Dogmat i tiara

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki, stron tytułowych i projekt graficzny książki

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Firma Korektorska UKKLW: Małgorzata Ablewska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 97883807958155

Copyright © by Paweł Lisicki

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2020


Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Wstęp

Część pierwsza: pole bitwy

Zasada dogmatyczna

Porzucona tiara

Bawarska siła

Pokolenie sceptyków

Nastrój przełomu

Część druga: przed burzą

Trucizna modernizmu

Feniks z popiołów

Pod ochroną jezuitów

Kontratak Rzymu

Głos kardynała Siriego

Tama puszcza

Walka o Pismo

Pierwszy manifest

Recepta Piusów

Część trzecia: zamach

Pontyfikat przełomu

Wielkie manewry

Nowy paradygmat

Październikowy pucz

Rewolucja listopadowa

Sekretna gra

Przypieczętowanie

Otwarcie na człowieka

Klątwa jedności

Część czwarta: zatrute owoce

Nieugięta ostrość myśli

Okrucieństwo Eliasza

Przekraczanie rubikonu

Mechanizm sprawiedliwości

Duch dziejów

Punkt Omega

Zstępowanie do pustego piekła

Koniec wrogości

Wiara paschalna

Czytanie między wierszami

Część piąta: w stronę nowego Kościoła

Rozczarowanie

Starsi bracia i ojcowie

Hermeneutyka ciągłości

Diarchia i emerytura

Słownik

Bibliografia

Książki, publikacje, dokumenty

Strony internetowe

Przypisy

Wstęp

Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi restrykcji w związku z zagrożeniem pandemią, wszędzie najszybciej zareagował Kościół katolicki. Biskupi we Włoszech natychmiast zamykali kościoły i rezygnowali z udzielania sakramentów. Podobnie było w innych państwach. Na początku marca poszedłem w Wiedniu do kościoła augustianów na koncert, ściśle rzecz ujmując, była to msza z koncertem. Przy wejściu dostałem ulotkę, która informowała, że w związku z zagrożeniem epidemią komunia będzie udzielana tylko do rąk. W aspersoriach nie było wody święconej. Co ciekawe, w ulotce wspomniano nie tylko o koronawirusie, lecz także o grypie. Można było odnieść wrażenie, skądinąd potwierdzone przez późniejszy rozwój wypadków, że wielu biskupów tylko na coś takiego czekało: wreszcie można było odwołać nudne i jałowe rytuały. Obraz księży w maseczkach i w lateksowych rękawiczkach, udzielających wiernym komunii za pomocą pęsetek na zdezynfekowane płynem dłonie, bardziej przypominał reguły postępowania właściwe laboratoriom niż miejscom katolickiego kultu.

Jak zwykle pojawili się teologowie, którzy ogłosili, że przywiązanie katolików do sakramentów, choćby do realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, to pozostałość podejścia materialistycznego, pogańskiego, magicznego. Niektórzy posunęli się tak daleko – głównie w Niemczech i Austrii, gdzie stężenie idiotyzmu na kilometr kwadratowy rośnie z roku na rok – by twierdzić, że ważniejsze jest, w co się wierzy, a nie co się przyjmuje do ust lub do rąk. Jak ja lubię tych wszystkich mędrków! Jednak niezależnie od tych skrajnych przypadków w ogóle posłuszeństwo Kościoła wobec świeckich zarządzeń musiało robić wrażenie. Nie była to zwykła troska o zdrowie i bezpieczeństwo, to było coś więcej. Księża uprzedzili hotelarzy, sklepikarzy, organizatorów koncertów i sprzedawców żywności. A wierni opuścili kościoły szybciej niż kibice stadiony piłkarskie. Jak to się stało? Może chodziło o charakterystyczną dla niedocenionego prymusa wolę pokazania się? Niech wszyscy zobaczą, jak bardzo jesteśmy postępowi, jak bardzo pilnujemy higieny i jak bardzo troszczymy się o zdrowie i życie ludzi. Nie ma mowy, żebyśmy dla czegoś tak błahego i ulotnego jak życie wieczne mieli ryzykować, choćby w najmniejszym stopniu, życie doczesne. Zobaczcie, dla nas też życie wieczne nie jest niczym realnym. Tak, jesteśmy strażnikami mitów, bo bez mitów ludzkość nie może żyć, ale oczywiście nie zamierzamy narażać dla czegoś równie ulotnego jak mit czegoś równie uchwytnego jak zdrowie i życie. Co to, to nie. Jesteśmy zbyt dojrzali, zbyt oświeceni, zbyt rozumni. Powtórzę: każdy, kto patrzy na te wydarzenia z pewnego dystansu, musi być zaskoczony i musi zadawać sobie pytanie: jak to było możliwe? Co jest źródłem tej potulności i tego, z całej mocy pokazywanego, podporządkowania się wszelkim możliwym, czasem rozsądnym, czasem nie, ograniczeniom? Była ona tak wielka, że jeśli już gdziekolwiek dochodziło do próby zaskarżania skrajnych decyzji władz publicznych, najczęściej w roli obrońców podstawowych praw obywatelskich występowały różne wspólnoty tradycjonalistyczne, nie oficjalnie Kościół. Nigdzie nie było to równie groteskowe jak w Nowym Jorku, gdzie przeciw drastycznym zakazom wszelkiego gromadzenia się w celach religijnych, mimo że uwolniono już handel i otwarto restauracje, wystąpiła wspólnie najbardziej osobliwa koalicja, jaka kiedykolwiek pojawiła się na świecie: bractwo świętego Piusa X i ortodoksyjni rabini z Brooklynu. To właśnie tradycjonalistyczne bractwo pospołu z rabinami złożyło za pośrednictwem Stowarzyszenia imienia Tomasza Morusa pozew przeciw gubernatorowi i burmistrzowi Nowego Jorku – Andrew Cuomo i Billowi de Blasio. Przedstawiciele oficjalnego Kościoła czekali grzecznie, aż władze łaskawie pozwolą im dalej ratować dusze wiernych – jakkolwiek by było, jest to wciąż główny cel działania katolickich kapłanów.

 

Jednak nie to było w zachowaniu Kościoła najgorsze. Och, gdyby można było powiedzieć, że największym problemem Kościoła jest przesadna troska o życie doczesne wiernych albo tchórzliwość, albo brak własnej wizji i małoduszność – wszystko to, samo w sobie naganne, dałoby się znieść. Tylko, że są rzeczy bardziej bulwersujące. W tym samym czasie, kiedy kościoły stały zamknięte, a nieliczni odważni kapłani próbowali w dość niekonwencjonalny sposób przypominać wiernym o sakramentalnej obecności Chrystusa, czy to jeżdżąc z monstrancją po wymarłych ulicach miast, czy to latając z nią balonem, przeczytałem, że papież Franciszek przekazał za pośrednictwem kardynała Konrada Krajewskiego pomoc dla… ulicznych prostytutek transwestytów. Najpierw nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Wczytywałem się w angielski tekst i sprawdzałem na wszelki wypadek każde słowo w słowniku, bo to, co czytałem, układało się w przekaz tak absurdalny i bluźnierczy, że nawet ja, przyzwyczajony do różnych zaskakujących otwarć, gestów i przekroczeń, nie wierzyłem własnym oczom. Ale nie myliłem się. Kardynał naprawdę chwalił się tym, że Ojciec Święty przekazał ulicznym transseksualnym prostytutkom wsparcie finansowe. Bo wskutek epidemii nie mogą pracować! Jak mam to znieść? Jak mam nie słyszeć i nie widzieć, że udając dobrego samarytanina, papież wspiera… nazwę procederu zostawiam czytelnikom. A, przepraszam, usłużna „Gazeta Wyborcza” przybywa z odsieczą – to byli transseksualni streetworkerzy. Pięknie! Nie prostytutki, a streetworkerzy. Ta zdolność kreowania nowego, pozornie neutralnego języka ma w sobie coś demonicznego, nieprawdaż? Jest potrzeba i jest usługa.

Jednak i to jeszcze nie dość. Bo żeby zrozumieć prawdziwą grozę sytuacji i skalę upadku rzymskiego katolicyzmu, tak, będę to podkreślał – rzymskiego, wszyscy katolicy są przecież rzymscy, są Rzymianami z ducha, wystarczy zobaczyć, co dzieje się za polską zachodnią granicą. Tam uległość wobec świata i jego wymagań przekracza wszystko, co można sobie wyobrazić. Kolejni biskupi i kardynałowie wzywają tam już jawnie Rzym do zmiany nauki na temat homoseksualizmu. Na stanowisku przewodniczącego episkopatu Niemiec kardynała Reinharda Marxa zastąpił biskup Georg Baetzing. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Ten nowy mówi dokładnie to samo co stary. A więc, że homoseksualiści i lesbijki potrzebują znaku uznania ze strony Kościoła i dlatego należy im błogosławić. Że dogmaty ulegają zmianie i że trzeba odczytywać znaki czasów. Więc biskup Baetzing wybiera się razem z innymi podobnymi mu osobnikami do papieża, żeby w duchu wzajemnego porozumienia i dialogu przedyskutować sprawę. Biskup Baetzing (uwaga, to nie żart) nie jest przy tym wcale największym radykałem. Tacy jak on chcą jedynie dopuścić błogosławieństwo par homoseksualnych, ale już inni twierdzą, że związki dwóch panów i pań należy traktować jak „małżeństwo sakramentalne”. Jeden z takich mędrków przyznał niedawno, że to jest oficjalny cel ruchu. Przyznał publicznie w wywiadzie dla jednego z niemieckich mediów. A dlaczego miał nie przyznać? Jest potrzeba, jest usługa. Czy Kościół nie mówi obecnie, że człowiek bezwzględnie potrzebuje miłości? I czy właśnie nie taki jest obecnie sens mówienia o Bogu – to Ten (a może ten?), który nas zawsze we wszystkim i za wszystko, i na każdy sposób, i w każdym wymiarze aprobuje, akceptuje, kocha? No więc, psiakrew, o co tyle szumu? Skoro ktoś do szczęścia potrzebuje błogosławieństwa, trzeba mu je dać. A jak ktoś chce, żeby to coś nazywać sakramentem, proszę bardzo. Czyż księża nie powinni być symbolem tej bezwzględnej, absolutnie pewnej miłości?

Ach, mdli mnie po prostu. Mdli mnie od tych argumentów, od tego odwracania kota ogonem, od tej podłej dialektyki i miernej sofistyki. Nie da się słuchać tych wszystkich nauczycieli, teologów, biskupów. To, że diabeł ich opętał, jest pewne, ale to, że mogą głosić publicznie swoje nauki bez jasnego potępienia, jest czymś przerażającym. Nie mogę patrzeć i słuchać tego spokojnie. Kardynał Christoph Schoenborn, który oddaje swoją (swoją czy Chrystusa) katedrę w Wiedniu, żeby występowali w niej Conchita Wurst i reszta tęczowego towarzystwa, robi to na spokojnie, mizdrząc się delikatnie do liberalnych mediów, nawet nie musi się tłumaczyć. Bo przed kim? Katolicka opinia publiczna została wyłączona. Panie, dlaczego milczysz? Dlaczego z Nieba nie uderzy piorun? Dlaczego to wszystko się dzieje w najwyższym możliwym spokoju? Niezbadane są wyroki Opatrzności i kto zna drogi Pańskie? Nie znam. Ale myślę: co będzie, kiedy za kilka miesięcy, za kilka lat, jeśli dożyję, papież ulegnie i wprowadzi zmianę do katechizmu i ogłosi, że akty homoseksualne nie są z natury nieuporządkowane, ale są uporządkowane? Wystarczy podmienić jedno słowo. Co wtedy? Nie wiem. Tak jak zorganizował okadzanie figury inkaskiej bogini w Ogrodach Watykańskich, tak pobłogosławi panów i panie z tęczowymi flagami. Patrzę na te dziwne postacie uśmiechniętych, zadowolonych z siebie prałatów niemieckich, austriackich, holenderskich, jak to publicznie i bezwstydnie łamią wciąż obowiązujące reguły – ciekawe, zawsze występując publicznie, kiedy robią coś przeciw prawu Bożemu, lubią przywdziewać księże fatałaszki, na co dzień zaś noszą się całkiem po świecku. Patrzę i zachodzę w głowę, dlaczego u licha z taką pasją i zaciekłością jak termity drążą i niszczą oni Kościół. I robią to przy poklasku świata. Bezwstydnie, bezkarnie, bez żenady. Brr.

Im oni bardziej drążą, im bardziej zuchwale wgryzają się w arterie Mistycznego Ciała, tym bardziej niespokojnie pytam, co będzie dalej. Znowu dreszcz przechodzi mi po skórze: właściwie mimo tego skrajnego lekceważenia praw Bożych i ludzkich nic się nie dzieje. Nie biją na alarm dzwony. Polscy biskupi na wszelki wypadek milczą. Właściwie z wyjątkiem kilku, których nazwiska mógłbym wyliczyć na palcach jednej ręki, siedzą cicho. Tak jakby ten jawny gwałt na prawdzie ich nie obchodził. Jakby działo się to na innej planecie. Milczy przede wszystkim Rzym. Chociaż czy milczy? Albo inaczej: czy milczenie w obliczu tak jawnego obrażania Boga nie jest współuczestnictwem w złu?

Zamiast działać, czytam, papież się modli. Osobliwie się modli. „Leżąc w cieniu starego eukaliptusa, nasza modlitwa światła pogrąża się w pieśni o wiecznych liściach” – napisał w Querida Amazonia. To ma być nowa modlitwa. Zamiast walczyć z niemieckimi piewcami tęczowej rewolucji, papież przygotowuje się do paktu na rzecz globalnej edukacji albo też globalnego paktu na rzecz humanizmu, albo humanistycznego paktu na rzecz globalizmu, albo globalnego paktu na rzecz uniwersalnego braterstwa i ekologii, i równości, albo czegoś podobnego. Poza tym, czytam, Ojciec Święty całym sercem wspiera działalność Wyższego Komitetu ds. Braterstwa, którego dokument ma stać się częścią programu ONZ. Czytam doniesienia na ten temat i ogarnia mnie pusty śmiech. Boże, co ja mam z tym wszystkim wspólnego? Jak to możliwe, żebym uczestniczył, pośrednio przecież, jako katolik, rzymski katolik, w takiej szopce? Nie mogę na poważnie. Przewracam się od śmiechu, zanoszę się, ale to nie komedia. Chciałbym się śmiać, czasem się śmieję, ale to śmiech przez łzy. Śmiech rozpaczy, śmiech wściekłości. Śmiech bezradności. To się przecież dzieje. Oni wszyscy – ci eksperci, hierarchowie, imamowie i rabini – istnieją naprawdę. I naprawdę wygłaszają te puste, żałosne frazesy. I naprawdę uczestniczy w tym Rzym.

Dowiedziałem się ostatnio z katolickich mediów, że do gremium dołączyła „pierwsza kobieta, która jest Bułgarką, była dyrektor ONZ ds. edukacji, nauki i kultury”. Nie mam nic przeciw kobietom, tym bardziej Bułgarkom. Ale jak można na poważnie podawać te informacje i nie dostrzegać farsy? Jest tam też kardynał, i owszem. Zajmuje się tym co i reszta, obroną pokoju. Wygłasza pompatyczne pochwały pod adresem arabskich szejków, którzy utworzyli Muzeum Rodziny Abrahamowej. W muzeum spotykać się będą muzułmanie, chrześcijanie i żydzi. Będą się spotykać, by się modlić. Modlić się będą razem lub osobno. Jak kto woli. Będą w jednym miejscu i w jednym celu, więc razem. Ale w trzech salach, osobno. Będą się zaciągać, nie paląc. Albo jakoś podobnie. Kardynał chwali dokument podpisany przez Franciszka, gdzie jest napisane, expressis verbis, że „pluralizm i różnorodność religii koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. Nie on jeden chwali. Liczba oświeconych światłem z Abu Zabi rośnie każdego dnia.

Z dokumentu wynika, że Bóg chce różnych religii. Albo zatem sam w sobie jest bytem sprzecznym, albo drwi sobie z ludzi, jednym objawiając się jako Ten, który nie rodzi i zrodzić nie może, będąc absolutną jednią, innym jako Trójca, a jeszcze innym może jako Atman albo otchłań, albo korzeń w puszczy, albo dusza świata, albo nicość – nie ma to znaczenia. W ogóle to, jaki jest Bóg, nie ma znaczenia, byle tylko udało się zbudować powszechne braterstwo międzyludzkie, nowy humanizm itd., itp. Czytam te odezwy i mam wrażenie déjà vu. Przecież znam ten język. Już go słyszałem. Już go spotkałem. W czasach komuny brzmiał bardzo podobnie. Ociekające hipokryzją frazy o szczęściu ludzkości i uniwersalnym braterstwie. Język sowieckich towarzyszy i, czego dowiedziałem się później, masońskich lóż. Bez ładu i składu, bez logiki. Rytualne pocałunki i oficjalne poklepywanie po plecach.

Groteska narasta. Jak zauważyli chrześcijanie arabscy nawróceni z islamu, tekst tego dokumentu, który propagandyści watykańscy określili jako przełomowy, wielki, wspaniały, sensacyjny, genialny (z niepokojem zauważam, że propagandzie watykańskiej zaczyna brakować kolejnych superlatywów) w wersji arabskiej brzmi nieco inaczej. Byli muzułmanie twierdzą, że rozbieżności językowo-teologiczne zawarte są już w pierwszym zdaniu porozumienia. Głosi ono: „Wiara prowadzi wierzącego, by w drugim dostrzegł brata lub siostrę, których należy wspierać i miłować”. W wersji arabskiej „wierzący” to mu’min, islamski termin odnoszący się tylko do wierzącego w jednego boga – z odrzuceniem Trójcy Świętej – oraz w Mahometa. Sura 24:62 głosi: „Wierzącymi (mu’min) są tylko ci, którzy wierzą w Allaha i Jego Wysłannika...”. Również w wersji arabskiej nie ma wzmianki o „siostrze”, ponieważ jest tam mowa o społeczności muzułmańskiej (ummah), a nie o powszechnej wspólnocie wszystkich, którzy wierzą w jednego Boga. Ponownie, podczas gdy deklaracja mówi: „W imię Boga, który stworzył wszystkich ludzi równymi w prawach, obowiązkach i godności, i który powołał ich, aby żyli razem jako bracia i siostry, by napełniali ziemię”, nawróceni z islamu podkreślają, że w wersji arabskiej „Bóg” ze zdania początkowego brzmi „Bismillah”, co wyklucza wszelkie inne rozumienie Boga. Określa także islamską koncepcję Tauhid (jedyności Boga) oraz władzę Allaha. Czyli papież podpisał się pod tekstem relatywistycznym, pod dokumentem chwalącym synkretyzm, a muzułmanie przeciwnie, pod deklaracją broniącą islamu. Śmieszne i straszne. Straszne jednak bardziej.

Chrześcijanom nawróconym z islamu grozi śmierć. Więc taki dokument dla nich to jak cios sztyletem w plecy. Za fasadą opowieści o braterstwie kryją się przemoc, prześladowanie, strach. Do kogo mają się zwrócić? Przecież nie do papieża, który z dokumentu jest bardzo zadowolony. Dla niego oni, nawróceni z islamu chrześcijanie, stają się przeszkodą w dialogu. No bo jak to tak: mówi się, że Kościół szanuje wierzenia muzułmanów i jednocześnie pozwala, żeby ktoś się ich wyrzekał dla Chrystusa? Myślę, że potrzebny jest drugi dokument z Abu Zabi (nazwijmy go Abu Zabi II), w którym ten niepokój znajdzie swój wyraz. Na przykład zostanie zapisane: „Skoro »pluralizm i różnorodność religii koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie«, to zabrania się dokonywania konwersji między bratnimi religiami. Chrześcijaństwo, islam i judaizm razem głoszą światu wiarę w Boga i jakiekolwiek próby prozelityzmu winny być zakazane”. Oczywiście w wersji arabskiej można by to sformułować inaczej, tak by było jasne, że zakazane jest przechodzenie z islamu na chrześcijaństwo, w odwrotną stronę tak. A ponieważ żydzi nie są zainteresowani nawracaniem, to każdy będzie zadowolony. Watykan znowu będzie mógł ogłosić wielki ekumeniczno-dialogiczno-ekologiczny (nie wiem, skąd się wzięło „ekologiczny”, ale na pewno będzie pasowało) sukces. Hurra!

Zresztą żeby nie było, że to tylko obecny następca Piotra pławi się w pochwałach i podejmuje słuszne kroki na rzecz uniwersalnego braterstwa, przypominam sobie, jakie miałem wrażenia, kiedy kilka lat temu pisałem książkę Dżihad i samozagłada Zachodu i w związku z tym czytałem słowa Jana Pawła II. Uwaga, czytelnicy o słabych nerwach mogą ten fragment pominąć. Ja nie mogę, nie dlatego, by mi to sprawiało przyjemność, przeciwnie, ale prawda ma swoje reguły. Uczciwość każe wszystkich traktować na równi.

 

„Podczas spotkań z muzułmanami wielokrotnie mówiłem, że wasz Bóg i nasz Bóg to jeden i ten sam Bóg, a my jesteśmy braćmi i siostrami w wierze Abrahama”1 (Rzym 1985). A więc, proszę bardzo, to nie Franciszek wymyślił tezy, które znalazły się w Abu Zabi. „Nasz Bóg i wasz Bóg to jeden i ten sam Bóg” – mówił, wbrew logice i wbrew wierze, nasz polski papież. Wiem, kiedy takie rzeczy się czyta, człowiek próbuje na różne sposoby sobie z nimi radzić. A więc: to jest wyrwane z kontekstu, to jest jednorazowy lapsus, to jest… itd., itp. A poza tym, w pewnym sensie, faktycznie wasz Bóg jest jeden, nasz Bóg jest jeden, więc jeden to jeden i dlatego można by w pewnym sensie, ogólnym, to prawda, bardzo ogólnym, właściwie tak ogólnym, że w ogóle bez sensu, ale jednak można by uznać, że minimum prawdy w tym twierdzeniu jest, tyci, tyci, ale to wystarczy, uff, żeby nie uznawać, że to jednak błąd. Nie chce mi się tego rozumowania dalej ciągnąć. To nie jest książka o metodach racjonalizacji i radzenia sobie z tym, co niechciane.

Dalej zatem:

„Chrześcijanie i wyznawcy islamu, spotykamy się w wierze w jedynego Boga, naszego Stwórcę, Mistrza, sprawiedliwego i miłosiernego Sędziego. W naszym codziennym życiu wszyscy staramy się urzeczywistniać wolę Bożą, zgodnie z nauczaniem naszych Ksiąg Świętych. Wierzymy, że Bóg przenika nasze myśli i nasz świat i że Jego pełna miłości obecność towarzyszy nam każdego dnia”2 (Rzym 1985). „My, chrześcijanie i muzułmanie, mamy wiele rzeczy wspólnych, tak jako ludzie wierzący, jak i jako istoty ludzkie. (…) Wierzymy w tego samego Boga, w Boga żywego, w Boga, który stworzył świat i doprowadza swe stworzenia do ich doskonałości”3 (Maroko 1985).

Papież wielokrotnie nazywa muzułmanów braćmi, naszymi braćmi, nawet braćmi w wierze. Owszem, dostrzega też różnice. Oto jak:

„Uczciwość wymaga, byśmy uznali i uszanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji; jest w tym tajemnica, co do której – jestem tego pewny – Bóg nas kiedyś oświeci”4 (Casablanca 1986). Nas? Nas wszystkich? Czy nas katolików? I ta formuła: „my, chrześcijanie, wierzymy”. Co to jest w ogóle za formuła? A więc: my tak, a wy siak, ale to naprawdę nie ma znaczenia. To ważna różnica, mówi wprawdzie papież, ale jaka jest jej ważność? Taka jak różnica języków? Płci? Ras? Kolorów skóry? Wieku? A więc: ta ważność nie ma znaczenia w oczach Boga! „Wierzę, że dziś Bóg zachęca nas do zmiany dawnych nawyków”5 (jeszcze Casablanca) [wszystkie wyróżnienia pogrubionym drukiem pochodzą od Autora – red.]. Papież wierzy, że Bóg (hybryda Trójcy i Allaha, podmiot abstrakcyjny) zachęca nas (muzułmanów i chrześcijan) do zmiany „dawnych nawyków”. Jakich? Ależ proszę bardzo: „Na ogół źle się rozumieliśmy i w przeszłości występowaliśmy czasem przeciw sobie, a nawet wyczerpywaliśmy nasze siły w polemikach i w wojnach”. Straszne to były czasy. Ale teraz razem budujemy nowy świat pokoju i porozumienia. My z Chrystusem, wy bez Niego, ale w ostateczności, jakie to ma znaczenie. „Choć różnimy się sposobem pojmowania jedynego Boga, jesteśmy do siebie podobni w tym, że jedni i drudzy staramy się wypełniać Jego wolę”6 (Abudża 1998). Naprawdę, to nie Franciszek pierwszy głosi jedność Allaha i Trójcy Przenajświętszej.

Zostawmy islam, wróćmy do wirusa. Tym, co wyróżnia obecnych nauczycieli wiary, jest aprioryczne odrzucenie wszelkiej myśli o tym, że epidemia koronawirusa mogłaby być – a kysz, a kysz! – Bożą karą. „Nie możemy interpretować cierpień, przez jakie przechodzi ludzkość, wedle upraszczającego schematu, wskazującego na zależność między »obrazą majestatu« Boga a »świętym odwetem« przez Niego dokonywanym. Sam choćby fakt, że ukarani byliby właśnie ci najsłabsi, ci, którzy są Mu najbliżsi i z którymi się utożsamia (Mt 25, 40–45), przeczy tej perspektywie” – ogłosiła papieska Akademia Życia. To się nazywa argument. Wynika z niego, że Bóg w ogóle nie może być Sędzią, bo jak miałby karać „najsłabszych”, a w stosunku do Niego, Wiecznego, my, śmiertelni, wszyscy jesteśmy słabi. Bóg może nas jedynie kochać, jedynie zabiegać o nasze szczęście. Możemy Go przyjmować tylko jako absolutną miłość – Bóg, który karze, który może zezwalać na cierpienie – to nie Bóg. Tak muszą myśleć nowi nauczyciele, dla których nie liczą się ani Boża świętość, ani ludzki grzech. Ważne jest tylko braterstwo. A Bóg może być, jeśli już, narzędziem do jego wspierania. A jak nie, to fora ze dwora. Takiego Boga, który by nie służył i nie budował braterstwa, nie chcemy. Nie śnię – to dzieje się na naszych oczach. Bóg wprzęgnięty w ideologiczny plan uniwersalnego braterstwa, Bóg nowych teologów i papieża Franciszka, ten Bóg ludzki, grzeczny, pokorny, który wszystko aprobuje i akceptuje, i popiera, czy jest jeszcze Bogiem, czy bożkiem? To jest pytanie. A jeśli bożkiem, jeśli przestał być Nieludzkim Bogiem, o którym pisałem wiele, wiele lat temu jako o prawdziwym, żywym, jedynym Bogu, to co na to powiem? Ano zacytuję, porównam, wytłumaczę, jakie są tego źródła. W tym stanie bezradności i oszołomienia chaosem, wobec tej inwazji braku logiki i pustosłowia pozostaje mi tylko jedno: szukać źródeł. W końcu rzymski katolicyzm nie zawsze był taki. W końcu kiedyś rzymskość oznaczała rozumność, mądrość, szacunek dla reguł myślenia, stałość w przekonaniach.

Na pewno nie chodzi tu, powiedzmy to tak, o idiosynkrazję, o niezwykły, osobliwy, inny sposób sprawowania urzędu Piotrowego przez Franciszka. Wiem, wielu komentatorów sądzi, że prawdziwym problemem jest nowość, którą przyniósł Franciszek. Mają trochę racji. Faktycznie, obecny papież nawet nie kryje się ze swoim ostentacyjnym lekceważeniem teologii, spójności, ciągłości. Nie waha się wypowiadać sądów sprzecznych, dokonywać gestów jeszcze bardziej osobliwych. Jednak czy naprawdę można uznać, że obecny kryzys katolicyzmu to wina papieża z Argentyny? Na pewno nie. Po pierwsze, czego nie chce się słyszeć, obrońcą Franciszka jest jego poprzednik. Benedykt, wbrew tylu komentatorom, jest z wyboru Franciszka bardzo zadowolony. Pokazuje on, że „Kościół wciąż jest mobilny i dynamiczny, że jest otwarty i zdolny do nowego rozwoju. (…) Nie został zamrożony w schematach”, ale ma w sobie „dynamikę, która wciąż na nowo odnawia Kościół”7. W biografii Benedykta Peter Seewald zachwyca się „dwoma mężczyznami w bieli, którzy (…) nie są przeciwnikami, ale uzupełniają się. »Mamy teraz nawet dwóch papieży« – wyraziła swój zachwyt jedna z kobiet – »a jednego tylko do modlitwy«”.

Znowu nie wiem, co o tym myśleć. „Osobista przyjaźń z papieżem Franciszkiem nie tylko pozostała, ale wzrastała” – mówi Benedykt Seewaldowi. I zaraz potem, niemal w tym samym zdaniu opowiada: „(…) Kryzys wiary doprowadził przede wszystkim do kryzysu chrześcijańskiej egzystencji. Właściwym zagrożeniem dla Kościoła i tym samym dla służby Piotra jest (…) powszechna dyktatura pozornie humanistycznych ideologii – sprzeciw wobec nich oznacza wykluczenie ze społecznego podstawowego konsensusu. Jeszcze przed stu laty mówienie o małżeństwach homoseksualnych każdy uważałby za coś absurdalnego. Dziś wyklina się ze społeczeństwa tych, którzy się temu przeciwstawiają. Podobnie wygląda sytuacja dotycząca aborcji i wytwarzania ludzi w laboratoriach. Współczesne społeczeństwo gotowe jest sformułować antychrześcijańskie credo, a sprzeciw wobec niego karany jest obłożeniem społeczną ekskomuniką. Strach przed tą duchową mocą Antychrysta jest czymś naturalnym i trzeba rzeczywiście pomocy modlitewnej całego episkopatu i Kościoła światowego, aby się temu oprzeć”8. Czy ja śnię? Czy straciłem już zdolność rozumienia słów? Czy stałem się, jak bohater jednego z moich opowiadań, człowiekiem, który utracił umiejętność wiązania pojęć i rzeczy? Słyszę dźwięki, tracę sens? Przecież jeśli największym zagrożeniem dla Kościoła jest „powszechna dyktatura pozornie humanistycznych ideologii”, to kto jej ulega bardziej niż Franciszek ze swoim Wyższym Komitetem, z uniwersalnym braterstwem, z gestami otwarcia wobec homoseksualistów, z milczeniem i brakiem reakcji na niemiecko-austriacką homoherezję?

Benedykt mówi: „Współczesne społeczeństwo gotowe jest sformułować antychrześcijańskie credo, a sprzeciw wobec niego karany jest obłożeniem społeczną ekskomuniką”. Mówi, że doskonale rozumie się z papieżem Franciszkiem, i chwali jego pontyfikat. A papież Franciszek ogłasza, że „Kościół pozostał dwieście lat z tyłu. Dlaczego się nie otrząśnie? Boimy się? Strach zamiast odwagi? W każdym razie fundamentem Kościoła jest wiara. Wiara, zaufanie, odwaga. (…) Tylko miłość zwycięża zmęczenie”9 (21.12.2019). Benedykt odrzuca dokładnie to samo, co Franciszek promuje. Benedykt mówi o „antychrześcijańskim credo współczesnego społeczeństwa”, a Franciszek twierdzi, cytując znanego z postępowych poglądów kardynała Carla Marię Martiniego, że to Kościół został w stosunku do społeczeństwa „dwieście lat z tyłu”.

Peter Seewald pisze o tym, że różni publicyści próbowali od początku rozgrywać przeciw sobie obu papieży i przeciwstawiać postępowego Franciszka konserwatywnemu Benedyktowi. Ten drugi miał z niepokojem patrzeć na upadek swego dziedzictwa, a jego klasztor miał skupiać kościelną opozycję wobec planów Argentyńczyka. Tymczasem Franciszek nie ustaje w chwaleniu swego poprzednika. „Ratzinger, mówi, w ciągu ostatnich trzydziestu latach w fundamentalny sposób przyczynił się do modernizacji Kościoła. Franciszek ma wobec niego »uczucie głębokiej bliskości i przyjaźni«”. Po powrocie z Armenii Franciszek powiedział, że „swoją modlitwą Benedykt kryje jego ramiona i plecy”. Dziękował mu też za to, że „[Benedykt] otworzył drzwi dla emerytowanych papieży”10. A potem cytuje innych znawców: we wstępie do biografii Benedykta, napisanej przez teologa Elia Guerriera, pisał: „Dla Kościoła obecność emerytowanego papieża obok urzędującego jest nowością i właśnie dlatego, że się lubią, jest to piękna nowość. W pewnym sensie wyraża to w szczególnie wyraźny sposób ciągłość urzędu Piotrowego, bez przerwy, tak jak miłość spaja pierścienie tego samego łańcucha”. Również Benedykt dba o to, bo okazywać Franciszkowi pełną lojalność. Wzajemna lojalność, szacunek, pochwały, podkreślanie jedności, ciągłość. Jeśli są różnice, to dotyczą stylu, akcentów. Więc jak to jest? Czyżbym się aż tak mylił? Czyżby to, co biorę za zdradę i odejście, było tylko innym rozumieniem w obrębie tego samego przesłania? Najwyraźniej. Ale to tylko zmusza mnie, żebym szukał głębiej i dalej. Jeśli Benedykt nie dostrzega żadnej wyrwy, żadnej przepaści, ba, nawet żadnej głębokiej szczeliny między swoim nauczaniem a tym, co głosi Argentyńczyk, to najwyraźniej ma rację. Tyle że to znaczy, że zerwanie, przepaść i brak ciągłości musiały pojawić się wcześniej. Kiedy? Przed chwilą pokazałem, jak bardzo mylą się ci, którzy uważają, że pontyfikat Franciszka oznacza nowe podejście do muzułmanów, inne od tego, które prezentował Jan Paweł II (i niestety, wbrew pewnym oznakom nadziei, Benedykt XVI). Co się tyczy trzech najważniejszych punktów – rozumienie wolności religijnej, dialog międzyreligijny, ekumenizm – wszyscy trzej idą dokładnie tą samą drogą, a różnice mają wyłącznie charakter przygodny. Ta jedność jest teraz nawet jeszcze bardziej widoczna, od kiedy to papież się rozdwoił, podwoił, chociaż z drugiej strony, mówi mi się, że kiedy widzę dwóch ludzi w papieskich szatach, to jest tylko jeden.