Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agoniiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

Nazajutrz po awansie antykról Stanisław został uhonorowany przez swego protektora. Obaj panowie zsiedli z koni, kłaniali się sobie pięknie, po czym konferowali w jakimś domu przydrożnym. Działo się to na połowie drogi pomiędzy Warszawą a Błoniem, gdzie kwaterował Szwed. Karol XII wzgardził oczywiście stołecznymi apartamentami, wolał kurną chałupę wiejską. Wkrótce potem Leszczyński bezradnie przyglądał się w Warszawie ponuremu konwojowi. Szwedzi sprowadzili zza Wisły kilkudziesięciu skutych szlachciców, obwinionych o stawianie oporu patrolom rekwizycyjnym. Nic nie pomogły prośby antykróla oraz jego małżonki Katarzyny z Opalińskich, poprowadzono więźniów do głównego obozu szwedzkiego, na ukaranie.

Zaczęła się teraz dziwna gra wojenna, którą ówczesny pamiętnikarz nazwał „mijanym tańcem obu królów”. Karol XII ruszył z Błonia w kierunku na Sandomierz, pragnąc naścignąć i pobić Sasa. Chybił celu, nie zatrzymał się w rozpędzie i 6 września wziął Lwów, osobiście poprowadziwszy szturm na wały miejskie. O dwa dni wcześniej August zdobył Warszawę, z której Leszczyński zdążył umknąć. Pułkownik Arwid Horn oraz inni Skandynawowie potraktowani zostali po rycersku, biskup Mikołaj Święcicki poszedł do więzienia. Ojciec duchowny okazał się bitnym żołnierzem. Sam rychtował działa w zamku i strzelał z nich. Wzięto go jeszcze gorącego – z rękami uczernionymi dymem po łokcie, z osmalonymi brwiami i koafiurą.

Jesienią nie udało się Sasom oblężenie Poznania, spalone zostało Leszno, spustoszone majętności antykróla oraz jego stronników. Na wieść o zbliżaniu się Karola August uszedł ze stolicy do Krakowa, ale przedtem wydał swemu żołnierstwu na łup posiadłości prymasa.

Skoro bowiem przybył do Warszawy – skarżył się Radziejowski papieżowi – kazał zrabować i zniszczyć moje pałace, jeden arcybiskupi, drugi należący do mnie prywatnie. Na jego rozkaz złupiono i pogwałcono kościoły i klasztory zakonników i zakonnic, zabrano z nich wszelkie depozyta; przez dwa tygodnie otwierano groby, przebijano mury kościołów, szukając skarbów, spustoszono i zniszczono moje pałace aż do niepoznania. Następnie kazał zniszczyć me wsie i miasta, nie oszczędzając mych przyjaciół i powinnych.

Na takim to tle odbywał się pozbawiony politycznego i strategicznego sensu „mijany taniec obu królów” po ziemiach Rzeczypospolitej. Konsekwentnie przez cały ten czas działała tylko Rosja. Pierwsze jej posiłki, przyprowadzone przez księcia Golicyna, powitał król August w Sieniawie już 6 sierpnia 1704 roku.

Był to wszystko – zapisano ówcześnie – żołnierz dzielny i silny, umundurowany zewnętrznie bardzo dobrze, przybrany w barwy szare z niebieskimi wyłogami, białe i czerwone [...] zaopatrzony aż do ostatniego człowieka w należytą, dobrą broń...

Zbliżała się czwarta rocznica pogromu narewskiego, ogromne carstwo już zdążyło uruchomić i wyprawić w pole część swych nieprzebranych ludzkich oraz materialnych zasobów. A jednak nie mogło jeszcze na dobre ruszyć ku zachodowi, Szwedzi w Inflantach bili się wciąż zażarcie, generał Lövenhaupt zdołał pokonać pod Murmizą Szeremietiewa. Dopiero 4 września 1705 roku ostatecznie padła Mitawa. Przymorski teatr wojenny zeszedł od tej pory na plan drugi.

Sam Piotr Wielki wyjaśnił powody niepojętego zaślepienia Szwedów, którzy po prostu odwrócili się plecami do spraw najważniejszych. „Przed ich oczami stała góra pychy” – napisał do jednego z podwładnych.

Nienawiść, lekceważenie i pogarda – wyłącznie te trzy tony składały się na sentyment Karola XII względem Rosji. Król kiwał palcem w bucie na raporty o carskich zwycięstwach, pracach, budowie miast i twierdz. Będziemy mieli co zabierać – pocieszał strapionych doradców – on tych grodów do siebie przecież nie przeniesie... Piotr umundurował swych żołnierzy na niemiecki ład, trudno było zatem posegregować jeńców, wziętych przez Szwedów w pewnej bitwie. Karol rozkazał więc Sasom wypchnąć spomiędzy siebie Rosjan. Zdradzonych przez towarzyszy broni pomordowano na miejscu.

4 października 1705 roku arcybiskup lwowski Konstanty Zieliński dopełnił w Warszawie na małżonkach Leszczyńskich ceremonii, nazwanej koronacją. Wcale to nie podniosło powagi antykróla, nadal płaszczącego się przed szwedzkim protektorem, w dodatku mdłe uroczystości stołeczne całkiem wkrótce zagłuszyła pompa, jaką otoczono spotkanie Augusta z Piotrem w Tykocinie. Doszło do niego u schyłku tegoż miesiąca. Dwaj monarchowie przybyli jednak na Podlasie w sposób bardzo różny. Piotr wkroczył tryumfalnie, uwieńczony świeżą sławą zdobywcy Mitawy, August przekradł się potajemnie przez Gdańsk i Królewiec. W listopadzie zaczęła się tak zwana rada grodzieńska, która doprowadziła do potwierdzenia traktatu narewskiego na warunkach jeszcze mocniej podporządkowujących Rzeczpospolitą Rosji.

Mieszkańców Grodna oraz licznie zgromadzonych dostojników zadziwiało postępowanie cara. Piotr zjawił się w farze w dniu św. Stanisława Kostki, wysłuchał nabożeństwa, przykląkł podczas Podniesienia. Grzecznie traktował jezuitów, którzy urządzili na jego cześć festyn połączony z przedstawieniem. Ku pełnemu zaskoczeniu, a może i zgrozie ojców, dostojny gość sam objął nagle obowiązki reżysera i stanowczo zażądał, by na scenie pojawiły się diabły.

Już wcześniej, bo w czerwcu, Piotr po raz pierwszy osobiście wkroczył z wojskiem do Rzeczypospolitej. Nie był wtedy tak łaskawy, jak w Grodnie. Rozwścieczony i pijany pewnie, własnoręcznie zabił w Połocku rapierem przeora unickich bazylianów, czterech innych zakonników kazał okrutnie stracić, ciała ich powrzucać do Dźwiny, cerkiew zamknąć. Potem, nieprzystępny i groźny, siał w Wilnie postrach, okazywał łaskę tylko prawosławnym, ostentacyjnie odwiedzał wyłącznie ich świątynie. Wycofał się z Litwy na wieść o wygranej Lövenhaupta pod Murmizą, powrócił umitygowany. Nic niekosztujące uprzejmości grodzieńskie miały zatrzeć fatalne wspomnienie Połocka.

August II wysilił się wtedy w Grodnie na gest majestatyczny, który wśród innych okoliczności przyniósłby na pewno pożytek, pozwalając monarsze wyzyskiwać pychę i snobizm najmożniejszych poddanych. Ustanowił Order Orła Białego. Początkowo był to czerwono emaliowany medal na błękitnej wstędze. Znacznie piękniejsza forma ośmiorożnego krzyża pojawiła się trochę później. Napis Pro fide, lege et rege od początku zdradzał monarchistyczne cele pomysłu. Oprócz dostojników polskich i litewskich w pierwszej kolejce otrzymali ów splendor: faworyt carski Aleksander Mieńszykow, hetman Iwan Mazepa i feldmarszałek rosyjski Jerzy de Ogilvy. Obaj hetmani litewscy, Wiśniowiecki i Ogiński, zażarcie współzawodniczyli o łaski Piotra, podstawiali sobie nawzajem nogi nader przemyślnie a bezwzględnie. Istnienie orderu nie mogło temu zapobiec, że car rozstrzygnął, czy hetman polny powinien słuchać wielkiego, czy też należy mu się godność bezpośredniego wasala Rosji.

Inny wielmoża litewski, Ludwik Pociej, rozpoczął wówczas z upoważnienia królewskiego produkcję pieniędzy tak lichych, że od umieszczonych na monetach inicjałów podskarbiego zaczęto je nazywać „L[udzki] P[łacz]”.

W styczniu 1706 roku Karol XII obległ Grodno, w którym nie było już jednak żadnego ze sprzymierzonych pomazańców. Bronił miasta feldmarszałek de Ogilvy. Szwed nadciągnął forsownymi marszami, wśród trzaskających mrozów nie uznawał innej kwatery niż szałas. Wojna zdawała się zdecydowanie przenosić na wschód. Ogilvy, któremu nikt nie odważył się przyjść z odsieczą, straciwszy połowę wojska, zdołał przerzucić most i ujść na brzeg lewy, topiąc w Niemnie wszystkie tabory i całą artylerię. Śladem Rosjan pognał w kierunku na Brześć Karol XII. W maju zdobył i spalił zamek nieświeski, zniszczył resztki miasta, zabawiał się innymi tego rodzaju operacjami. Nadal mniemał, że może swobodnie szafować czasem.

W 1706 roku zrobił nareszcie to, co człowiek nieco bardziej przytomny uczyniłby już dawno i co Leszczyński jął zalecać natychmiast po swej „koronacji”. Bez ceremonii gwałcąc neutralność cesarskiego Śląska, 1 września Szwedzi wtargnęli do Saksonii. Ta kampania miała przebieg błyskawiczny. 24 września pełnomocnicy Karola i Leszczyńskiego zawarli z dyplomatami saskimi traktat altransztadzki. Warunki były tak niezwykłe, że Europa zaniemówiła z wrażenia. August Mocny wyrzekał się korony polskiej na rzecz Stanisława, solennie obiecywał nigdy się o nią nie ubiegać, kasował wszystkie postanowienia wydane od czasu wkroczenia Szwedów do Rzeczypospolitej. Brał na siebie obowiązek popierania w Saksonii i Rzeszy protestantyzmu. Uwalniał ponadto więźniów i wydawał w ręce szwedzkie Patkula, piastującego wtedy godność pełnomocnego ministra cara Piotra.

Trzeba koniecznie wspomnieć, że już w sierpniu – na pierwszą wieść o szwedzkich zakusach na Saksonię – przebywający wówczas w Nowogródku August II natychmiast wyznaczył pełnomocników i wysłał ich w drogę. To oni właśnie podpisali dokument altransztadzki, a przecież Karol mógł pójść na Drezno o dwa, nawet o trzy lata wcześniej. Poszedł w inną stronę – na Lwów. Opis tej wojny nastręcza duże trudności literackie, a to ze względu na jej bezsensowność.

10 października 1707 roku Jan Reinhold Patkul został stracony na łące obok miasteczka Kazimierz w Wielkopolsce. Skazano go na torturę koła. Polegała ona na tym, że najpierw kruszyło się człowiekowi kości, potem zaś pogruchotane, lecz żywe wciąż ciało umieszczało na kole, poziomo osadzonym na słupie, lub wplatało w jego szprychy. Patkul zniósł podobno dziewiętnaście druzgoczących uderzeń i zdołał jeszcze dowlec się do pniaka, przeznaczonego dla innego delikwenta, charcząc: Kopf ab! Komenderujący na placu pułkownik Walden dał katowi znak przyzwalający. Miał później z tego powodu sporo przykrości. Wszystkie szczegóły egzekucji Patkula obmyślił zawczasu Karol XII osobiście.

Wolno poważnie wątpić, czy wieść o sposobie stracenia Inflantczyka wzbudziła w zachodnioeuropejskich dworach żal o to, co się stało poprzednio. Sukces Szweda w Saksonii był tak wielki, że zdawały się wracać czasy Gustawa Adolfa. Ciężka wojna o sukcesję hiszpańską trwała, obydwie strony pośpieszyły więc na wyprzódki zabiegać o łaskę tryumfatora. Cesarz, Francja, Anglia, Prusy, Hanower, Turcja słały posłów i... uznawały Stanisława Leszczyńskiego królem polskim. W Rzeczypospolitej zaczęli się do niego roztropnie przygarniać nawet tacy koryfeusze obozu sasko-rosyjskiego jak Michał Wiśniowiecki.

 

Nastała chwila osobliwa. Karol ani myślał mieszać się w sprawy Zachodu, najdostojniejszych jego przedstawicieli traktował z niezmiennym grubiaństwem. Ale mając przed sobą generalną rozprawę ze Wschodem, mógł naprawdę uspokoić Rzeczpospolitą, zyskać w niej bazę strategiczną. Niczego w tym kierunku nie zrobił. Zapowiadał, że zaprowadzi porządek, gdy powróci ze zwycięskiej wyprawy na Piotra.

Można było utwierdzić Leszczyńskiego na tronie, zwołując sejm „pacyfikacyjny”. Istniała inna jeszcze droga. Stanisław sam oświadczył był swego czasu, że przyjmuje wybór niejako w zastępstwie i zrezygnuje z korony, skoro tylko królewicze Sobiescy opuszczą więzienie saskie. Teraz jednak nie kwapił się do spełnienia obietnicy, zanadto rozsmakował w wysokim stanowisku. Wprawdzie musiał nadskakiwać Szwedom, żebrać nawet o grosz na utrzymanie, ale nie on pierwszy i nie ostatni za cenę poniżeń kupował sobie splendory, pozór władzy. Skupieni wokół Stanisława magnaci z obu dotychczasowych koterii nadal w najlepsze zawodzili tradycyjne tany, walczyli o stanowiska i wpływy. Sytuacja skomplikowała się nawet bardzo, bo przybyło kandydatów na awanse. Eks-stronnicy Augustowi nie przywdziewali włosiennic, wyciągali ręce po buławy i pieczęcie. Karol XII uważał za konieczne popierać Sapiehów, którzy od początku wzięli jego stronę, co naturalną koleją rzeczy zrażało świeżo nawróconych na orientację skandynawską.

Sponiewierany przez swoich i obcych obdarty kraj na gwałt potrzebował spokoju. Ostatnio także i Korona zapoznała się dokładnie z nowymi sprzymierzeńcami, którzy zdążyli zajść wcale daleko. W miesiąc po podpisaniu traktatu altransztadzkiego – nic o nim jeszcze nie wiedząc – Rosjanie, Sasi i Polacy wygrali bitwę pod Kaliszem. W roku następnym żołnierze carscy ujęli gdzieś w lesie pod Toruniem arcybiskupa Konstantego Zielińskiego i zabrali go ze sobą. Hierarcha, który ukoronował Leszczyńskiego, nie wrócił już do kraju, zmarł w Moskwie jako więzień.

Doświadczenie pouczyło zarówno szlachtę, jak lud, że wojownik carski wcale nie jest milszy od saskiego, szwedzkiego czy swojego. Stwierdzono tylko, że stanowczo najgorsi są pozostający na służbie Piotra oficerowie Niemcy. Rdzenni Rosjanie wykazywali nieco więcej „dyskrecji”. Zgrozę wzbudzały za to wyczyny nieregularnej kawalerii,

ludzi praw boskich i ludzkich nieznających [...] ci w aparaty [kościelne] się obłóczyli, z kielichów pili, okrutne morderstwa czynili, księży, szlachtę, ludzi gminnych piekli, zabijali, białogłowom publicznie w obliczu wojska gwałty czynili, skąd umierać musiały [...] Przyszli z dalekich stron ci Kałmucy, bo oni siedzą w Azyi z tamtej strony Wołgi, niedaleko brzegów Kaspijskiego Morza. Strój ich taki jako i inszych Tatarów, tylko że głów nie golą, lecz warkocze długie jak kobiety noszą; broń mają, szable, łuki, dzidy z płaskimi jak rydliki żeleźcami, nie z kończystymi, także i u strzał mają żeleźca na cztery palce szerokie. Szła ta nawałność kałmucka nazad, mimo Warszawę na Lublin, prowadząc z sobą wielbłądów wiele; znaczny był ich szlak, bo tam ani szyba cała w oknie nie została, ani najmniejszy gwóźdź w ścianie.

Politycznie osieroceni zwolennicy „Sasa”, którzy nie poszli do „Lasa”, znaleźli sobie ojca duchownego w osobie Piotra i utworzyli pierwsze w naszych dziejach stronnictwo rosyjskie. Car uznał, że w Rzeczypospolitej nastało bezkrólewie, czekano więc właściwie, kogo on wyznaczy na monarchę, sabotując, co prawda, projekt nowej elekcji, ile się tylko dało. Pertraktowano z samodzierżcą w Żółkwi, we Lwowie i w Lublinie, wypraszano rozmaite ulgi i dotacje, aż w końcu wszystkie poważniejsze osobistości stronnictwa znalazły się na żołdzie rosyjskim. Józef Feldman powiada, że ludzie ci w ogóle nie mieli programu, uchwycili się poły carskiej, aby pozostać na powierzchni, przy znaczeniu i dochodach. Wielkie dostojeństwa Rzeczypospolitej skupiały się w cieniu Piotra! Nowy po śmierci Radziejowskiego prymas – Stanisław Szembek, brat jego, podskarbi koronny Jan, dwaj hetmani polscy – Sieniawski i Rzewuski – oraz jeden litewski, mianowicie Ogiński (hetman wielki, Wiśniowiecki, próbował właśnie zrobić karierę przy Szwedzie).

W gruncie rzeczy mężowie owi gotowi byli uznać Leszczyńskiego, lecz wszyscy razem, jako grupa, za cenę zachowania stanowisk. To było niemożliwe, bo obóz „stanisławowczyków” nie chciał słuchać o wyrzeczeniach. Piotr I także jak najchętniej pogodziłby się z Karolem i machnął ręką na całą Rzeczpospolitą. Ale tym razem stał na przeszkodzie szkopuł bardzo poważny. Car nawet nie myślał o oddaniu Inflant, Ingrii, Sankt Petersburga.

Nie zabrakło czasu na komeraże, układy i knowania. Po kapitulacji Augusta Karol obdarzył się dłuższym odpoczynkiem, przez dwanaście miesięcy nic nie robił. Dopiero we wrześniu 1707 roku zwinął obóz w Saksonii i poszedł na wschód (w opisany już sposób kończąc po drodze sprawę Patkula). Piotr zaniechał planów obrony Wisły, ruszył w kierunku własnych pieleszy, pilnie dbając o to, by przeciwnik nie miał się czym pożywić w zajmowanych ziemiach ani gdzie głowy przed deszczem schronić.

Wienczannyj sławoj biezpoleznoj,

Otważnyj Karł skolził nad biezdnoj.

On szoł na driewniuju Moskwu...

Na samym początku tej długiej drogi mógł się rzeczywiście pośliznąć w sposób ostateczny, a wyłącznie z własnej winy. W Puszczy Kurpiowskiej znowu popisał się jednym z tych nieprzytomnych wyczynów, które od początku skłaniały historyków do wzruszania ramionami. Wszyscy nasi Kozietulscy to flegmatyczni, chwalebnie oględni ludzie przy tym wikingu.

Kurpie stawiali wówczas opór zbrojny każdemu, kto tylko właził w ich lasy. Studium Wiesława Majewskiego (opublikowane w „Kwartalniku Historycznym” w roku 1959) opowiada, jak sobie mężnie strzelali i do Szwedów okrutnego pułkownika Claesa Bonde, i do Rosjan kniazia Mieńszykowa. Karol XII obrał szlak właśnie przez puszczę, na Myszyniec. Doznał paru przygód, zanim go spalił. W nocy 21 czy też 22 stycznia strzelcy kurpiowscy wtargnęli do Brodowych Łąk, gdzie nocował. Na dalszy przebieg wojny nie wpłynęli, bo udało im się zabić tylko konia królewskiego i pewną ilość gemajnów. 23 stycznia kolumna szwedzka natknęła się na rzecz w wojnie partyzanckiej niezwykłą, na umocnioną pozycję Kurpiów pod Kopańskim Mostem. Marsz został wstrzymany, stu spieszonych dragonów poszło nocą w obchód. Dowództwo drobnego oddziałku, idącego po ciemku w nieznane, obsadzone przez świetnych strzelców, bagna i knieje, objął sam wódz naczelny, król.

Schwytanych Kurpiów tracono. Niekiedy zmuszano ich, by wieszali jedni drugich.

Na wiadomość o pojawieniu się podjazdów szwedzkich Piotr I i Mieńszykow 6 lutego 1708 roku opuścili Grodno, pozostawiając w nim załogę. W nocy Karol osobiście poprowadził na most szarżę kawaleryjską i zdobył miasto. Zaraz potem nagły wypad rosyjski omal nie wziął go do niewoli. W tym samym jeszcze miesiącu pociągnął król do Smorgoń, skąd w marcu przeniósł się do Radoszkowic i rozbił w nich namioty aż do czerwca. Dzieje wielkiej wojny północnej weszły teraz w fazę całkiem nową, po dziś dzień pod wielu względami tajemniczą. W Smorgoniach i Radoszkowicach Karol XII i Stanisław Leszczyński w największej skrytości pertraktowali z wysłannikami hetmana Mazepy.

Cerkiew państwowa wyklęła tego człowieka (Puszkin: „Zabyt Maziepa z dawnich por; lisz w torżestwujuszczej swjatynie raz w god anafiemoj do nynie grozja, griemit o niom sobor”). Ze strony historyków rosyjskich często pada słowo „zdrajca”, polscy lubią mówić „awanturnik”. Kto chce spokojnie potraktować nabolałą sprawę, ten winien zacząć od prawdy podstawowej. W danym wypadku polegać to musi na przypomnieniu tezy, głoszonej w tomach poprzednich: Ukraina nie po to istnieje na świecie, by podlegać Polsce czy Rosji.

V

Iwan (Joann, Joannes) Mazepa Kołodyński był rodowitym Ukraińcem, szlachcicem herbu Kurcz, co zdawałoby się wskazywać na pokrewieństwo z kniaziami Kurcewiczami. Przyszedł na świat w Mazepińcach w powiecie białocerkiewskim, wyznawał prawosławie. Genealogia – słowem – bez zarzutu. Nie da się go żadną miarą przemianować na Lacha. Za młodu naprawdę doznał przygody, którą tak rozsławił Juliusz Słowacki. Heroiną romansu była jednak nie wojewodzina żadna, lecz pani Falbowska, ziemianka z Wołynia. Skrzywdzony małżonek pojmał uwodziciela, obnażonego kazał przywiązać do grzbietu końskiego twarzą do ogona, po czym biciem i wystrzałami zbiesiwszy rumaka, pognał go na wertepy zarosłe ciernistymi krzakami. Zabierając się z kolei do karcenia niewiernej, pan Falbowski umocował sobie u kolan rajtarskie ostrogi. O oburzeniu opinii publicznej nic nie słychać.

Aż do późnego wieku cieszył się Mazepa zazdrości godnym powodzeniem u kobiet. Puszkin wcale nie zmyślił postaci jego młodziutkiej kochanki, córki Wasyla Koczubeja. Zmienił tylko jej imię, z Motrii zrobił Marię. Oskarżając hetmana przed carem o zbrodnie polityczne, posłał również Koczubej do Moskwy niezbity dowód niemoralności – korespondencję miłosną siedemdziesięcioletniego adonisa. Układy w Smorgoniach i Radoszkowicach stanowiły finał od dawna uprawianych konszachtów, w których pośredniczyła dama wielkiej krwi i urody, czterdziestoletnia przeszło wdowa, księżna Anna z Chodorowskich Dolska, primo voto Wiśniowiecka, matka obydwu wspomnianych już książąt, Janusza i Michała Serwacego – ciotka antykróla Stanisława, od roku 1705 znajoma i powierniczka Mazepy. Polityka polityką... Opowiadano w Polsce i na Ukrainie, że owdowiały hetman chce pójść przed ołtarz z „boginiom raczej niż ludziom podobną” księżną.

Powodzenie u kobiet... Znacznie większym dziwem było, że Mazepa umiał politycznie zauraczać mężczyzn. I to jakich! Piotr Wielki, Aleksander Mieńszykow, książę Teodor Juriewicz Romodanowski – straszliwy okrutnik i tyran, przed którym truchlało carstwo (ubrany zawsze po staromoskiewsku, po tatarsku lub po polsku) – wszyscy oni ufali panu Iwanowi bez zastrzeżeń, nie przeczuli i nie wywęszyli niczego. Tajne doniesienia na Mazepę odrzucano, oskarżycieli systematycznie wydawano na ukaranie jemu właśnie. Taki skutek przyniósł przecież i ostatni, wsławiony przez Puszkina „donos na gietmana, złodieja, cariu Pietru od Koczubieja”.

Paź królewski, później podczaszy czernihowski, przez długi czas wiernie służył Janowi Kazimierzowi, posłował do hetmanów kozackich. Zerwał w końcu z Warszawą, stanął przy Piotrze Doroszeńce, z jego ramienia jeździł do Turcji. Wpadł wtedy w ręce chadzających własnymi szlakami Zaporożców i omal źle nie skończył. W darze dla chana Tatarów wiózł bowiem kilku niewolników, Ukraińców. Wydany zwierzchnikowi lewobrzeża Dnieprowego, Samojłowiczowi, w dwa dni skaptował go sobie, potem dokazał identycznej sztuki w Moskwie i ocalił głowę. Hetmanem został w roku 1687, kiedy odpowiedzialność za niepowodzenie krymskiej wyprawy Wasyla Golicyna zwalono na tegoż Iwana Samojłowicza. Mazepa odwdzięczył się faworytowi carówny za awans. Golicyn zarobił dziesięć tysięcy rubli.

Stolicą kozackich hetmanów lewobrzeża był wtedy Baturyn, położony nad rzeką Sejm.

Cerkiew rosyjska wyklinała Mazepę aż do roku 1917. W soborze prawosławnym przy Grobie Pańskim w Jerozolimie modlą się za niego pewnie po dziś dzień. Świątynia owa przechowuje iście królewski jego dar, świetną płaskorzeźbę srebrną, na której widnieją dwa napisy: cerkiewnosłowiański i łaciński. Hetman wcale nie odgradzał swej ojczyzny od wpływów kulturalnych Zachodu. Sam nimi nasiąkł, podobno aż w Holandii, zresztą w jego rodzinie musiały one należeć do tradycji. W. Bidnow, autor studium o Marii Magdalenie Mazepinie, opublikował facsimile jej podpisu. Okazuje się, że matka Iwana, która po owdowieniu została przeoryszą prawosławną, podpisywała się po polsku. W tym samym języku słudzy hetmana drukowali w Rzeczypospolitej panegiryki ku jego czci. Wydana niedawno książka Ryszarda Łużnego obszernie opowiada o profesorach Akademii Kijowskiej, wtedy i aż do połowy XVIII wieku posługujących się polszczyzną jako językiem wykładów uniwersyteckich i twórczości literackiej, cytuje ich wiersze. Nadwiślanie ówcześni nie pisywali lepiej. Za czasów Iwana Mazepy właśnie i jego staraniem kolegium kijowskie uzyskało stopień Akademii, zatwierdzony przez cara Piotra. W wielu miastach Ukrainy, przede wszystkim w jej historycznej stolicy, lecz także i na Siczy, stanęły wtedy nowe, monumentalne sobory. W ich architekturze znawcy dopatrują się zarówno wierności wobec tradycji dawnego budownictwa drewnianego, jak i wpływów baroku. Wznoszono te świątynie często sumptem, a z reguły przy poparciu hetmana, który uprawiał wszechstronny mecenat, opiekował się całą kulturą. Jakże miało być inaczej z człowiekiem, który pisywał nie tylko piękne, liryzmem przepojone listy do lubych, lecz również i wiersze, podobno nawet komponował melodie do nich. Niektóre z jego pieśni „trafiły pod strzechy”.

 

Dla ugłaskania nowatorskiego cara Mazepa ubierał się czasem w kaftan niemiecki. Ale Kozacy nie przyjęli nadesłanego z Moskwy umundurowania. Woleli tradycyjne szarawary niż pludry. Szczegół tylko z pozoru zabawny. Mazepińska Ukraina otwarta była dla wpływów zagranicy, lecz wroga tendencjom niwelacyjnym.

Dwadzieścia lat przeszło trwało hetmaństwo człowieka, który na pewno zostałby powszechnie uznany za bardzo wybitnego męża stanu, gdyby należał do mniej nieszczęśliwego narodu. Z samych skarg na Mazepę, z wysuwanych przeciwko niemu zarzutów wynika całkiem jasno, że wytrwale zmierzał on do stworzenia i umocnienia nowej elity ziemiańskiej na Ukrainie. Dawna arystokracja ruska – Ostrogscy, Wiśniowieccy, Tyszkiewiczowie, Zasławscy, Zbarascy – od dawna poszła w Lachy. Teraz ze starszyzny kozackiej i szlachty miejscowej wyrastała świeża warstwa kierownicza, feudalna oczywiście i herbowa. Żywił ją swą pracą chłop ukraiński, wielu wolnych dawniej, szeregowych Kozaków znalazło się wśród przypisanych do gleby, musiało wychodzić z pługiem „na pańskie”. Szydercy mają po części rację, romantyka „starowieku kozackiego” wygląda mniej pociągająco, gdy się niedyskretnie poszpera w kwestiach socjalnych. Niejednego mołojca skłoniła do posłuszeństwa nędza, jeśli nie puha, czyli nahaj po prostu. Sporo jednak faryzejstwa w wywodach mężów uczonych, którzy tak formułują oskarżenia, jakby mazepińska Ukraina stanowiła niechlubny wyjątek, carska Rosja natomiast i polsko-litewska Rzeczpospolita reprezentowały ideał gminowładztwa i nigdy nie słyszały o pańszczyźnie.

Ukraina ówczesna doganiała inne nacje, wypełniała wyrwę, jaką w jej substancji narodowej zdziałały wpływy kultury polskiej. Tworzyła czynnik społeczny, którego brak tak bardzo jej samej dotychczas szkodził – ustabilizowaną gospodarczo, zasobną elitę. Dostatki hetmana i starszyzny nie pochodziły już z łupu zdobytego na Lachach czy też na Morzu Czarnym. Płynęły teraz z tych samych źródeł, które zasilały fortuny Koniecpolskich albo Potockich. Zboże naddnieprzańskie trafiało i do Gdańska, i do Królewca. Program niezawisłości politycznej zyskiwał w tych warunkach solidniejsze niż dawniej oparcie natury społecznej i materialnej. Odruchowe dążenie chłopa do wypędzenia wszystkich panów to zbyt sypka baza.

Mikołaj Kostomarow zauważył trafnie, że ze wszystkich hetmanów kozackich, jacy rządzili po Chmielnickim, jeden tylko Piotr Doroszeńko umarł we własnym łożu (lecz i on – dodajmy – na obczyźnie, pozbawiony buławy). Wyhowskiego rozstrzelali Polacy, Mnohohriszny został uwięziony na podstawie donosu, poddany w Moskwie torturze knuta, skazany, ułaskawiony już na szafocie i zesłany wraz z rodziną na Syberię. Niewesoło wyglądały dzieje Ukrainy, przyszłość zarysowywała się mrocznie. Niwelacyjne dążenia carskie trwożyły (i nie bez racji, której dowodzi postępowanie Piotra wobec suwerennej przecież, sprzymierzonej tylko Rzeczypospolitej; polityka polega między innymi na sztuce przewidywania). Mazepa obawiał się zniesienia samej instytucji hetmaństwa. Całe wojsko kozackie było już poddane zwierzchnictwu Aleksandra Mieńszykowa. Szyfrowane listy Anny Dolskiej ostrzegały przed zachłannością faworyta carskiego. Wiadomości czerpała księżna z dobrego źródła, miała je od Borysa Szeremietiewa.

Wiem bardzo dobrze, co oni o was i o mnie zamyślają – powiedział raz Mazepa do swoich – chcą mnie ukontentować tytułem książęcym, a hetmaństwo wziąć, całą starszyznę sami wybrać, miasta zagarnąć pod swą władzę i ustanowić w nich gubernatorów; a w razie sprzeciwu za Wołgę wygnać i swoimi ludźmi zasiedlić Ukrainę.

Piotr wojował z Karolem XII, który doszedł aż do Lwowa, na razie. Współdziałanie Ukrainy ze Szwecją rozpoczął był Bohdan Chmielnicki. Wcale nie pohamowała go przysięga niedługo przedtem złożona carowi Aleksemu w Perejasławiu. Iwan Mazepa nie stworzył nowej koncepcji politycznej, wznowił tradycyjną.

Bardzo mało wiemy o warunkach omawianych podczas tajnych pertraktacji, w których pośredniczyła piękna księżna i pewni zakonnicy katoliccy. Tylko trzy rzeczy wolno uznać za absolutnie pewne. Przede wszystkim wrogość Mazepy wobec istniejącej granicy państwowej. Podział kraju, narzucony przez rozejm andruszowski oraz traktat Grzymułtowskiego, był od początku znienawidzony na Ukrainie. Podczas dotychczasowej kampanii wojsko kozackie wraz ze swym hetmanem na rozkaz Piotra trzykrotnie wyprawiało się daleko w głąb Rzeczypospolitej. Latem 1705 roku doszło aż do Rawy Ruskiej i Zamościa. Już wtedy postępowanie Mazepy zdradzało zamiar scalenia Ukrainy. Drugi pewnik polega na tym, że baturyński statysta wcale sobie nie życzył pochodu Karola XII nad Dniepr, trzeci zaś dotyczy prawdy oczywistej: program wcielenia Ukrainy do Polski w ogóle nie istniał. Rozprawiali o nim przeważnie tacy, co za wszelką cenę pragnęli ogłosić Mazepę nie tylko odstępcą, lecz i karierowiczem.

Piotr Wielki też go za takiego przedstawiał, lecz w decydującej chwili, przemawiając do wojska, postawił kwestię jasno. Oświadczył, że król Karol i samozwaniec Leszczyński poprzysięgli oderwać od Rosji „narody małorosyjskie”, stworzyć osobne księstwo pod berłem wora izmiennika Mazepy, któremu podlegaliby Zaporożcy, Dońcy i wszystkie „rody kozackie” żyjące po tej stronie Wołgi. Niezbyt precyzyjnie określił tu car rolę Leszczyńskiego. Pertraktacje kozackie z nim jakby zdawały się zapowiadać wskrzeszenie unii hadziackiej. Zjednoczona Ukraina miałaby się połączyć nie z Polską, lecz z Rzecząpospolitą, by stanowić w jej granicach autonomiczną całość, równą Koronie i Litwie. Tak się przedstawiał program minimalny, wysuwany początkowo, gdy król szwedzki jeszcze się nie zaangażował. Cel o wiele bardziej pociągający określił później sam Mazepa. Przemawiając do Kozaków, wezwał ich, by wyzyskując czas sposobny, uczynili „naszą Ukrainę krajem wolnym i od nikogo niezależnym”. Jak widzimy, Piotr powtórzył później istotny sens tych słów, zmienił tylko ton i barwę.

Hetman i jego podwładni mieli przecież oczy otwarte, bywali w Rzeczypospolitej. Niepodległość na pewno bardziej im się uśmiechała niż związek z państwem tonącym w rozstroju. Żyli z pracy ukraińskiego chłopa, z czego bynajmniej jeszcze nie wynika, że pragnęli podzielić się jej owocami ze szlachtą polską i litewską, która nie omieszkałaby zgłosić pretensji do swych dziedzicznych a utraconych włości. Sławetny „polski stan posiadania na Ukrainie” był nam kamieniem u szyi i wtedy, i wcześniej, i znacznie później.

Karol XII wcale nie wybierał się na Ukrainę. Miał tam przyjść z pomocą Leszczyński, który na razie zawrócił z Radoszkowic do Polski. Późno, bo w czerwcu dopiero, wyczekawszy, aż drogi – czy raczej bezdroża – obeschną, Szwedzi ruszyli naprzód w trzydzieści sześć tysięcy rapierów i bagnetów. Król ich wytyczył sobie szlak w sto lat później obrany przez cesarza Napoleona: Smoleńsk–Możajsk–Moskwa. Rozstrzygnięcie nastąpić miało na Kremlu. Tron tamtejszy przeznaczył Karol carewiczowi Aleksemu, jeśliby wykazał należytą uległość. Podobno brany był również w rachubę Jakub Sobieski.