Polska JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nieszczęście rodu Andegawenów węgierskich wytępiło go doszczętnie. Starsza siostra Jadwigi, Maria, zmarła wcześniej, w roku 1395. Liczyła sobie wtedy około dwudziestu pięciu lat. Donosząc potomności o jej zgonie, Jan Długosz dał wyraz prastaremu i całkiem już zapomnianemu przesądowi polskiemu: „Ja tak mniemam – napisał – że nie godzi się żadnej niewieście, chociażby najdostojniejszej, przybierać imienia Maryi, które samej tylko Przenajchwalebniejszej Pani naszej służyć powinno”.

Jedyne Marie, jakie zna dawna historia Polski, to królowe z obcej krwi. Jeszcze teraz nie do pomyślenia jest u nas obyczaj hiszpański, dopuszczający nadawanie przy chrzcie imienia Jezusa. A teraz przypomnijmy sobie wywody Zygmunta Glogera z I tomu Encyklopedii staropolskiej:

Za panowania Piastów nad Wisłą i Wartą żaden szlachcic polski nie używa imienia: Ziemowit, Mieszek, Bolesław, Leszek, Kazimierz, Władysław (czyli Włodzisław), Ziemomysł i Przemysław. Tak samo na Pomorzu gdańskim, gdzie w rodzie książęcym ukazują się Świętopełki, Dambory, Mszczuje, Racibory i Warcisławy, żaden tamtejszy rycerz takiego imienia nie nosi.

To samo zjawisko występuje w dziejach Rusi i Czech, gdzie jeden tylko Wacław stanowi wyjątek, bo wcześnie trafił do kalendarza kościelnego. Nasz, czeski lub ruski rycerz może nosić imię właściwe sąsiedniej dynastii słowiańskiej, lecz nie waży się zapożyczać go od własnej.

Obyczaj, odwiecznie przestrzegany wobec rodu książęcego, przenieśli więc Polacy w sferę wiary. Ciekawa jest ta lokalna tradycja religijna, ów pełen dworskiej rewerencji dystans, któremu towarzyszy zdecydowana skłonność do nieprzejmowania się dogmatyczną stroną wyznania oraz do tolerancji wobec innowierców. A może i w tym znajdują odbicie losy społeczeństwa, które – już w pełni sformowane – otrzymało w X wieku nową religię jako akt woli panującego?

Warto pamiętać o tych objawach. Czasy znacznie późniejsze gruntownie przeobraziły w Polsce dziedzinę przeżyć religijnych, zaszczepiając pasje i pojęcia nowe, a nieznane narodowi w dobie jego świetności.

II

Kończył się wiek XIV, najważniejsze stulecie naszych dziejów. W obrębie jego dat granicznych mieszczą się dwa zjawiska, którym wypadło kształtować przyszłość. Wszechstronny i bogaty, lecz zgodnie z duchem średniowiecza rozbity na atomy dawniejszy polski dorobek ponownie i o własnych siłach wytworzył jednak tkankę łączącą, zrósł się, scalił, by przetrwać już na zawsze. W ostatniej ćwierci wieku otwarła się droga, która, mogąc zaprowadzić naprawdę wysoko, zawiodła w polityczną nicość oraz do niezniszczalnych, pożytecznych zmian na mapie kultury europejskiej.

Oto pierwsza i ostatnia data XIV stulecia:

Rok 1301 – wypędzony z kraju Władysław Łokietek ma u granic Polski jednego już tylko, ostatniego sprzymierzeńca. Jest nim kniaź halicki, Jerzy, mąż siostry wygnańca. Przed kilku miesiącami Wacław II koronował się w Gnieźnie, wbrew pozorom suwerenności państwo znalazło się pod czeską okupacją i spadło do rzędu pośledniejszych lenn cesarza.

Rok 1400 – do położonego w Styrii zamku hrabiów Cillejskich nieoczekiwanie przyjeżdża poselstwo z Krakowa. Ku bezmiernemu zdumieniu gospodarza – grafa Hermana – trzej wielmoże oświadczają, że przybyli w swaty, wysłani przez króla polskiego i radę koronną. Proszą o rękę bratanicy dziedzica, dziewiętnastoletniej Anny. Ojciec jej już od dawna nie żyje, matka wyszła za księcia von Teck i stale mieszka w jego włościach. Po śmierci Jadwigi Władysław II poczuł się niepewnie na tronie polskim, podobno nawet chciał go opuścić. Komesowie nie pozwolili na to, „uspokoiwszy jego obawy oświadczeniem szczerej wierności i przychylności, przyrzekli mu uroczyście, że chcieli jak wprzódy mieć go swoim królem i panem”. A pragnąc ponownie związać Litwina z piastowską tradycją, przypomnieli sobie osobę hrabianki Cillejskiej, Anny, „Kazimierza, niegdy króla polskiego wnuczki”. Decyzja „panów i prałatów” królestwa oznaczała utrzymanie unii z Litwą. Kryzys przezwyciężony został gładko, nadal trwało państwo wręcz olbrzymie, sięgające wybrzeży Morza Czarnego i źródlisk rzeki Moskwy.

Trudno doprawdy w Europie o drugi przykład kariery mocarstwowej równie świetnej i dokonanej tak szybko. Właściwie przychodzi na myśl tylko jeden – nagły skok Hiszpanii po odkryciu Ameryki przez Kolumba. To wcale nie przypadek, że w obydwu razach błyskawiczne tempo przyniosło wiele rzeczy – z wyjątkiem trwałości.

Wspomniana już mapa z I tomu Historii Polski PAN pokazuje Wisłę jako wschodnią granicę obszaru gęstszego zasiedlenia. Nie sposób niestety wykonać karty, która by zobrazowała nasycenie różnych części państwa kulturą. Gdyby istniała, jeden rzut oka by wystarczył dla uzmysłowienia sobie faktu o podstawowym znaczeniu – szalonego kontrastu pomiędzy stanem spraw na stosunkowo małym obszarze Polski a bardzo rozległymi ziemiami Litwy. Na tej w wyobraźni tylko istniejącej mapie Korona zabarwiona by była wcale silnie, na wschód od niej widniałby kolor rozrzedzony, miejscami przechodzący w białość. Dawną świetność Kijowa zniweczyli wszak Tatarzy. Stosunek wielkości terytorialnej obu krajów wyglądał jak „jeden do czterech” na niekorzyść Polski.

W tym samym 1400 roku Kraków przeżył wydarzenie o znaczeniu tak wyrazistym, że śmiało można je uznać za symboliczne. Od 22 do 26 lipca – w pierwszą rocznicę śmierci Jadwigi – trwały uroczystości inauguracji odnowionej Akademii, zwanej odtąd Uniwersytetem Jagiellońskim. Zaraz po rektorze, Stanisławie ze Skalbmierza, do księgi uczelni wpisał się sam król, po nim dygnitarze, cały tłum duchowieństwa i na końcu dwustu pięciu uczniów, którzy najprawdopodobniej studiowali w Krakowie już przedtem.

Symbolika jest nawet dwojaka. Najpierw sprawa nazwy... Jest to jedyny pewnie w dziejach całego świata wypadek, że oficjalne miano ujmuje instytucji blasku i wieku, skraca ten ostatni o trzydzieści sześć bardzo ważnych lat. Przecież słynny uniwersytet w Heidelbergu jest o dwanaście wiosen młodszy od uczelni krakowskiej, która właściwie powinna się nazywać Kazimierzowską.

Przez długie stulecia Europa poprzestawała na niewielkiej i raczej niezmiennej liczbie uniwersytetów, skupionych na Zachodzie. Dopiero w XIV wieku we Włoszech, Francji, Czechach, Niemczech i gdzie indziej także powstało ich aż dwadzieścia cztery, w tej liczbie polski w Krakowie, założony jako drugi z kolei (po praskim, a tuż przed wiedeńskim). Ta okoliczność jak nic innego dowodzi, że rozwój kulturalny królestwa dostrajał się do rytmu życia zachodniej połaci kontynentu. Polska dotrzymywała kroku w dziedzinie najważniejszej i najtrudniejszej. Oficjalna nazwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, sama w sobie czcigodna i już wieczna, niezmienna, spycha jednak XIV wiek w zapomnienie. Skłonni jesteśmy mniemać, że dzieło Kazimierza Wielkiego zupełnie zamarło. Tymczasem papież Bonifacy IX pisał, a raczej kazał napisać w roku 1397: „była i jest w Krakowie z zarządzenia Stolicy Apostolskiej szkoła główna dla nauk prawnych tudzież dla wszystkich innych dozwolonych umiejętności, z wyjątkiem teologii”. Nie rozkwitła jeszcze, bo Kazimierz umarł w sześć lat po jej założeniu, a potem znalazła się pod opieką znanego nam już Zawiszy z Kurozwęk, który interesował się raczej wszystkim innym niż nauką. Ale istniała, kształciła ludzi, i to rozstrzyga.

Kraków nie zaspokajał wszystkich zapotrzebowań kraju na wiedzę. Tak kompetentny w tej sprawie uczony, Aleksander Brückner, wprost pisze, że

niepodobna wymienić wszelkich doktorów decretorum polskich, którzy studia i tytuł z Bolonii czy Padwy wynieśli, na przykład Janusz Suchywilk Strzelecki, drugi duchowny doradca Kazimierza, i inni. W Paryżu Polaków było mało, więcej Prusaków. Z Montpellier wyniósł Jan Radlica, późniejszy biskup krakowski, wiedzę medyczną.

Na najwyższych stanowiskach nie mogło wtedy u nas braknąć analfabetów, lecz i to stanowiło europejską normę. Papież Bonifacy IX, duchowy protektor Jadwigi, umiał czytać, nauką pisania nigdy się nie utrudził... w przeciwieństwie do podskarbiego koronnego Dymitra z Goraja, który statut dla żup wielickich wykaligrafował własnoręcznie.

Pisało się wtedy i czytało w Polsce wyłącznie po łacinie. Ale znamienna rzecz – już za Kazimierza Wielkiego język ten u nas oczyszcza się i udoskonala w tym sensie, że nabiera poprawności i prostoty. Znawcy twierdzą, że statut wiślicki Kazimierza zdecydowanie góruje w tym względzie nad dokumentami kancelarii cesarskiej. Żywe kontakty z najlepszymi ośrodkami kultury zachodniej robiły swoje.

W akcie fundacyjnym odnowionego uniwersytetu Jagiełło nie wspomniał o Kazimierzu Wielkim ani o zmarłej żonie. Otwarta w roku 1949 trumna Jadwigi nie zawierała żadnych zupełnie kosztowności. Jabłko monarsze i berło były drewniane, korona ze skóry z pozłotą. Kroniki mówiły prawdę – królowa oddała wszystkie swe klejnoty na Akademię.

Tradycja zapomniała o pierwszych dziesięcioleciach uniwersytetu krakowskiego, które były wprawdzie pozbawione sławy, ale bardzo znamienne i ważne ze względu na czas oraz kierunek pracy uczelni. Całkiem podobnie dzieje się niekiedy z epoką piastowską, spychaną jeśli nie w zapomnienie, to w szarość i cień.

Drugie oblicze symbolu: Kazimierz Wielki założył szkołę dla „mężów prawa”. Królestwo stanowczo wymagało ludzi przygotowanych do praktycznej działalności w urzędach i sądach oraz do teoretycznego myślenia w dziedzinie ustawodawstwa i polityki. Posiadacze zagranicznych tytułów byli nadal cenieni, ale należało ułatwić zdobywanie dyplomów, położyć je niejako w zasięgu rąk większej liczby krajowców. Profil uczelni był więc naprawdę nowoczesny, to znaczy dopasowany do rzeczywistych potrzeb społeczeństwa, które rozwijało się według europejskiej przeciętnej. Takie założenie było siłą faktu pomyślne, bo elastyczne. W miarę rozkwitu samego kraju mogły się rozrastać inne gałęzie studiów.

 

Uniwersytet Jagiełły od razu położył nacisk na teologię, poprzednio w Krakowie nieistniejącą. Przestawienie zwrotnicy było znamiennym zjawiskiem w dobie, kiedy dawny średniowieczny teocentryzm trzymał się już tylko siłą bezwładu, kiełkowały zapowiedzi Renesansu, Europa obracała się w stronę świecką. Polska zaczynała się odchylać od zachodniej normy i jest bardzo ważne, że to się najpierw zaznaczyło w strukturze uniwersytetu, który w sposób całkiem naturalny okazał się najczulszym barometrem. Czekał go jeszcze świetny okres rozwoju, zwłaszcza w dziedzinie astronomii, ale to się mimo wszystko działo niejako na marginesie głównego kierunku prac uczelni, który ostatecznie przemógł.

Powody przemiany wytłumaczy owa imaginacyjna mapa kultury. Do Polski przyrosły znacznie od niej rozleglejsze obszary świeżo ochrzczone lub prawosławne i katolickie królestwo musiało im dostarczyć księży. Zamiast obsługiwać tylko wcale niemałe zapotrzebowania ziem Korony, Akademia musiała sprostać żądaniom idącym ze wschodniej połaci państwa. Były to postulaty podobne do tych, jakie Polska sama zgłaszała, ale czterysta kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy Mieszko I sprowadzał księży z Czech.

Obraz zupełnie niedwuznaczny – praca jedynego w państwie uniwersytetu musi się dostroić do wymagań ogromnie zapóźnionych. Całkiem podobnie było z pozostałymi dziedzinami życia. Dawanie innym wartości kulturalnych to działalność bardzo zaszczytna i nie tylko nie wolno potępiać wykonawców, ale należy ją samą zapisać na konto zasług wobec ludzkości. Trzeba tylko pamiętać o odwrotnej stronie medalu, czyli o kosztach własnych: Polska zaczynała wypadać z europejskiego rytmu, opóźniać krok.

Na przełomie XIV i XV stulecia społeczeństwo Korony wyglądało zupełnie normalnie, nie znać w nim żadnych znamion przerostu ani paraliżu. Było to rozwinięte społeczeństwo stanowe. Szlachta tworzyła już grupę zwartą, o sprecyzowanych i ujętych na piśmie prawach, nadanych jej całej. Pakt koszycki, uzupełniony przywilejami Jagiełły, dawał dużo, ale władza królewska i w ogóle państwowa była w dalszym ciągu jak najbardziej rzeczywista. Istniała możność podejmowania decyzji i wprowadzania ich w czyn. Ogólnej atmosfery politycznej wewnątrz państwa inaczej niż dodatnio określić niepodobna. Zamęt doby Ludwika Węgierskiego został przezwyciężony. Kiedy – w parę lat później – Jagiełło umówił się z Krzyżakami o wykupno od nich ziemi dobrzyńskiej, zjazdy szlacheckie zgodnie uchwaliły sześciokrotnie podwyższone podatki – po dwanaście groszy z łanu osiadłego. Zastrzegły, że to jednorazowe postanowienie, ale pieniądze wpłynęły do kasy państwa.

Nad Jeziorem Biskupińskim, we wsi Wenecja, stoi ściana warowna zamku, który za Jagiełły należał do Mikołaja herbu Nałęcz, kasztelana nakielskiego i sędziego. Tę ostatnią powinność pełnił Mikołaj nieludzko i okrutnie, zarabiając później na przysłowiowe przezwisko „diabła weneckiego”. Sprawiedliwość wymierzyła mu i opinia publiczna, i król, który go skazał na piętnaście lat więzienia. Ówczesna Polska nie znała jeszcze zmory bezkarności wielmożnych, na co dowody można mnożyć.

Obyczaje polskiego rycerstwa pasowały do przyjętych w Europie zasad. Podczas walk w Wilnie w roku 1390 toczyły się, oczywiście, gorące spory o to, kto broni słusznej sprawy – oblężeni czy oblegający. Najwięcej wątpliwości żywili pewnie Francuzi, toteż postanowiono, że czterech ich rycerzy stoczy pojedynki z taką samą liczbą Polaków, i w ten sposób dyskusja zostanie rozstrzygnięta. Po wojnie, na gruncie neutralnym, czyli w Pradze – u Wacława, króla Czech i cesarza – zjawili się wszyscy wyznaczeni wojownicy. Widocznie więc takie postępowanie było w ich oczach regułą. Do walki jednak nie doszło. Cesarz i margrabia Moraw pojednali zwaśnionych, po czym przy uczcie rycerskiej usadzono niedoszłych zapaśników parami, w czułej zgodzie: jeden Francuz – jeden Polak i tak dalej.

Dworskość dworskością, ale prawo powiadało, że chłop, który zranił szlachcica w karczmie, w ogóle nie płacił żadnej nawiązki. Można więc przypuszczać, że „wielmożnym” i „pracowitym” często się zdarzało biesiadować, nawet awanturować się razem. Inny przepis orzekał, iż wolno przepić kurtę, koszulę, czapkę, lecz dolnej garderoby karczmarz nie śmie przyjmować.

Pomimo herbów, rozwoju przywilejów i odrębnego kodeksu obyczajów stanu szlacheckiego nie odgradzały jeszcze od reszty społeczeństwa żadne nieprzekraczalne bariery. Ówczesny szlachcic mógł handlować i zajmować się innymi procederami, uchodzącymi za typowo mieszczańskie. Zjawisko to trzeba uznać za zasadnicze, gdyż dzięki niemu istniał ruch, wymiana sił między rozmaitymi warstwami. W początkach XV wieku arcybiskup Mikołaj Kurowski zgromadził wielki majątek, handlując przez Gdańsk zbożem i mięsem. Kapitału nie ulokował w roli, lecz trzymał go w gotówce i kosztownościach. Postępował więc jak typowy „łyk”.

Wspomniany poprzednio mieszczanin wileński Hanul, zwany przez Krzyżaków po prostu Hansem z Rygi, przyjechał do Krakowa razem z Jagiełłą i pozostał w Polsce. Może uważał, że bezpieczniej będzie usunąć się z zasięgu rąk potomków Kiejstuta... W każdym razie już w początkach XV wieku występował jako „rycerz Hanul” albo „rycerz z Wilna”. Uzyskał więc szlachectwo.

Kiedy zawierano pokój kaliski, układ zatwierdziły główne miasta polskie. Podczas wojny Grzymalitów z Nałęczami ci ostatni zawierali pakty z mieszczanami Poznania, uzgadniając z nimi program postępowania w sprawie dziedziczenia tronu. Miasta nie były więc jeszcze wtedy wykluczone od udziału w życiu politycznym. Wytrwale zwalczały kandydaturę konserwatywnego Ziemowita IV, który wydawał się „sławetnym” gorszy od zarazy. Szlachta małopolska długo pamiętała ich postawę z roku 1383 i odwdzięczała się w sensie dodatnim. Przecież to mieszczanie nie wpuścili Ziemowita do stolicy, a potem wyparli go z przedmieść.

Oryginalnie, lecz tylko w oczach przywykłych do schematów, wyglądają ówczesne awanse osiągane dzięki nauce. Wiemy, że tron francuski z dawna zwykł był otaczać się wykształconymi plebejuszami, i uważamy to za zupełnie niemożliwe w Polsce. O karierze Jana Radlicy była już mowa. On wprawdzie nie wywodził się z pospólstwa, lecz wszedł na szczyty dzięki wiedzy fachowej, a nie urodzeniu. Za to arcybiskup Wojciech herbu Jastrzębiec należał do szlachty bardzo pośledniej. Ojciec zapisał go do szkółki i przy tej okazji miał podobno wygłosić doń słowa, które okazały się prorocze: „Oddaję cię nie w żaki, ale w biskupy”.

W samych początkach XV wieku przeżył Kraków sensację, którą nie wiadomo czemu wkłada się między legendy. Pewien szlachcic powziął podejrzenie, iż jeden z żaków Akademii to przebrana dziewczyna. W sieni kamienicy przyparł ją do muru i sprawdził. Za noszenie ubrań męskich groził wtedy kobietom stos, o czym przekonują losy Joanny d’Arc. Zapytana przez sędziów o powód tak zdrożnego postępowania, krakowska oskarżona miała odpowiedzieć: „z miłości dla wiedzy”. Od wyroku ocaliło ją stwierdzone przez świadków jej nienaganne prowadzenie się. Była córką wiejskiego nauczyciela z Wielkopolski. Po śmierci ojca postanowiła kształcić się dalej... Na własną prośbę oddano ją do klasztoru, gdzie została nauczycielką mniszek, później przełożoną. Historię tę opisał współczesny wypadkom opat wiedeński Marcin, góral ze Spiszu, który stosunki w krakowskich i śląskich szkołach znał z osobistego doświadczenia.

Aby uniknąć podejrzeń o stronniczość, trzeba teraz porozmawiać o sprawach znacznie mniej chwalebnych.

W 1398 roku magistrat krakowski postanowił wypędzić z miasta wszystkie prostytutki, lecz niedługo potem zechciał jeszcze sprawdzić, jak zapatruje się prawo kanoniczne na kwestię domów publicznych. W tym celu zwrócił się z zapytaniem do uczonego dominikanina Jana Falkenberga – Niemca z Pomorza – i otrzymał w odpowiedzi aż dwie niesłychanie zawiłe i subtelne rozprawy. Wynikało z nich, że wprawdzie nie wolno budować takich domów, ale dla uniknięcia gorszego zła, to znaczy uwodzenia żon, można, a nawet trzeba.

Inne miasta polskie też martwiły się nierządem. W Płocku na przykład w wieku XV dawały się odczuć następujące dolegliwości: „Fałszywy sędzia w konsystorzu, chciwy ksiądz w kościele, piękna niewiasta w domu nierządu, zdradliwy kupiec, łoża małżeńskiego dokładca, skryty oszczerca”. Powszechne schorzenie średniowiecznej Europy występowało więc i w Polsce, lecz w formie osłabionej. Jak pisze Jan Ptaśnik:

Wieki średnie nie tylko nie prześladowały nierządnic, ale, owszem, miały je nieraz w wielkiej cenie. Gromadziły się one w znacznej ilości na odpustach, synodach, soborach; w Konstancji w latach 1414–1418 przebywało ich 1500, a największą ich liczbę posiadał Rzym i Awinion w czasach, kiedy był stolicą papiestwa. Książęta i cesarze nie uważali sobie za ujmę domów ich z całym swym dworem nawiedzać, we wszystkich miastach niemieckich magistraty dbały o dobrą egzystencję tej plagi społecznej. Wrocław za przykładem miast zachodnich w czasie dni zapustnych drobnymi podarkami je honoruje, a tylko podeszłe w lata z miasta wypędza.

Polska dostrajała się czasem do normy i w tym, co stanowiło najgorszą hańbę ówczesnej Europy. Rozruchy antysemickie zdarzyły się w Krakowie dokładnie w tym samym 1407 roku, co w Nysie, Frankfurcie oraz Canterbury. Pierwszy atak tłuszczy uciszyła straż miejska pod dowództwem Klemensa z Moskorzowa, tego samego, który bronił Wilna. Potem nieoczekiwanie przyszła druga fala, jeszcze gorsze mordy i pożar. Podobnie jak przedtem w Pradze, rozruchy krakowskie były świadomie sprowokowane. Wiemy o tym od Długosza, który zasadniczo wierzył ponurym bredniom o mordach rytualnych, ale w danym wypadku bez obsłonek oskarżył niejakiego Budka, kanonika wiślickiego, o to, że „jak na mistrza i opowiadacza słowa Bożego bynajmniej nie przystało”, najpierw rozpalił tłum aluzjami i wzmiankami o Pradze, a potem z ambony u św. Barbary oznajmił:

Żydzi mieszkający w mieście Krakowie nocy poprzedzającej zabili dziecko chrześcijańskie i krwią jego bezbożnie się zmazali, a na księdza, który szedł do chorego z Najświętszym Sakramentem, kamieniami ciskali.

Jak wiemy, wygnani z Węgier Żydzi pozostali w Polsce. Widocznie tutaj było na co dzień lepiej, ale niekiedy bywało także strasznie. W 1407 roku dzieci pomordowanych rodziców ochrzczono, pod nożem „nawróciło się” wielu dorosłych. Stolica Polski potrafiła zatem stosować wzór skrajnie zachodni, hiszpański.

Sygnałem do drugiej fali rzezi krakowskiej stał się... dzwon ratuszowy, zwołujący rajców na sąd doraźny nad pochwytanymi sprawcami poprzednich przestępstw. Tłum zbiegł się znowu i tego zupełnie wystarczyło na początek nowej zbrodni. Mechanizm odruchów masowych bywa w rozmaitych epokach taki sam.

Wszystkich sprężyn owych wypadków na pewno nigdy nie wyśledzimy, a musiały być liczne i skomplikowane. Europa znajdowała się w przededniu husytyzmu, przyczyny tej poważnej rewolucji istniały i rosły już od dawna, nie tylko w Czechach. U nas największe napięcia socjalne istniały na Śląsku, zwłaszcza we Wrocławiu, który wielkimi krokami szedł ku powstaniu 1418 roku, kiedy to dostojnicy miejscy dali głowy pod oknami ratusza. W Krakowie XIV stulecia było niespokojnie, plebs burzył się przeciwko rajcom, zagarniającym dla siebie przywileje dawnych dziedzicznych wójtów. W 1396 roku cech rzeźników, z natury rzeczy najniebezpieczniejszy, wprost wygrażał: „Czekajcie tylko, czekajcie, żeby między radą a pospólstwem nie przyszło do tego, co we Wrocławiu się dzieje”. Była to aluzja do wcześniejszych i jak widać głośnych zaburzeń nad Odrą. W odpowiedzi na to rada podzieliła miasto na cztery kwartały, dając każdemu osobnego przełożonego do pilnowania rzemieślników. We Wrocławiu rada zabrała wszelką broń ze składnic cechowych, przenosząc ją na ratusz pod własny nadzór.

Rozruchy antyżydowskie, celowo prowokowane w dobie dużych niepokojów socjalnych – przecież zjawisko to Europa XX wieku aż za dobrze zna z własnego smutnego doświadczenia. Wynalazczość w niektórych dziedzinach jest naprawdę mocno ograniczona. Niedługo przed omówionymi rozruchami sąd miejski krakowski skazał na śmierć Żyda, niejakiego Fetera, za fałszowanie pieniędzy. Oprowadzono go po rynku i ulicach przybranego w koronę wysadzaną podrobionymi monetami, „przy czym woźni obwoływali jego zbrodnię”, i w końcu spalono na stosie. Nie o to chodzi, czy rzeczywiście fałszował, lecz o logicznie pewny związek pomiędzy tą demonstracją, świadomą prowokacją ze strony księdza a pogromem.

Z dociekań Zdzisława Kaczmarczyka dowiadujemy się ciekawych rzeczy o ówczesnej wsi polskiej. Zamożność jej musiała być wcale znaczna, jeśli zdarzali się gospodarze posiadający po piętnaście koni i po dwieście owiec. Przeciętna była oczywiście znacznie niższa, ale para koni czy wołów i kilka sztuk bydła na własność to też niemało. Dobrobyt osobisty i rodzinny, możność rozporządzania mieniem stwarzały podstawy niezależności, którą w umiarkowanej mierze popierało i prawo państwowe. Biedy na pewno nie brakowało, ale chłop nie był wtedy odcięty od opieki monarszej, mógł skarżyć do sądu koronnego, w określonych porach roku zmieniać miejsce pobytu i pana, wypełniwszy warunki, które go, rzecz jasna, obciążały. Zdecydowany zwrot na gorsze miał przyjść dopiero znacznie później. Na razie wcale nie było raju w Polsce – nie istniał zresztą nigdzie – ale najliczniejsza warstwa ludności nie została jeszcze stłamszona i hermetycznie zamknięta w gmachu wszechwładzy dziedziców. Ciężka praca chłopa wzmagała także państwo, a nie tylko panów, i na tym chyba polega istota różnicy pomiędzy stuleciem XIV i XV a późniejszymi.

 

Wkrótce się przekonamy, że stosunkowo zamożny i znający swobodę chłop żywo uczestniczył w poruszeniach socjalnych i politycznych, ochotniczo chadzał przeciwko Krzyżakom. Walczył więc o poprawę doli własnej oraz stosunków w państwie. Wrodzoną mu rzekomo potulność zaczął wykazywać później, kiedy zupełnie przygnieciono go do ziemi. Tylko niewolnik bywa bierny, człowiek, który zna smak wolności, pragnie jej więcej.

Wszystkie powyższe uwagi, z konieczności szkicowe, odnosiły się do samej Polski. Na Litwie panowały stosunki pod każdym względem odmienne.

Nie należy sobie wyobrażać martwoty społecznej. W Wielkim Księstwie zdarzały się zawrotne awanse, takie, o jakich w Koronie nikt nie mógł marzyć. Ruskie latopisy przechowały wiadomości o niejakim Wojdylle. Podobno: parobok był, niewolnyj chłop – piekarz. Już za Olgierda zaczął szybko iść w górę, został pokojowcem, potem grododzierżcą Lidy. W dwa lata po zgonie ojca Jagiełło ożenił go ze swą rodzoną siostrą – Marią – czym rozjątrzył konserwatystę Kiejstuta. „I był tot Wojdiło w wielikoj moczy” – pisze kronikarz. Stał się prawą ręką wielkiego księcia, był przezeń wysyłany na tajne pertraktacje z Krzyżakami. W 1382 roku Kiejstut dostał go w swe ręce i powiesił bez sądu.

Możliwe, że Wojdyłło był zwolennikiem przyjęcia przez Jagiełłę prawosławia, a tym samym całkowitego zruszczenia Litwy, czemu sprzeciwiał się Kiejstut, obrońca narodowości i tradycji. Dla niniejszych rozważań rzecz istotna to nagły, niebotyczny awans oraz sposób zakończenia kariery.

Podczas wyprawy grunwaldzkiej dwaj możni Litwini dopuścili się świętokradztwa w kościele, co wywołało wśród Polaków zgrozę. Winowajców stawiono przed Witoldem, który kazał im się natychmiast powiesić. Długosz, czerpiący wiadomości pewnie z opowiadań ojca, ze zrozumiałym zdumieniem opisuje, że sami wznieśli szubienicę, przy czym jeden drugiego zachęcał do pośpiechu, sami założyli sobie stryczki, nikt ich nawet nie podsadzał...

Martwoty na Litwie nie było, panował za to prymityw. O wzlotach i upadkach rozstrzygała nieznająca hamulca wola hosudara, który sam z kolei stale bał się trucizny.

W XIV wieku społeczeństwo Wielkiego Księstwa dzieliło się na bojarów i włościan, od których niżej stali niewolni. Dopiero w następnym stuleciu zaczęły się wytwarzać pojęcia dziedzicznej własności, gdyż poprzednio całą ziemię uważano za należącą do księcia, a ten, kto ją zajął i uprawił, posiadał tylko prawo wyłącznego użytkowania, lecz nie mógł nią swobodnie rozporządzać.

Celem, do którego zmierzała akcja Jagiełły i Witolda – pisze Witold Kamieniecki – było stworzenie praworządnego państwa chrześcijańskiego ze społeczeństwem podzielonym na wyraźne stany: duchowny, rycerski, mieszczański i włościański. Ośrodkiem ciężkości w państwie miał być jednolity jak w Polsce szlachecki stan rycerski, oparty na pełnej dziedzicznej własności ziemskiej.

Osiedla miejskie istniały na Litwie, mieszkańcy ich czynnie mieszali się nawet do polityki. Tak było w roku 1382, kiedy Jagiełło obalał Kiejstuta. Wielokrotnie wspominany Hanul należał do składu poselstwa Skirgiełły, które w styczniu 1385 roku przyjechało do Krakowa prosić o rękę Jadwigi. Nie był on Litwinem i poniekąd dlatego właśnie można go uznać za typowego przedstawiciela mieszczaństwa Wielkiego Księstwa, które rekrutowało się przede wszystkim z Rusinów, Niemców oraz Polaków. Ci ostatni pochodzili z dobrowolnie napływającej ludności, bo brańcy, tak licznie chwytani w wyprawach, osadzani bywali po wsiach. Rola Rusinów jest zrozumiała sama przez się – w Kijowie i innych domenach Rurykowiczów życie miejskie kwitło z dawien dawna. Długosz, który stosunki XV wieku znał z osobistej obserwacji, zapytuje sam siebie, jak się to stać w ogóle mogło, że Litwa zapanowała nad Rusią, tak przemożną w dziedzinie cywilizacji.

Zamiar zaprowadzenia na Litwie takiego samego ustroju stanowego, jaki u schyłku XIV wieku okrzepł już w Polsce, nie został osiągnięty. Prawa, które w Koronie były wynikiem długiej i rodzimej ewolucji, przeniesione za Bug zrodziły zupełnie inne skutki. Zamiast swoistej demokracji szlacheckiej wytworzyła się tam zdecydowana przewaga magnatów, co z kolei zaczęło oddziaływać na samą Polskę. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Próba oceny położenia istniejącego na przełomie XIV i XV wieku musi się zakończyć znamiennym wnioskiem. Punkt widzenia jest właściwie rzeczą obojętną – może nim być polityka wewnętrzna lub zagraniczna, a także kultura. W każdej z tych dziedzin spadał na Koronę obowiązek dawania pomocy. Na wzajemność można było liczyć jedynie w kwestiach polityki zagranicznej, a ściślej – wojskowych. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, iż kierownictwo zarówno dyplomacją, jak armią znalazło się w ręku Litwina.

Dorobek królestwa polskiego, osiągnięty w przeciągu kilkuset lat dawniejszej historii, był znaczny. Można śmiało ryzykować twierdzenie, że stanowiąc podstawę dalszego rozwoju wystarczyłby na spełnienie własnych zadań i celów Korony. Tworzony był przecież na ich miarę. Unia przyniosła problemy dodatkowe, które wcale nie polegały na potrzebie zorganizowania administracji kolonialnej obszarów przyłączonych, lecz na czymś wręcz przeciwnym – na potrzebie rozwiązania olbrzymich trudności, które w przeciągu stuleci wyrosły przed państwem litewskim, żyjącym dawniej – a właściwie i nadal – na swój własny rachunek.

Stan rzeczy, jaki wytworzyła unia, jest w dziejach Europy fenomenem, wypadkiem jedynym i niepowtarzalnym. Na razie poprzestańmy na jednym tylko, lecz bardzo ważnym stwierdzeniu. Wspomniana okoliczność wyjaśnia, dlaczego po unii nasze dzieje zaczęły się odróżniać od przeciętnego europejskiego wzorca, obfitować w wydarzenia z pozoru dziwaczne, układać w sposób kapryśny, częstokroć – zwłaszcza dla obcych – w ogóle niezrozumiały. Nie sprawiło tego żadne fatum ani niedorozwój umysłowy. Po unii przestaliśmy być państwem podobnym do innych. Rozmiary potrzeb grubo przerosły zasób posiadanych środków, skupionych przede wszystkim na niewielkich obszarach Korony.

Miało to wyjść na jaw dopiero z czasem. Jeśli się chce wymierzyć sprawiedliwość ówczesnym działaczom, trzeba pamiętać, że niemal przez cały wiek XV istniały najpoważniejsze szanse wyjścia z trudności politycznych nie tylko obronną ręką, lecz w pełni zwycięsko.

Przychodzi pora na przegląd wydarzeń tego stulecia.