Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis regnum
Rzeczpospolita obojga narodów. Calamitatis regnum
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,50  54,80 
Rzeczpospolita obojga narodów. Calamitatis regnum
Rzeczpospolita obojga narodów. Calamitatis regnum
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński

3 maja 2007 r. w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej

odznaczył pośmiertnie Pawła Jasienicę

Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski

W 2007 roku Paweł Jasienica

został laureatem – przyznanej po raz pierwszy pośmiertnie

– Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej

ustanowionej przez Prezesa IPN

Copyright © Ewa Beynar Czeczott, 2007

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

© macrovector/iStockphoto.com

Indeks

Tadeusz Nowakowski

Olga Klecel

Redakcja

Maria Domańska

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8169-548-0

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Wilcy wyli na zgliszczach dawnych miast

i kwitnące niegdyś kraje były jakby wielki grobowiec.

Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem

Śmiele rzekę, że skrzydła rozpięte

Orła polskiego jednym nieszczęściem obcięte.

Łukasz Opaliński, Coś nowego, 1652

SPRAWA CZTERECH MIESIĘCY


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Los jakby się zasadził na dzieje Rzeczypospolitej. Z nagła wymierzył cios główny i jednocześnie rozdał kilka szturchnięć, z pozoru – to znaczy w teorii – mało ważnych, bo dotyczących osób.

Zabrakło króla, obydwaj wodzowie wojsk koronnych znaleźli się w niewoli. Ich kolega z Wilna, hetman wielki litewski Janusz Kiszka – ostatni z potężnego rodu – nie mógł już nowymi dokonaniami potwierdzić swej dawnej opinii wybitnego oficera. Schorowany, do działania niezdolny, dożywał swoich lat.

Nad samym niemal grobem stał wsławiony pod Chocimiem Stanisław Lubomirski, możny pan, równie znaczny autorytet moralny i umysł nietuzinkowy.

Na czas bezkrólewia władza przeszła w ręce prymasa. Arcybiskup, Maciej Łubieński, był człowiekiem rozumnym i dobrej woli. Kiedy zebrał się sejm konwokacyjny, mowy interreksa odczytywać musiał lektor. Głos zgnębionego wiekiem i cierpieniami starca nie dolatywał bowiem do tonących w żałobnej czerni ław poselskich. W chwili najgorszego kryzysu, zaraz po klęsce korsuńskiej, Maciej Łubieński zaniemógł tak ciężko, że nie mógł się ruszyć ze swego Łowicza. Kanclerz musiał opuścić ogarniętą przerażeniem stolicę, aby się z nim naradzić.

Wieść o zgonie Władysława IV na czas pewien odjęła Jerzemu Ossolińskiemu władzę w obu rękach, sprowokowała ataki nieznośnych bólów wątroby. Nazajutrz – dosłownie nazajutrz! – po nadejściu do Warszawy wiadomości o zagładzie wojsk koronnych, skonał jedyny syn kanclerza, starosta bydgoski, Franciszek.

Sparaliżowane dłonie zdołały jednak utrzymać polityczne cugle. Jerzy Ossoliński nie załamał się ani na jedną chwilę, nie przestał być trzeźwym, usiłującym przewidywać mężem stanu. Nie odstąpił od swych wielkich zamierzeń. Nadal całą siłą umysłu i woli zmierzał do przetworzenia Rzeczypospolitej w monarchię absolutną.

Zaczął od opanowania paniki w samej Warszawie. Zagroził konfiskatą mienia każdemu, kto by się poważył uciekać ze stolicy do Prus, na zachód kraju czy gdziekolwiek indziej. Nie mógł zapobiec temu, że Wołoszczyzna zaludniła się nagle polskimi zbiegami. Łacińska oraz z Lachami trzymająca szlachta porzucała majętności i ufortyfikowane dworzyszcza na Rusi, szukała schronienia w znaczniejszych miastach, za Bugiem lub za Dniestrem. Wraz z nią uchodzili spod noża członkowie innej jeszcze nacji. „A Żydów aż do Wisły racz Wasza Książęca Mość zawrócić, bo ta wina zaczęła się od Żydów. Bo oni i was z rozumu wywiedli” – napisał wówczas do Dominika Zasławskiego Maksym Krzywonos, przywódca najbardziej radykalnego odłamu powstańców, wyznawca – jakeśmy się właśnie przekonali – niezbyt precyzyjnych poglądów politycznych. Obok podpisu skreślił Krzywonos swój tytuł: „pułkownik wojska Jego Królewskiej Mości Zaporoskiego”.

Przekonanie kanclerskie, że wcale nie wszystko zostało stracone u Żółtych Wód i pod Korsuniem, było jak najbardziej słuszne. Rzeczpospolita jeszcze się nie wyzbyła swych atutów. Dobiegła tylko kresu praktyka samowoli w stosunku do Ukrainy, traktowania tego kraju jako pola do rozrostu fortun...

W tym samym mniej więcej czasie, w którym Krzywonos pisał do Zasławskiego, senat otrzymał orędzie będące poniekąd wyrazem poglądów nieprzejednanego odłamu szlachty, czyli zwolenników utrzymania dotychczasowego stanu rzeczy. U spodu dokumentu widniało pięć podpisów: wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza, wojewody ruskiego Jeremiego Wiśniowieckiego, strażnika koronnego Samuela Łaszcza, oboźnego litewskiego Samuela Osińskiego oraz podsędka bracławskiego Krzysztofa Tyszkiewicza.

Obraz niepozostawiający chyba miejsca na wątpliwość. Ukraina była dotychczas traktowana jako pole do rozrostu fortun szlachty wywodzącej się ze wszystkich trzech narodów Rzeczypospolitej, a wiarą i kulturą już jednakowo obcej ludowi ruskiemu. Bohdan Chmielnicki ani w ogóle myślał o znoszeniu pańszczyzny. Pragnął wypędzić znad Dniepru jezuitów, lecz surowo nakazywał chłopom odrabiać powinności należne klasztorom prawosławnym. Sam wraz ze swym kozackim otoczeniem rad był się zrównać przywilejem i znaczeniem ze szlachtą polską i litewską. Kształtująca się dopiero, lecz już fizycznie potężna narodowość ukraińska nie znajdowała dla siebie wygodnego miejsca w państwie dwojga narodów. Mogła dochować wierności królowi, lecz tylko pod warunkiem awansu na równouprawniony trzeci człon Rzeczypospolitej. Równouprawniony – to w danym wypadku znaczy także: na swój własny rachunek wyposażony we wszystkie nędze ówczesnego ustroju społecznego. Pańszczyzna miała być nadal odrabiana, lecz na rzecz szlachetnie urodzonych własnego chowu, a nie dla Lachów, Litwinów, Żydów oraz „wyzuwitów”. Jeśli występowało wtedy zjawisko zbliżone do dzisiejszego nacjonalizmu, to przede wszystkim po stronie ukraińskiej. Był to objaw zrozumiały, usprawiedliwiony i pożyteczny, bo zdolny do wczesnego wzbogacenia Europy o jeden więcej samodzielny kulturalnie czynnik. Mowa naturalnie o samym dążeniu, nie zaś o niektórych metodach walki... równie zresztą okrutnej, jak i sposoby przeciwdziałania ze strony dotychczas uprzywilejowanej.

4 czerwca 1648 roku, czyli w dwa tygodnie niespełna po klęsce korsuńskiej, pisano ze Lwowa do Warszawy: „To pewna, że ludzie religiej greckiej z ochotą nieprzyjaciela wyglądają”. Z biegiem czasu wieści stawały się coraz gorsze, lecz nie zmieniał się ich zasadniczy, historyczny – rzec by można – ton: „Już rebelia ruska i sprzysięgła z pogany colluvies chłopstwa” – opanowała ogromne obszary, a to

więcej przez zdradę chłopską niżeli przez miecz [...] Co dzień, co godzina, ta perfidia bezecna nienasycona krwie naszej serpit i pożarem tu idzie pod same już lwowskie mury [...] Już i w samym mieście odkrywają się jawnie zdrady, konspiracje nocne codzienne...

Takie oto głosy i opinie dolatywały ze Lwowa. A Bohdan Chmielnicki myślał na razie o wyzwoleniu „z niewoli lackiej” Ukrainy... po Białą Cerkiew. I ten obraz wydaje się zatem jasny i pozbawiony luk. Skromny chwilowo program hetmana uznać trzeba za akt wstępny dopiero. Na porządku dziennym stanęła kwestia wskrzeszenia pod berłem króla Księstwa Ruskiego w jego historycznych, to znaczy kijowskich granicach. Gdyby Rzeczpospolita sprostała temu zadaniu, zostałaby wielkim mocarstwem związkowym.

W niczym nie ubliżając talentom Chmielnickiego, przyznać trzeba, że oszałamiające sukcesy w znacznej mierze zawdzięczał hetman działaniu tak zwanej teraz piątej kolumny. Kozacy rejestrowi i dragoni przechodzili z obozu wojsk koronnych wprost pod jego sztandary. Tak się stało na Dnieprze, u Żółtych Wód i pod Korsuniem również, gdzie w początkowej fazie bitwy – zanim jeszcze kolumna doszła do Krutej Bałki – tysiąc kilkuset żołnierzy nagle zmieniło front. Współcześni zupełnie dobrze zdawali sobie sprawę z przyczyn takiego stanu rzeczy. Nasz dragon – pisywali – to strojem Niemiec, wiarą Grek, a z rodu Rusin.

Tortury wymuszały zeznania z pochwytanych wysłanników kozackich. Okazywało się, że powstanie wszędzie – aż po Łuck i Halicz – może liczyć na poparcie ze strony kleru prawosławnego. Wkrótce sam Chmielnicki upomnieć się miał o zwrot cerkwi odebranej poprzednio błahoczestju... w Lublinie. Terminy „Grek” i „Rusin” znaczyły wtedy u nas jedno i to samo.

Nie grzeszyło przesadą twierdzenie, że prawosławie było dla Rzeczypospolitej sprawą życia lub śmierci, problemem ważniejszym od wszystkich wyznań reformowanych razem wziętych. Kalwinista Mikołaj Rej Polakiem być nie przestawał. Prawosławie występowało w praktyce życia jako ideowa reprezentacja narodowości, z której się wywodziła lub do której się poczuwała połowa chyba obywateli państwa.

Socjalne poruszenie chłopskie ogromnie wzmogło siły Chmielnickiego i – jak się wkrótce okaże – spętało mu ręce pod względem politycznym. Lecz samego powstania nie wolno uważać za czysto ludowe. Karol Szajnocha dziewięćdziesiąt bez mała lat temu pisał obszernie o kłopotach z pomniejszą szlachtą, „przedającą się bez różnicy płci do Kozaków, nawet i panny”. Nie brakowało i takich herbowych, co wypuszczeni z niewoli zaporoskiej po prostu odmawiali powrotu na stronę polską. Inni działali w polu, dowodząc szeregowymi Kozakami przeciwko wojskom koronnym. Trudno nazywać to zdradą, skoro i najbardziej autentyczni Zaporożcy wcale jeszcze nie zrywali z Rzecząpospolitą, której w teorii jednako uprzywilejowana warstwa składała się ze szlachty polskiej, litewskiej oraz ruskiej.

 

Minęło zaledwie dwanaście lat od pewnego zbrojnego zatargu w ziemi przemyskiej. Sylwester Hulewicz-Wojutyński, tamtejszy biskup prawosławny, z pochodzenia zamożny ziemianin, musiał skrzyknąć pod broń około dziesięciu tysięcy współwyznawców, aby przy ich pomocy odzyskać klasztory, wbrew świeżej ustawie dzierżone przez unitów. Cel osiągnął, lecz tylko w dwóch trzecich, zarobiwszy przy okazji wyrok infamii, zniesiony po pewnym czasie. Wolno przypuszczać, że skupiająca się przy Chmielnickim szlachta ruska miała dosyć tego rodzaju równouprawnienia. Pragnęła wywalczyć w Rzeczypospolitej lepsze warunki dla swojego wyznania. Prawo do pańszczyzny nie wystarczało widać prawosławnym panom i półpankom. Żądali... czegoś ponadto.

Najbystrzejsi z ówczesnych statystów głosili, że nie należy przyjmować programu nieprzejednanych, takich jak Jeremi Wiśniowiecki. Wielcy panowie ukrainni stali się bowiem właśnie zupełnymi bankrutami. Potęgę swą czerpali wszak z Rusi, która tłumnie powstała. Stłumić rebelię można by więc tylko siłami zza Buga i Prypeci – polskimi i litewskimi.

Tak było naprawdę. Wytwarzało się położenie groźne w stopniu najwyższym. Wewnętrzna, domowa granica Rzeczypospolitej – ta, która oddzielała Ukrainę od Polski i Litwy – mogła się w tych warunkach rychło przetworzyć w przepaść moralną. Przeznaczone do zgniecenia Rusi Kijowskiej pułki nadejść miały z zachodu lub z północy – za każdym razem z zewnątrz.

Chmielnicki wymógł na Tatarach przyrzeczenie, że brać będą w łyka i łupić tylko Lachów, Rusinów zostawiając w spokoju. Niekiedy rzeczywiście to się przytrafiało... Kiedy indziej ordyńcy rąbali szablami i takich, co wylegali na drogi, aby powitać zwycięskich sprzymierzeńców. Tłumy jasyru składały się wcale nie tylko z łacinników. Krym żył z wojny, każdy z mahometańskich wojowników na własną rękę szukał zysku, a podczas wyprawy niezbyt się liczył z najwyższymi nawet autorytetami. „Pili wszędzie Tatarowie haniebnie. Kiedy którego wzięto, tedy pijanego bardzo” – zapisał naoczny świadek. W pewnej majętności wojewody Tyszkiewicza od jednego zamachu wychłeptali pięćdziesiąt beczek... nie wódki wcale, lecz surowo zabronionego przez Koran wina.

Chan Islam Girej napisać miał wkrótce do wodzów kozackich, że dotrzyma obietnic, lecz stanowczo prosi, aby przestali się upijać podczas działań wojennych. Srebrny Wiek już mówił o nałogu Mikołaja Potockiego, który w najbardziej krytycznych chwilach bywał „ustawnie” pijany. Podkomendni zbytnio się od wodza nie różnili. Szlachta polska zarówno podczas pokoju, jak i na wojnie słynęła z zamiłowania do kielicha. Janusz Tyszkiewicz pijał zawsze na stojąco, bo uważał, że w ten sposób więcej się w nim zmieści. Dworzanie mieli obowiązek pomagać panu wojewodzie w utrzymywaniu pozycji pionowej.

Hasał po Ukrainie jednakowo rozbestwiony, a często i pijany w dodatku żołnierz stron wszystkich. Położenie wymagało największej trzeźwości politycznej, rozwaga była deską ratunkową. Perswazje ludzi myślących miały utrudnioną drogę do mózgów oczadziałych od nienawiści i wódki.

Gorzko zawiedli się ci chłopi, którzy mniemali, że można będzie żyć spokojnie, skoro Kozacy wygnali ekonomów, dzierżawców i dziedziców. Wojna domowa ogarnęła cały kraj, dotarła wszędzie, odegnała od sochy i pługa wszystkich. Chmielnicki był doskonałym organizatorem, wojsko jego nie uskarżało się na brak żywności. Lecz Ukrainie zagroził głód, gdyż na wielkich jej połaciach nie zebrano ani nie zasiano niczego.

Każda z płynących godzin zmniejszała szansę rozsądku i umiaru. Bo każda powiększała cierpienia, rozdmuchiwała złe emocje.

Czego żądał Bohdan Chmielnicki latem 1648 roku, kiedy „miasta ogniem i mieczem wojując, drugie osadzając”, doszedł do Białej Cerkwi i tam „siedzibę wojny zasadził”? Nieoficjalnie zaczynał się już mianować księciem ruskim. Słane do Warszawy listy podpisywał jednak oględnie, jako „na ten czas starszy wojska Jego Królewskiej Mości Zaporoskiego”, w epistołach przeznaczonych dla poszczególnych senatorów przybierał tytuł hetmana. Wyraźna, bijąca w oczy przezorność wynikała chyba nie z tego tylko powodu, że główne siły ordy musiały odejść na Krym, aby odprowadzić zagarnięty na Ukrainie jasyr i odwieźć w domowe pielesze bogaty łup.

Już 3 kwietnia, czyli grubo przed wybuchem wojny, sędzia podolski, Łukasz Miaskowski, wysłał z Baru list, zawierający bezcenną wiadomość o warunkach, od których Chmielnicki uzależniał spokój. Niechaj – powiedział Bohdan na Zaporożu posłowi hetmana – „pan krakowski z Ukrainy znijdzie [oczywiście nie sam, lecz z armią koronną] i niechaj assekuruje, iż żaden Lach nad wojskiem zaporoskim nie będzie starszym”. Potocki doskonale o tych żądaniach wiedział i nie żywił wątpliwości, że Chmielnicki działa „z konspiracyjej wszystkich pułków kozackich i wszystkiej Ukrainy”.

W czerwcu 1648 roku, już w niewoli tatarskiej, zyskał okazję przekonania się o stałości dążeń kozackich. Sam Tuhaj bej powiedział mu otwarcie o celach Zaporożców:

Naprzód, aby po Białą Cerkiew udzielne mieli i ograniczone państwo; druga, żeby do dawnych byli przypuszczeni wolności; trzecia, aby do miast, zamków i dzierżaw ani starostowie, ani wojewodowie żadnego prawa nie mieli.

Wiadomość o tych warunkach powiózł na zachód wypuszczony z niewoli szlachcic, sługa hetmana Potockiego. Dotarła do Warszawy mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Chmielnicki wysyłał z Białej Cerkwi list do Moskwy. Wzywał w nim cara Aleksego Michajłowicza do ubiegania się o opróżniony tron polski. Wódz kozacki już się oglądał na wschód, lecz jeszcze nie zamierzał zrywać z Rzecząpospolitą. Wysuwając kandydaturę moskiewską, nie przekraczał praw służących mu jako szlachcicowi. Aleksy odrzucił propozycję.

Polityczny sens wcześnie wysuniętych żądań Chmielnickiego był zatem jasny, pomimo ich dość mgławicowej i mało sprecyzowanej formy. Ukraina miała się stać wyodrębnioną, autonomiczną częścią składową Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Suwerenem Księstwa Ruskiego pozostawałby nadal król namaszczony w Krakowie, a rezydujący w Warszawie. Moskwa na razie nie myślała o popieraniu powstania, traktowała je wrogo.

Zawarty na tych warunkach układ natychmiast postawiłby na porządku dziennym kwestię udziału przedstawicieli Ukrainy w senacie i w sejmie – obok i na równi z reprezentantami Polski oraz Litwy. Taki rozwój wypadków leżałby w samej logice rzeczy i jak najbardziej odpowiadałby interesom władzy centralnej.

Chmielnicki żądał rzeczy pożytecznych zarówno dla swej ojczyzny, jak i dla całego państwa. Nieszczęście polegało na tym, że nie mógł, w żaden sposób nie mógł osiągnąć celu siłami samej tylko Ukrainy. Bez tatarskiego sojusznika nie wywalczyłby nawet dotychczasowych przewag.

„Ordy haniebnie potężne idą!” – trwożnie pisał hetman Potocki przed klęską korsuńską. We dwa tygodnie po niej donoszono z Baru Warszawie:

Chłopstwo wszystko w Ukrainie rzuciło się do buntu i żadnego nie będzie takowego miasta, które by Chmielnickiemu bronić się miało. Tatarom chcą się opierać. Kozakom otwierają i poddają się dobrowolnie.

Chan Islam Girej wkrótce osobą własną przybył do Białej Cerkwi. Kiedy odjechał, został przy Chmielnickim pewien murza, który śledził każdy krok hetmana i natychmiast donosił o wszystkim koczującemu nad Siną Wodą Tuhaj bejowi.

Jakże wspaniale brzmiała oficjalna tytulatura władcy z Bachczysaraju:

Wielkiej Ordy, wielkiej Monarchii, wielkiej prowincji Kipczackiej stolicy Krymskiej, nieogarnionych Tatarów, niezliczonych Nohajów, górnych Czerkiesów, wojennej Tugacyjej Wielki Cesarz, wysoki Monarcha, Potentat od wschodu słońca, Islam Girej, Chan, którego żywot i szczęśliwe panowanie niechaj trwa na wieki...

Tuhaj bej wyniośle opowiadał Potockiemu o wieczystym przymierzu Tatarów z Kozakami. Stworzyć ono miało siłę, która nie ulęknie się nikogo – nawet sułtana.

„Potentat od wschodu słońca” co rychlej pchnął do Stambułu posłów z radosną wieścią o Żółtych Wodach, Korsuniu, łupach i jeńcach.

Przeczytawszy wezyr ten list – informował Warszawę hospodar wołoski, Wasyl Lupul1 – sromotnie i z wielką indygnacją posłańców chańskich ze dworu swego wygnać rozkazał, i miasto kaftanów, których się na znak wdzięczności spodziewali, kijem ich dobrze obłożono.

Islam Girejowi przypomniano los tych jego przodków, którzy się buntowali przeciwko padyszachowi i źle skończyli. Turcja wojny z Rzecząpospolitą nie chciała i w dość bezceremonialny sposób okazywała podwładnym swą wolę.

Przymierze ze światem muzułmańskim nie rokowało chyba Ukrainie zbytnich swobód. Bo skoro wysłannicy chana, wyznawcy Proroka, traktowani byli kijami, to czegóż spodziewać się mogli nędzni giaurowie? Odpowiedzi udzielają tragiczne dzieje ludów bałkańskich.

Jeszcze nie wszystkie pragnienia kozackie zostały omówione.

Z oblężonego Kudaku przekradał się na zachód szlachcic nazwiskiem Sobieski, który wpadł w ręce nieprzyjaciół, przebywał u nich przez pięć dni, rozmawiał z samym Chmielnickim oraz z innymi przywódcami i odszedł wolny pod warunkiem powtórzenia władzom Rzeczypospolitej wszystkiego, co usłyszał. Chmielnicki powiedział mu: chwyciłem za broń,

bom z towarzystwem moim był wielce utrapiony i uciśniony, i ukrzywdzony, a sprawiedliwości nie mogłem dostąpić. Nalazłoby się suplik wielkie pudło do Króla Jego Mości, ale Król Jego Mość, choćby był chciał uczynić sprawiedliwość, nikt go u was nie słucha.

Atamanowie zaś mówili:

Wy, chudzi pachołcy, co się teraz szlachtą chrzcicie, będziecie bojarami, a tylko panowie wasi szlachtą będą, a król jedyną głową, którego wy i my wszyscy słuchać będziecie samego.

Program ten pozwala uznać Zaporoże za sprzymierzeńca Jerzego Ossolińskiego, któremu demokracja szlachecka była nienawistna. Kanclerz wielki koronny dążył do przemiany Rzeczypospolitej w monarchię absolutną, z tłumu herbowego pragnął wydzielić arystokratyczno-urzędniczą elitę.

Tron warszawski mógł zyskać na Ukrainie oddanych i wiernych pretorianów. Wcześniej i w formie o wiele bardziej wolnościowej osiągnąć to, co służyło później caratowi, który na każde zawołanie miał szable swych jedenastu wojsk kozackich.

Ani osobiste, ani państwowe nieszczęścia nie złamały kanclerza. Jerzy Ossoliński nadal chciał zmiany ustroju i wcale się nie wyrzekał już na zawsze z pozoru pogrzebanych planów wojny na południowym wschodzie. Z niezachwianym uporem dążył do zniweczenia „ligi” kozacko-tatarskiej, do wspólnej z Zaporożcami wyprawy na ich obecnych sprzymierzeńców. Osiągniętego poprzednio przymierza z Moskwą strzegł pilnie. Pragnął ją zachęcić do uderzenia na Krym, którego siły wiązała właśnie wojna na Ukrainie.

Króla nie było. Kanclerz, podejrzany o wspólne z nieboszczykiem sprowokowanie buntu, działać musiał w warunkach dwakroć trudniejszych od i tak przecież niełatwej normy. Głos należał do zebranego w Warszawie sejmu i senatu. Wobec izb obu, w obecności wszystkich obdarzonych mandatami wielmożnych i najwielmożniejszych, Sobieski opowiedział nie tylko o skargach, lecz i o zamierzeniach kozackich.

Pomimo zacietrzewionych wrzasków opozycji, w Warszawie przeważył rozsądek.

W orędziu do sejmiku proszowickiego pisał w czerwcu stary Stanisław Lubomirski, że zwyciężyć czy przegrać w wojnie domowej – jednakowa hańba. „Dać się pobić, straszne! swoich zaś wybić, siebie jest zniszczyć”. Jeszcze wcześniej, bo przed wojną, biadał wspomniany już sędzia podolski: „Co to pułkowników chciwość narobiła i tyrańskie z Kozakami obchodzenie!”.

17 lipca prymas Łubieński pierwszy opowiedział się za polubownym załatwieniem zatargu domowego, za amnestią. Zaraz podtrzymał go biskup łucki. Później Adam Kazanowski wypalił zebranym słowa gorzkiej prawdy:

A że się Kozacy do takiej ligi z Tatarami udali, za złe im mieć nie trzeba. Podobno i do samego piekła udaliby się byli, aby tylko takiej niewoli i opresyjej, którą znać niebożęta cierpieli, zbyli.

Marszałek nadworny odważył się to powiedzieć tego samego dnia, w którym przeczytano izbom list Dominika Zasławskiego. Książę wzywał szlachtę do zemsty. Opisywał, jak w kościele jezuickim w Winnicy Kozacy pomordowali księży, deptali Najświętszy Sakrament, przepijali do siebie z kielichów mszalnych, wyrzucali z trumien trupy.

 

Przeciwieństwa rysowały się ostro, ale coraz wyraźniej brał górę Ossoliński, wręcz po mistrzowsku prowadzący swą grę. Kanclerz sam się początkowo naprzód nie wysuwał, wypuszczał na harc polityczny innych, zwłaszcza prymasa. A kiedy już niemal pewien był swego, rzucił argument godny prawdziwego męża stanu. W zamiarach kozackich nie dopatrzył się niczego sprzecznego z godnością państwa.

Gdyby – wywodził – żądali jakiejś prowincji lub oderwania jakichś dóbr od ciała Rzeczypospolitej, wtedy oprzeć się należy choćby z bronią w ręku.

Wyodrębnienie Ukrainy nie oznaczało oderwania jej od federacji.

Podczas burzliwych debat obecni byli w Warszawie posłowie kozaccy. Fiodor Jakubowicz-Wiśniak, Hrehory Bołdar z przydomkiem But, Łukian Mozera i pisarz Wojska Zaporoskiego Iwan Pietruszeńko zaraz po przybyciu do stolicy złożyli hołd zwłokom Władysława IV, nazajutrz zaś prymas Maciej Łubieński podjął ich bankietem.

Przyjazd tych wysłanników miał swoją ciekawą historię, dla przedstawienia której trzeba troszeczkę cofnąć się w czasie.

W senacie Rzeczypospolitej zasiadał wtedy jeden już jedyny tylko prawosławny. Był nim wojewoda bracławski, Adam z Brusiłowa Kisiel. Ród jego pamiętał podobno czasy Włodzimierza Wielkiego, herb zaś mieścił wizerunek w heraldyce polskiej niespotykany. Widniał na nim biały namiot w polu czerwonym.

Obecność innowiercy szpeciła oczywiście senat pod względem ideologicznym, ale pod politycznym okazała się okolicznością nad wyraz pożyteczną. Zachęcony przez kanclerza, wysłał Kisiel ze swej Huszczy do Kozaków mnicha prawosławnego i szlachcica, ojca Petroniego Łaskę, proponując zaprzestanie działań wojennych i układy. Stało się to w początkach czerwca 1648 roku.

Mości Panie Starszy Wojska Rzeczypospolitej Zaporoskiego, z dawna mnie miły panie i przyjacielu! – pisał wojewoda do zbuntowanego hetmana. – Gdy wielu jest takich, którzy o WMości jako o nieprzyjacielu Rzeczypospolitej rozumieją, ja nie tylko sam zostawam cale upewnionym o WMości wiernym afekcie ku Rzeczypospolitej, ale i inszych w tym upewniam Ich Mość panów senatorów, kolegów moich. Trzy rzeczy mnie upewniają. Pierwsza, iż od wieku, lubo wojsko dnieprowe sławy i wolności swoich przestrzega, ale wiary swojej zawsze królom, panom Rzeczypospolitej dotrzymywa. Druga, że naród nasz ruski w prawowiernej sławie swojej jest za łaską Bożą tak stateczny, że woli każdy z nas zdrowie pokładać swoje niż tę wiarę świętą czymkolwiek naruszyć. Trzecia, że lubo różne bywają, jako i teraz się stało, żal się Boże, wnętrzne krwi rozlania, przecie jednak Ojczyzna nam wszystkim jest jedna, w której się rodzimy, wolności naszych zażywamy, i nie masz prawie we wszystkim świecie inszego państwa i drugiego podobnego Ojczyźnie naszej w wolnościach i swobodach. Dlatego zwykliśmy wszyscy jednostajnie tej matki naszej Ojczyzny, Korony polskiej, całości przestrzegać; a chociaż bywają różne dolegliwości, jako to na świecie, to jednak rozum każe uważać, że łatwiej domówić się w państwie wolnym, co którego z nas boli, niżeli straciwszy tę Ojczyznę naszą, już drugiej takiej nie naleźć w chrześcijaństwie ani w pogaństwie. Wszędzie niewola, sama tylko Korona polska wolnościami słynie.

Kisiel używał terminów ludziom ówczesnym powszednich i w pełni zrozumiałych. Przecież nie do Polski pojmowanej w dzisiejszym, narodowym sensie tego słowa odnoszą się zachwyty prawosławnego senatora, którego nikt nigdy za Polaka nie uważał, inaczej niż Rusinem nie nazywał! Byli i tacy, co krzyczeli, że wojewoda tłumaczy i wybrania rebelizantów, ponieważ jest jednej z nimi krwi. Przeczytaliśmy przed chwilą jego własne wyznanie: „naród nasz ruski”.

Wielonarodowe państwo rozporządzało jednym tylko tytułem królewskim, a ten był polski. Dlatego w ówczesnym słownictwie politycznym majestatyczny zwrot „Korona polska” zastępował niekiedy miano Rzeczypospolitej. To ona wszak – zarówno Polska właściwa, jak Litwa – słynęły wolnościami, zupełnie jednakowymi w Warszawie i w Wilnie. Adam Kisiel wyraża się ściśle wtedy, gdy nazywa Zaporożców jej wojskiem. Sami Kozacy domagali się precyzji jeszcze większej, uznawali siebie za żołnierzy królewskich.

Wojewoda wysłał kopię listu do prymasa i zwierzył mu się smętnie ze swych obaw. Przed dziesięciu laty – po bitwie pod Kumejkami – Kozacy raz już byli zaufali słowu dostojnego rodaka, wydali wodzów, których stracono w Warszawie. Teraz, kiedy wzięli górę na Ukrainie, łatwo mogą sobie o tym przypomnieć.

Chmielnicki życzliwie przyjął ojca Petroniego. Zgodził się na zawieszenie broni, cofnął swą kwaterę główną do Czehrynia, a do Warszawy wysłał wspomnianych już posłów, wręczając im instrukcję uderzającą w tony uległości i pokory. Prosił o dotrzymanie obietnic, poczynionych ongi przez Władysława IV.

Istnieje tendencja do upraszczania motywów, którymi się kierował ciągle dotychczas zwycięski wódz Kozaków. Sułtan surowo zganił postępowanie Islam Gireja, Tatarzy powieźli na Krym łupy, mówi się więc, że zaskoczony przez okoliczności hetman chciał zyskać na czasie i dlatego oburącz uchwycił nastręczoną przez Ossolińskiego i Kisiela sposobność. Zdolny wojownik musiał jednak pojmować, że nie tylko sam zyskuje na czasie, lecz daje identyczną szansę przeciwnikowi, którego możliwości znał dobrze. Polski właściwej, czyli najludniejszej i najbardziej zasobnej połaci państwa, wojna jeszcze nie dotknęła, od północy przeskrzydlało Ukrainę Wielkie Księstwo Litewskie. Jego armia nie doznała żadnych w ogóle strat, a dowodził nią człowiek twardy. Chmielnicki zapowiedział podówczas w chwili rozterki, że pójdzie na Don, jeśli go zanadto przycisną na Ukrainie.

Nie wolno odmawiać inicjatywie pokojowej cech realizmu. Porozumienie na zasadzie kompromisu było możliwe. Leżało ono w interesach samej starszyzny kozackiej, bo masowy ruch chłopski zaczynał brać górę, o czym wkrótce powie się obszerniej.

Adam Kisiel przyjechał do Warszawy na obrady konwokacji. Polityczne znaczenie wojewody wzrosło nagle do tego stopnia, że wielu ludzi zaczęło się wprost lękać niezbyt groźnej postaci pana z Brusiłowa. Podejrzewano go o wybujałe ambicje. Wyrażano obawy, że zbrojna protekcja Zaporoża może swemu wybrańcowi zapewnić nawet koronę.

Kisiel o berle nie myślał. Rola, którą odegrał, oraz obawy, jakie wzbudził w zwolennikach dotychczasowego stanu rzeczy, usprawiedliwiają tylko mniemanie, kilkakroć z maniackim niemal uporem powtarzane przez Srebrny Wiek.

W chwili rozstrzygającego o całej przyszłości państwa kryzysu senat Rzeczypospolitej rozporządzał usługami i osobą jednego tylko dostojnika prawosławnego. I ten samotny człowiek od razu zwrócił na siebie oczy całej Rzeczypospolitej, wyrósł ogromnie. Okazał się bowiem zdolny do funkcji pośrednika w sporze, który rozdzielił składowe narodowości państwa.

Wojewodę, dziedzica licznych włości, oburzały oczywiście uroszczenia i gwałty zbuntowanego chłopstwa. W listach do kolegów zwał Kisiel Chmielnickiego buntownikiem i Tamerlanem, a możemy być pewni, że czynił to po części szczerze. Wzywał do rozsądku i układów, lecz jednocześnie zalecał szykować wojsko. Pomimo to wszystko... „Pan Kisiel w traktatach ekskuzuje złości kozackie i tym traktaty stanowi; i wrogów tłumaczy jako Rusin” – napisano czarno na białym w roku 1648.

Wielki pan kochał Ukrainę prawosławną i ruską. To go moralnie łączyło z Bohdanem Chmielnickim, nawet z Maksymem Krzywonosem. Gdyby w senacie zasiadało więcej takich jak Adam Kisiel, gdyby nie spolszczyli się doszczętnie Zbarascy, Zasławscy i Wiśniowieccy, domowy, wewnętrzny spór Rzeczypospolitej nigdy by nie przybrał form równie ostrych, nie wyrwałby z jej organizmu Ukrainy.

Pańszczyzna dolegała bardzo. Pańszczyzna na rzecz obcych mową i wiarą stawała się nieznośna.

W dziedzinie niesprawiedliwości społecznej Rzeczpospolita nagrzeszyła najwyżej tyleż co jej sąsiedzi. W beznadziejnie trudnej sprawie zgody narodów stały przed nią zadania, jakich nikt nie znał i nie myślał nawet sobie wytyczać. Nie zdołała rozwiązać ich w pełni i w porę, gdyż przerastały one miarę możliwości ludzkich... nie tylko ówczesnych.

Nic nie mogło zapobiec temu, że zachodnia kultura zabrała Ukrainie warstwę kierowniczą, magnacką.

Prymas Maciej Łubieński zaprosił więc Zaporożców do swego wicemonarszego stołu. Senatorowie domyślili się bystro, że przydługie z musu pertraktacje sejmowe mogą obudzić podejrzenia na Ukrainie, pozbawionej wiadomości ze stolicy, a pamiętającej los Nalewajki i Pawluka. Zaproponowali więc Kozakom, by jeden z nich pojechał do Chmielnickiego z raportem i w ten sposób zapobiegł nieporozumieniom. Spotkali się z odmową. Wysłannicy bali się wszelkiej osobistej inicjatywy jak ognia. Wobec tego ruszył w podróż, wioząc odpowiedni list, niejaki pan Wolski, „rotmistrz piechotny, wiadomy humorów ich”, to jest Kozaków. Nie słychać, co się stało z ambasadorem zdrowego rozsądku. Ci z powstańców, którym pomysł ugody nie odpowiadał, nie zmarnowali sposobności do jątrzenia. Rozgłaszali, że posłowie pokończyli w Warszawie na palach czy też pod mieczem katowskim.