Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
Rzeczpospolita obojga narodów.Srebrny wiek
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy hasło viritim raz padło i chwyciło, Zamoyski zmienił front. Teraz on, biegły w prawie, historii tudzież innych kunsztach wychowanek uniwersytetu w Padwie, stał się najgorliwszym szermierzem praw wyborczych całej szlachty. Czynny polityk nie pozwolił się przelicytować. Działacz z prawdziwego zdarzenia zażądał jednak ustawy o głosowaniu większością. Zbawienny projekt upadł. Takie rzeczy należało uchwalać wcześniej, w sejmie koronnym, który i bez przepisu w tej mierze nawykł liczyć głosy. Gorączka bezkrólewia nie sprzyjała poczynaniom trzeźwym. Tym bardziej podziwu godne, że w ówczesnej atmosferze powstać mogło dzieło naprawdę niepowszednie.

28 stycznia 1573 roku nastał wielki dzień konwokacji. Ułożony i przez większość przyjęty został akt konfederacji warszawskiej.

„Pod tym niebezpiecznym czasem bez króla pana zwierzchniego mieszkając” – głosi ów dokument – wszystkie stany „jednej a nierozdzielnej Rzeczy Pospolitej” postanawiają obrać sobie władcę wspólnie. Żadnej z prowincji państwa nie przysługuje po temu pierwszeństwo. Nowy monarcha winien będzie między innymi poprzysiąc „nas za granice koronne nigdy nie ciągnąć żadnym obyczajem ani prośbą królewską swą, ani zapłatą pięciu grzywien od kopii, ani pospolitego ruszenia bez uchwały sejmowej czynić”.

Szlachta z góry sobie zastrzegała prawo do pacyfizmu, legalizowała go. Ścieżki wojenne jej nie nęciły.

Ten fragment aktu, który zapewnił konfederacji trwałe miejsce w historii, ma brzmienie następujące:

A iż w Rzeczy Pospolitej naszej jest niezgoda niemała w sprawie religii chrześcijańskiej, zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi rozterka jaka szkodliwa nie wszczęła, którą po innych królestwach jaśnie widzimy, obiecujemy to sobie spolnie za nas i potomków naszych na wieczne czasy pod rygorem przysięgi, wiarą, poczciwością i sumieniem naszym, iż którzy jesteśmy dissidentes de religione, pokój między sobą zachować a dla różnej wiary i odmiany w kościelech krwie nie przelewać ani się penować konfiskatą dóbr, poczciwością, więzieniem i wygnaniem i zwierzchności żadnej ani urzędowi do takowego progressu żadnym sposobem nie pomagać...

Dokładnie, co do dnia, pięć miesięcy wcześniej – 28 sierpnia 1572 roku – ogłoszono w Paryżu dekret królewski, zabraniający w całej Francji wszelkich zebrań, kazań i nabożeństw ewangelickich. Jak wskazuje data, stało się to w cztery doby po Nocy św. Bartłomieja. Wspomniany dekret nawracał do norm wydanego przed szesnastu laty edyktu w Compiègne, który przewidywał jeden tylko rodzaj kary za jawne bądź skryte wyznawanie herezji: śmierć.

Twórcy konfederacji warszawskiej naprawdę „jaśnie” widzieli, co się dzieje „po innych królestwach”.

Za konfederacją opowiedziała się większość szlachty oraz senatorowie świeccy. Episkopat natychmiast stanął w opozycji. Akt tolerancyjny podpisał jeden tylko biskup. Był nim Franciszek Krasiński, pasterz Krakowa, osobistość pod względem moralnym niezbyt zresztą imponująca. Szlachta mazowiecka gwałtownie zaprotestowała przeciwko wolnościom dla kacerzy. Wyszukane jej argumenty zostały już przytoczone. Tolerancja nie zakwitła u nas wśród powszechnego aplauzu. Trzeba było o nią walczyć. Na razie żądała jej większość i dobijała swego, aczkolwiek prawa o rachowaniu kresek nie było.

Żaden kraj na świecie nie zdobył się tak wcześnie na jakiś swój odpowiednik konfederacji warszawskiej. Jurysdykcja francuska dopiero w roku 1788 – tuż przed Wielką Rewolucją – zalegalizowała różnowierstwo, ale mu nie przyznała pełnej swobody. W Danii wolność wyznaniową dano Żydom w roku 1814, katolikom zaś w 1849. W Anglii równouprawnienie polityczne uzyskali ci ostatni nieco wcześniej – w roku 1829.

Z konfederacji warszawskiej bije blask większy niż z tuzina wygranych bitew. Europa przestała go dostrzegać, odkąd Rzeczpospolita zaczęła przegrywać batalie.

W dziedzinie polityki wewnętrznej akt tolerancyjny przynosił to, czego niezmiernie skomplikowane położenie kraju na gwałt wymagało. Umiar, trzeźwość, rozsądek! Nakazując szacunek wobec cudzych wierzeń i przekonań, przeszkadzał działaniu na oślep, tamował ideologiczną demagogię. Skłaniał do oględnego traktowania zagadnień, które naówczas stapiały się w jedno z problematyką społeczną i narodową. Mówimy zazwyczaj o Rzeczypospolitej: Polska. W tej rzekomej Polsce od Międzyrzecza po Zaporoże było najwyżej czterdzieści procent Polaków. Rozprawiając o różnowierstwie, mamy na myśli niemal zawsze nowinki zachodnie. Ale dla ówczesnego państwa sprawą w tej mierze najważniejszą było prawosławie. Nie dawało ono dotychczas zbytnio znać o sobie, bo nikt go nie krzywdził. Trwało zresztą w bezwładzie i zastoju. Fanatyzm katolicki je obudził. W XVII stuleciu prawosławni poruszyli się. I to tak, że ściany Rzeczypospolitej pękły.

W dziedzinie polityki międzynarodowej wytyczne i sam duch konfederacji warszawskiej mogły się stać wrotami ocalenia. Zaczynał się podówczas rysować w Europie podział na dwa wrogie obozy – katolicki i protestancki, a raczej różnowierczy. Rzeczpospolita niewielkim tylko, śląskim odcinkiem swej granicy przypierała do krajów cesarskich, gdzie obrządek rzymski miał przewagę. Sama zaś ze swą łacińską w większości szlachtą stanowiła coś w rodzaju budulca na bastion papieski, ze wszystkich niemal stron opasany wałem różnowierstwa. Liczmy od zachodu i dalej niemal w kółko: Brandenburgia, Prusy Książęce ze Szwecją na zamorskim zapleczu, Moskwa, Tatarzy, Turcja, Węgry, gdzie wśród możnych prym dzierżył kalwinizm, tradycyjnie heretyckie Czechy. Religie rozmaite – możność porozumienia politycznego całkiem realna. Nad Rzecząpospolitą wisiał koszmar koalicji różnowierczej i jej dośrodkowego uderzenia. Ludzie przekonani, że jeśli już koniecznie krew przelewać, to dla polityki, a nie dla „odmiany w kościelech”, może by i zapobiegli nieszczęściu. Zakapturzony fanatyzm wiódł doń prosto. Sprawą życia i śmierci było, jaki typ umysłowości przeważy w kraju – powtórzyć wolno i należy. Człowiek trzeźwy nawet własne przywileje traktuje z minimalną choćby dozą rozsądku. Nie spieszy się utożsamiać ich ze zbawieniem świata.

Akt konfederacji zawiera paragraf, który – fałszywie częstokroć rozumiany – zdawał się świadczyć o utracie miary właśnie w kwestiach przywilejów. Badania Józefa Siemieńskiego rozwiały wątpliwości. Autor odnalazł sam oryginał, opatrzony „wielą pieczęciami”, tak spłowiały, że „zachowały się tylko cienie liter, a nawet tylko cienie niektórych pociągnięć pióra” (nic dziwnego: w inwentarzu z 1730 roku zapisano: „Instrument pergaminowy stary, na który zaciekało, bo na ziemi leżał od początku spalenia zamku krakowskiego”). Ustawa z 1573 roku wykluczała odmowę pełnienia powinności pańszczyźnianych z powodów natury wyznaniowej, nie dawała natomiast ziemianom prawa narzucania chłopom takiej czy innej wiary. Szlachta mazowiecka rozprawiała o królu Dawidzie, lecz nie żaliła się, że dziedzice-heretycy uzyskali oto możność deprawowania kmiotków.

Inkaust na pergaminie aktu konfederacji był jeszcze całkiem świeży, kiedy w końcu stycznia 1573 roku nieoczekiwanie zjechała z Piaseczna do Warszawy siostra zmarłego monarchy, pięćdziesięcioletnia już blisko, lecz wciąż jeszcze w stanie panieńskim pozostająca, Anna Jagiellonka. Postępek dostojnej damy żywo zainteresował senatorów, którzy zaraz pośpieszyli do jej komnat z należną obediencją. Osoba Infantki znaczyła bardzo wiele. Podczas elekcji miało się wszak wyznaczyć nowego pana na tron, który przez dwa wieki stanowił dziedzictwo jej rodu.

Od dawna już głośno wtedy było o kandydatach. Nawet w zaciszu wiejskim mógł brat szlachcic o nich się dowiedzieć, nigdzie na pogawędki nie wyjeżdżając. Doba pierwszej elekcji to jedna z największych chyba batalii stoczonych przez publicystykę polską. Prawo swobodnego głoszenia sądów w materiach państwowych, propagowania własnych, a zbijania cudzych poglądów, wysuwania osobiście ułożonych programów zaliczano do kardynalnych przywilejów obywatelskich. I tak wyglądała podówczas „źrenica wolności”! Liberum veto stało się nią później, wtedy dopiero, gdy swoboda myśli i słowa właściwie znikły. Broszury, rozprawy, wiersze i w ogóle Zabytki pism politycznych z czasów pierwszego bezkrólewia, które doczekały szczęśliwie XX wieku, zebrał i wydał Jan Czubek w tomie o objętości siedmiuset przeszło stron powiększonego formatu.

Jakże daleko było wtedy Polakom do później wytworzonych urazów! Szlachcic spod Kalisza z uporem pisze, głosi i powtarza swoje: „Dobry Moskiewski, wszystko naprawi”. Bardzo wielu było w Koronie wyznawców tego poglądu. Litwa, a zwłaszcza jej magnaci znacznie słabiej do Iwana Groźnego tęsknili. W Polsce właściwej słyszało się i takie opinie, że związek z wielką potęgą wschodnią pomoże odzyskać to, co się utraciło na zachodzie od czasów króla Łokietka. Więc Śląsk, Pomorze... Marzyło się ludziom wyzyskanie lekcji historii, powtórna z niej korzyść – druga unia państw. Nie zabrakło jednak publicysty, który z zadziwiającą trzeźwością ostrzegał przed złudzeniami. Polska, Litwa i Moskwa razem? – wywodził – a któż potrafi rządzić takim ogromem? Dawajcie nam zatem Teodora, a nie Iwana, syna zamiast ojca, który jest zresztą stary.

Kandydatura moskiewska miała znaczne widoki. Zaprzepaścił je car. Groźny wcale sobie nie życzył tronu w Polsce i dlatego wysunął niemożliwe dla katolickiego kraju żądania. Chciał, aby koronacji na Wawelu dokonał nie prymas z Gniezna, lecz metropolita z Kremla. Mówił to posłowi litewskiemu, Michałowi Haraburdzie, wyznawcy prawosławia. Dał mu wyraźnie do zrozumienia i na wyjezdnym powtórzył jeszcze ustami bojarów, że władzę nad samą Litwą chętnie przyjmie, a nawet odzyska dla niej to, co utraciła wskutek unii lubelskiej – Wołyń, Podole, Kijów.

Żadne pokusy nie mogły jednak uwieść panów litewskich, którzy doskonale wiedzieli, jak sobie Groźny radzi z wielkim bojarstwem moskiewskim. Wielu Polakom też nie było to tajne. Dwa lata zaledwie upłynęły od chwili powrotu dyplomatów koronnych, którzy – pierwsi w dziejach swej ojczyzny – bezpośrednio uczestniczyli w rokowaniach z Moskwą. Opowiadali oni dziwne rzeczy. Podczas uroczystego bankietu kazał raptem Iwan jednemu ze swych kniaziów „ogolić zad” i wypiąwszy się na obecnych skakać na czworakach wokół sali. Był to zresztą jeden z najłagodniejszych sposobów przyciszania dumy bojarskiej.

 

Nikt w Koronie temu wszystkiemu nie przeczył. Ale – argumentowano – Jagiełło był nie tylko poganinem, dzikusem i okrutnikiem, lecz ponadto jeszcze patrycydą, zamordował wszak stryja. A przybywszy do nas, zmienił się na lepsze.

Jasno się pokazuje – podsumowywał później te myśli Andrzej Maksymilian Fredro – że monarcha staje się obyczajnym, dobrym i sprawiedliwym albo gnuśnym i dzikim, stosownie do wykształcenia i przymiotów ludu, który go do siebie powołał.

Rzeczpospolita wierzyła w uszlachetniającą moc wolności i prawa. Pouczała ją własna historia.

Iwan Groźny powiedział Haraburdzie, że jeśli Litwa i Polska postanowią trwać nadal w jedności i obierać pana wspólnie, to najlepiej postąpią, zapraszając syna cesarskiego, Ernesta Habsburga.

Rada carska doskonale trafiała w nurt sentymentów, od dawna hodowanych w duszach ogółu magnatów litewskich i bardzo wielu polskich. Wiosną tegoż 1572 roku, jeszcze za życia Zygmunta Augusta, legat Commendone oraz jego przyboczny, Antoni Maria Graziani, odbyli w jakimś lasku podmiejskim ściśle tajną naradę samoczwart. Jako rozmówcy ze strony litewskiej wystąpili Mikołaj Krzysztof Radziwiłł Sierotka oraz Jan Chodkiewicz. Obaj oni uważali, że gdy tylko król umrze, należy w Wielkim Księstwie ogłosić monarchą Ernesta, nie oglądając się na Koronę. Polacy będą musieli uznać fakt dokonany. A jeśli nie zechcą, wahać się nie należy. Raczej unię zerwać niż ustąpić. To ostatnie wcale się Italczykom nie uśmiechało. Chcieli widzieć katolickiego Habsburga mocarzem, to znaczy panem całej Rzeczypospolitej. Nie życzyli sobie jej rozsypania się, degradacji. Dla nich partykularne ambicje magnackie nie oznaczały polityki.

Commendone – jak wiemy – miał wkrótce słać z Tyńca do Wiednia tegoż Grazianiego, doradzać pośpiech, energię, szykowanie pieniędzy i wojska. Doskonale pojmował, że obrona Wawelu przed niemieckim kandydatem stanowi święty ze świętych dogmat polityczny szlachty koronnej, polskiej. O tym głośno było nie tylko w publicystyce, ale po dworach, zjazdach, a pewnie i jarmarkach. Znamienne, aczkolwiek zapomniane, jak bardzo na ówczesnych, więc i całych dziejach Polski zaważył przykład Czech i dobre względem nich uczucie. – Przyjrzyjcie się tylko – rozprawiano w całej Koronie – co się z tym bratnim a nieszczęsnym krajem stało pod rządami Germanów. Tam najwyżej co trzecie miasto jest czeskie. Arsenały im zabrano, mury obronne poburzono, cesarz „potargał” wszystkie przywileje i prawa, sroży się i ludzi gnębi. Podobnie jest na Węgrzech. Chcecie tego dla siebie?

Streśćmy nader nieraz rozwlekłe wywody publicystów ówczesnych językiem dzisiejszym. Szlachta żywiła przekonanie, że pod berłem Habsburga Rzeczpospolita nie tylko utraci swobody obywatelskie, lecz i przestanie być podmiotem politycznym. Przy pozorach suwerenności stanie się krajem rządzonym z zewnątrz, podporządkowanym cudzym interesom. Była to obawa usprawiedliwiona, przewidywania jak najbardziej słuszne.

Jeżeli mówiono o nienawiści, to germańskiej do Słowian przede wszystkim. Powoływano się stale na fakty historyczne, krzywdy i zabory.

Nie żywiono wątpliwości, że powołanie Habsburga to wojna z sułtanem. Ale to właśnie, przed czym się szlachta koronna – a zwłaszcza ruska – wzdragała, stanowiło cel marzeń polityki papieskiej. Szło o udział Rzeczypospolitej w walce z Półksiężycem. Episkopat polski patrzył na Ernesta w zasadzie przychylnie. Po jego stronie stał legat.

Na szczęście pojawił się inny kandydat, nie tylko prawowierny, ale opromieniony takimi zasługami dla kontrreformacji, jak nikt pod słońcem. Był nim młodszy brat króla Francji, Karola IX, Henryk książę d’Anjou z linii de Valois. 27 marca 1570 roku, niespełna dziewiętnastoletni podówczas, otrzymał on od papieża szpadę honorową i kapelusz, a to za zwycięstwo nad protestantami francuskimi, odniesione pod Moncontour. Zdobyte w tej bitwie sztandary zawisły na murach Lateranu. Świeżutko, już po zgonie Zygmunta Augusta, książę odznaczył się jako jeden z organizatorów strasznej rzezi różnowierców, zwanych we Francji hugonotami. Masakra rozpoczęła się w Paryżu o czwartej rano 24 sierpnia 1572 roku i przeszła do historii pod nazwą Nocy św. Bartłomieja.

Takiego kandydata trudno było bojownikom kontrreformacji krytykować za brak żarliwości. Ku wielkiemu więc szczęściu Rzeczypospolitej konkurencja pomiędzy nim a arcyksięciem Ernestem nabrała cech walki politycznej, bez ideologicznych obciążeń. Dwa podobnej odmiany grzyby znalazły się w tym samym barszczu, który wbrew przysłowiu wcale się od tego nie popsuł.

Już przed trzema laty postanowiono w Stambule popierać Francuza, protegować go na tron polski. Ojczyzna Henryka zwana była najstarszą córą Kościoła. Jej władca nosił tytuł króla arcychrześcijańskiego. W polityce zewnętrznej Francja nie uznawała względów wyznaniowych, była sprzymierzeńcem Turcji.

Iwan Groźny ostrzegawczo powiedział Michałowi Haraburdzie, że jeśli Rzeczpospolita obierze Francuza – „tedy mnie nad wami przemyślać”. Car też życzył sobie wplątania sąsiadki w wojnę z padyszachem.

Jeszcze dwóch ludzi zgłaszało się po koronę polską. Król Szwecji, Jan III, małżonek Katarzyny Jagiellonki, oraz mały, nieznaczny człowiek – Stefan Batory de Somlyó, władca Siedmiogrodu i lennik sułtana (a po cichu także i cesarza). Szanse obydwu były znikome, że zaś car sam się właściwie wyłączył z rozgrywki – w ogóle nie przysłał ambasadora – Henryk i Ernest wstępowali w szranki jako jedyni poważni współzawodnicy.

Miała się odbyć ta rozgrywka na obszernym polu, w którego środku stanął wielki namiot przeznaczony na obrady senatu oraz delegatów szlacheckich, a swojsko nazwany „szopą”. Opodal z rozkazu wojewodów rozpinano inne, po jednym dla każdego z trzydziestu dwóch okręgów administracyjnych państwa. Arena elekcyjna leżała na prawym, rzadziej zaludnionym brzegu Wisły, tłumy przybywające z lewego musiały się więc przez nią przeprawiać. Nie przewidywano większych po temu trudności. W lutym i w marcu rzemieślnicy szybko wykańczali imponujący, pierwszy w dziejach Warszawy most stały, który budować zaczął jeszcze Zygmunt August. Podjętej przezeń pracy dokonała własnym kosztem Anna Jagiellonka. Tuż przed elekcją Infantka obdarzyła kraj niezwykłym na owe czasy dziełem techniki. Popularność i sławę nawet zdobywała, a raczej wzmagała niewiasta. Przybliżające się wybory dotyczyły samych tylko mężczyzn.

Anna Jagiellonka była w oczach ogromnej większości szlachty prawowitą, moralną spadkobierczynią królewskości Jagiellonów. Ogół pragnął pozostawić na Wawelu córkę monarszą, która się na tym koronnym wzgórzu urodziła. Żądał tego jako nadprzyrodzonej niemal gwarancji trwania osobowości Rzeczypospolitej, istoty jej bytu. Poniżenie Jagiellonki oznaczałoby dlań degradację własnej historii. Instynkt monarchistyczny zakorzenił się w państwie, a zwłaszcza w Polsce rdzennej, nad wyraz silnie. Tradycja stanowiła kodeks moralny, górowała nad prawem pisanym.

Jego litera uznawała siostrę króla nieboszczyka za osobę prywatną. Każdemu z kandydatów do korony najłatwiej było wstąpić na stopnie tronu razem z Anną. Jej obrączka ślubna zapewniała berło.

Infantka starsza była od Henryka o lat dwadzieścia osiem, od Ernesta o trzydzieści. Arcyksiążę zaliczał się do rodzonych wnuków jej stryjecznej siostry. Niemłoda i brzydka, w cieniu dotychczas bytująca królewna namiętnie pragnęła zamążpójścia. Dla niego samego i w równym stopniu dla władzy.

Senatorowie – ludzie najmniej skłonni do mistycznego tradycjonalizmu – zdawali sobie sprawę, czym to grozi. Cały kraj dobrze zresztą pamiętał samowolę Zygmunta Augusta w sprawach matrymonialnych. Obawiano się, by siostra nie poszła czasem w ślady brata. „Nie będziesz nam, Wasza Królewska Mość, obierać pana, byśmy wiecznie zginąć mieli, do gardła bronić krwią będziem!” – usłyszała Anna od biskupa Stanisława Karnkowskiego (który przed kilku zaledwie miesiącami głowił się we Włocławku nad zapobieżeniem nieprzytomnym zamiarom królewskim poślubienia Barbary Giżanki).

Zmuszona przez senatorów przebywała Infantka na uboczu – w Błoniu, potem w Płocku i Łomży. Potajemnie dotarli jednak do niej zarówno austriaccy, jak francuscy pośrednicy. Obie strony proponowały małżeństwo. Zamyślano wysłanie królewny w strony jeszcze odleglejsze – do Krasnegostawu lub Łęczycy. Twarda pani nie usłuchała jednak niczyich zleceń. Samowolnie przeniosła się do Piaseczna, w końcu powróciła do Warszawy, na zamek, który od dawna stanowił jej siedzibę. Zabierała się do osobistego udziału w polityce. Senatorowie już się byli przekonali, że szlachta staje po stronie Jagiellonki, ona też pojmowała to znakomicie.

Ambasadorowie ubiegających się o naszą koronę mocarstw od jesieni bawili w Polsce. Trzymano ich z dala od Warszawy. Legatowi wyznaczono na miejsce pobytu Sulejów, lecz Commendone zachowywał się niezbyt lojalnie. Opuszczał opactwo, w ukryciu widywał się z Infantką.

Najlepszy pomysł propagandowy, na jaki wysadził się cesarz, polegał na mianowaniu ambasadorami dwóch Czechów. Jeden z nich, Wilhelm z Rożemberku, zdobył taką popularność, że pewien odłam szlachty nieoczekiwanie wysunął jego kandydaturę. Obaj Czesi dobrze życzyli Rzeczypospolitej. Podpiwszy sobie kiedyś nocą z senatorami, zaczęli ich wprost ostrzegać przed Habsburgiem.

W drukowanych ostatnio dziełach – zarówno naukowych, jak popularyzatorskich – uznaje się przekupstwo za jedyny czynnik, który rozstrzygnął o wyniku elekcji. Wątpliwe, czy traktowana w ten sposób historia stanie się mistrzynią czyjegokolwiek życia.

Branie pieniędzy od obcych występowało wtedy powszechnie i nagminnie. Kto ich tylko nie przyjmował? Legat Franciszek Commendone, nieugięty szermierz kontrreformacji, za drugim już nawrotem działał w Polsce. Poprzednio opuścił ją był równie niezłomny jak w chwili przyjazdu, ale z dożywotnią pensją od Zygmunta Augusta, którego postępki miał przecież nadzorować. Obywatele Rzeczypospolitej brali od obcych, ona też nie wstydziła się wsuwania łapówek. Żadną miarą nie nadawaliśmy się na świętych. Ani my, ani nikt inny na kontynencie.

Podczas elekcji grały rolę bardzo poważne względy materialne. Filip Erlanger, współczesny nam historyk francuski, zwięźle a obrazowo charakteryzuje te, co przemawiały za Henrykiem Walezym: „Olśnieni Polacy już sobie wyobrażali wędrówkę swych zbóż, mięs solonych, skór poprzez imperium ottomańskie aż na rynki królowej Adriatyku, gdzie wszelki towar znajdował nabywcę”. Atutem francuskim można było zyskać możność pokojowej współpracy z Turcją, otworzyć dla handlu Dniestr, gospodarczo ożywić przebogaty z natury południowy wschód Rzeczypospolitej. I kto tu rozprawia o materialistycznym pojmowaniu dziejów?

Pierwszy pakt polityczny z Francją zawarł już Jan Olbracht. Od tej pory pomysły matrymonialne i inne rachuby snuły się ciągle. Szlachta z szacunkiem, z czcią prawdziwą myślała o dynastii, od X stulecia nieprzerwanie zasiadającej na tronie paryskim. Takie argumenty to zwykły snobizm dla nas, lecz nie dla ludzi XVI wieku. Przeciwko wyborowi „Piasta” bardzo silnie przemawiała obawa przed „wzgardą królów postronnych”. Monarchowie europejscy uważali na przykład Wazów szwedzkich za parweniuszy. Iwan Groźny szydził z Zygmunta Augusta, że wydał siostrę za chudopachołka ze Sztokholmu. Sam zaś patrzył z góry na wszystkich, uważając się za prawego dziedzica Juliusza Cezara i Oktawiana Augusta. Walezjusz – potomek Hugona Capeta – nie przyniósłby Wawelowi wstydu.

Powołanie go dałoby sojusz z Francją, oznaczający dwie wielkie i prawdziwe korzyści w polityce międzynarodowej. Zgodę z Turcją i oskrzydlenie cesarza, który – nie zapominajmy! – wciąż jeszcze nie uznawał, że Gdańsk, Malbork, Toruń i Elbląg należą do Polski. Zakon krzyżacki nadal istniał, a mianowicie w Rzeszy Niemieckiej.

Walory francuskie pilnie zalecał biskup Walencji, Jan de Montluc, rezydujący w Koninie. Przybył jesienią na grunt już spenetrowany przez poprzednią, nieoficjalną misję. Dzięki niej od razu cieszył się poparciem kanclerza Walentego Dębińskiego oraz dawnych dworzan Zygmunta Augusta, obecnych stronników jego siostry.

Montluc już we Francji wykazał duże zdolności urodzonego polityka i administratora. W Polsce zabłysnął niebywałą zręcznością dyplomaty. Wiedział, że w tym kraju można daleko zajść, byle się postępowało oględnie i grzecznie. Wykazywał więc posłuszeństwo wobec wszelkich zarządzeń senatu, jak ognia strzegł się urazić kogokolwiek. W lot pojął, że szlachta ogromnie ceni swobodne słowo, i z całej siły nacisnął na pedał publicystyki. Najlepsze jej utwory zalecały Francuza. Pisał je Jan Dymitr Solikowski, którego współpracę Montluc pozyskał.

 

Trafił on w Polsce na wyjątkowo złą dla siebie koniunkturę. Jednocześnie z przyjazdem ambasadora francuskiego przypłynęły wieści o Nocy św. Bartłomieja. Wzbudziły powszechną zgrozę i wstręt. Montluc przezwyciężył i tę przeszkodę. Wmówił szlachcie całkowitą niewinność Henryka. Pomimo swej godności biskupiej stronił od legata, a nawet od afiszowania się z praktykami religijnymi.

Względy wyznaniowe nie mogły odstręczać od Walezjusza katolików. Bardzo znamienne, że wielu protestantów też przeszło na jego stronę, traktując kandydaturę Henryka w sposób czysto polityczny. Niektórzy z nich używali argumentów dość żywo przypominających te, którymi szermowali zwolennicy Groźnego: winien czy nie winien rzezi paryskiej, u nas jej nie powtórzy, nie będzie mógł. Niech tylko spróbuje łamać lub naginać prawo, a naród stanie się straszniejszy jemu niż on narodowi.

W kwietniu na polu elekcyjnym stawiło się około pięćdziesięciu tysięcy wyborców, z których każdy był uzbrojony. Słudzy oraz poczty zamożniejszej braci tworzyli drugi, równie bodaj liczny tłum. (Pachołkowie wymyślili sobie oryginalną rozrywkę: podczas gdy panowie zajęci byli głosowaniem na serio, oni urządzili parodię elekcji; zabawiając się na rozmaite sposoby, spalili na przykład publicznie piastę od wozu, szydząc z kandydatury „Piasta”. Nic nie wiadomo o karach za kpiny z rzeczy poważnych. Babin na dobre widać zaraził Rzeczpospolitą).

Cudzoziemców mocno zastanowiły dwa objawy. Obrady trwały przez kilka tygodni, a przez cały ten czas ogromne zbiorowisko ludzi i koni, skupione w pobliżu dziesięciotysięcznego miasta, miało co jeść, i to do syta. Korona ówczesna mlekiem i miodem wprawdzie nie płynęła, ale bez trudu opędzała własne potrzeby, a ponadto żywiła swym zbożem „całe prawie Niderlandy króla Filipa”, jak się wtedy wyrażano. Druga niespodzianka na tym polegała, że nie ubroczyła się żadna z tysięcy wyostrzonych szabel, nie wypaliła ani jedna rusznica. Różnice zdań wyrażały się w sporach, najwyżej w pogróżkach, „Tak dalece naród polski jest dobry i od rozterek domowych daleki” – zapisał naoczny świadek, Antoni Maria Graziani.

Najgłośniejsze, i to chóralne, idealnie zgodne krzyki wyprawiali pod Kamieniem Mazowszanie. Jak jeden mąż żądali natychmiastowego obwołania królem Francuza. Zapytani o przyczynę tak dziwnej jednomyślności odpowiadali szczerze, że chciała jej pani Infantka.

Wysłannicy biskupa de Montluc porozumieli się na zamku warszawskim z Jagiellonką. Zdołali jej wmówić, że młodziutki książę Henryk marzy przede wszystkim o jej ręce, a korona polska jest dlań tylko środkiem wiodącym do celu. Motyw z kiepskiej bajki zmaterializował się w rzeczywistej historii i zaważył na niej. Kandydatura francuska i przed głosowaniem miała duże szanse. Dziesięć tysięcy gardeł mazowieckich zagłuszyło kontradycentów.

Szlachta z Mazowsza niesłusznie uchodzi za żywioł szczególnie anarchiczny. Odznaczała się ona raczej karnością... źle czasem – lecz wcale nie tym razem – zorientowaną. Ciemni, ubodzy, zahukani a krewcy „sitarze” skłonni byli słuchać swych lokalnych przywódców, księdza biskupa, pana starosty czy wojewody. Mazowszanie grzeszyli ciasnotą horyzontów, instynktem stadnym, brakiem właśnie, a nie przerostem indywidualizmów. Wspomniane cnoty obywatelskie wiodą do tych samych skutków, jakie przynosi anarchia.

Od zgonu Zygmunta Starego Bona z córkami mieszkała na Mazowszu. Izabela Jagiellonka poszła za mąż na Węgry, Zofia do Brunświku, Katarzyna do Szwecji. Anna została w kraju, związała swój los z Warszawą. W przeciągu lat dwudziestu pięciu wyrosła na lokalną potęgę. Pchając Mazowszan do głosowania za Henrykiem, sama wpadła w pułapkę, krajowi nie szkodziła.

Książę Andegaweński uzyskał ogromną większość głosów. Od dawna pozyskany przez Montluca prymas Uchański natychmiast okrzyknął go królem. Przyzwany do Warszawy ambasador francuski niezwłocznie zaczął się wycofywać z poczynionych poprzednio obietnic. Odwołał przede wszystkim tę, która dotyczyła ożenku z Infantką. Pozostawił rzecz uznaniu samego Henryka. Nie zmartwiło to zbytnio senatorów, którzy po zakończeniu zjazdu znowu wysunęli się naprzód.

W ostatniej chwili pole elekcyjne nabrało wyglądu, który przeraził słabo w miejscowych stosunkach zorientowanych cudzoziemców. Marszałek Jan Firlej skrzyknął protestantów i urządził na ich czele demonstrację zbrojną. Protestował przeciwko próbie skreślenia artykułu o wolności wyznań z listy warunków, które Henryk winien był zaprzysiąc. Biskupi krajowi nie przejęli się widokiem zastępów Firleja. Sprzeciwiając się konfederacji warszawskiej, nie zamierzali prowokować wojny domowej. Kwestionowany przez nich paragraf ostał się, co dało legatowi okazję do wygłoszenia złej maksymy: „Nic nie znaczy prawo, jeśli od wszystkich jednomyślnie ogłoszone nie zostało”. Warto zapamiętać, że tak wczesną zachętę do liberum veto rzucił w tłum przywódca obozu przeciwników swobody myśli.

Przygotowane dla Henryka warunki mieściły się w dwóch dokumentach. Ten, który od imienia elekta nazwano „artykułami henrycjańskimi”, obowiązywać miał na zawsze. Drugi, opatrzony neutralnym, nieczułym na czas tytułem paktów konwentów, przeznaczony był do jednorazowego użycia. Zawierał żądania wyborców, postawione aktualnemu wybrańcowi. W przyszłości na każdej elekcji układano nowe pakta.

Oba dokumenty razem wzięte stanowiły dla Europy rewelację, same w sobie były zjawiskiem podniecającym umysły najwybitniejszych teoretyków epoki. Mieściły wszak punkty dobrowolnie zawieranej pomiędzy poddanymi a królem u m o w y o władzę. Taki sposób potraktowania kwestii ustroju państwowego zyskał pochwały ze strony tych myślicieli zachodnich, których uznawać wolno za wczesnych poprzedników Oświecenia.

Patrząc na te sprawy z perspektywy kilku stuleci, trudno powstrzymać się od uwagi, że zgromadzona na konwokacji i elekcji szlachta stanęła wobec zadania nieprawdopodobnie trudnego. Nie mając żadnych wytycznych postępowania, działając w pośpiechu, wśród zamętu, a nawet trwogi, musiała ułożyć i uchwalić równoważnik konstytucji. Dzisiejsza terminologia polityczna tak bowiem musi nazwać „artykuły henrycjańskie”. Aktów konstytucyjnych, czyli określających w jednym dokumencie ramy całego ustroju państwa, nikt wtedy jeszcze pisać nie umiał. Teoretycy zachodni kwestionowali prawo monarchii Jagiellońskiej do miana Rzeczypospolitej. Twierdzili, że za przykładem starożytności republiką może być tylko pojedyncze miasto. Rzeczywiście, ustrój takiej Wenecji nie nadawał się na wzór, ponieważ dotyczył jedynie jej samej, metropolii, a nie obszarów, którymi władała.

Najwcześniejsze akty konstytucyjne dużych państw, Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej oraz Republiki Francuskiej, pochodzą ze schyłku XVIII stulecia. (Najpierwszym takim aktem na kontynencie była nasza Konstytucja 3 maja, która obowiązywała rok jeden). Rzeczypospolitej Obojga Narodów o dwa wieki wcześniej przyszło pisać ustawę zasadniczą. Poprzednio ustrój określały prawa wydawane w rozmaitych czasach i zachowujące swą wagę. Działo się to systemem ciągle obowiązującym w Wielkiej Brytanii, której konstytucja nosi postać nie książki, lecz biblioteki.