Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Taty

Słownik

gad, klawisz – funkcjonariusz służby więziennej

złodziej – w gwarze strażników więziennych: każda osoba osadzona w zakładzie karnym bądź areszcie śledczym, niezależnie od tego, z jakiego paragrafu została skazana bądź jest oskarżona

apelówka – liczbowy wykaz osadzonych w danej celi

atanda – grupa szturmowa Służby Więziennej, doraźnie formowana przez dowódcę zmiany z funkcjonariuszy będących na służbie, używana do likwidacji zagrożenia na terenie zakładu poprzez stosowanie środków przymusu bezpośredniego

celówka – karta identyfikacyjna osadzonego

czapka – dowództwo

CZSW – Centralny Zarząd Służby Więziennej

ćwiara – kara 25 lat pozbawienia wolności

dziesiona – rozbój; nazwa pochodzi od artykułu 210 Kodeksu karnego z 1969 roku

dźwięki – cela zabezpieczająca

emka, M – więzień młodociany

enka, N – 1) więzień niebezpieczny; 2) oddział bądź cela dla więźniów niebezpiecznych

eska, S – 1) więzień osadzony na oddziale terapeutycznym dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo; 2) oddział terapeutyczny dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo

fikoł – taboret

gaciarz – osoba pozbawiona wolności za przestępstwa seksualne, gwałciciel

gejsza – kajdany skuwające jednocześnie ręce i nogi; określenie pochodzi od „drobienia” kroków przez skutą osobę

GISW – Grupa Interwencyjna Służby Więziennej; to „więzienni komandosi”, wykwalifikowana formacja taktyczna, interweniująca w sytuacjach zakłócenia porządku, buntu, zamachów na życie bądź zdrowie funkcjonariuszy, wykonująca także zadania konwojowe

iskierka – raport tworzony przez CZSW na podstawie raportów z wydarzeń nadzwyczajnych zgłoszonych przez zakłady karne i areszty śledcze z całej Polski, wysyłany cyklicznie do wszystkich jednostek penitencjarnych w kraju

iść w transport – zostać przewiezionym do innego więzienia

kabaryna, suka – samochód konwojowy

kajfus, kalifaktor – więzień funkcyjny wydający posiłki osadzonym

karmnik – otwór w drzwiach pozwalający na podanie więźniom posiłku bez konieczności otwierania celi

kipisz – kontrola, przeszukanie

kipiszować – przeszukiwać

klapa – przycisk wewnątrz celi przy drzwiach wzywający oddziałowego

kogut, buda – wieża wartownicza

kukiel – wizjer, judasz

kwit – wniosek o ukaranie

mokry pokój – pomieszczenie do odbywania widzeń intymnych

ochronka – cela przeznaczona dla osadzonych wymagających wzmożonej ochrony ze względu na rodzaj popełnionego przestępstwa

OISW – Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej

P1 – skazany po raz pierwszy, odbywający karę w zakładzie typu zamkniętego, P2 – półotwartego, P3 – otwartego; w gwarze: „petka”

peronka – więzienny korytarz

piguła – pielęgniarka

R1 – recydywista penitencjarny odbywający karę w zakładzie typu zamkniętego, R2 – półotwartego, R3 – otwartego; w gwarze: „erka”

sieczkarnia – cela straceń

sieczkarnik – pomieszczenie, w którym skazany oczekuje na „pójście w transport”

skarbowe ubranie – ubranie osadzonego, będące własnością zakładu karnego bądź aresztu śledczego

szamak – więzień należący do subkultury więziennej, grypsujący

tygrys – krata na oknie celi; określenie wynika z faktu, że krata rzuca w celi cień podobny do pasków tygrysa

ulung – więzień nienależący do subkultury więziennej, niegrypsujący; określenie pochodzi od nazwy najtańszej herbaty

wybijać się – prosić oddziałowego o rozmowę

wypiska – zakup towarów w więziennej kantynie

zamek – zakład karny typu zamkniętego

43 – kryptonim funkcjonariusza służby więziennej, przypisany do stanowiska, używany w łączności radiowej na terenie zakładu karnego bądź aresztu śledczego; na przykład „43”, „55”, „68”

Prolog

Klawisz chwyta kukiel i ciągnie wajchę. Uchyla malutkie okienko w głównej więziennej bramie. Zerka. Już po szóstej, świta. Późny październik. Z nieba sączy się kapuśniak, okolica tonie w ciężkiej mgle i dymie z kominów. Gdzieś w oddali tli się już miejskie życie. Słychać przejeżdżające auta, autobusy obsługujące przystanek za rogiem. Ale tutaj jeszcze pusto i spokojnie. Strażnik przymyka kukiel i wciska guzik. Ruszają wrota. Ślamazarnie, ociężale, wywołując przy tym lawinę deszczowych kropel z kolczastego drutu – cierniowej korony wysokiego na pięć metrów muru.

Przyglądasz się temu dokładnie. Brama powoli się rozsuwa. W twarz strzelają ci światła gotowego do wyjazdu auta. Mrużysz oczy, w końcu zdajesz sobie sprawę, że to kształty doskonale ci przecież znane. Samochód kombi. Duet smutnych panów na przednich siedzeniach. Krzyż na masce.

Karawan powoli opuszcza zakład. Brodzi w kałuży i skręca w lewo. Ujeżdża kilkadziesiąt metrów i kręci w prawo, na dobre znikając z zasięgu twojego wzroku.

I znów – metaliczny, ociężały spacer połówek więziennej furty. Dwie postaci w przeciwdeszczowych pelerynach. Jedna postać. Pół postaci. Huk domykanej bramy. Kanonada kropel.

Kolejny dramat w cichych aktach, który zdarzył się w równoległej rzeczywistości, a o którym świat i tak pewnie nigdy nie usłyszy.

CZŁOWIEK

Malarz

– Wartownia, dowódca, słucham.

Andrzej dopija trzecią kawę i dopala paczkę czerwonych pall malli. Bez zegarka można stwierdzić, że jest trochę po 14. Dowódca zmiany wypełnia papiery, raz po raz brzęczy centrala. Gdy dzwoni telefon, nie podnosi nawet wzroku znad książki z porządkiem dnia. Automatycznie chwyta słuchawkę i przystawia ją do ucha.

– Panie dowódco, Magda psycholog się kłania – słyszy głos niedawno zatrudnionej w zakładzie, napakowanej wiedzą i chęcią zmieniania świata kobiety. Młoda recytuje: – Dzwonię z oddziału dla więźniów niebezpiecznych. Przed momentem zapadła decyzja na szczeblu dyrektora, kierownika oddziału, psychologa oraz psychoterapeuty, że dla polepszenia samopoczucia, rozwoju i procesu resocjalizacji osadzony z celi numer trzy, Kowalczyk Michał, dostanie papier i farby. Będzie malował!

„Ożeż kurwa, ja pierdolę...”. To pierwsza myśl, jaką podsunął Andrzejowi rozum. Więzień niebezpieczny – enkę dostał za agresję wobec oddziałowego – gość śmiertelnie skłócony z normalnością, a oni mu farby dają...

– Halo, panie dowódco! Jest tam pan?

– Pani Magdo, nie mam nic przeciwko resocjalizacji, ale to jest chory pomysł. To się źle skończy.

– Skąd! To decyzja po rozmowach. On jest świadomy!

– No to co ja mogę? Okej, przyjąłem – rzuca tylko zrezygnowany. Wie, że jego zdanie nie ma znaczenia.

Farby i papier trafiają pod celę o 14.30. Andrzej doskonale zapamięta tę godzinę wpisaną w raport. Komisja trochę po trzeciej wsiądzie w auta i zakład zostawi za plecami, mniej więcej w ich dolnych rejonach. A z kłopotem zostanie dowódca.

O 15.30 kolejny telefon z oddziału. Andrzej nie musiałby nawet odbierać. Z doświadczenia wie, kto dzwoni i w jakim celu.

– Panie dowódco, jest problem. Kowalczyk, szajba mu odbiła.

– Co dokładnie? – z opanowaniem.

– No lata po celi, wszystko już rozpierdolił. A teraz wziął farby, umalował trzy ściany, drzwi, kamerę i właśnie zaczyna malować okna. Krzyczy, że nas wszystkich zajebie. Nie reaguje na nasze wezwania.

– Dobra, wiesz, co robić. Przygotuj wszystko i czekaj na nas.

To nie jest tak, że środki przymusu bezpośredniego można stosować zawsze i wszędzie. By środka użyć, złodziej musi spełniać warunki. Musi się targać na życie, zagrażać życiu innej osoby albo zachowywać agresywnie. Albo niszczyć mienie, być rażąco nieposłuszny. Klawisz musi pokonać jego bierny lub czynny opór, wyegzekwować wymagane prawem zachowanie zgodnie z wydanym poleceniem. Nie jest też jak w amerykańskim filmie. Specjalna ekipa nie siedzi w kanciapie i nie czeka na hasło: „Let’s go! Wzywam posiłki!”. Nie leci później helikopterem, żeby zrobić porządek ze złodziejem. Jasne, czasem zdarza się, że na zakładzie dyżuruje Grupa Interwencyjna Służby Więziennej delegowana tylko do takich zadań. Ale to rzadkość. Ekipa szturmowa, w slangu więziennym atanda, to przeważnie zbieranina. Dowódca wyznacza ludzi, których ma po prostu pod ręką.

Pewnych rzeczy przez radiotelefon nigdy się nie mówi. Słyszą wszyscy, więźniowie też. Jak rzucisz w eter: „sześć-osiem, sześć-dziewięć, siedem-zero i pięć-pięć – do mnie!”, złodzieje od razu skleją, że szykuje się akcja. Załatwia się to inaczej.

– Pięć-pięć, przedzwoń do mnie! – Andrzej rozkazuje przez radiotelefon.

Funkcjonariusz po kilku chwilach oddzwania na biurko.

– Trzeba na ence spakować gościa. Znajdź na zakładzie Grubego, Rysia i Golonkę, a później wszyscy do mnie – dyryguje dowódca.

Po 10 minutach zbroi ekipę. Kaski, tarcze, nakolanniki, naramienniki, kamizelki. Bierzesz zawsze tylu chłopa, żeby zapewnić siły i środki do likwidacji zagrożenia. Jak fika baba, wysyłasz jednego. Wystarczy, by wyciągnąć ją za kudły z celi. Jak jest chudy złodziej, to wystarczy wziąć dwóch. Gruby – czterech. A jak trzeba interweniować w czteroosobowej celi, to i piętnastu czasem uruchamiasz.

 

– Być może trzeba będzie go spakować na dźwięki. Oddziałowy wszystko wie, czeka – tłumaczy dowódca w trakcie szykowania ekipy. Sam się nie zbroi, nie może bezpośrednio brać udziału w pacyfikacji. Bo jeśli zabiją dowódcę, to kto będzie rządził w kryminale? Tu jest jak na wojnie!

Idą. Andrzej i czterech funkcjonariuszy. Plus piąty, z rezerwy, do trzymania kamery i nagrywania filmu z akcji (jako dowód w późniejszym postępowaniu). Krata, oddział. Najpierw rzut oka w telewizorek. Rzeczywiście, Kowalczyk skacze, rzuca pędzlami, wydziera się, maluje okno. Podchodzą pod celę.

– Dobra, dawaj, Wajda, zaczynamy. Kręć! – mówi Andrzej do chłopaka z kamerą i otwiera drzwi. Może to zrobić bez strachu, bo w celi dla niebezpiecznych za drzwiami jest jeszcze dodatkowa zabezpieczająca krata. Staje w taki sposób, by nie oberwać frunącym pędzlem. I tak, żeby złodziej wszystkich widział. Jeśli Andrzej przyszedłby sam, nie zrobiłby wrażenia. Ale jeśli pojawia się z kilkoma bykami ubranymi jak kosmici – z pałami, tarczami i w białych kaskach – to a nuż więzień się zeszcza ze strachu. A nuż nie trzeba będzie nic robić. Czeka chwilę w ciszy. Skazany patrzy, bada sytuację jak zaskoczone zwierzę.

Dowódca mówi:

– Panie osadzony Kowalczyk, wzywam pana do zachowania zgodnego z prawem. W przeciwnym razie zostaną wobec pana użyte środki przymusu bezpośredniego w postaci umieszczenia w celi zabezpieczającej, założenia jednoczęściowego pasa obezwładniającego i kasku ochronnego na głowę. Decyzja. Decyzja!

I opcje są tylko dwie. Pierwsza – skazany się podporządkowuje. Mówi coś w stylu: „Dobra, panie dowódco, będę już spokojny. Niech ktoś rano przyjdzie, trochę to wszystko powycieram, dogadam się z dyrektorem, żeby mnie bardzo nie karał. Idźcie już sobie”. I idziesz. Rzucisz tylko na odchodne, że jak znów zacznie szaleć, to już nie będziesz o nic pytał, tylko po prostu wyciągniesz go jak karalucha.

Ale to opcja idealna. Tutaj takie scenariusze nie mają miejsca. Andrzej środki przymusu stosował kilkadziesiąt razy, ale takiej wersji sobie nie przypomina.

– Wypierdalaj, chuju! Będę robił, co mi się podoba! Słyszysz, psie?! Wypierdalaj stąd!

Przez kratę frunie jeszcze pędzel. Odbija się od tarczy jednego z chłopaków, a złodziej zabiera się za dewastację fikoła na stałe przymocowanego do podłogi.

– Panowie, gotowi?

– Gotowi!

– Okej. Plan: cela, pas, kask. W celi jest sporo miejsca, nie wyciągajcie go od razu na korytarz. Załatwcie to w środku. Najpierw do ściany z nim, później na glebę.

Dowódca staje z boku. I to koniec jego roli. Mówi tylko:

– Jedziemy!

No to jedziemy. Puszcza krata, nie ma zmiłuj.

Ciechocinek

– Łomża? Perła? – pyta Grzesiek. W służbie prawie 20 lat, przedreptana cała zawodowa ścieżka w zakładzie, o którym w więziennym środowisku mówi się: najbardziej różnorodny kryminał w Polsce. Tysiąc skazanych, niemal wszystkie kategorie osadzonych: erki, petki, enki, emki. Mężczyźni i kobiety. Psychopatyczni mordercy, seryjni gwałciciele, pedofile, cyngle mafii, przestępczość zorganizowana, złodzieje słoików, pijani rowerzyści, alimenciarze. Cała paleta bohaterów czarnych snów i okolic. Grzesiek zaczynał dwie dekady temu jako chłopak siedzący z karabinem na wieży wartowniczej. Skończył jako dowódca zmiany, pod nieobecność dyrektora najważniejszy funkcjonariusz na terenie.

– Łomża – rzuca Andrzej. On zaczynał trochę wcześniej, zaszedł jeszcze wyżej. Był i dowódcą, i kierownikiem ochrony. Zarządzał wszystkimi zmianami, grubo ponad 200 ludźmi pracującymi na pierwszej linii frontu, w bezpośrednim kontakcie z osadzonym. Bójki, ucieczki, zgwałcenia, wypadki nadzwyczajne, tworzenie planów – na głowie wszystkie sprawy ochronne. Szalona odpowiedzialność i presja uprawiająca orkę na psychice.

– Ja też łomża – mówię. Trzy kufle, piwo po ściance.

Mieli dwa kluczowe momenty w swoich zawodowych karierach. Pierwszy: gdy przyszli robić do zakładu. Drugi: gdy zapadła decyzja o rozbudowie ich kryminału. Wtedy żaden z klawiszy nie zdawał sobie sprawy, co to w rzeczywistości oznacza. Wcześniej pracowali wprawdzie za murami, ale dziś żaden z nich nie ma wątpliwości, że w starych czasach nawet nie stali przy prawdziwych klawiszach. Nosili mundury, byli w służbie, ale nie mieli pojęcia, co to więzienie z prawdziwego zdarzenia.

– W porównaniu do tego, co zostało u nas otwarte w 2008 roku, byliśmy cieciami w Ciechocinku – uważa Grzesiek.

W każdym poważnym zakładzie zasady bezpieczeństwa są sztywno trzymane za mordę. Milion obostrzeń, wszystkie (w miarę możliwości) respektowane. Przykład: skazany nie ma prawa wyjść poza oddział i poruszać się bez asysty funkcjonariusza. Obojętnie – facet pracujący na kuchni czy baba robiąca na pralni – wszystkich obowiązują takie same restrykcyjne zasady. A na starym zakładzie? Ruch jak w Rzymie. Dowódca stoi, pali fajka. Pyta tylko:

– A pani to gdzie idzie?

– Na warsztaty.

– A pani?

– A ja to na oddział na chwilę skoczę i zaraz wracam do pralni.

– Dobra, idźcie.

Momentalnie ktoś to uciął, w realiach nowego zakładu musiał złapać za pysk. Ci, którzy na funkcjonowaniu w starych śmieciach zjedli zęby, poodchodzili. Nie wytrzymali ciśnienia.

– Wielu starych klawiszy, przyzwyczajonych do atmosfery kameralnego kryminału, po prostu doznało szoku. Wcześniej było tu kilka bab wsadzonych za morderstwo, poza tym większość drobnych złodziejaszków i wiejskich gamoni z wyrokami za kradzież złomu albo spranie kobity. I nagle ktoś kazał nam trzymać w celach koszmary – tłumaczy Grzesiek. – Gdy zaczęto zaludniać nowy pawilon, rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Codziennie dowiadywaliśmy się nieoficjalnymi kanałami, kto będzie do nas wysyłany w transport. Siedziało się wieczorami albo nocami na telefonach i gadało ze znajomymi z innych wielkich zakładów.

– Serwus, Zbysiu, co tam? Jak sytuacja?

– No, powiem ci, Grzesiu, że jutro wysyłamy do was sześciu najgorszych skurwysynów, jacy u nas siedzą – padała przeważnie odpowiedź.

Do zakładów z tej części Polski przyszło z góry zarządzenie, że mają wybrać odpowiednią liczbę zawodników spełniających kryteria i puścić ich do nas. Pół kraju – od Szczecina po Katowice – słało więc nam wszystko, co mieli najgorsze. Każdy wybierał takich, którzy sprawiali najwięcej kłopotów. Bo po co im problem? Szumowiny szumowin, sama śmietanka. Zwieziono do nas takich bandziorów, że w pierwszym tygodniu się po prostu posraliśmy. Zapanował chaos, nie wiedzieliśmy, jak z nimi postępować. Na przykład przyjechało kilku z grupy Szymka. Na wolności walili tiry. Opasłe tomy akt na ich temat. Jak zobaczyłem kwoty, jakimi obracali, i przeczytałem o popełnianych przez nich zbrodniach, to mi się po prostu kolana ugięły. Po trzech tomach miałem dość. A było jeszcze kilkanaście. Dla nich zlikwidować gościa, który mógł się rozpruć, to było jak splunięcie. Gdy czekałem na ciebie w aucie, wysłałeś mi SMS: „Już idę”. Oni wysyłali do siebie inne wiadomości. „Rozpierdol go” – to była norma. Nigdy wcześniej z takim materiałem nie pracowaliśmy. A w kilka tygodni mieliśmy na zakładzie setki podobnych przypadków. Wszyscy błyskawicznie musieliśmy się uczyć ich obsługi.

Andrzej doskonale pamięta pierwsze zasiedlenie. Był wtedy kierownikiem ochrony.

Przez bramę zakładu wjeżdża więzienna suka-autobus z Wronek. Dodatkowo dwa busy z obstawą – kilkunastu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Kominiarki, broń krótka, broń maszynowa, kamizelki kuloodporne. Transport dostarczony, brama zamknięta. Broń zdana do magazynu, bo na terenie nikt nie ma prawa mieć przy sobie nawet skitranego pistoletu. Można wypakowywać. Z autobusu, jeden po drugim, wyskakuje 30 postaci. Każda w skarbowym uniformie, wkuta w gejszę i z historią godną dokumentalnych filmów.

Andrzej osobiście wybierał do obrobienia tego transportu samych doświadczonych klawiszy. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby puścił do nich „dzieciaki”, które chwilę wcześniej zatrudnił praktycznie z ulicy, by w ogóle miał kto pracować na nowym pawilonie. Zdarzyło się, że jednego dnia zaakceptował 60 takich świeżaków.

Dowódca zmiany zarządza: – Osadzeni, w szereg!

Funkcjonariusz dostrzega, że na palcu jednego ze złodziei świeci się złota obrączka.

– Panie osadzony, ze względów bezpieczeństwa proszę o zdjęcie obrączki.

– Nie ściągnę.

I szok. Wcześniej to było przecież nie do pomyślenia, żeby złodziej odmówił ściągnięcia biżuterii.

– Dlaczego pan nie ściągnie?

– We Wronkach nosiłem, to tu też będę nosił. Możecie mnie w dupę pocałować.

Pierwszy człowiek przyjęty w nowym zakładzie i już podniesione ciśnienie. Funkcjonariusz zgłasza problem dowódcy, dowódca idzie do kierownika ochrony.

– Panie kierowniku, co robimy?

– Gówno mnie to obchodzi. Ma tę obrączkę zdjąć.

Może się to wydawać błahostką, ale co zrobić w takiej sytuacji? Opcje są dwie. Pierwsza – siłowa. Kasujesz gościa na celę zabezpieczającą. Tyle tylko, że masz takie cztery na cały zakład. Czterech pierwszych tam zamkniesz, a co zrobisz z resztą? Druga opcja to rozwiązanie praktyczne.

– Panie, wiem, że tam może pozwalali wam nosić obrączki. Zróbmy tak: zdejmie ją pan. Osobiście zainteresuję się tematem. A jutro napisze pan prośbę do dyrektora o możliwość noszenia i będzie pan ją miał. No bo nosił ją pan we Wronkach, tak?

– No tak.

– To tu też pan będzie nosił, jak dyrektor wyrazi zgodę.

I ściągnął, oddał. Kolejny raz zobaczy ją, gdy będzie wychodził, czyli pewnie za jakieś 20 lat. Bo człowieku, jakie złoto! Jaka zgoda! Po prostu we Wronkach nie chciał spokojnie pójść w transport, więc mu powiedzieli: „Chcesz obrączkę? To masz, w nowym zakładzie będziesz mógł nosić! Tam pozwalają”. I jechał. Żaden szamak nie chciał zresztą do nas jechać z jednego podstawowego powodu. Bo w Polsce mieliśmy opinię zakładu dla frajerów. Gdy wcześniej przyjeżdżał do nas chłop, z transportu prowadzili go na oddział. Tam z nim rozmawiałem.

– Ty co, grypsujący?

– No.

– Oczywiście, super. U nas grypsuje się w niedziele od ósmej do dziewiątej w kaplicy na mszy, z babciami. I to jak ci ksiądz pozwoli. A teraz wyjazd do celi.

I taka szła fama. Nasz zakład od zawsze w środowisku recydywistów uznawany był za babski kryminał. A facet-szamak to wiadomo – musi być zamek, R1, wojna dzień i noc z klawiszami. Dla nich wyjazd do nas to była potwarz, bronili się przed tym rękami i nogami. Inne zakłady miały z tym ogromne problemy, czasem trzeba było pacyfikować buntujących się złodziei. Zmieniło się to dopiero, gdy dotarły pierwsze transporty. Gdy zobaczyli, że to już nie frajernia. Że przerastamy Wronki, Sztum, Rawicz i Wołów razem wzięte.

Tak czy siak dla Grześka i Andrzeja to była całkowicie nowa materia. Grypsujący, choć to i tak grupa na wymarciu, bo teraz w zakładzie liczą się pieniądze zamiast twardych reguł, był dla nich jak ufoludek – słyszeli o nim, widzieli na filmach, ale w rzeczywistości kompletnie nie znali zasad. Grzegorz podczas szkoleń i konwojów poznał wielu ludzi, którzy siedzieli w tym przez całe życie. Gdy opowiadali, chłonął tę wiedzę, a później wdrażał na nowym zakładzie.

– Dzięki temu wiedziałem na przykład, że jak na kajfusa, czyli tego pchającego wózek pod cele i lejącego zupniaka, dasz gościa skazanego na przykład za gwałt, to momentalnie masz pożar w więzieniu. Za godzinę grypsujący dowiedzą się, że karmił ich gaciarz, i jest bunt. Niewyobrażalna sprawa – mówi i dodaje: – Na samym początku mieliśmy przesrane, bo nawieźli nam materiału, a my, ochroniarze, nie mieliśmy pojęcia, kto za co siedzi. I nie wiesz, kogo pierwszego dnia wrzucić na kalifaktora. W panice pojawił się pomysł, żeby przebrać mnie w więzienne ciuchy i żebym to ja wydawał posiłki do czasu, aż nie opanujemy tego chaosu. Nie przeszło, ale było blisko. Poznawanie nowej rzeczywistości zajęło nam dobre dwa lata.

I dalej: – W końcu się jednak ogarnęliśmy. Złotą zasadę przedstawił mi stary garus, który miał już swoje nafikane i zajechane łącznie ze trzydzieści lat. Powiedział mi: „Jeśli zachowujesz się jak człowiek, będą cię traktować jak człowieka. A jak się zachowujesz jak pajac, to wszyscy – i złodzieje, i klawisze – będą cię traktować jak pajaca”. I to w więzieniu reguła pozwalająca przetrwać wszystko. Po odejściu na emeryturę przed kilkunastoma miesiącami zrobiłem rachunek sumienia. Wyszło mi, że nigdy nikomu nie wyrządziłem jakiejkolwiek niegodziwości. Byłem jednak konsekwentny. A to nie zawsze za murami się podobało. Czasem prowadziło do zdarzeń, o których zwykłemu człowiekowi nawet się nie śniło.

 
Inne książki tego autora: