Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agoniiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stany Rzeczypospolitej i sztokholmska rada państwa były więc jednomyślne. Chciały pokoju między swymi państwami. Król szwedzki zapragnął, aby Warszawa kupiła ów pokój za cenę zrzeczenia się suwerenności. Bo przecież taki właśnie sens zawierała nieprzytomna epistoła Karola XII.

Obrażeni na swego monarchę Sapiehowie, hetman Kazimierz Jan i podskarbi Benedykt, przebywali w tym czasie w Tykocinie. W sierpniu napisali stamtąd do Karola list z prośbą o opiekę. We wrześniu oddziały szwedzkie wkroczyły na Żmudź, gdzie nie brakowało dóbr sapieżyńskich, w grudniu zajęły Kiejdany i Kowno. Granice Rzeczypospolitej zostały naruszone. 21 marca 1702 roku obaj Sapiehowie spotkali się Jurgenborku z Karolem XII, związując się na dobre z obozem szwedzkim.

W tych warunkach wszelkie plany reformy czy też monarchicznego zamachu stanu w Rzeczypospolitej straciły znaczenie, przestały się liczyć w praktyce. Skłócone partie litewskie zaczęły knuć i współdziałać z zagranicznymi potencjami. Dotychczasowe matactwa Augusta obróciły się teraz przeciwko niemu. Wspomnienie o Olkienikach, strach przed zemstą ze strony wroga domowego już nie tylko jątrzyły. Pchały gruntownie zdemoralizowanych ludzi do szukania pomocy szwedzkiej lub rosyjskiej. I jedna, i druga nastręczały się same. Głupcom się wydawało, że stoją do dyspozycji, cynicy udawali, że w to wierzą.

Rzeczpospolitą należało jakimkolwiek sposobem naprawić, ale to można było zrobić tylko wewnątrz szczelnie zamkniętych granic, bo nasza anarchia dogadzała sąsiadom. Prowokując wojnę, August zmusił państwo do samobójstwa. Ze skutków tej kampanii Rzeczpospolita już się nie wywinęła.

Skoro Sapiehowie poszli do Szwedów, to „ichmościowie” wystąpili, rzecz jasna, przeciwko nim. Wojownicy Karola wjechali do Kowna na karkach pobitej ruchawki Ogińskiego, do Wilna w pościgu za kniaziem Wiśniowieckim. Zajęli je bez boju 3 kwietnia 1702 roku, lecz czekała ich tam godna uwagi niespodzianka.

W samą Wielkanoc uderzyły na miasto od strony Śnipiszek litewskie chorągwie Ludwika Pocieja, a z przeciwległego krańca, przez Ostrą Bramę, wtargnął oddział Nowosielskiego. Niewiele te hufce wskórały, zostały wkrótce wyparte, tracąc działa, ale okazało się, że pospólstwo miejskie nie myśli o neutralności, sprzyja swoim. Gmin i akademicy wygnietli po ulicach i kwaterach wielu Skandynawów. „Dziesiątek pospolitego stanu obwieszono” za to, niemało poszło do więzienia, miasto zapłaciło ogromną kontrybucję, nie licząc już rabunku zwykłego.

Krzysztof Zawisza, który przed paru miesiącami egzekwował w Żołudku szwagra, bolał nad brakiem rozsądku u mieszkańców Wilna. Sam przymknął wkrótce do Szwedów, aczkolwiek poprzednio – w 1697 roku – jeździł był do Tarnowskich Gór witać Augusta, piastował laskę marszałka sejmu koronacyjnego.

Żądanie detronizacji nie byłoby niedorzecznością, gdyby zamieszkiwali państwo sami magnaci i posesjonaci grubego kalibru. Dla drobiazgu szlacheckiego, dla mieszczanina i chłopa August II nie był jednak kontrahentem, który dobrze zapłacił za wybór, a obiecał dać jeszcze więcej, lecz prawowitym, namaszczonym i ukoronowanym monarchą. Korupcja przeżarła w Rzeczypospolitej same wierzchołki struktury społecznej, co stało niżej, to było ciemne, religijnie sfanatyzowane, przeważnie apatyczne, lecz wcale nie zdradzieckie.

Karol rzucił owo żądanie detronizacji i natychmiast, nie czekając właściwie na odpowiedź, wbrew prośbom i zaklęciom Sztokholmu, ruszył w głąb bardzo rozległej Rzeczypospolitej szukać sławy rozdawcy koron. Odwrócił się do Piotra plecami na lat siedem.

Rozpoczął dziewiętnasty rok życia, to znaczy już trochę przekroczył szczyt swego rozwoju umysłowego. Na razie zachował dość rozsądku, by zostawić w Inflantach znaczne siły. W niedalekiej przyszłości miał oddać pod sąd oficera, który, prowadząc posiłki z Finlandii do Saksonii, odstąpił po drodze nieco ludzi znajdującym się w rozpaczliwym położeniu garnizonom szwedzkim nad Bałtykiem.

24 maja 1702 roku Szwedzi zajęli Warszawę, 19 lipca pobili wojsko Augusta pod Kliszowem. 7 sierpnia weszli do Krakowa. Wystarczyło kilku miesięcy, by rozwiała się ta groźna sława wojenna, jaką pozostawił po sobie w spadku Jan III. I polskie, i litewskie chorągwie biły się źle, uciekały, bywały i takie, co na placu boju przechodziły do nieprzyjaciela. Wojna, narzucona krajowi wbrew jego woli i potrzebom, miała przebieg haniebnie logiczny. Państwo, które bojując przez cały wiek XVII, zdobywało się na heroiczne wysiłki, było naprawdę wyczerpane. Objawy kryzysu zaczęły zresztą występować już w schyłkowym okresie rządów króla Jana, po Wiedniu. Zawodnika, gwałtem wymagającego kuracji, podstępnie wypchnięto na ring.

Jakiś skromniutki kronikarz napisał wtedy: „Wszystka Polska mówiła niemal, że dla kollizji litewskiej ginie”. Potwierdził i pogłębił tę diagnozę pyszny starosta miński, orzekając: „Litwa sama przez swoich ginie”.

Zamieszanie wielkie na Litwie – czytamy w pamiętniku Zawiszy. – Republikanci czy rebellizanci rabują sapieżyńskie dobra i przyjaciół. Hetman wzajemnie tamtych partyzantów niszczy.

W spustoszonym kraju zaczynał się głód, ludzie ginęli jak muchy. Mordował, kto chciał i jak mu się podobało. Nie warto nawet wspominać o chłopie, mieszczaninie albo i zwyczajnym szlachcicu. Chorąży żmudzki Kazimierz Zaranek Horbowski ujął w Towianach i rozstrzelał Jana Krzysztofa Paca, podkomorzego Wielkiego Księstwa! Stryj ofiary, hetman litewski, trząsł był całą swą ojczyzną, uprawiał samodzielną politykę, skutecznie podstawiał nogę Janowi III...

Okropności te wcale jeszcze nie były rzeczą najgorszą. Zawisza informuje nas zdawkowo, że „republikanci pobrali pieniądze u Moskwy, zaprzedawszy dobra białoruskie pp. Sapiehów”. Badania Józefa Feldmana wyjaśniły sprawę o wiele gruntowniej. Okazało się, że w grę wchodziły nie tylko łapówki, a „zaprzedanie dóbr” to określenie niewłaściwe, zbyt łagodne.

Po Olkienikach przeciwnicy Sapiehów zaczęli występować jako „rzeczpospolita litewska”. Kanonik Białłozor został jej oficjalnym niejako przedstawicielem – „rezydentem” – przy królu Auguście II, a w roku 1702 wysłany został w tym samym charakterze do cara Piotra. Zanim przeminęła wiosna, zawarto w siole Preobrażeńskim pierwszy układ z Moskwą, po którym nastąpiły inne. Nie oglądając się na Koronę, ledwie o niej wspomniawszy w tekście traktatu, Wielkie Księstwo Litewskie oddawało się pod faktyczny protektorat cara. Miało otrzymać posiłki zbrojne i dziesiątki tysięcy rubli zapomóg bezzwrotnych. Godziło się wpuścić na swe ziemie regularne wojsko rosyjskie, odstępowało mu Druję jako główny punkt postoju i bazę operacyjną. Taki oto sens polityczny mieścił się w fakcie „zaprzedania dóbr białoruskich”.

Trzytysięczna, w połowie przez Żydów zamieszkana Druja należała do Sapiehów. Dokumenty, które wystawiał jej magistrat, tytułowały zawsze dziedzica „Panem naszym Miłościwym”. Teraz rozgościł się tu Hrehory Ogiński. Pod jego „komendę” – car Piotr umiał dbać o pozory, gdy było potrzeba – przeszły trzy pułki piechoty rosyjskiej. Od południowego wschodu wkroczyło wkrótce na Litwę dwanaście tysięcy Kozaków mazepińskich.

Dokonany został fakt polityczny wagi niezwykłej. „Rzeczpospolita litewska”, której językiem urzędowym była polszczyzna, bez ceremonii naruszyła postanowienia unii lubelskiej, można twierdzić, że unicestwiła ją doraźnie. Działając zupełnie samodzielnie, oddała się pod rękę carską. Przyjechał na Litwę osobny przedstawiciel Kremla, Paweł Nikiforowicz Potowcew, urzędnik niskiego stopnia zresztą. Tajny punkt jego instrukcji nakazywał przygotowywać trwałe złączenie Wielkiego Księstwa z Rosją. Miejscowych magnatów oczekiwałaby świetlana przyszłość: „Jeśli zapragną, Carskie Wieliczestwo uczyni ich takimi, jak Sapiehowie [...] wolności ich i przywilejów nie tylko Jego Wieliczestwo nie umniejszy, lecz nieskończenie pomnoży” – przytacza Józef Feldman słowa owej instrukcji, w XIX wieku ogłoszonej drukiem przez historyków rosyjskich.

Potowcew miał zabierać się do urzeczywistnienia tego planu nie inaczej niż na osobny rozkaz carski. Na razie – to znaczy w czerwcu 1702 roku – zwrócił się Piotr w specjalnym orędziu do gminu litewskiego: „burmistrzów, rajców, ławników, mieszczan i wszego pospólstwa”. Zapraszał do przesiedlania w głąb państwa rosyjskiego, obiecywał rozmaite dobrodziejstwa.

Przed trzystu z górą laty wielcy książęta litewscy zdecydowali się na unię z Polską, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo ze strony zarówno Malborka, jak Moskwy. Sfederowane państwo odwróciło się stopniowo od Zachodu, we względzie politycznym zaniedbało najbardziej żywotne interesy polskie, by podtrzymywać coraz to groźniej trzeszczącą ścianę wschodnią. Przed półwieczem niespełna mieszkańcy uwolnionych od wojsk cara Aleksego miast litewskich witali Stefana Czarnieckiego okrzykami: „Zbawicielu nasz!”. A teraz oto – na samym początku XVIII stulecia – oligarchia litewska otwierała swój kraj państwu, które było dziedzicznym wrogiem Litwy. Sapiehowie, dotychczas stojący na samych szczytach tej oligarchii, już wcześniej pośpieszyli pod skrzydła Karola XII, zajmującego się właśnie nieludzkim pustoszeniem ziem i miast Korony.

Nie ma przesady w twierdzeniu, że Polska do unii przez cały czas dopłacała, i to grubo.

Na tle trzystu lat wspólnych dziejów wypadki roku 1702 to absurd wyjątkowo wyrazisty i tragiczny, a wynikły z ludzkiej obłędnej żądzy władzy, znaczenia i panowania. Żadne konieczności gospodarcze nie dyktowały Pacom i Sapiehom tej polityki, jaką uprawiali, doprowadzając w końcu Litwę do ideału anarchii. Jedną tylko logiczność da się może wyśledzić. Polskie swobody stanowe przeszczepione zostały na grunt litewski poniekąd sztucznie, zarządzeniami monarchów, nie były w Wielkim Księstwie wynikiem ewolucji stosunków miejscowych. Mariaż zaawansowanego importu z prymitywnym podglebiem zrodził zjawiska monstrualne. Te same zasady, które na zachód od Bugu stworzyły demokrację szlachecką, na wschód od niego pomogły wyrosnąć niebywale groźnej oligarchii. Litera i treść programu nie grają roli decydującej. Najważniejsze są okoliczności, materia historyczna, w której ideologia ma się realizować.

 

Rozważania dziejopisarskie odsłaniają jeden absurd ówczesny, upstrzona kolorowymi chorągiewkami mapa sztabowa mogłaby plastycznie ukazać drugi, odmiennej natury, lecz także ogromnie ważny dla Rzeczypospolitej i całej Europy.

Szwedzi wkroczyli do Warszawy i do Krakowa, Rosjanie zajęli Birże i Druję, skąd z biegiem Dźwiny można dopłynąć do Rygi. Już po upadku Krakowa Małopolanie zawiązali broniącą praw Augusta konfederację w Sandomierzu. Sprzyjająca Mocnemu rada senatu zbierała się niedługo potem w opuszczonej przez Szwedów Warszawie, w Toruniu i w Malborku. Nie było mowy o całkowitym podboju terytoriów Rzeczypospolitej. Karol XII operował na fantastycznie powyginanym, przerywanym, wygiętym na zachód i południe, a drążonym od wschodu froncie. Dalekie przedpole zasadniczych działań cara Piotra stało się teatrem wydarzeń ze wszech miar dla Rosji użytecznych. Za stopniowy wzrost jej potęgi Polska i Litwa płaciły własną krwią i ciałem.

III

Narwa była dla Rosji ciosem strasznym. W pierwszej chwili Piotr gotów był zawrzeć ze swym zwycięzcą pokój, którego brutalne warunki dość łatwo sobie wyobrazić. Kazimierz Waliszewski wymienia za Ustriałowem prośby o pośrednictwo, skierowane przez cara do Anglii, Holandii oraz do Wiednia.

Daremna fatyga! Karol XII miał przecież stale przy boku dyplomatę przyjaznego, lecz na próżno nastręczającego się z pośrednictwem. Był nim Francuz, hrabia de Guiscard, ten sam, co to skakał w słoną wodę pod Kopenhagą. Jego wyjaśnienie powodów niechęci Szweda do pokoju na którymkolwiek z frontów wydaje się nieprawdopodobne, ale jest prawdziwe: Karol „bał się, że mu zabraknie nieprzyjaciół”.

„Tak tjażkij młat drabia stiekło kujot bułat” – powiedział Aleksander Puszkin o skutkach klęski pod Narwą. Wielkie nieszczęścia – niesława własnej dezercji, klęska, gwizdy Europy – na dobre obudziły w Piotrze geniusza. Dotychczasowe próby unowocześnienia cesarstwa, tworzenie regimentów ubranych i wymusztrowanych na cudzoziemski ład, własnoręczne prace po stoczniach i odlewniach dział – to wszystko okazać się miało zaledwie przygrywką. Dopiero po Narwie Piotr ruszył w tym samym kierunku całą potęgą umysłu i woli, zmuszając poddanych do wysiłku, który o wiele przerósł nie tyle ich nadzieje, co najgorsze obawy. Po stłumieniu ostatniego buntu strzelców car trzymał państwo w garści tak, jak od czasów Iwana Groźnego nie bywało.

Korpus, który oblegał twierdzę narewską, liczył co najmniej trzydzieści kilka tysięcy ludzi, rozporządzał mnogą artylerią. Olbrzymia większość żołnierzy i oficerów mało co umiała, działa pękały, kładąc pokotem obsługę. Nie wiadomo, kto był bardziej głodny w dniu batalii – Szwedzi, którzy przymaszerowali z daleka, czy Rosjanie, od paru miesięcy stojący obozem w pobliżu własnych granic i wielkich miast. Intendentura carska działała niżej wszelkiej krytyki.

Piotr nie popełnił błędu, ocenił wszystko bardzo trafnie już wtedy, gdy w przededniu batalii postanowił opuścić swe wojsko, pozostawiając rozkazy niespójne, pisane na kolanie. Nic nie pomogłyby zresztą najmędrsze. Po klęsce rozpoczęła się wielka robota nad przygotowaniem sprawnego narzędzia decydującej rozprawy. Olbrzymie, w staroświecczyźnie drzemiące państwo otrzymało zadanie przygotowania wszystkiego, co było potrzebne armii, postawionej na poziomie czasów nowych. Należało stworzyć przemysł, leżące niemal na powierzchni ziemi rudy Uralu podnieść, dowieźć, przekuć w oręż. Dzwonów cerkiewnych okazało się za mało, aczkolwiek Piotr bynajmniej ich nie oszczędzał. Nie było w ogóle dla niego ceny zbyt wysokiej, kosztów przesadnych. Cierpienia ludzkie nie liczyły się wcale, dłonie monarchy nie różniły się wyglądem od dłoni kowala.

Jednego tylko car nie mógłby sam sobie zapewnić – czasu potrzebnego na wspomnianą wyżej pracę. To mało postanowić i nawet obmyślić heroiczny wysiłek, trzeba z nim jeszcze zdążyć. Czas otrzymał Piotr w prezencie od Karola XII. Siedem bezcennych lat!

W trzynaście miesięcy po Narwie, 1 stycznia 1702 roku, Borys Szeremietiew pobił pod Erestferem korpus generała Schlippenbacha. Wiele znaczący sygnał nie poskutkował, Karol poszedł do Wilna, na froncie inflanckim nastąpiła znowu długa cisza. Dopiero 17 lipca ci sami wyżsi wojskowi (Szeremietiew już w randze generał-feldmarszałka) starli się ze sobą znowu, ze skutkiem jeszcze pomyślniejszym dla Rosji. W dwa dni później Karol XII też odniósł znaczne zwycięstwo, lecz pod Kliszowem, który się znajduje w powiecie pińczowskim. Dziś jeszcze w pobliskim lesie zwanym Borek oglądać można trzy kopce, mogiły poległych w tej bitwie.

W październiku 1702 roku, niezwykle krwawym, dwanaście godzin trwającym szturmem wzięta została forteca Noteburg, dawny Orieszok książąt ruskich. Piotr nie wznowił jednak nazwy tradycyjnej. Zdobytą twierdzę, która leży tam, gdzie Newa wypływa z jeziora Ładoga, przechrzcił na Schlüsselburg. W kilka miesięcy później, 16 maja 1703 roku, na położonej niżej wysepce rzecznej rozpoczął budowę fortalicji, która stała się zaczątkiem miasta Sankt Petersburg. Wielki Rosjanin w sposób nie zawsze najlepszy wielbił cudzoziemszczyznę.

Zwycięstwa, odnoszone przez Rosjan w Inflantach oraz w Ingrii, oprócz zysków terytorialnych, sławy, okazji do szkolenia żołnierza i temu podobnych korzyści, przynosiły też pewien pożytek bardzo szczególnego rodzaju. Obszernie opowiada o nim Eugeniusz Tarle.

Piotr cenił artylerię. Zabawiając się „pociesznymi rotami” i walcząc później z Turkami pod Azowem, sam obsługiwał baterie i kazał się tytułować nie carem, lecz „panem bombardirem”. Po Narwie rozpoczął się w Rosji gwałtowny rozwój ludwisarstwa. W roku 1701 odlano dwieście siedemdziesiąt trzy działa, w następnym dalsze sto czterdzieści, później wysiłek nie słabł ani na chwilę. Noteburga broniło czterystu pięćdziesięciu żołnierzy szwedzkich i sto czterdzieści dwie armaty!

Trudno uwierzyć w prawdziwość tych niepodlegających zakwestionowaniu liczb. Szwedzi mieli więcej bodaj dział niż kanonierów. I w Noteburgu, i gdzie indziej wcale nie wszystkie puszki strzelały, gdyż znaczna ich część, być może większość nawet, stanowiła zapas bojowy. Kraj skandynawski obfitował w znakomite rudy, mógł więc sobie pozwolić na stworzenie gigantycznego arsenału, który teraz stopniowo, większymi lub mniejszymi partiami przechodził w ręce rosyjskie. Warto wybiec naprzód, ograniczając się zresztą do wzmianek o największych zdobyczach wojsk carskich podczas walk na przymorzu. Tak więc upadek Dorpatu przyniósł im sto czterdzieści dwie lufy rozmaitych kalibrów, Narwy i Iwangorodu – przeszło pięćset pięćdziesiąt dział i czterdzieści moździerzy. W Mitawie wzięto dwieście dziewięćdziesiąt armat zwykłych i pięćdziesiąt osiem stromotorowych. Za każdym razem zdobywano też odpowiednio wielki zapas pocisków. Proch carstwo moskiewskie wytwarzało samo, i to w znakomitym gatunku.

Rosjanie i Szwedzi walczyli nad Bałtykiem z jednakowym męstwem, lecz ci ostatni nie mogli liczyć na żadną pomoc ze strony swego króla, który z głównymi siłami „ugrzązł w Polsce” – jak się wyraził sam Piotr – i uganiał po niej w pościgu za łatwymi sukcesami.

Car robił, co leżało w jego mocy, by podtrzymać opór rozpaczliwie słabnącej Rzeczypospolitej. Słał pieniądze, posiłki, słowa zachęty. Nie zawahał się też przed udziałem w sprawie bardzo przykrej dla mimowolnej sojuszniczki. W roku 1702 Kozacy Paleja i Samusia podnieśli na prawobrzeżu Dnieprowym nowe powstanie, zajęli Białą Cerkiew, wycięli w Berdyczowie bankietujące akurat wojsko. Rzeczy przybrały od razu postać doskonale znaną od czasów Chmielnickiego i jeszcze dawniejszych. Do Kozaków przyłączyły się masy chłopstwa. „Ci buntownicy wielkie w Rusi morderstwa czynili nad szlachtą: ręce, nogi ucinali, gwałty pannom i paniom zacnym, rabunki kościołom, dworom, miastom wystrajali”. Oddziały Potockich i Lubomirskich po staremu wbijały przywódców na pale, rżnęły w pień załogi i ludność zdobywanych gródków, lecz wykazywały także swoiste umiarkowanie wobec chwytanych chłopów: „ale ich nie wycinano, nie chcąc sobie wsiów pustoszyć, panowie, tylko ich kazano znakować: urzynano każdemu lewe ucho; poznakowano ich tak na siedemdziesiąt tysięcy”.

Szlachta przypisywała nieszczęście machinacjom Augusta oraz cara Piotra. Drugie z tych oskarżeń było, zdaniem Józefa Feldmana, zupełnie słuszne. Pułkownik Samuś, który z czasem schronił się na lewy brzeg Dniepru, nie poniósł żadnej kary. Złożył też wówczas oświadczenie dość treściwe:

najpotężniejszemu panu i carowi moskiewskiemu, JWP hetmanowi Mazepie, całą duszą przysiągłem do śmierci nie opuszczać i służyć wiernie na służbie monarszeńskiej i regimentarskiej na wszystek naród prawowierny ukraiński [...] żeby od tego czasu Laszkowie z ojczyzn naszych ukraińskich ustępowali i więcej już na Ukrainie nie rozpościerali się.

Bolesne uderzenie jątrzyło Rzeczpospolitą i terroryzowało ją, lecz tym mocniej wiązało z Moskwą. Nie można było nawet marzyć o uspokojeniu rozruchu i odzyskaniu Białej Cerkwi bez pomocy rosyjskiej. W Birżach car wspomniał był senatorom o możliwości zwrócenia Kijowa, teraz zabezpieczał się przed podnoszeniem tego rodzaju żądań, umacniał się pośrednio na południowo-wschodnich kresach Korony.

To samo, lecz już wyłącznie na ukraiński rachunek, przezornie i po cichu czynił hetman Mazepa. W parę lat później usunął na bok współzawodnika. Oskarżył Paleja o spiski z Lubomirskimi, doprowadził do aresztowania go i zesłania wraz z rodziną na Sybir, do Tomska.

Gdy Palej z Samusiem i Iskrą wojowali nad Rosią, a chłopi już się „aż do Buga pobuntowali wszędy i gotowi byli iść do kupy, tylko przywódców czekali”, na województwo ruskie, na Sanok i Lwów szedł od północy jeden z najsroższych generałów szwedzkich, Magnus Stenbock. Otrzymał on od swego króla rozkaz wyciśnięcia z tamtych stron – co się tylko da – zasobów i uwolnienia jeńców szwedzkich strzeżonych przez wojska kwarciane. Zgromadzeni we Lwowie dostojnicy bez oporu przystali na te żądania, nie sięgnęli po oręż. Rzeczpospolita, szczególnie Korona, nadal marzyła o neutralności, rada senatu wysłała z Torunia do Karola propozycje pośrednictwa pokojowego. Sprzymierzeńcem Piotra był sam tylko August, jako elektor saski, ale i on wciąż jeszcze rozmyślał o zawarciu ugody. „Lecz to wszystko nic nie ważyło u Szwedów, bo w co inszego bili, to jest: aby króla Augusta detronizować”.

Stenbock łatwo wypełnił swe zadanie, zagroziwszy, że w razie sprzeciwu zniszczy województwo ruskie, paląc wszystko „od wsi do wsi”. Metodę tę stosowali wówczas Szwedzi niemal stale, zwłaszcza tam, gdzie był obecny ich król. Wyznaczali kontrybucję i natychmiast przystępowali do puszczania z dymem przedmieść czy przysiółków, co skutecznie zachęcało do posłuchu... Odpowiedzialności za to nie da się przerzucić na dalekich od anielstwa podkomendnych, bo Karol XII z rozbrajającą otwartością brał ją na siebie. Znane są jego rozkazy, przepisujące wspomniany sposób postępowania.

W Krakowie zebrano zaledwie osiem dział, bo pozostałe przezorni mieszczanie zakopali zawczasu. Zrabowano za to nawet odwieczne łańcuchy żelazne, poprzykuwane do kamienic narożnych, a służące do przegradzania ulic. W osiedlach, które nawiedziły regimenty szwedzkie, nie zostawiono mieszkańcom nic, ani kęsa chleba czy garści ziarna. Wojna była dzika, bezmyślna, bezplanowa. W powiatach sądeckim i bieckim najeźdźcy nie pokazali się wcale i ludzie mogli tam żyć. Inne powiaty Małopolski głodowały.

Gwałty szwedzkie, uparte żądanie detronizacji, przykład „rzeczypospolitej litewskiej”, już na dobre związanej przymierzem z Rosją, robiły swoje, szala zaczynała się przechylać, król zaś wahać. Latem 1703 roku sejm lubelski uchwalił mobilizację niemal pięćdziesięciotysięcznej armii i upoważnił Mocnego do zawierania aliansów. Niewątpliwa większość szlachty opowiadała się mimo wszystko za legalnym monarchą, najwięcej wrogów Sasa liczyła Wielkopolska. Tam też – w Środzie – powstał pierwszy związek przeciw niemu, przeniesiony niedługo potem do ponownie zdobytej przez Szwedów Warszawy, gdzie w lutym 1704 roku ogłoszono akt „konfederacji generalnej” i detronizacji Augusta II. Rozmaitych dostojników nie brakowało w stolicy, lecz rozstrzygał o wszystkim komendant garnizonu, pułkownik Arwid Horn.

Odpowiedź nastąpiła rychło. 28 lutego podjazd kawalerzystów saskich, poczynając sobie swobodnie na obcym, cesarskim terytorium, zatrzymał i uwięził Jakuba oraz Konstantego Sobieskich, którzy powędrowali na trzy lata pod klucz do twierdzy Koenigstein. Stało się to koło Czerwonej Karczmy, pomiędzy Wrocławiem a Oławą, która należała wtedy do starszego z królewiczów. Dwaj najpoważniejsi kandydaci do korony polskiej zostali więc unieszkodliwieni. Karol XII upatrzył sobie teraz mianowańca w osobie dwudziestosiedmioletniego wojewody poznańskiego, Stanisława Leszczyńskiego.

 

Dwaj młodzi ludzie zawarli znajomość w zajętym przez Szwedów Lidzbarku Warmińskim. Już grubo wcześniej biskupi uznali dostojne mury średniowieczne za mieszkanie przestarzałe i wznieśli nową rezydencję przed frontonem zamczyska, które nie przestało być jednak wielkim archiwum i muzeum sztuki. Sporo czasu zajęło zdobywcom wywiezienie tego wszystkiego transportem konnym. Zrabowane w całym kraju dostatki i skarby gromadzili Szwedzi w Poznaniu, skąd można je było spławiać Wartą do Kostrzyna i dalej Odrą aż do Szczecina. Nakazano w tym celu zburzyć wszystkie młyny, jazy, groble i temu podobne przeszkody na Warcie. W ten sposób najeźdźca wkraczał niejako w ślady sejmów Rzeczypospolitej, które przed „potopem” i wielką ruiną pilnie dbały o spławność rzek krajowych.

Leszczyński i Karol przylgnęli do siebie, jakby dla dowodu, że i w historii obowiązuje prawo fizyki o przyciąganiu się różnoimiennych ładunków elektrycznych. Wykształcony, dobrze wychowany, aż nazbyt giętki pan wojewoda spodobał się osobiście kanibalowi, który z nikim nie umiał dojść do ładu, uznawał tylko przemoc, obrażał lub nawet znieważał każdego rozmówcę, kochał mordowanie.

Mówimy „magnateria”, ani się nawet zastanawiając nad złożonością tego klanu. Leszczyńscy zaliczali się do bardzo wielkich panów w Polsce. Przyzwyczaili się z dawna dbać o swe własne splendory i dochody, przekupywać szlachtę umieli jak mało kto, hodowali tradycję podejrzanie bliskich stosunków z Brandenburgią, lecz dziedzicznie nawykli również do tolerancji i szerszych, nieprowincjonalnych horyzontów. Kultura była dla nich nie tylko ornamentem na tarczy herbowej. Kształcony na zagranicznych wojażach Stanisław nie był aż takim Ateńczykiem, za jakiego go podawali pochlebcy, ale na pewno nie napisałby o Kaplicy Sykstyńskiej: „malowana od sławnego malarza Archanioła Gabryiela”, ani o pałacu Belvedere: „jakoż dobrze nazwane, bo naprzód z niego w samych Freskatach kury liczyć może”. To był sposób wyrażania się właściwy panu staroście mińskiemu Zawiszy i jego jakże licznym kompanom, obcy panom Leszczyńskim. Józef Gierowski ustalił jako pewnik naukowy, że w tych czasach analfabetyzm wśród szlachty i możnych zastraszająco wzrastał, krzywa statystyczna szła w dół.

Obydwaj bohaterowie przysłowia „od Sasa do Lasa” sami dawali ogółowi piękny przykład. Stanisław Leszczyński po raz pierwszy wystąpił na szerszej widowni podczas uczty koronacyjnej Augusta II, jako świeżo mianowany podczaszy koronny. Wkrótce potem został wojewodą poznańskim, oczywiście z nominacji Sasa. Stał jednak blisko pewnych koncepcji, które nie mogły pozostać bez wpływu na jego późniejszą woltę, jemu samemu zaś posłużyć za teoretyczne usprawiedliwienie się. Ojciec Stanisława, zmarły w roku 1703 podskarbi koronny Rafał, natychmiast po pokoju karłowickim obmyślił był plan antyrosyjskiej koalicji, złożonej z Turcji, Rzeczypospolitej i Szwecji. Usiłował nawet działać w tym kierunku jako ambasador w Stambule, ale ze skutkiem już nam wiadomym.

12 lipca 1704 roku pułkownik Arwid Horn złożył doniosłe oświadczenie dziejotwórcze. Powiedział, że nie pójdzie spać, dopóki nowy król polski nie zostanie obrany. Gardła ośmiuset szlachciców zapewniły wojownikowi zasłużony odpoczynek nocny, okrzyknęły Stanisława Leszczyńskiego. Nominacji dokonał biskup poznański Mikołaj Święcicki, bo prymas Radziejowski zamknął się w swym pałacu i stanowczo uchylił od kompromitacji. Pomimo że na polu elekcyjnym więcej widniało dragonów i piechurów szwedzkich niż zwolenników Stanisława, opozycja była zażarta. Zwłaszcza szlachta podlaska protestowała twardo. Już od maja istniała przy osobie Augusta nowa konfederacja sandomierska, którą Władysław Konopczyński bez zastrzeżeń nazwał naprawdę generalną. Moralny i umysłowy poziom szlachty owych czasów przedstawiał się okropnie, do tego jednak jeszcze nie doszło, by ogół potulnie uznał dyktat szwedzkiego pułkownika. Większość nie tylko herbowych, lecz Obu Narodów stanęła po stronie ukoronowanego na Wawelu, więc legalnie panującego Sasa.

Pojawienie się antykróla popchnęło do decyzji, która aż dotychczas szła w odwłokę, lecz w ostatecznym obrachunku była chyba nieunikniona. Skoro Litwini, działając na własną rękę, już przed dwoma laty zawarli układ z Piotrem, to prędzej czy później musiała zrobić to samo i Korona... chociażby nawet z płaczem. Groziło przecież trwałe naruszenie związku państwowego. Fakty dokonane w Wielkim Księstwie zaczęły grać rolę przemożną już w jagiellońskich czasach.

Znana, niedokończona niestety powieść Aleksego Tołstoja Piotr I urywa się na scenie zdobycia Narwy, której z niebywałym fanatyzmem bronił stary pułkownik Rudolf Horn. Oddał szpadę 13 sierpnia 1704 roku. W siedemnaście dni później – 30 sierpnia – poseł królewski Tomasz Działyński, obecny zresztą od lipca w obozie rosyjskim, podpisał w imieniu Rzeczypospolitej traktat sojuszniczy z carem, który uzyskał prawo wprowadzania i na litewskie, i na polskie terytorium swoich wojsk („cudzoziemskim sposobem ubranych”). Ten punkt układu, mającego w teorii obowiązywać tylko do końca wojny, okazał się najważniejszy i wpłynął trwale na dalszy bieg historii. Cudu w tym nie było, rozstrzygnęła rzecz namacalna: dysproporcja sił.

„Rzeczpospolita litewska” zawarła pakt z carem w roku 1702, w Preobrażeńskim, potwierdziła umowę w roku następnym, w Schlüsselburgu. Rzeczpospolita Obojga Narodów podpisała cyrograf w Narwie w roku 1704. Należało powtórzyć, wybić jak najmocniej te daty, wyznaczające w dziejach fakt niezmiernie ważny. Od tej pory wschodnia granica Rzeczypospolitej przestała stanowić zaporę dla międzynarodowej polityki rosyjskiej. Władza carska szła w ślad za carskim wojskiem.