Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdańsk przyczyniał Koronie kłopotów, ale bytowi jej wcale nie zagrażał. Na razie – i jeszcze przez czas długi – to samo odnosiło się do Królewca. Iwan przytknął szpic noża do gardła litewskiego. Stefan I był monarchą Obojga Narodów.

My, ludzie XX wieku, nie możemy się obejść bez rozważań związanych z proklamowaną w naszych czasach – i tylekroć gwałconą – zasadą samostanowienia narodów. Z tego punktu widzenia ubiegające się o Inflanty mocarstwa można by było uznać za mniej więcej sobie równe, gdyby nie to, że Łotysze – autochtoni części Inflant – pokrewni są Litwinom rdzennym, a nie Polsce, Rusi czy Rosji. Kiedy rozwinęła się przeciwko Iwanowi swoista partyzantka, uczestniczyli w niej nie tylko ludzie z Rzeczypospolitej oraz Niemcy, lecz także owi krajowcy. Którą z wysokich spierających się stron wybraliby w swobodnym głosowaniu ówcześni mieszkańcy Inflant? Jeśli chodzi o znaczną część niemieckiego mieszczaństwa, istnieją pewne podstawy do przypuszczeń, że Szwecję. Zygmunt August skarżył się był w poufnym liście do siostry na Rewlan, którzy wypędzili od siebie załogę Rzeczypospolitej i „króla Eryka pstre knechty” w mury swe zaprosili.

Moskwie potrzebna była wygodniejsza droga w świat od tej, co wychodzi z Archangielska – handel „narewski”. A Litwie – dźwiński. Odkładając na bok wszelkie względy narodowościowe oraz kulturalne, stwierdzić wypadnie, że w ostatecznym, czysto politycznym rachunku obie strony legitymowały się wobec Inflant jednakowo – prawem silniejszego.

Przez resztę roku 1577 oraz przez cały następny trwał pozorny pokój, który wcale nie przeszkodził zapasom stanowiącym przygrywkę do generalnego starcia. Szwedzi ze swej strony nie przerywali działań i nie oddali Rewla. Dowództwo na froncie inflanckim powierzył Stefan dwóm energicznym Radziwiłłom – wojewodzie Mikołajowi, hetmanowi wielkiemu, i synowi jego, Krzysztofowi, o wymownym przydomku – Piorun.

Garnizony carskie czuły się nazbyt już pewne, lekceważyły przeciwnika, któremu wskutek tego udało się odzyskać nieco fortec. Znalazł się wśród nich Dyneburg, odebrany prościutkim podstępem. Wilhelm Plater oraz niejaki Borys Sawa pod pozorem uczynności posłali do twierdzy nieco jadła oraz pokaźną ilość wódki. „Tej gdy załoga dopadła, nad miarę sobie użyła” i w porę nie spostrzegła przystawionych do wałów drabin. Chytrością również wziął Maciej Dębiński Kieś. Kazał części swych ludzi pozorować uderzenie z jednej strony, sam zaś z drugiej otworzył bramę kluczami, których mu dostarczył nieznany z nazwiska a odważny widać ślusarz. Jesienią 1578 roku duże siły moskiewskie obległy miasto. Jeden jedyny raz zaszło wtedy zjawisko, które dla dobra Rzeczypospolitej oraz jej zamorskiej sąsiadki winno było stanowić regułę. Wojska litewsko-polskie weszły w porozumienie z oddziałami szwedzkimi i wystąpiły wspólnie. Doraźnie sklecona koalicja odniosła pod Kiesią całkowite zwycięstwo, zdobyła dwadzieścia cztery ciężkie działa, które drogą przez Rygę powędrowały do Wilna.

Wdarłszy się na pozycje moskiewskie, różnojęzyczne roty stanęły wobec niebywałego widoku. Ujrzały ludzi leżących na umilkłych już armatach, zasłaniających je własnymi ciałami, zwisające u luf zwłoki puszkarzy, co woleli samobójstwo od hańby utraty działobitni.

Ogromna większość poddanych dochowywała wierności straszliwemu carowi.

Na wezwanie króla sejmiki litewskie zaraz po najeździe Iwana uchwaliły podwyższone podatki. W roku 1578 sejm ogłosił pobór nadzwyczajny, i to od razu na dwa lata. Pieniądze wpływały wolno, Stefan nie śpieszył z rozpoczynaniem kampanii, przygotowywał ją za to nadzwyczaj pilnie. Jawnie zaciągał na służbę Węgrów, a po cichu i Niemców. Jak mógł, tak łatał nimi niedostatki w piechocie. Kazał zmieniać przestarzałe oporządzenie i broń jazdy polskiej. Pierwszy z królów naszych wziął na żołd sześciuset Kozaków Zaporoskich. Artyleria z całego państwa ciągnęła na północny wschód, a wieziono ją przede wszystkim rzekami, bo transport wodny był w ówczesnej Rzeczypospolitej tak rozwinięty, że wiek XX winien czoło pochylić. Przygotowany został wymyślny i nadający się do przewozu lądem most łyżwowy.

Szedł król Stefan na wyprawę, zabierając mapy i biegłych kartografów, gotowych do sporządzania planów nowych i najbardziej aktualnych. Miał drukarnię polową oraz prawdziwe biuro prasowe, które działało zresztą już podczas wyprawy gdańskiej. W roku 1577 wytłoczono w Malborku dziełko o buncie Gdańska, które z polecenia i pod bezpośrednim nadzorem monarchy napisał Andrzej Patrycy Nidecki, znakomitość w dziedzinie filologii zaprzęgnięta teraz do zadań w zakresie propagandy politycznej. Stefan I dbał o te sprawy jak nikt przed nim i mało kto po nim. Posunął się stanowczo za daleko, ustanawiając w roku 1580 cenzurę prewencyjną, której podlegały wszelkie pisma, obrazy i rysunki mające jakikolwiek związek z polityką oraz historiografią. Za opublikowanie czegokolwiek bez zezwolenia groziła drukarzowi kara śmierci! (Mieli więc chyba rację wspomniani już obcokrajowcy, którzy uznawali władzę króla polskiego za wcale rozległą).

Stałym kierownikiem drukarni polowej był Walenty Łapczyński. Kartograf Stanisław Pachłowiecki oraz dziejopisarz Reinhold Heidenstein za swe fachowe zasługi i usługi otrzymali później z łaski królewskiej szlachectwo.

Punktem koncentracji armii został położony na północny wschód od Wilna Świr, skąd wiodły drogi na wszystkie strony, wskutek czego trudno było przewidzieć kierunek uderzenia. Uroczysty, datowany z 26 czerwca 1579 roku akt wypowiedzenia wojny powiózł do Moskwy Wacław Łopaciński, który spełnił zadanie i został uwięziony na czas dłuższy. Powrócił wtedy dopiero, kiedy Iwan uznał za pożyteczne zmienić w stosunku do Stefana sposób postępowania i ton swych epistoł. Aż dotychczas bowiem zwał go pogardliwie „sąsiadem”, a nie „bratem”, jak przystawało między monarchami.

Dwudziestokilkutysięczna, radująca oko fachowców armia zebrała się w przepisanym miejscu. Manifest o celach wojny drukarnia polowa wydała w języku polskim, łacińskim, niemieckim i węgierskim. Naczelnym wodzem był sam król, mający stale przy sobie Jana Zamoyskiego, od niedawna kanclerza wielkiego koronnego. Polakom hetmanił stary, już za Zygmunta Augusta wsławiony wojewoda podolski, Mikołaj Mielecki. Litwinami dowodził Mikołaj Radziwiłł, Węgrami Kasper Bekiesz, chory, lecz głoszący, że nigdy w życiu nie czuł się równie dobrze. Na czele rot niemieckich stali Ernest Wejher i Krzysztof Rozrażewski, mocno zgermanizowany Polak.

Skoro już mowa o rozmaitych narodowościach, to wspomnieć jeszcze trzeba o wyprawach podrzędnych, odbytych w tym samym roku, lecz nieco później. Brali w nich udział przede wszystkim ruscy obywatele Rzeczypospolitej. I tak starosta orszański, Filon Kmita-Czarnobylski, dotarł aż pod Smoleńsk, jego mścisławski kolega – Jan Sołomerecki – pod Rosław. Dalej, na południu działali kniaziowie Konstanty i Janusz Ostrogscy oraz Michał Wiśniowiecki, którzy na czele kozaków nadwornych i ochotników wtargnęli pod Czernihów i Starodub.

Na głównym teatrze operacyjnym odznaczył się mocno wojewoda bracławski, Janusz książę Zbaraski, Ukrainiec rodowity, jakoś wtedy właśnie pozyskany dla katolicyzmu. Podobno król Stefan miał podczas owej wyprawy powiedzieć, że Zbaraski godzien jest nawet korony.

Polska rdzenna stanowiła główny składnik sił swego króla-Węgra, poniosła największe ciężary, jej ludzie działali pięknie. Ale zapisywanie przewag militarnych Stefana na polskie wyłącznie dobro to błąd gruby, jeśli nie megalomania i fałsz po prostu. Narodowa pstrokacizna wojska spowodowała nawet doniosłe skutki, i to doraźnie. Zaraz po pierwszej wyprawie podniosły się w Polsce i na Litwie głosy oskarżycielskie. Pomawiano króla o stałe faworyzowanie rodaków, a także i Niemców. Podczas samych działań dochodziło na tym tle do ostrych zatargów pomiędzy Mieleckim a Bekieszem, Mieleckim a Radziwiłłem i tak dalej. Idąc pod Sokół po wzięciu Połocka, stary a surowy hetman zatrzymał kolumnę i kazał wszystkim Węgrom pozostać. Chciał wyprowadzić sprawę na czyste wody, pokazać, że Polacy i bez pomocy madziarskiej potrafią brać zamki.

Nie byłoby dziwne, gdyby Stefan naprawdę okazywał więcej serca Węgrom niż innym nacjom. Wolno jednak przypuszczać, że znakomity wódz umiejętnie a celowo prowokował ambicje ludzkie. W armii jego zaczęło się rychło istne współzawodnictwo, rwano się do szturmów na wyprzódki, aby tylko nie dać się ubiec innoplemiennym rotom. Kiedy pod Pskowem szykowały się uderzenia próbne, wśród skupionej w przykopach infanterii pojawili się liczni ochotnicy z polskiej jazdy szlacheckiej, przybrani w pancerze oraz w białe koszule śmiertelne na nich.

Niejeden mógł się w owych przykopach spotkać z chłopem z własnych stron. W 1578 roku ustawa sejmowa powołała do życia specjalną formację piechoty, nazwanej wybraniecką. Archaiczny termin dziś może mylić – nikt tego świetnego żołnierza pod przymusem z chat nie „wybierał” i siłą w szeregi nie pędził. Z każdych dwudziestu łanów dóbr królewskich mógł być przyjęty jeden wieśniak. Wpisany w rejestr roty musiał stawać co kwartał na ćwiczenia i być gotów na każde wezwanie dowódcy. Powołany do służby czynnej brał żołd, a na co dzień i na zawsze zwolniony był od obowiązków pańszczyźnianych oraz danin. Aby zaś – pisał król w „uniwersale około pieszych” – „przez to defekt jaki w pożytkach naszych i Rzeczypospolitej nie był, tedy za tego jednego drudzy dziewiętnaście podatki zastępować i odprawować będą powinni”.

Piechota wybraniecka od razu nabrała charakteru wojska nowoczesnego. Nie używała wcale zbroi ochronnych, była lekka, zwinna, zdolna również do służby saperskiej. Odznaczała się siłą ogniową, bo każdy żołnierz oprócz szabli i siekierki musiał mieć rusznicę lub muszkiet. Nosiła mundury, których krój i barwę określał dla swej roty lokalny dowódca. W XVI stuleciu wybrańcy używali czapek o podwiniętych brzegach, w wieku XVII pojawiły się kapelusze. Szeroka i długa, całe ciało okrywająca opończa stanowiła niezmienny szczegół stroju.

 

Używana do poważnych zadań i ciężkich służb obozowych piechota owa zaraz uzyskała sławę dobrego wojska. Wspomniany uniwersał królewski zawiera zwrot wyjaśniający przyczynę zjawiska. Wyznaczony na dowódcę roty szlachcic winien był osobiście „obrać i postanowić” człowieka, „który by się nam do tego oświadczył dobrowolnie, śmielszego i dostateczniejszego od innych”. Z każdych dwudziestu łanów szedł do wojska jeden ochotnik, ale to wcale nie oznacza, że zgłaszał się tylko jeden. W piechocie wybranieckiej służył dobór broni.

Ziemiańska szlachta nie lubiła wojować. Więcej miała do stracenia w polu niż do zyskania. Każda kampania otwierała przed licznymi z gminu nadzieję i rzeczywistą drogę awansu. Mógł król obdarzyć za męstwo, zalecić sejmowi do uszlachcenia. Mógł także uśmiechnąć się los, zesłać łup obfity. Rzeczpospolita była rozległa, granice stanów płynne, dowodów osobistych jeszcze nie wynaleziono. Nawet w chorągwiach jazdy, które dzięki legendzie żyją w naszej wyobraźni jako czysto szlacheckie, znaczny odsetek „towarzystwa” stanowili plebejusze. Niektórzy spośród nich dochodzili do szarż oficerskich, zatykali za pasy buzdygany. Setki pewnie wzbogaconych na wojnach, przetartych w świecie żołnierzy nie powracało już do pługa czy łokcia, skutecznie wspinało się wyżej. Rozmaite bodźce podniecały w szeregowym wojowniku odwagę, a w cywilnym prostaku przedsiębiorczość.

Zawistny szperacz oskarżyć miał w początkach XVII wieku niejakiego Walentego Duracza o bezprawne pieczętowanie się herbem Odrowąż. Podejrzenie było bezpodstawne, bo Duracza nobilitował całkiem legalnie sejm w roku 1578. Samozwańczy prokurator to tylko słusznie powiedział, że imć Walenty, właściciel kuźnic w Iłżeckiem, „królowi Stefanowi kował kule do Moskwy [...] do tego motyki i rydle”, na tym się wzbogacił, nabył wieś Sadek pod Szydłowcem i został panem. A zanim się zabrał do pocisków artyleryjskich, dostawiał żelazo na słynny most pod Warszawą. Nie tylko wojna, lecz każde poważniejsze przedsięwzięcie państwowe dostarczało szans ludziom z nizin społecznych. Pojmowała to dobrze szlachta, która w czasach późniejszych uprawiać zaczęła istny kult bezwładu i bierności. Rząd Stefana I rozruszał państwo tak, jak od dni Kazimierza Wielkiego u nas nie bywało.

Pociski kowane przez Walentego Duracza oraz przez innych kuźników upamiętniły się nie tylko w donosie szlacheckim. Wzmiankowały o nich również dokumenty wagi najwyższej. Obaj wrodzy sobie nawzajem władcy mieli dość czasu na korespondencję, zawierającą rozmaite oskarżenia. Wśród wytoczonych przez Groźnego skarg jedna była mniej więcej tej treści: ty monarchą chrześcijańskim być się mienisz, a wymysłem piekielnym dusze ludzkie gubisz?

Chodziło o tak zwane kule ogniste, wzniecające pożary i siejące grozę. Król Stefan uważany jest nawet za ich wynalazcę, ale niesłusznie chyba, skoro sam złośliwie odpisał carowi, że nie zna widać techniki współczesnej, jeśli gorszy się używaniem granatów artyleryjskich, dobrze już rozpowszechnionych w krajach cywilizowanych.

Tradycja rosyjska nie uznaje piechoty za „królową broni”. Carica polej to dla niej artyleria. Zdaje się, że szacunek dla sztuki puszkarskiej wzrósł w Moskwie od czasu wojen ze Stefanem I.

Węgier lubił być złośliwy, a ściśle – rzeczowy. Kiedy mu Iwan ofiarował w liście godność braterską, odrzekł, że rezygnuje z tytułu, byle car Inflanty zwrócił. Do jednej z epistoł dołączył książki niemieckie, obszernie opisujące okrucieństwa Groźnego.

Nie zabrakło srogości i w tych wojnach. Zbliżające się do Połocka straże przednie ujrzały płynące z biegiem Dźwiny kłody, do których przywiązane były trupy pomordowanych jeńców.

To król rozstrzygnął, że pierwsze uderzenie pójdzie na Połock, uważany za twierdzę bardzo potężną. Wojsko przeprawiło się przez Dźwinę po moście pontonowym, który zmontowano w trzy godziny. Dalsza droga w górę rzeki była nadzwyczajnie trudna. Iwan w oryginalny sposób zabezpieczył zdobyte przed szesnastu laty pogranicze. Cały uprawny ongi kraj pokrywał teraz las, gęsty młodniak – jedna z najgorszych przeszkód, jaką napotkać może obciążona taborami i konna w znacznej części armia. Wysłana przodem piechota węgierska mozolnie torowała szlak siekierami.

Lato 1579 roku było wyjątkowo dżdżyste, chłody jesienne nastały wcześnie. Ogień nie chwytał się drewnianych obwarowań dwu zamków połockich, liczna załoga broniła się z uporczywym męstwem. Dzielnie pomagali jej mieszkańcy miasta. Dawną jego ludność Iwan przeważnie wysiedlił, przysyłając na jej miejsce osadników spod Moskwy albo z niej samej. Nie zawiódł się na nich.

W okolicznych fortecach czyhały drużyny moskiewskie, bo król nie pozwalał rozpraszać sił i tylko kilka mizernych gródków zdobyto i spalono mimochodem. Dostawy żywności ledwie czasem pod Połock docierały. Stale zagrożone drogi rozmiękły w dodatku od ciągłych ulew. Oblegający cierpieli niedostatek, głód nawet. Najbardziej dawało się to we znaki Niemcom, nienawykłym do wojowania w takich warunkach. Najlepiej znosiła trudy piechota węgierska oraz polska. Madziarzy wykazywali aż za wiele hartu i woli wytrwania. Wymordowali dziesięcioosobową delegację załogi przybywającą dla układów. Woleli zwycięski szturm od kapitulacji, która pozbawiłaby ich prawa do łupów.

29 sierpnia zajęły się nareszcie ściany Połocka. Kronikarze twierdzą, że podpalił je czeladnik kotlarski ze Lwowa, niejaki Wąs. Herb szlachecki i nazwisko Połotyński były mu nagrodą za odwagę.

Twierdza skapitulowała na bardzo ludzkich warunkach. Wojsku i mieszkańcom pozostawiono prawo wyboru. Kto chciał, ten mógł odejść do Iwana, pozostałych król przyjmował do siebie. Zdecydowana większość poszła na wschód. Wbrew ich stoickiemu przekonaniu Groźny tym razem odstąpił od swych zwyczajów. Nikogo nie skazał na śmierć ani na tortury. Ocenił, że zrobili wszystko, co leżało w ich mocy, bronili się do ostatka.

Tu – pod Połockiem – los okazał łaskę niezastąpionemu człowiekowi i kulturze powszechnej. Radziwiłł Sierotka uznał był poprzednio, że nie pora mężowi „powołania rycerskiego” spełniać ślubowanie i wyjeżdżać do Ziemi Świętej wtedy, gdy współobywatele idą się bić. Ruszył więc na wojnę, stawał dzielnie i w głowę z półhaku „obrażony” został. Wyzdrowiał i „świeżym tym dobrodziejstwem Pańskim barzo pobudzony” puścił się w wymarzoną a pisarsko owocną podróż.

Kiedy załoga opuszczała po kapitulacji Połock, specjalnie wyznaczone straże pilnowały jej bezpieczeństwa. Król osobiście dopadł i grzmotnął buzdyganem żołnierza, który chyłkiem jął obdzierać pokonanych. Całkiem inne nastroje dominowały przy wzięciu Sokoła.

Poszedł go zdobywać Mikołaj Mielecki na czele Polaków i Niemców. Żołnierze nieśli w sercach wspomnienie o tym, co wykryto w Połocku po jego zajęciu. W głębi twierdzy znaleziono mianowicie trupy okrutnie pomordowanych jeńców. Ciała uwarzone we wrzątku, inne pookrywane jakby skorupą z ran.

Za pierwszą kolumną Niemców, która wtargnęła w wały Sokoła, obrońcy zapuścili bronę bramną i wycięli napastników w pień. Wrota pękły pod naporem reszty szturmujących i zaczęła się niemiłosierna rzeź. Posiwiały w bojach pułkownik Ernest Wejher orzekł, że takich gór trupów nigdzie nie dane mu było oglądać. Szczególnie srożyli się Niemcy, mszcząc zadręczonych w Połocku swoich, ale i Polacy nie pozostawali zbytnio w tyle. Uchodząca z twierdzy kawaleria moskiewska miała więcej szczęścia. Trafiła na oddziały księcia Janusza Zbaraskiego, który oszczędził jeńców.

Turowlę oddała załoga Kozakom bez boju. Kampania 1579 roku przyniosła Rzeczypospolitej osiem twierdz, przywróciła jej ziemię połocką, utraconą za Zygmunta Augusta. Wielkie Księstwo Litewskie znowu objęło w posiadanie cały średni bieg Dźwiny, ogromnie wzmogło się jego bezpieczeństwo, no i możliwości handlowe. Król Stefan nie omieszkał przejechać się statkiem po rzece, napaść oczu pięknem jej brzegów.

Zaraz po zakończeniu kampanii w polu przyszło mu – wraz z Zamoyskim – rozpoczynać następną... w sejmie. Straty – z wyjątkiem Inflant – były wszak odzyskane, a czwarty paragraf artykułów henrycjańskich brzmiał wyraźnie: „za granice koronne obojga narodu rycerstwa koronnego wojennym obyczajem wywodzić żadnym sposobem [...] My i potomkowie nasi, królowie polscy, nie mamy i słowem naszym królewskim przyrzekamy”.

Podczas stoczonej właśnie wojny Iwan jakby się zastosował do jagiellońskiej tradycji obrony biernej wewnątrz własnych granic. Stefan atakował i wygrał. Szlachta Rzeczypospolitej nawykła do dawnego principium staczania na wschodzie wojen wyłącznie w obronie stanu posiadania Litwy. Wypraw zdobywczych nie było od dni Witolda.

Jan Zamoyski znał te nastroje, jak również niechęć swych współbraci do płacenia podatków na wojsko. Z wielu prowincji składa się państwo nasze – wywodził w sejmie – lecz wszystkie co do jednej cieszą się równymi prawami, żadna nie ponosi dodatkowych ciężarów. Warto więc postarać się o zdobycie ziem, które można będzie obarczyć nimi, aby ulżyć metropolii.

Programu kolonialnego nigdy, co prawda, nie urzeczywistniono, ale propaganda kanclerska zasługuje na uwagę, gdyż obrazuje zjawisko zasadnicze – równorzędność części składowych Rzeczypospolitej. Kogo się chce zachęcić do rozsupłania mieszka, tego trzeba przekonywać argumentami wziętymi z ziemi, a nie z powietrza. Zwłaszcza jeśli ów ktoś sam wyłącznie własną kiesą dysponuje.

Ociągając się i stękając, sejm uchwalił jednak wysokie podatki, takie same jak poprzednio, i w lipcu 1580 roku jeszcze silniejsze, trzydziestokilkutysięczne wojsko skoncentrowało się daleko na wschodzie – aż w Czaśnikach nad Ułą. Znowu można stąd było uderzać na dwie albo trzy strony. Stefan I postępował konsekwentnie, obrał taki kierunek, który prowadził do odcięcia Inflant od ziem moskiewskich. Poszedł na Wielkie Łuki. Litwa nigdy nimi nie władała, historyczna granica Wielkiego Księstwa została przekroczona.

W tej kampanii przyszło po raz pierwszy wystąpić piechocie wybranieckiej oraz Janowi Zamoyskiemu – w roli samodzielnego dowódcy. W obu wypadkach egzamin wypadł bardzo pomyślnie. Król kazał kanclerzowi zdobyć Wieliż, stracony przez Litwę za Aleksandra Jagiellończyka, a flankujący od wschodu pochód sił głównych. Trzeba tam było iść stronami, którymi od czasów Witolda nie ciągnęło żadne wojsko, torować drogę już nie przez młodniak, lecz przez stary bór, bagna i zasieki.

Wodzowie moskiewscy nie zmarnowali zeszłorocznych doświadczeń. Zapamiętali sobie, że wystarczyło trzech „kul ognistych”, aby palisady Sokoła stanęły w ogniu. Ściany Wieliża czekały na szturm okryte darnią. Warstwa była jednak niedostatecznie gruba, pociski przebijały ją i działały jeszcze skuteczniej, gdyż zamiast druzgotać drewno, osiadały na samej jego powierzchni. Działa Mikołaja Urowieckiego wznieciły pożar i po dwudniowym oblężeniu załoga poddała się, odchodząc z twierdzy swobodnie, lecz bez broni. W tydzień później Mikołaj Radziwiłł wziął Uświat. Osiągnął to bez walki. Wystarczył sam widok przygotowań do szturmu.

Wojsko Stefana I wzbudzało w przeciwniku coraz to większy respekt, ale sukcesy bojowe nie rozpalały w duszach obywateli Rzeczypospolitej zbytnich zapędów zaborczych. Pod Wielkimi Łukami król bezowocnie pertraktował z posłami Groźnego i zmagał się z opozycją wielu senatorów litewskich, którzy radzili zaniechać oblężenia i zawrócić. Nie chcieli brać na Wielkie Księstwo dodatkowego ciężaru. Przewidywali, że jeśli się nawet zdobędzie twierdzę, Moskwa nigdy nie przeboleje straty, będzie dążyć do jej odzyskania i zarzewie wojny nie wygaśnie. Przytoczony przed chwilą paragraf artykułów henrycjańskich trafnie odzwierciedlał nastroje ogółu.

Przemogło zdanie króla i Zamoyskiego, oblężenia nie przerwano. Trwało zaledwie dziesięć dni.

Warstwa darni, okrywająca drewniane fortyfikacje Wielkich Łuków, gruba była na kilka metrów. Artyleria okazała się bezsilna, przyszło działać sposobem skutecznym, lecz wymagającym wielkiej odwagi. Zaopatrzony w materiał palny ochotnik biegł pędem pod wały i kryty ogniem przez strzelców oraz puszkarzy zaczynał wdrążać się rydlem i motyką w darniową pokrywę. Piechota wybraniecka dostarczyła wielu amatorów takiej roboty, uszlachconych potem przez sejm.

4 września zajęły się fortyfikacje, nazajutrz król już brał zamek, ale go nie dostał. Za oddziałem Węgrów, wysłanych przodem do gaszenia pożaru, runął tłum hałastry obozowej, zazdrosnej o łupy. Powstał chaos, zaczął się rabunek i rzeź załogi. „Kapitani, rotmistrze i sam pan hetman bronili, ale żadnym obyczajem obronić nie mogli”. Nikt już nie tamował płomieni, które dotarły do prochowni. Cała twierdza wraz z ogromnymi zapasami materiałów wojennych wyleciała w powietrze. Straciło życie paruset Polaków i Węgrów.

 

Stefan popadł w rozpacz, lecz na tym nie poprzestał. Zapędził wojsko do roboty i w krótkim czasie odbudował fortecę. Dokonane przez dwóch Mikołajów – Drohostajskiego i Radziwiłła – zajęcie Newla oraz Ozieryszcz zabezpieczyło jej zaplecze i komunikację z Połockiem.

Zakończył kampanię ten, kto ją rozpoczął – Jan Zamoyski. Otrzymał zadanie zdobycia Zawołocza, warowni bardzo silnej i niemal niedostępnej, bo leżącej na wyspie jeziora Podsosz. Zamek „jako kaczka na wodzie siedzi, a przystępu z żadnej strony nie ma” – zapisał kronikarz.

W październikowym chłodzie musieli żołnierze kanclerza występować w obcej im roli marynarzy, walczyć na łodziach. Kiedy udało się nareszcie zakotwiczyć most, z twierdzy wypadło silne przeciwuderzenie. Za wielu Polaków skoczyło na pomoc szturmującym Węgrom, drewniany pomost pękł po samym środku, dwustu kilkudziesięciu ludzi zginęło. Większość rady wojennej odrzuciła projekt wycofania się. Wkrótce stanęły dwa nowe mosty, aby uniknąć współzawodnictwa i tłoku – po jednym dla każdej z oblegających Zawołocze nacji. Nie poszły one jednak do natarcia, bo załoga poddała się, widząc rozmiary przygotowań. Zamoyski puścił ją wolno. Zatrzymał jedynie dowódców, którzy odmawiali kapitulacji, ale wyprawił im ucztę.

Zwycięski król powrócił do Warszawy w późnej porze roku, podjechał saniami pod katedrę św. Jana, gdzie go uroczyście witano. Owacje swoją, a zmagania z łaknącym pokoju sejmem swoją drogą.

Po długich deliberacjach, po świetnych przemowach Zamoyskiego i samego króla („Póty ten nieprzyjaciel pokój dzierży, póki mu potrzeba” – prawił pierwszy; „Czas bieży, trzysta mil przed nami, a my tu jeszcze nad kosztami wojny deliberujemy!” – gorączkował się drugi) uchwalono nareszcie podatek, ale nie taki, jakiego Stefan chciał. Na dwa lata tylko zamiast trzech. Zastrzeżono w dodatku ustami marszałka izby, że ma to być danina ostatnia. Zdaniem posłów należało wojnę rychło i już ostatecznie zakończyć.

Wielu spodziewało się, że w ogóle do niej nie dojdzie. Rozchodziły się wieści o pojednawczym stanowisku Iwana, jego poselstwo, które wraz ze Stefanem przybyło do Warszawy, zachowywało się układnie, czyniło pewne ustępstwa. Nie chciało jednak spełnić zasadniczego warunku – oddać całych Inflant. Na wiosnę 1581 roku stanął w Polsce przedstawiciel papieża Grzegorza XIII, jezuita Antoni Possevino. Zmierzał do Moskwy rozmawiać o pojednaniu Kościołów oraz o lidze przeciwko Turkom. Misja jego była rezultatem zabiegów Groźnego, który aż do Rzymu sięgnął przez bojarzyna Szczewrygina.

W czasach późniejszych Possevino zaczął w naszej opinii oraz literaturze uchodzić za czarną postać, która pozbawiła Rzeczpospolitą owoców jej zwycięstw. Widniejąca na znanym obrazie Matejki figurka jezuity sprawia wrażenie posępne. A w roku 1581 wielu obywateli powitało ojca Antoniego radośnie, jako pożądanego pośrednika, zwiastuna pokoju. Zwłaszcza Litwa darzyła go sympatią.

Uchwalone podatki wpływały wolno, w oznaczonym terminie gotowe do wymarszu były tylko najemne roty węgierskie. Jeszcze w początkach czerwca wcale nie było pewne, czy wojna się zacznie.

Rozstrzygnęła o tym nagła zmiana stanowiska cara. Nowi posłowie, którzy przywieźli do Wilna „hramotę” tak wielką „jak sztuka kolońskiego płótna”, przemawiali twardo, a nawet obelżywie: zwali swego pana władcą „z woli Boga, a nie z buntowniczej chęci ludzkiej”. Co gorzej, wycofywali się z dawniejszych obietnic ustępstw. W końcu czerwca znaczne siły moskiewskie, zrywając zawieszenie broni, przekroczyły Dniepr, doszły do Mohylewa. Odparto je, ale działania wojenne rozpoczęły się.

„O Jezu! toć wielkiego coś, niby drugi Paryż!” – wykrzyknął sekretarz królewski, ksiądz Jan Piotrowski, na widok Pskowa. „Miasto bardzo wielkie – informował potomnych – w Polsce takiego nie mamy, murem otoczone wszystko, cerkwie jako las gęste a świetne stoją, wszystkie murowane, domów za murem nie widać...”.

Król przyszedł pod Psków z wojskiem, jakiego nigdy dotychczas Rzeczpospolita nie wystawiła. Samych żołnierzy miał około czterdziestu tysięcy, nie licząc służby obozowej. Siły załogi, dowodzonej przez Iwana i Wasyla książąt Szujskich, oraz uzbrojonych mieszczan były podobno większe. Stefan przegrodził rzekę Wieliką zaporą ze spajanych łańcuchami kłód, odcinając w ten sposób Psków od połączenia z jeziorem Pejpus, otoczył miasto – na ile się dało – i rozpoczął oblężenie.

Podwójny albo i poczwórny mur obronny okazał się zasłoną dość wątłą. Pociski działowe kruszyły go szybko. Przeszkodę prawdziwą stanowiły dopiero fortyfikacje dodatkowe, drewniano-ziemne, wzniesione przez Szujskich wewnątrz obrębu fortecy. Pierwszy, spontaniczny raczej szturm oblężeni odparli, aczkolwiek początkowo udało się atakującym zdobyć dwie baszty i wywiesić na nich sztandary. Kto żył w mieście, rzucił się do wyłomów, arcybiskup kazał powynosić z cerkwi największe świętości i osobiście zagrzewał walczących.

Było to 8 września 1581 roku. Pogoda sprzyjała tylko do schyłku miesiąca, po czym przyszła odmiana gwałtowna. W trzeciej dekadzie października lód na dobre pokrył wody. Oblegający zaczęli doświadczać tych samych mniej więcej rozkoszy, jakie później – w roku 1812 – miały się stać udziałem armii francuskiej. Bywalcy wzdychali nawet do Moskwy, opowiadając mniej rzeczy świadomym towarzyszom, że klimat tam łagodniejszy niż pod Pskowem. Żywności brakowało. Wyprawy po nią stawały się śmiertelnie niebezpieczne, bo luźne i szybkie oddziały nieprzyjacielskie czuwały w okolicy.

22 października nadciągnęły od wschodu tryumfalnie witane chorągwie jazdy pod dowództwem Krzysztofa Radziwiłła Pioruna i Filona Kmity-Czarnobylskiego. Wyszedłszy w sierpniu znad Dniepru, dokonały one słynnego rajdu, dotarły do źródeł Wołgi, odniosły liczne sukcesy i przez Chołm oraz Starą Russę zawróciły pod Psków. Działania ich osłoniły do pewnego stopnia korpus oblężniczy i o mały włos nie zaważyły na przebiegu wojny, a może i dziejów.

Zagon znalazł się pewnej nocy w pobliżu Starycy nad Wołgą, gdzie przebywał sam Iwan Groźny wraz z Possevinem, mając przy sobie zaledwie kilkuset ludzi. Car widział przez okna dworu szerokie łuny pożarów. Od niewoli albo i od śmierci ocaliło go poświęcenie sługi, niejakiego Daniela Mursy, który udając zbiega, przeniknął do Litwinów i naopowiadał im nadzwyczajnych rzeczy o sile obsady Starycy. Radziwiłł z Kmitą wyminęli ją, ruszyli na północ.

Wprost ze Starycy pojechał Possevino pod Psków pośredniczyć w układach. Kto wie, czy psychologiczne efekty ponurej nocy nie przyśpieszyły decyzji. W obozie wojsk Rzeczypospolitej na ogół radośnie przywitano jezuitę. Zamoyski wściekał się na niewczesne manifestacje pokojowe, o których załoga Pskowa dowiadywała się rychło – przemęczona, zziębnięta, głodna i w ogóle niechętna wojnie szlachta gadała swoje. Przejęto w tym czasie list Szujskiego do cara, a tortury wydobyły z posłańca dodatkowe zeznania. W Pskowie panował głód, brakowało opału, pospólstwo zaczynało się burzyć. Kanclerz wyrachował, że twierdza utrzyma się najwyżej do przedwiośnia.

30 listopada wyjechało z obozu poselstwo, mające pertraktować o pokój z pełnomocnikami cara. Goniec moskiewski przybył po listy żelazne dla nich akurat wtedy, kiedy zamierzano rozluźnić już pierścień oblężenia, by znaleźć dogodniejsze kwatery. Zaniechano więc zamiaru, wojsko zostało pod Pskowem, lecz w liczbie bardzo uszczuplonej. 1 grudnia król odjechał do kraju, wraz z nim opuścili obóz hetmani litewscy, większość ochotników oraz niemogący już dłużej wytrzymać Niemcy. Przy Zamoyskim zostało siedem tysięcy jazdy, piechota, zaciężni i sześciuset zaledwie Litwinów.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?