Szczęśliwe wariactwo. Medytacje biblijne

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


redakcyjna

© Copyright for the text by Paweł Kozacki, 2014

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2014

Podstawą niniejszego wydania jest publikacja Wydawnictwa Znak, Kraków 2009

Redaktor

Paulina Jeske-Choińska

Skład komputerowy

Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

Fotografia na IV stronie okładki

Norbert Kuczko OP

ISBN 978-83-7906-390-1

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o., 2014

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

www.wdrodze.pl sprzedaz@wdrodze.pl

Rok A
I Niedziela Adwentu

_____________________________________________________________________________

Czas ocalenia

Iz 2,1–5 • Ps 122 • Rz 13,11–14 • Mt 24,37–44

Historia biblijnego potopu jest powszechnie znana. Bóg nakazał skonstruowanie arki z drzewa żywicznego, w której Noe miał ocalić wszystkie gatunki istot żyjących na Ziemi. Pismo Święte milczy o tym, jak przebiegała budowa potężnej łodzi. Możemy tylko przypuszczać, że powstawała na suchej ziemi. Łatwo wyobrazić sobie reakcje ludzi patrzących na drewnianą konstrukcję. Na pewno znalazł się niejeden, który próbował zgadnąć, dlaczego Noe podjął się tak bezsensownego dzieła, zamiast tak jak dotychczas uprawiać winnice. Wszyscy znajomi i sąsiedzi „jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali”. Nie wiadomo, ilu ludzi odwodziło go od szalonego pomysłu, ilu uważało go za nieszkodliwego wariata, a ilu chciało siłą zniweczyć jego zamiar. Tajemnicą pozostanie i to, co działo się w sercu Noego. Czy ogarniały go wątpliwości? Czy był bliski porzucenia pomysłu o budowie statku? Czy próbował kogoś przestrzec, mówiąc mu o wodach potopu? Jedno jest pewne – pozostał wierny wezwaniu Boga, wytrzymał presję środowiska, nie uległ pokusom zaniechania dzieła.

Adwent to czas ocalania rzeczy najcenniejszych, których nie warto stracić w zalewie bylejakości. Twoje rozbiegane życie domaga się odnalezienia tego, co najważniejsze. Przypomnienia, że „teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu”. Potrzebujesz czasu na rozeznanie woli Boga, wycofanie się ze ślepych uliczek niepotrzebnych zaangażowań, odnalezienie własnego rytmu, by w wewnętrznym pokoju budować swoją arkę mimo szyderstw i niezrozumienia, wbrew pokusom lenistwa i zniechęcenia oraz poczuciu bezsensu…

Obudź się! Spróbuj przeżywać każdy dzień w taki sposób, abyś zapamiętał z niego spotkanie z człowiekiem, przeczytaną lekturę, usłyszaną historię. Postaraj się, by twoja praca była darem dla ludzi, których kochasz… Pozwól każdego dnia zalśnić chwili, dla której warto było zacząć ten dzień.

Obudź się! Jeśli tego nie zrobisz, będziesz patrzeć na poranione palce, przez które przeciekło ci życie. Przestań chwytać złudzenia, budować zamki na lodzie i gonić za fatamorganą, którą tylko ty widzisz. Porzuć wystygłe wspomnienia i jałowe oczekiwanie, że jutro wszystko się odmieni. Nadzieja na twoje szczęście tkwi w teraźniejszości!

Obudź się! Nie trać czasu na rzeczy, po których powtarzasz mantrę: „Po jaką cholerę… obejrzałem ten film, poszedłem do tego baru, skręciłem z prostej drogi, władowałem się w tę sytuację, podtrzymuję tę znajomość. Czy to musiało się stać…”.

Obudź się! Wyprowadź ciemności z twego serca, by mogło zamieszkać w nim światło. Przekuwaj miecze, którymi zbroiłeś się przeciwko temu, z kim dzielisz ziemię, pracę, pokój, łoże albo życie, abyś lemieszami mógł zaorać pole waszej walki. Przekuwaj włócznie, którymi chciałeś ugodzić przeciwnika, na sierp, którym ścinać będziesz dojrzałe kłosy chwil wartych zachowania na wieczność.

Obudź się! Nie daj się zwieść tym, którzy twierdzą, że stawianie łodzi na suchej ziemi jest stratą czasu i nie ulegaj głosowi, który ci mówi, że pragnienie ocalenia to emocja niegodna dojrzałego człowieka.

II Niedziela Adwentu

_____________________________________________________________________________

Pustynia codzienności

Iz 11,1–10 • Ps 72 • Rz 15,4–9 • Mt 3,1–12

Mój znajomy niedawno z wielkim zapałem postanowił czytać codziennie Biblię. Szybko jednak się zorientował, że minął kolejny dzień, a on nie otworzył tego, co „napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, które niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję”. „Jak mogę czytać w takim zabieganiu? Jeśli nawet znajdę czas, to dostojne słowa proroków mieszają mi się z jazgotem codzienności: w uszach mam marudzenie szefa, na żołądku stres spowodowany debetem na koncie, a po głowie fruwają strzępy planów na jutro. Jak mam się skupić, gdy zza ściany dochodzi krzyk żony, bo dzieciaki znowu coś zbroiły? Jak mam czytać o wyzwoleniu Izraela, skoro znacznie bardziej interesuje mnie wolność na Ukrainie i w Tybecie? Musiałbym się znaleźć na pustyni, żeby się nawrócić!”.

Jeśli podpisujesz się pod powyższymi stwierdzeniami, to jesteś w niemałym błędzie. Pustynia kojarzy ci się z podkolorowanymi folderami biur podróży, z bezproblemowym miejscem rajskiego urlopu. Tylko że złociste piaski, palmy daktylowe, chłodzący wiaterek oraz mrożone drinki przynoszone przez szarmanckiego młodziana albo egzotyczną piękność nie mają nic wspólnego z pustynią. Gdybyś rzeczywiście na niej się znalazł, to prócz skondensowanych lęków codzienności, które na pewno zabrałbyś ze sobą, odkryłbyś, że stoisz na zgliszczach twoich marzeń, wydmach zmarnowanych szans, doskwiera ci świadomość dokonanego zła. Poczucie bezsensu, samotności, nudy wciskałoby się w każdą szparę duszy jak pustynny piasek do oczu, uszu, nosa… Pustynia nie jest miejscem duchowego komfortu, tylko krainą doświadczenia ludzkiego losu, zwielokrotnionego ciężaru brzemienia, które dziś dźwigasz. Nie zaznałbyś tam więcej spokoju niż w swojej codzienności.

Zatem zamiast wzdychać za nieistniejącą oazą spokoju, uznaj, że adwent to czas, w którym słowo Boga chce dotrzeć do ciebie w twoim zabieganiu. Nie musisz odchodzić na pustynię, by od odzianego w sierść wielbłądzią i przepasanego skórzanym pasem faceta usłyszeć brutalne: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed prawdą o sobie? Wydajcie owoc godny nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie powtarzać usypiające banały. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone”. Bardziej przypomina to, co prawda, młot niszczący złudzenia niż pocieszenie dla biednych i zapłakanych dzieci, którym brzydki świat zabrał zabawki, ale uwierz, że głos znad Jordanu pokazuje ci drogę do przestrzeni, w której „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał”.

Nie bój się Słowa. Słuchaj go jak głosu wołającego na pustkowiu. Nie użalaj się nad swoją dolą, stwierdzając, że rzeczywistość jest inna niż zapowiadała reklama duchowej turystyki. Nie oczekuj natychmiastowej realizacji obietnic. Czytaj codziennie, a niedługo stwierdzisz, że przybliżyło się królestwo, życiodajne Źródło jest tuż obok ciebie, a ty dostałeś siłę, by przemieniać pustynię w ogród.

III Niedziela Adwentu

_____________________________________________________________________________

Prorok nieużyteczny

Iz 35,1–6a.10 • Ps 146 • Jk 5,7–10 • Mt 11,2–11

Kilka tygodni temu miałem szczęście odwiedzić Phila Bosmansa. Ten ponad osiemdziesięcioletni zakonnik, który blisko sześćdziesiąt lat temu przyjął święcenia kapłańskie, kiedyś był bardzo aktywny. Pracował po dwadzieścia godzin na dobę: głosił misje i rekolekcje, pomagał ludziom ubogim, samotnym matkom, więźniom. Dziś porusza się bardzo powoli, bo po wylewie ma sparaliżowaną prawą stronę ciała. Książki, które napisał, osiągnęły łączny nakład ponad dziewięciu milionów egzemplarzy, a aforyzmy, które wyszły spod jego pióra, można znaleźć na pocztówkach, kalendarzach i bardzo różnych stronach internetowych. Dziś podpisuje się lewą ręką, nad wyraz wolno: „Phil Bos”. Na dokończenie swojego nazwiska nie ma już siły. Jednocześnie nosi w sobie tyle światła, pogody ducha i nadziei, że wystarczyłoby go na obdzielenie nim wielu młodych, sprawnych i aktywnych ludzi.

Pomyślałem o Philu Bosmansie, czytając o Janie Chrzcicielu, który kiedyś żył surowym życiem proroka, nawoływał ludzi do nawrócenia, bezkompromisowo głosił prawdę, odważnie zapowiadał sąd, był głosem nadchodzącego Boga. Teraz Jan bezbronny, zamknięty w więzieniu, zapomniany przez ludzi zadaje pytanie, czy Jezus jest tym Mesjaszem, którego zwiastował, czy innego mają oczekiwać. Szarańcza i miód leśny okazały się wykwintnymi daniami wobec więziennego chleba. Żar skalistej pustyni miejscem komfortowym wobec ciemności herodowego lochu. Został skazany na długie dni rozmyślania o sensie przepowiadanej nadziei, której spełnienia nie widać, i całkiem ludzkiego pytania, czy jego posłannictwo miało sens, czy się nie pomylił.

Podobna jest sytuacja tych, którzy zawierzyli swoje życie Bogu, a zostali rozciągnięci na szpitalnych łóżkach, odrzuceni przez dzieci, zdradzeni przez przyjaciół; tych, których starość zamknęła w domach. Kiedyś aktywnie uczestniczyli w życiu Kościoła i społeczności, dziś przeżywają dramat samotności, walczą z ciemnościami zalegającymi w sercu.

 

Łatwo zawierzyć Bogu, gdy świat stoi otworem, a siły i zapał wydają się niewyczerpane. Prorokować, gdy nadzieja na spełnienie zapowiedzi jest tak wyraźna, jakby miały zrealizować się już jutro. Znacznie trudniej, gdy zakładało się Stowarzyszenie Bez Nazwy, potężny ruch woluntariuszy gotowych bezinteresownie nieść pomoc, który teraz kostnieje, formalizuje się, rejestruje się w urzędzie podatkowym. Niełatwo żyć wiarą w sens swojej misji, gdy głosiło się sprawiedliwy sąd Boży, a Jezus przynosi Dobrą Nowinę o miłosierdziu; gdy mówiło się o siekierze przyłożonej do pnia bezowocnego drzewa, a Jezus chce jałowe drzewo okopać, obłożyć nawozem i dać mu kolejną szansę; gdy Ten, który miał przynieść zbawienie, nie robi nic, by wybawić przyjaciela gnijącego w więzieniu.

Błogosławiony, który dokonał wielkich rzeczy, a nie zwątpił wtedy, gdy niczego już światu nie mógł zaoferować. Dane mu będzie spotkać „Boga nie do wiary”: innego niż człowiecze wyobrażenia, opuszczonego przez przyjaciół, bezradnego wobec ludzkiej wolności. Wtedy zostanie napełniony światłem, którego nie zgaszą żadne ciemności.

_____________________________________________________

IV Niedziela Adwentu

_____________________________________________________________________________

Po dwóch stronach milczenia

Iz 7,10–14 • Ps 24 • Rz 1,1–7 • Mt 1,18–24

Niejednokrotnie rozmawiałem z ludźmi, w których małżeństwie doszło do zdrady. Zarówno z tymi, którzy zostali zdradzeni, jak i z tymi, którzy dopuścili się zdrady. Ci pierwsi noszą w sobie ranę krzywdy, zawiedzionej miłości, niezrozumienia, dlaczego do tego doszło, upartą niezgodę na fakt oddalania się ukochanego. Czasem ból przeradza się w złość, agresję, nienawiść. Ci zaś, którzy zdradzili, jeśli żałują swego czynu, pełni są wstydu, chęci wytłumaczenia, naprawienia krzywdy, złości na samych siebie. Trudno opisać ból, który wiąże się z taką sytuacją, emocje, które wtedy targają ludźmi. Łatwo wyobrazić sobie twarde słowa, które niszczą.

Warto, byś miał w pamięci sytuację zdrady małżeńskiej, gdy czytasz krótkie zdania o tym, jak to było z narodzeniem Jezusa Chrystusa. Gdy Maryja usłyszała zwiastowanie anioła, pobiegła do Elżbiety, by pomóc krewnej w stanie błogosławionym. W którymś jednak momencie zaczęła rozważać, co powie Józefowi. Była mu poślubiona, kochała go, marzyli o gromadce dzieci. Miała mu powiedzieć, że poczęła z Ducha Świętego, że będzie matką Boga? To się przecież w głowie ani w słowach nie mieści. Wiedziała, że gdyby zaczęła tłumaczyć, mogłaby sprowokować Józefa do ostrych słów, do wyrzucenia z siebie bólu, oskarżenia jej o zdradę. Pozostało jej ufać, że Ten, który ją powołał, również ją ocali. Może liczyła na to, że Duch Święty oświeci narzeczonego i on sam rozpozna sytuację? Nic takiego jednak nie następowało, mimo że ciąża była coraz bardziej widoczna. Milczenie, w którym trwała Maryja, musiało być dla niej wielkim ciężarem.

W tym czasie Józef zmagał się z ciemnością. Czuł się zapewne zdradzony i oszukany. Nie był w stanie usprawiedliwić Maryi. Co myślał? Że pokochała innego? Jeśli tak, to dlaczego mu nie powiedziała? Został zdradzony? Po co zatem łudziła go wizją wspólnego życia? Być może chciał zapytać, zrozumieć, usłyszeć słowa, które ukoją ból. Nie domagał się jednak tłumaczenia, pozostawał samotny i bezbronny wobec czarnych myśli. Milczał, bo gdyby zaczął mówić, mógłby zranić Maryję. Mimo wszystko nie przestał kochać. Nie szukał swego. W końcu postanowił ją potajemnie oddalić, aby nie narazić jej na zniesławienie.

Maryja i Józef stanęli po dwóch stronach nieziemskiego wydarzenia, którego nie potrafili zrozumieć. Przeżywali swój adwent, czekając na światło, które rozproszy ciemności wokół nich. Dzięki milczeniu ocalili to, co najważniejsze.

Nie twierdzę, że milczenie jest najlepszym sposobem rozwiązywania konfliktów. Tym bardziej nie chcę powiedzieć, że należy milczeć w obliczu zdrady. Milczenie może być jednak wyrazem miłości. Gdy ktoś cię niesłusznie oskarży, gdy wiesz, że ludzie za twoimi plecami przypisują ci czyny i intencje, z którymi nie masz nic wspólnego, pozostaje ci milczenie. Gdy widzisz, że wina osoby kochanej jest ewidentna, a ty nie chcesz oskarżać, pozostaje ci milczenie. Skazujesz się na adwent, otwierasz się na Światło, które rozproszy mrok twojego serca.

_____________________________________________________

Niedziela w Oktawie Narodzenia Pańskiego

_____________________________________________________________________________

Narodzony na gnoju

Syr 3,26.12–14 • Ps 128,1–5 • Kol 3,12–21 • Mt 2,13–15.19–23

Niedawno przeczytałem Gnój Wojciecha Kuczoka, spopularyzowany filmowymi Pręgami Magdaleny Piekorz. Powieść opowiada o nieświętej rodzinie, której dom jest przeniknięty dulszczyzną i przemocą, dewocją i krzywdą, niespełnieniem i rozpaczą. W finałowym, symbolicznym śnie bohatera, podczas ulewy w piwnicy wybija szambo i nagromadzone przez dziesięciolecia nieczystości pochłaniają dom starego K.

Przypomniałem sobie tę właśnie powieść, w której skrzywdzony bohater już nikogo nie nazywa Ojcem, kiedy czytałem o narodzinach Jezusa. Jeszcze jako nienarodzony nie został On przyjęty w gospodzie, dlatego musiał przyjść na świat pod Betlejem, w miejscu, w którym trzymano bydło. Wątpię, by aniołowie posprzątali szopę przed przybyciem Maryi i Józefa, więc pewnie na ziemi leżał zwierzęcy nawóz, a w powietrzu unosił się smród.

Dziś chcemy wynagrodzić Jezusowi ten afront. Na Jego przyjście przygotowujemy odświętne gadżety: zamiast ciemności – kolorowe światełka, zamiast zimna – ciepło kolęd, zamiast smrodu – zapach pieczonego karpia i pierników. Miły dla serca choinkowy nastrój nieco fałszuje jednak rzeczywistość, bo Zbawiciel chciał się narodzić tam, gdzie najmroczniej. Mówił przecież, że przyszedł do zagubionych owiec i tych, którzy się źle mają.

Nie mam zamiaru psuć ci świąt. Chciałbym jednak, byś na chwilę oddalił się od bożonarodzeniowej krzątaniny, zamknął w ciszy i zaprosił Nowo Narodzonego do ciemniejszych zakamarków twojego serca, do brudu, który chowasz przed ludźmi.

Do twojej zaborczości, marudzenia i narzekania zatruwającego życie wszystkim, którzy próbują cię kochać, do twoich stwierdzeń, że cały świat jest zły, a ludzie okropni, do twojego mentorstwa, które budzi politowanie.

Do twojego egoistycznego braku czasu, który sprawia, że ciągle gonisz za swoim, a rodzice i dzieci oglądają cię od wielkiego dzwonu, do samotności ludzi, którzy czekają na twoją obecność, na twoje słowo, na twoje zainteresowanie.

Do twoich fantazji, w których jesteś playboyem przebierającym w seksownych kobietach, albo damą zdobywaną przez najbardziej szarmanckich i czułych facetów, i w których zostawiasz kogoś, z kim łączy cię święty węzeł.

Do twojej podskórnej agresji wobec tych, którym się powiodło, których oskarżasz o złodziejstwo i korupcję, a których chętnie utopiłbyś w łyżce wody, bo musisz być wobec nich grzeczny i uprzejmy.

Do twojej zachłanności, gdy pijesz o jeden kieliszek za dużo w poczuciu, że jeszcze kontrolujesz sytuację, i gdy opychasz się kaloriami i cholesterolem, choć lekarz kazał ci uważać na wątrobę i serce.

Do twojej kłótliwości: tej wielkiej, która sprawia, że twoi domownicy najlepiej czują się wtedy, gdy nie ma cię w domu, i do tej małej, przez którą od czasu do czasu popłynie łza po czyimś policzku albo ktoś nie prześpi nocy.

Do twojej beztroski, która sprawia, że zawalasz obowiązki w poczuciu, że cały świat winny jest temu, że nie napisałeś jeszcze magisterki albo doktoratu, a twoja rodzina i przyjaciele wysłuchują kłamstewek tłumaczących, dlaczego nie spełniasz swoich obietnic.

Jezus chce zaistnieć w najbardziej zapaskudzonych miejscach nie po to, by machnięciem boskiej rączki posprzątać twoją stajnię Augiasza. On chce ci powiedzieć, że nie boi się tego, co skrzętnie ukrywasz przed światem i wyrzucasz z pamięci, że umiłował cię razem z twoją słabością. Chce dotknąć cię swoją Obecnością i zapalić w twoich ciemnościach płomyk nadziei, że gnój, który rodzi się w ludzkim wnętrzu, nie zniszczy twojego życia.

II Niedziela po Narodzeniu Pańskim

_____________________________________________________________________________

Ciało staje się Słowem

Syr 24,1–2.8–12 • Ps 147 • Ef 1,3–6.15–18 • J 1,1–18

Czasem na mszach, podczas których błogosławię ślub, zachęcam nowożeńców, by spojrzeli na sakrament małżeństwa w świetle słów prologu świętego Jana o Słowie, które stało się ciałem. Przysięga miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej bowiem oznacza, że człowiek obiecuje ukochanemu albo ukochanej taką miłość, tak niezmienne trwanie przy sobie i taką przejrzystość w myślach, słowach i uczynkach, by współmałżonek miał szansę pomyśleć: „Bóg musi mnie prawdziwie kochać, skoro dał mi tak cudowną żonę, tak kochanego męża”. Małżonkowie stają się dla siebie wzajemnie słowem, które Bóg wypowiada do nich. „Boga nikt nigdy nie widział, ale Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył”, że miłość małżeńska jest sakramentem, czyli doświadczalnym znakiem niewidzialnej łaski Boga.

Najczęściej wezwanie do naśladowania Jezusa odczytywane jest jako zachęta do inspirowania się Jego ludzkimi czynami i słowami. Chodzi w niej o to, by robić to, co On zrobiłby w danej sytuacji. Nagłym olśnieniem może być jednak moment, gdy uświadomisz sobie, że jesteś zaproszony, by stawać się słowem Boga. Pomyśl, możesz kontynuować dzieło Emanuela i być Dobrą Nowiną, którą Bóg chce rozradować twoich bliźnich. Ile razy okażesz się dla twoich braci i sióstr człowiekiem dobrym i pomocnym, tyle razy będą mieli szansę powiedzieć: „Jaki ten świat wspaniały”. Nietrudno również wyobrazić sobie, że pomyślą: „Świat jest okropny”, gdy wykażesz wobec nich agresję, dasz im odczuć swoją wyższość, gdy ich w jakikolwiek sposób skrzywdzisz.

Analogię tę można rozwinąć i stwierdzić, że każda rodzina czy grupa przyjaciół zaproszeni są do stawania się zdaniem złożonym z dobrych słów, wypowiadanym przez Boga do ludzi. Patrząc jeszcze szerzej, można powiedzieć, że jako wspólnota Kościoła jesteśmy wezwani, by stworzyć poemat o Miłości, złożony ze zdań, którymi są chrześcijańskie małżeństwa, grupy, parafie, wspólnoty zakonne. Ważne, aby dorastać do takiej komunii, by ludzie, którzy nie znają Chrystusa, mówili: „Popatrzcie, jak oni się miłują”.

Powiesz, że to idealizm, że to niemożliwe. Rzeczywiście to bardzo trudne, bo ludzka grzeszność sprawia, że każdy chrześcijanin może stać się negatywnym przesłaniem o Bogu, zaprzeczeniem Jego miłości. Wierzę jednak, że „Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich i w Chrystusie wybrał nas, abyśmy byli święci i nieskalani”. Ważne, abyś z radosną pokorą przyjął zaszczyt stawania się boskim przesłaniem skierowanym do świata, byś poczuł brzemię odpowiedzialności, która z tą misją jest związana.

„Proszę, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych”, by wasze życie, by wasze ciała i dusze stawały się wcielonym Słowem.