaskowej szopki w taki sposób, że w promieniu kilkunastu metrów okolica wokół obelisku została odgrodzona barierkami. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia. Nie obelisk i nie plac były dziś dla mnie najważniejsze.

Niewielkie gromadki turystów bądź pielgrzymów – nie sposób obecnie wyraźnie rozdzielić obu grup – powoli przemieszczały się w stronę wejścia do bazyliki. Pod kolumnami raz po raz można było dostrzec leżących żebraków i bezdomnych. Tak jakby nic wokół nich nie miało znaczenia, po prostu w najlepsze leżeli jeszcze zakopani w rzuconych w nieładzie śpiworach, opatuleni w koce, może fragmenty kołder, przykryci zmiętymi prześcieradłami. W końcu dotarłem do miejsca przeznaczenia, niewielka kolejka przechodziła przez bramki. Pół godziny przed czasem już tam byłem, przed biurem z napisem „Scavi”. Stałem w miejscu przesiąkniętym krwią pierwszych chrześcijan, o czym przypominała też osobna, wmurowana w ścianę tablica. Dziwne to uczucie – stać tu w 2018 roku i pamiętać, że 1954 lata wcześniej nie było tu ani bruku, ani murów, ani wspaniałych, majestatycznych, pokrytych trawertynem ścian bazyliki, tylko zwykła czarna ziemia, łąki i gaje, i porozrzucane wszędzie ciała męczenników – odciętych od krzyży, spalonych, pokłutych, zhańbionych i podeptanych. Dokładnie w tym miejscu, gdzie teraz próbowałem zabić czas i gapiłem się nieco bezmyślnie na pojawiające się z rzadka samochody oraz pojedynczych przechodniów, najpewniej watykańskich urzędników. Tu, gdzie znudzony nieco strażnik pomachał mi ręką, pokazując, gdzie mogę stać i czekać, było samo epicentrum piekła na ziemi.

Wraz z grupką pielgrzymów z Polski podążyłem za naszą przewodniczką w przeszłość. Te dziesięć metrów w dół po wąskich schodach przeniosło mnie z dzisiejszego Watykanu wprost do starożytnej nekropolii. Tak, wszyscy to powtarzają: przenieśliśmy się dwa tysiące lat wstecz. Wiem, to wyświechtany nieco slogan, który pojawia się w materiałach reklamowych oraz na ustach przewodników. I jak wszystkie slogany nie jest całkiem prawdziwy: przecież żeby się naprawdę przenieść dwadzieścia wieków wstecz, musiałbym zabrać tam innego siebie. Bez bagażu wiedzy, dystansu, poczucia inności, bez tego, co zwykliśmy nazywać zmysłem historycznym, a więc wiedzą o nieprzystawalności kontekstów i zmienności ludzkiej mentalności, ludzkich obyczajów i wierzeń.

Zszedłem dziesięć metrów pod posadzkę bazyliki. Do wąskich, wijących się między grobowcami dróżek, gdzie można było stąpać po czarnej, ubitej ziemi, zaglądać do środka grobowców, dotykać murów utworzonych z ciasno ułożonych, płaskich, bardziej brunatnych niż czerwonych rzymskich cegieł. Powoli, powoli zbliżałem się do grobowca Piotra. Dziwne to uczucie. Miałem świadomość, że jest się tak blisko niego, że widzi się postawioną bezpośrednio nad grobem kolumienkę, że z daleka (tak, z daleka, bo przecież nie na wprost i z bliska) widzi się załom otworu w ścianie i, jeśli dobrze się wysilić, znajdujące się w otworze skrzynki z pleksiglasu, gdzie znajdują się kości Świętego. Ale ta bliskość zdawała się znowu jakaś daleka. Tak jakby całe otoczenie, kolejno mijane pogańskie grobowce, wspaniałe mozaiki, freski, wnęki, obrazy bóstw i bogów, wezwania modlitewne, jakby cały ten świat pogańsko-rzymski wzniósł między mną a grobem Apostoła dodatkowy mur.

Czy bardziej byłem pielgrzymem, czy turystą? Jako pielgrzym powinienem przecież kroczyć w nabożnym skupieniu i z czcią, jako turysta zdobywać informacje, dotykać, oglądać, przypominać sobie, sprawdzać. W całej wędrówce po podziemiach osobliwa jest ta ambiwalencja. Być bardziej pątnikiem, którego serce skacze z radości, że zbliża się krok po kroku do miejsca pochówku Księcia Apostołów, czy obserwatorem, który śledzi uważnie trasę, rozpoznaje działa sztuki, przygląda się warstwom cegieł, ziemi, kształtom i otworom mauzoleów. Ich widok skłania do namysłu nad przemijaniem, do refleksji nad tym, co bezpowrotnie minione i nad błahością tego, co ludzkie.

Cała ta podróż ma w sobie też coś ironicznego: oglądałem grobowce bogatych Rzymian tylko dlatego, że ci, którzy je wznieśli, przypadkiem postawili je przy zakopanym w ziemi kilkadziesiąt, może kilkaset metrów dalej ciele przybyłego z dalekiej Galilei nieznanego im apostoła. Te wspaniałe grobowce przetrwały tylko dlatego, że niedaleko nich tkwiła zwykła, prosta, skromna mogiła. A jednak to właśnie ten najbardziej niepozorny grób – zapewne zwykła dziura w ziemi kryta jedynie dwiema, trzema płytami, a może po prostu na samym początku zasypana ziemią – sprawił, że teraz po tylu wiekach przychodzą tu kolejne pokolenia i oglądają grobowce Waleriuszy, Cetoniuszy i innych członków wyższej klasy średniej antycznego Rzymu. Niezwykła ironia losu, nieprawdaż? Zachowali swoją pamięć dzięki temu, o którym większość z nich ani nie słyszała, ani nie wiedziała. Który w oczach fundatorów i budowniczych grobowców mógł był uchodzić za przywódcę obcej sekty, za uciekiniera, człowieka wyjętego spod prawa, groźnego może i niebezpiecznego podpalacza. A teraz od kiludziesięciu lat dzięki temu grobowi, którego znaczenia wtedy nie pojmowali, znowu można oglądać miejsca ich ostatecznego spoczynku. Czyż to nie ironia losu? Nie do końca.

Chciałbym powiedzieć, że ta ironia jest do kwadratu, że jest podwójna, że ma swoje drugie dno – o ile ironia może być podwójna i mieć drugie dno. Bo przecież mauzolea te nie tylko przetrwały dzięki bliskości małej mogiły, ale też dzięki temu, że szesnaście wieków temu właśnie ze względu na obecność tego niewielkiego grobu całkiem zniknęły pod zwałami ziemi. W tym ich obecnym odsłonięciu i ukazaniu – tak wspaniałych i niezwykłych, nienaruszonych niemal – jest naprawdę coś, co powinno budzić poruszenie. Najpierw za sprawą bliskości grobu Piotra miały zniknąć na zawsze z oczu ludzi, przywalone wskutek rozkazu cesarza Konstantyna gigantycznymi zwałami ziemi. Miały odejść w niepamięć, służąc jedynie jako dodatkowe wzmocnienie niezbyt stabilnego podłoża pod wielką bazylikę-grobowiec wznoszącą się nad prawdziwą świętością, nad grobowcem Piotra. A teraz od połowy XX wieku to, co było przyczyną ich zniknięcia na szesnaście wieków – bliskość grobu Apostoła – stało się powodem ich odsłonięcia, ukazania, odzyskania.

Komuś, kto kroczy tam pod posadzką bazyliki, musi ukazać się ta ambiwalencja, ta niejednoznaczność. Sam układ miejsca i korytarzy uniemożliwia zachowanie, które normalnie przepisane jest pielgrzymom. Być u grobu Piotra, widzieć z kilku metrów jego nagie kości (a raczej zdawać sobie sprawę, że znajdują się one tak blisko, chciałoby się powiedzieć – tak na wyciągnięcie ręki) i nie móc upaść, uklęknąć, zatopić się w modlitwie? Jest to możliwe dopiero wyżej, kiedy już wydobywamy się z poziomu nekropolii i znajdujemy się w Grotach Watykańskich, przy kaplicach. Tam dopiero można przestać być ciekawskim obserwatorem, a stać się na nowo pobożnym, szukającym wysłuchania i oparcia pielgrzymem. Tam dopiero można znowu przypomnieć sobie, że to miejsce święte, a nie kolejna ciekawostka, kolejna interesująca budowla do obejrzenia, do sprawdzenia, do doświadczenia i zakonotowania w świadomości. Zdać sobie sprawę, że to nie żadne proste dzieło ludzkiego ducha, ale że ten grób i to ciało należały do tego, kto słyszał i dotykał Zbawiciela, kto otrzymał od Niego moc i posłanie, kto stał się niejako naczyniem świętości, żywym kamieniem wiary, świątynią Ducha. A jeśli tak, to czy części tego objawienia, cząstki tego Ducha, nie pozostały i w tym miejscu? Czy w jakiś nie dający się nazwać sposób nie zmaterializowały się? Bo przecież nie interesują mnie w gruncie rzeczy odwiedziny miejsca spoczynku wielkiego człowieka, który swoimi czynami i słowami wpłynął na późniejszą historię i cywilizację. Nie, mnie interesuje Piotr jako Skała, na której sam Boski Zbawiciel wzniósł swój Kościół. Nie tylko w sensie symbolicznym, metaforycznym, przenośnym, literackim, ale konkretnym, cielesnym, zmysłowym, dosłownym – mnie interesują te zwłoki, ich resztki, te kości, te cząstki materii nie jako coś przygodnego i przypadkowego, ale jako podłoże, na którym wykiełkowała świętość.

 

Czy mogę tak do nich jeszcze dziś dotrzeć? Oprowadza się mnie po podziemiach, pokazuje znaki, obrazy, symbole, wyjaśnia ich pochodzenie, wskazuje na kontekst kulturowy, mówi się o tym, co oznacza dla starożytnych swastyka (a jakże, też jest tam w podziemiach), a czym był dla nich paw, jakie znaczenie wiązali z Gorgonami i co oznacza mit o Alkestis, która jako jedyna zgodziła się zastąpić męża w Hadesie. Czy potrafię jednak zachować się jak jeden z tych milionów, setek milionów pielgrzymów, którzy przez wieki przybywali do grobu Piotra, bo wierzyli, że samo zbliżenie się do szczątków jego ciała zaniesie ich prośby i błagania do tronu Boga? Czy umiem być kimś innym niż krytyczny, zdystansowany obserwator? Czy umiem przezwyciężyć granice, jakie wytyczają mi kontekst, wiedza i sytuacja? Powiem inaczej: dlaczego będąc tak blisko grobu Apostoła, parę metrów zaledwie, dlaczego widząc, owszem, z daleka jego kości, mam poczucie większej odległości niż ta, jaka dzieliła przybywających tu przed wiekami pątników, którzy nigdy na taką fizyczną bliskość szans nie mieli, pozostając kilka metrów wyżej, oddzieleni od grobu tonami ziemi? Dla nich fizyczne zbliżenie do grobu Piotra było dotarciem do świętości. Dla nich być bliżej oznaczało być lepiej wysłuchanym przez Piotra, który tu był i dzięki temu mógł się za nimi wstawić. Dla mnie być bliżej to lepiej widzieć i dostrzegać. Ale czy umiem tak jak oni modlić się i wierzyć?

Och, jak trudno jest zrzucić z siebie postoświeceniowy pokost, jak trudno spojrzeć oczami wiary. Gdyby na moim miejscu znalazł się jeden z tych milionów pielgrzymów sprzed wieków, nie śmiałby nawet kroku zrobić, oczu podnieść, ręki zbliżyć, przerażony, że narusza świętość. Ja tymczasem spokojnie zwiedzałem, oglądałem, patrzyłem. Dobrze, zostawiam już swoje odczucia. Jedno na pewno mogę zrobić i to, wierzę, dobrze: zdać rację ze swojej pewności, że byłem obok grobu Piotra i że kości, które ledwo, ledwo widziałem, należały do niego, Rybaka z Galilei, później opoki, na której Jezus wzniósł swój Kościół, fundamentu i założyciela Kościoła rzymskiego, którego i ja po dwóch tysiącach lat jestem niegodnym i miernym członkiem. Tego samego Kościoła, który splótł się i związał na zawsze z naszą polską przeszłością, do tego stopnia, że nie umiem sobie wyobrazić formy polskości bez tej „rzymskości” i „łacińskości”. Tak więc dotarłem do źródła i centrum.


Widok na konfesję Świętego Piotra z baldachimem Gianlorenza Berniniego– Bazylika Świętego Piotra

Zamiast pisać i rozumować wolałbym jak starożytni chrześcijanie z daleka spuszczać w stronę grobu kawałek sukna, by potem cieszyć się jego dotykiem, wczuwać się w jego zapach, pocierać szorstką powierzchnię, wierząc, że w ten sposób, stykając się z materiałem, który dotykał grobu Piotra, stoję w obliczu Pana, będę przez Niego wysłuchany, znajduję się bezpośrednio wobec świętości. Wolałbym, ale nie zmienię ani siebie, ani swego czasu. Niech ustąpi tęsknota i pragnienie. Nie wstydzę się, mogę tak jak niemiecki pisarz Martin Mosebach powiedzieć o sobie, że jestem homo religiosus, że mam w sobie naturalną potrzebę czci i oddania, że dla mnie być tu to doświadczać świętości i że to, co piszę, nie jest tylko obojętnym opisem faktów i zebraniem wniosków, ale działaniem ku pokrzepieniu serc. Tak, wiem, już to wyznanie czyni mnie niewiarygodnym, rozumowaniu odbiera powagę, a w czytelnikach budzi obawę, że mają do czynienia z niebezpiecznym religianctwem i wątpliwą apologetyką, innej nie ma przecież, są co do tego przekonani. Cóż, niech będzie. Dlatego powiem to raz jeszcze w sposób najbardziej jednoznaczny z możliwych: chciałbym, żeby każdy, kto to przeczyta, zyskał taką pewność, jaką zdobyłem ja sam. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że dokładnie kilka metrów pod obecnym ołtarzem bazyliki (cztery metry, jeśli chcemy być precyzyjni), pod wcześniejszym ołtarzem Klemensa VIII i jeszcze wcześniejszym Grzegorza Wielkiego (już samo wspominanie ich imion osadza w przeszłości i przywraca ciągłość) znajdują się resztki kości Piotra.

Nawet jeśli ta wiedza nie wystarczy jeszcze, żeby zachować się jak dawni chrześcijanie, żeby uklęknąć, żeby całować świętą ziemię, żeby pochylić wzrok, żeby w pokorze i bojaźni patrzeć na doczesne szczątki, to może uwolni mnie od postoświeceniowego koszmaru. Przestanę widzieć w fizycznych resztkach kości zbiór obojętnych atomów, przeznaczonych do rozkładu związków chemicznych, a dostrzegę w nich nadprzyrodzoną, Boską energię i materialny znak obecności Boga. Jak bardzo bym chciał tak umieć się pochylić, tak ukorzyć, tak wierzyć. Najpierw, nim to się stanie, musi wystarczyć zrozumienie i chłodna analiza. Najpierw muszę wrócić na górę i zebrać wszystkie informacje. Ułożyć je w logiczny ciąg i dowieść, że to, co widziałem i czego dotykałem, naprawdę jest miejscem ostatecznego spoczynku Szymona, Piotra, Kefasa.

Siewcy wątpliwości

Przed kilku laty brytyjski Channel 4 pokazał film dokumentalny, w którym kolejni znawcy zaprzeczali obecności świętego Piotra w Rzymie, twierdząc, że wszelkie informacje na ten temat, podobnie jak przekazy na temat męczeńskiej śmierci Apostoła w Wiecznym Mieście, to wymysły katolickiej propagandy. Opowieści te miały powstać wskutek „spisku wierzących”. Ich rozpowszechnienie było od początku dziełem sprytnych, kościelnych polityków, którzy w ten sposób próbowali uzasadnić pozycję, władzę i autorytet papiestwa. Dowodem słuszności oskarżeń miał być według brytyjskich twórców odnaleziony rzekomo w Jerozolimie prawdziwy grób Piotra Apostoła, o którym Watykan przezornie milczy. Głównym zwolennikiem tych, trzeba przyznać, dość szokujących tez był niejaki profesor Robert Beckford z Oxford Brookes University, który zaprzeczył, że film jest atakiem na katolików. Skądże by znowu! Nie, jak łatwo przewidzieć, była to próba odkrycia i zbadania faktów: „Chodzi o pokazanie, na czym oparte są filary władzy i na sprawdzeniu przesłanek naukowych, które większość katolików przyjmuje bezkrytycznie” – mówił ów uczony w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „Daily Telegraph”.

Dokument zatytułowany Tajemnice dwunastu uczniów miał wykazać, że Piotra nigdy nie było w Rzymie, co prowadzić musiało do podważenia również władzy papieskiej i całej teorii sukcesji apostolskiej. Naprawdę ciekawe zjawisko. Jeden z największych kanałów brytyjskiej telewizji rozpowszechnia antykatolicką propagandę i obsadza w roli głównego autorytetu człowieka, który specjalizuje się w wykrywaniu religijnych spisków i rasistowskich sprzysiężeń. Co jeszcze ciekawsze, właśnie tego rodzaju naukowe opowieści rozpowszechnia on stale również w BBC, opowiadając o związkach Jezusa z Marią Magdaleną, o apostołkach, o sekretach rodziny Jezusa itd., itp. W ten sposób BBC okazuje się od lat patronem masowych filmów, które przygotowały grunt pod przyszły sukces Dana Browna i jego dzieła. To tak, jakby głównym komentatorem dokumentalnego filmu o postępach medycyny uczynić znanego znachora albo jakby reportaż na temat lotów kosmicznych komentował człowiek wierzący w UFO. Nie wiadomo, co bardziej uderza w tej sprawie: głupota redaktorów brytyjskiej stacji do niedawna uchodzącej za wzorzec bezstronności, rzeczowości i głębi czy też pokłady ukrywanej na co dzień pod płaszczykiem politycznej poprawności wrogości do katolicyzmu. Samo jednak przekonanie, że podważając obecność Piotra w Rzymie, kwestionuje się władzę papieską, nie jest niczym nowym. Być może sposób wykonania był nieco prymitywny, ale co do zasady wszyscy przeciwnicy Kościoła rzymskiego od samego początku rozumieli, że kto chce uderzyć w autorytet papieża, musi wcześniej pozbyć się Piotra z Rzymu.

Zresztą żyjemy w czasach, w których do żadnej, dawniej uważanej za poważną, instytucji nie można mieć zaufania. Zwycięski pochód lewicowych macherów przez uniwersytety doprowadził do tego, że obdarzeni szacownymi tytułami autorzy prześcigają się w wypowiadaniu absurdów i niedorzeczności. Naukowy autorytet często służy realizacji celów ideologii, z których najsilniejsza jest ta skierowana przeciw chrześcijaństwu. Przykładów karier różnych mędrków z tytułami profesorskimi renomowanych uczelni mógłbym podawać wiele. By nie być gołosłownym, wspomnę o najświeższym dokonaniu, o opublikowanej w lutym 2019 roku książce Johannesa Frieda, profesora uniwersytetu we Frankfurcie, w której tenże dowodzi, że Jezus nie umarł na krzyżu. Tak, to dzieje się naprawdę, tezy, które pojawiały się tu i ówdzie wśród różnych samozwańczych badaczy, zwykle kolportowane na bazarach i w niszowych wydawnictwach, obecnie można propagować jako teorie naukowe w renomowanym wydawnictwie C.K. Beck. Profesor Fried, również swego czasu wykładowca w Princeton, przez kilka lat przewodniczący Związku Historyków Niemieckich, wielki znawca średniowiecza i wczesnego chrześcijaństwa, laureat licznych i cenionych nagród, w dziele zatytułowanym Kein Tod auf Golgatha (Bez śmierci na Golgocie) twierdzi, że Jezus na krzyżu jedynie zemdlał, a przebicie go włócznią przez żołnierza pozwoliło mu wrócić do życia; następnie zarówno ta rana, jak i inne zagoiły się w grobie pod wpływem olejków i maści, dzięki czemu zdrowy, choć osłabiony nieco Zbawiciel, odwaliwszy kamień nagrobny, podążył w podróż na Wschód do Syrii, o czym wspominają niejasno gnostyckie pisma z II wieku po Chr. Powtarzam: te brednie rozpowszechnia nie szarlatan, ale uczony uznawany powszechnie za poważnego. Nic dziwnego przeto, że i poglądy propagowane przez Channel 4 nie są aż tak ekstrawaganckie, jak mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.