Polska JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UNIA


Trzeba najpierw przypomnieć rzecz oczywistą, lecz dziwnie rzadko braną pod uwagę. Układy w Krewie, Wołkowysku i Lublinie zawierali zwykli ludzie, a nie Przenajświętsza Trójca, dla której przyszłość nie ma tajemnic. Z ich punktu widzenia unia była paktem politycznym, opartym na podstawowej, od tysiącleci znanej zasadzie do ut des – daję, abyś dał. Miała załatwić lub ułatwić sprawy konkretne, ważne dla nich i zrozumiałe im, osobom w roku 1386 pełnoletnim.

Tak zwaną „ideę jagiellońską”, skutki przeniknięcia kultury polskiej daleko na wschód, spolszczenie się części ludności Wielkiego Księstwa, a także sukcesy Niemców korzystających z przykucia Polski do spraw naddnieprzańskich – to wszystko widzimy my, którzy patrzymy z perspektywy lat bez mała sześciuset. Jagiełło, Dobiesław z Kurozwęk czy Dymitr z Goraja nawet śnić na ten temat by nie potrafili.

W jaki sposób można było odgadnąć przyszłe spotężnienie Prus i zabór przez nie Śląska w roku 1742, skoro unia stworzyła warunki umożliwiające całkowite zwycięstwo nad Krzyżakami już za życia Jagiełły?

W oczach ludzi ówczesnych unia była na pewno sprawą bardzo ważną. Nie leżała w ich możliwości ocena... jak ogromną. Bo też dopiero z biegiem czasu, w miarę rozwoju wypadków, stworzona przez nią problematyka rozrosła się do niezwykłej skali.

Początkowo każda ze stron zachowywała się powściągliwie i pilnowała własnych interesów, a obie traktowały się nawzajem z wyraźną nieufnością.

Pragnąc rozwiązać sprawy zupełnie konkretne, stworzono całkowicie nowy układ okoliczności w środkowej i wschodniej Europie. Stworzono go nieświadomie, bo zagrała taka ilość czynników, iż żaden umysł ludzki nie był w stanie ogarnąć ich wszystkich. Z czasem dały o sobie znać nie tylko skutki, lecz i skutki skutków oraz następstwa następstw. Na ogół rzadko zastanawiamy się nad tym, że niemal każdy czyn człowieka miewa lub może mieć wszechstronne konsekwencje.

W 1386 roku uruchomiono mechanizm, który dopiero później, siłą samych faktów, dotknął wszystkich dziedzin życia na olbrzymiej przestrzeni połączonego państwa, sięgającego miliona kilometrów kwadratowych. Nawet sfery decydujące, magnackie, wcale nie od razu mogły się zorientować, jakie widoki otwiera przed nimi unia. W chwili jej układania cały majątek ziemski Radziwiłłów składał się podobno z dwudziestu osadzonych na roli chłopów. Polskie przywileje, żywcem przeszczepione na grunt litewski, dały tej familii – oraz wielu innym – sposobność całkiem chyba nieoczekiwaną. Polscy komesowie, popierający unię i przenoszenie naszych urządzeń do Wielkiego Księstwa, ani się spodziewali, że czynność ta dopomoże litewskiej magnaterii, czyli sile, która w sposób najbardziej konsekwentny będzie w przyszłości unię zwalczać.

Rodziły się sprawy więcej niż zawiłe i upraszczanie jest czynnością mało pożądaną.

Sama unia została zawarta wśród okoliczności od woli ludzkiej całkowicie niezależnych, a nawet jak najbardziej z nią sprzecznych. Drogę do unii otwarły dwa fenomeny – wygaśnięcie królewskiej linii Piastów i wkrótce potem Andegawenów węgierskich. O ile drugie z tych wydarzeń może być zapewne wytłumaczone przez prawidłowość przyrodniczą, czyli następstwa nieuleczalnej choroby, o tyle pierwsze było dziełem przypadku w czystej postaci. Kazimierz Wielki nie miał legalnych synów. Naturalni żyli, używali podobno herbu o nazwie Mięszaniec, który na pionowo podzielonej tarczy przedstawiał po jednej stronie połowę orła polskiego, po drugiej dwie białe róże. Wiadomość o tym herbie jest półlegendarna. Za to z wszelką pewnością wiemy, że jeden z tych synów – Pełka – zawiesił raz u dokumentu pieczęć z wizerunkiem brodatego mężczyzny w kapturze, czyli... portret ojca. Tak samo wyglądał herb ziemi dobrzyńskiej, najwyższego sądu „prawa niemieckiego” na Wawelu oraz miasta Kazimierza.

Sojusz Polski i Litwy zapowiadał się od czasów Łokietka, był konieczny, zbawienny. Na to, by mógł przybrać postać unii dwóch monarchii, trzeba było kobiety na tronie krakowskim, czyli zgonu dwóch dynastii. Małżeństw między mężczyznami nie bywa.

Znamy zobowiązania strony polskiej: korona i Jadwiga dla Jagiełły. Pora powiedzieć o litewskich, spisanych w Krewie na uroczystym pergaminie. A więc przede wszystkim Litwini mieli przyjąć katolicyzm, bez spełnienia tego warunku cały układ byłby niemożliwy. Jagiełło przyrzekał ponadto zwrócić Polsce brańców, pochwytanych w czasie dawniejszych napadów na nasz kraj, odzyskać wszystkie terytoria stracone poprzednio przez królestwo, zapłacić Habsburgom zawczasu przewidzianą karę za zerwanie umów o małżeństwie Jadwigi z Wilhelmem – dwieście tysięcy florenów. Wielkie Księstwo Litewskie miało być do Polski „przyłączone”.

W łacińskim oryginale dokumentu użyto słowa applicare i spór o jego znaczenie nie przestaje pasjonować najtęższych historyków. Słuszny wydaje się jednak domysł Henryka Paszkiewicza, że Jagiełło rozmyślnie wyraził się ogólnikowo, by móc później interpretować własne zobowiązanie, jak będzie wygodniej. Teza uczonego jest zgodna z niezmienną zasadą polityki, nakazującą stosować postępowanie do okoliczności.

Przyjęło się zwracać pilną uwagę na zobowiązania litewskie, a polskie zbywać ogólnikami. Taka metoda doprowadziła niektórych do pomawiania Jagiełły o zdradę interesów własnej ojczyzny. Ożenił się dobrze i został ukoronowany – to miało być wszystko. Istotnie niewiele, lecz tylko w oczach ludzi przyzwyczajonych do monarchii konstytucyjnych, których władcy są jedynie symbolami, „panują, ale nie rządzą”. W XIV wieku uprawnienia króla w Polsce były bardzo poważne, że unikniemy przesadnych określeń. On był właścicielem dóbr koronnych, szafarzem dostojeństw, najwyższym sędzią, a przede wszystkim niezaprzeczalnym kierownikiem polityki wewnętrznej i zagranicznej, nie tylko przełożonym, ale i rzeczywistym dowódcą całej armii. (Powie ktoś: magnaci ograniczali jego władzę. – Przez rozdawnictwo dóbr oraz urzędów, a także przez opieranie się na warstwach niższych można było wpływać na możnowładztwo i trzymać je w szachu).

Tak kluczowe stanowisko Polacy oddali we władanie Litwinowi, mężowi liczącemu około trzydziestu pięciu lat życia, a więc w pełni dojrzałemu, mającemu własne koncepcje oraz przekazane przez przodków tradycje postępowania. Monarcha połączonego państwa mógł używać jego sił i środków dla osiągnięcia tych samych celów politycznych, do jakich zmierzał jeszcze przed unią. Wkrótce zobaczymy, że tak właśnie czynił.

Korona polska dla Jagiełły to była wartość i cena wręcz ogromna. Wielkie Księstwo Litewskie zostało pod względem terytorialnym bardziej czy mniej teoretycznie „przyłączone” do Polski, natomiast ta ostatnia w sposób jak najbardziej rzeczywisty włączyła się do dotychczasowej polityki litewskiej.

Akt krewski zobowiązywał Jagiełłę do odzyskania terytorialnych strat Korony. Odebrać Pomorze, Śląsk, Ruś Czerwoną czy lenna Opolczyka można było siłami polskimi, nigdy bez nich. A więc w gruncie rzeczy Jagiełło obiecał, że objąwszy kierownictwo polityczne państwa, najważniejszych dla Korony spraw nie zaniedba, doprowadzi je do pomyślnego końca.

Unię uważa się czasem za przejaw zaborczych dążeń polskich, a zwłaszcza już małopolskich wielmożów, którym raptem zamajaczyły rozległe dobra na wschodzie. Nie historycy, lecz publicyści posuwają się aż do twierdzeń, że w krótkim czasie Polacy przywłaszczyli sobie w Wielkim Księstwie wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Miał to być zatem podbój, osłonięty rozmaitymi pięknymi deklaracjami.

Przykładów polityki zaborczej znamy wiele. Moglibyśmy mówić o mocarstwach, które pod koniec XVIII wieku podzieliły Polskę, ale to by wymagało wybiegania w przód. Poprzestańmy więc na Brandenburgii i Niemcach zagarniających ziemie zachodniosłowiańskie i polskie. Uczynić to tym łatwiej, że zarówno w XII jak i w XVIII stuleciu zasada okazywała się ta sama: siłą lub matactwami zostaje zajęty pewien obszar kraju i bez względu na to, jakie prawa utraci albo otrzyma podbita ludność, przestają istnieć jego dotychczasowe dążenia polityczne. Nie liczą się, są przekreślone. Zdobywca może je niekiedy wyzyskiwać jako pretekst do dalszych podbojów, lecz naprawdę zmierza wyłącznie do swych własnych celów. Kraj traci indywidualność polityczną, przestaje być sobą. Według tej reguły postępowali w Prusach Krzyżacy.

Unia polsko-litewska nie przekreśliła żadnego z problemów wewnętrznej i zagranicznej polityki Wielkiego Księstwa. Ani jednego! One wszystkie nadal trwały, a ci, którzy po roku 1386 dążyli do ich załatwienia, posługiwali się środkami już nie tylko miejscowymi, litewskimi, lecz i polskimi.

Między unią a zaborem jest dokładnie taka sama różnica jak między białym a czarnym.

Aż do czasów unii Polska była normalnym, przeciętnym krajem europejskim. Zadania, jakie przed nią stały, rozwiązywała wcale nie najgorzej, a zważywszy ciężkie okoliczności, można powiedzieć, że nawet dobrze. Miała widoki na dalszy rozwój i ograniczone sukcesy, polegające na odzyskaniu tego, co jej zabrano. Mogła zostać zwykłym państwem jednego narodu, jakich sporo na kontynencie. Zawarłszy unię, do spółki z Litwinami oraz licznymi Rusinami stworzyła problematykę, której w ogóle nigdy i nigdzie przedtem nie było. (Wewnątrz wspólnego państwa przebiegały granice wiar i kultur). Nie istniały żadne precedensy, nikt nie umiał, ba! – nie próbował rozwiązywać zagadnień tak rozległych i zawiłych, nie miał po temu okazji. A wszystko to stanęło przed ówczesnymi politykami nagle, bez wstępów, przygotowań i stopniowego wdrażania się w robotę.

Wydaje się, że mnogość i rozmiary zadań do rozwikłania, a także nagłość dokonanej przemiany są głównymi cechami stworzonego przez unię układu stosunków. One też tłumaczą przyszłą klęskę wspólnego dzieła, które okazało się nie na miarę sił ludzkich.

 

Godne pilnej uwagi, czy i o ile współcześni rozumieli, jakie znaczenie ma ślub Polski i Litwy, czyli – w prozie politycznej – połączenie plusów i minusów obu państw? Pouczająca jest pod tym względem kronika Długosza, człowieka stojącego na wysokim poziomie umysłowym. Pomimo wszystko, nawet pomimo jego niezwykłej przenikliwości, o której będzie mowa w rozdziale o Kazimierzu Jagiellończyku – odnosi się wrażenie, że nie w pełni pojmował on, jak bardzo skomplikowane było położenie Litwy na wschodzie. Bez porównania lepiej znał sprawy krzyżackie, śląskie i w ogóle zachodnie. Jeśli piszący w XV wieku uczony kanonik nie rozumiał, co zapowiada wspólna litewsko-polska wyprawa na Moskwę w roku 1408, to cóż mówić o pokoleniu jego dziadów? A ono właśnie zawierało unię. Wolno żywić przekonanie, że spomiędzy dwóch podpisujących ją stron Litwini byli znacznie lepiej poinformowani o sytuacji ogólnej. Orientowali się zarówno w problemach krzyżackich, jak i moskiewskich. Już dawno temu zauważono, że z punktu widzenia Jagiełły „przyłączenie” Litwy do Polski oznaczało wciągnięcie tej ostatniej do walki ze wszystkimi wrogami Wielkiego Księstwa. Z Krakowa do niektórych stolic owych dotychczas cudzych wrogów było bardzo daleko, a stąd i znajomość rzeczy musiała być odpowiednio mniejsza.

Spisane akta zawierały tylko uzgodnione warunki, wiadomości o motywach własnych decyzji każdy taił dla siebie, a jeśli nawet umieszczał je w dokumentach, to nie wszystkie. Nie było żadnego rzucania się sobie w objęcia, skoro Jagiełło musiał dawać własnych braci na zakładników szczerości swych poczynań.

O powodach, którymi kierowali się Polacy, wiemy z owych umów oraz z dzieła Długosza. Były to: chęć rozszerzenia chrześcijaństwa, nabycia krajów obcych, odzyskania strat, zabezpieczenia wschodniej granicy oraz... posiadania na tronie króla obcokrajowca.

Ten ostatni motyw, jako pozornie najdziwniejszy, trzeba rozpatrzyć najpierw. Ukształtował się on pod wpływem przeżyć z czasów andegaweńskich, o których już była mowa. Monarcha cudzoziemiec czuł się mniej pewnie, musiał wdawać się w targi ze szlachtą i zdobywać sobie jej przychylność. Za Ludwika Węgierskiego Małopolska doświadczyła tego w całej pełni i właśnie ona energicznie zwalczała kandydaturę rodzimą – Ziemowita IV – popierała zaś obcą. Zjawisko zupełnie zrozumiałe i znajdujące takie czy inne odpowiedniki w dziejach całej Europy. Dążenie do zysków oraz przywilejów i niechęć do ponoszenia ofiar są w historii zjawiskami stałymi.

Co do rozszerzenia katolicyzmu – wysuwano tę kwestię na plan pierwszy, akt unii oddano na przechowanie do archiwum kapituły krakowskiej, ale w gruncie rzeczy traktowano z polityczną oględnością, a już na pewno bez fanatyzmu. Jagiełło ochrzcił Litwę po koronacji, a nie przed nią, jak obiecał. Główną rolę w Wielkim Księstwie powierzył Skirgielle, który na parę lat przed unią przyjął prawosławie oraz imię Iwana.

Chęć nabycia krajów obcych odnosiła się oczywiście do Rusi, lecz należy wystrzegać się przesady i sugestii czasów o wiele późniejszych. Zainteresowania panów polskich sięgały najwyżej Podola i nic nie wskazuje, że chodziło im o Smoleńsk czy Kijów (nie mówiąc już o Kałudze, leżącej wówczas na samej granicy Litwy i Moskwy). W darowiznach Jagiełły dla naszych wielmożów widzieć trzeba przejaw jego szerszej myśli politycznej, zmierzającej do wciągnięcia sił polskich w sprawy wschodnie. Jak celnie zauważył Paszkiewicz, Jagiełło pragnął zaszczepić Polakom przekonanie, że walcząc gdzieś daleko na wschodzie – bronią Wisły.

Temat zmusza powołać na świadka postać już tu kilkakrotnie wspomnianą – Dymitra z Goraja. Zajmował on jedno z naczelnych stanowisk w grupie panów małopolskich, aczkolwiek z pochodzenia nie był wcale Polakiem, lecz Rusinem. Już Kazimierz Wielki uczynił go podskarbim, który to urząd pod względem znaczenia szedł zaraz po kanclerskim. Dymitr odznaczał się nadzwyczajną wiernością dla dynastii piastowskiej, a potem dla Jadwigi, która uchodziła w Polsce za dziedziczkę nie ojca, Ludwika, lecz Kazimierza. Należał do zdecydowanych zwolenników unii, widział w niej korzyść dla swej rodzinnej Rusi Czerwonej. Podjął się przecież misji tak trudnej i ważnej jak poselstwo do Malborka z zaprosinami wielkiego mistrza w kumy. Jak widzimy, samo pojęcie „panowie małopolscy” jest mętne i od ścisłości dalekie. Uważanie tej grupy za przedstawicielkę nacjonalizmu polskiego byłoby błędem bardzo poważnym.

Następne zobowiązanie Jagiełły dotyczyło odzyskania strat. Panuje zgodne przekonanie, iż na pierwszym planie stała Ruś Czerwona, na dalszym Pomorze i Śląsk. Tak było niewątpliwie, ale nie powinno się tracić z oczu rzeczy jasnej jak słońce, mianowicie, że odebrać Ruś osłabionym Węgrom było całkiem łatwo, wydrzeć Pomorze Krzyżakom, a Śląsk Luksemburgom – niesłychanie trudno. Spełnienie pierwszego celu wzmagało siłę państwa, a więc przybliżało osiągnięcie następnych.

Wiążąc się z Litwą, Polska mierzyła w Krzyżaków, lecz na razie wcale się nie kwapiła do rozgrywki z nimi i miała słuszność, bo czas pracował na jej korzyść. Doktryna odraczania stanowiła spadek po Kazimierzu Wielkim, który na kilkadziesiąt lat zapewnił krajowi spokój od strony Zakonu i dzięki temu ocalił państwo.

Nadzwyczaj interesująco przedstawia się sprawa zabezpieczenia wschodniej granicy Korony. Już przed wojną wykazano, że jeśli w okolicach Wiślicy mieszkało wtedy do trzydziestu ludzi na kilometrze kwadratowym, a w Sandomierskiem do dwudziestu dwóch, to na Wyżynie Lubelskiej średnio jeden człowiek. Mapa dołączona do I tomu Historii Polski PAN dowodzi tej samej prawdy. Granicą gęstszego zaludnienia była Wisła. W okolicach samego Lublina, na glebach urodzajnych, mieszkało do trzech ludzi na kilometrze kwadratowym. Taki był rezultat częstych najazdów tatarskich, lecz także, a nawet przede wszystkim... litewskich. Przypomnijmy, że w roku 1376 – na dziesięć lat przed unią! – Kiejstut doszedł do Tarnowa, zostawiając za sobą zgliszcza. Małżeństwo Jadwigi zabezpieczało kraj przed klęskami, które nie pozwalały na gospodarczy rozwój ziem, mających po temu wszelkie warunki, i powodowały bezmiar nieszczęść ludzkich. Litwini porywali mieszkańców tysiącami, gnali ich do siebie na zawsze, nie oszczędzali kobiet ani dzieci. Nie mogli poważnie zagrozić bytowi państwa. Ich prymitywna polityka łupieska ciągle niszczyła pogranicze, upuszczała rzekę krwi. Zapobiec można było temu dwojakim sposobem. Razem z Krzyżakami zgnieść i wytępić Litwę (jak poprzednio do spółki z Rusią zgniotło się Jadźwingów) albo zawrzeć z nią taki układ, który by wykluczył napady. Najwięcej polskich błogo-sławieństw spłynęło na głowę Jadwigi za spokój od wschodu. Wolno to uznać za pewnik, a chęć zabezpieczenia tej granicy za jeden z głównych powodów unii po stronie Korony. W danym wypadku stanowe interesy magnatów pozostawały w idealnej zgodzie z dobrem narodu. Komesowie posiadali za Wisłą liczne majątki i chcieli mieć z nich zyski zamiast strat. Ten sam wzgląd oddziaływał na takich jak Dymitr z Goraja magnatów z Rusi Czerwonej, także nękanej najazdami, a spragnionej pokoju.

Ludzie mogli snuć rozmaite przewidywania co do dalszych losów unii, na pewno liczyli na potomstwo Jadwigi. Na razie otrzymywali rzecz powszechnie w kraju pożądaną – pokój. W średniowieczu małżeństwa między panującymi były zwykłym środkiem ułatwiającym takie cele.

Istnieje jeszcze jedna okoliczność. Mówi się o niej dosyć rzadko, najpewniej dlatego, że dotyczyła kwestii życiowej, czysto praktycznej, a nie górnych założeń czy teorii.

Jadwigę należało zyskownie wydać za mąż. Za kogo? Książąt niemieckich Polacy skreślili z listy, i to w sposób jak najbardziej stanowczy, o żadne egzotyczne mariaże się nie ubiegali, co znakomicie o nich świadczy. W praktyce pozostawali dwaj kandydaci – Ziemowit IV oraz Jagiełło. I właśnie ich dotyczyła stoczona w kraju rozgrywka. Obaj rokowali korzyści – Wielkopolska wcale nie warcholiła, opowiadając się za Piastem, rozumowała realnie. Można się nawet zastanawiać, czy zwycięstwo Ziemowita nie byłoby swoistym powtórzeniem tego, co w XIV wieku uczyniły francuskie Stany Generalne, które po wygaśnięciu Kapetyngów odrzuciły spadkobiercę po kądzieli, króla Anglii, i powołując członka młodszej odrośli dynastii, pierwszego z Walezjuszy, ocaliły zasadę monarchii narodowej. Ale w dziedzinie stosunków międzynarodowych Litwin nieskończenie górował nad Mazowszaninem, co Ziemowit IV ostatecznie sam uznał.

Podsumowujmy: w istniejących podówczas realnych okolicznościach unia z Litwą leżała niemal w naturze rzeczy.

Motywy, którymi powodowała się Litwa, były o wiele bardziej skomplikowane.

Na pierwszym miejscu stało na pewno niebezpieczeństwo krzyżackie. Twierdzenie powyższe poprzeć można mnóstwem argumentów, a wśród nich jednym szczególnie wyrazistym. To Jagiełło umyślił zaprosić von Rottensteina na własnego ojca chrzestnego. Od razu widać, kogo chciał zaszachować i jaką korzyść najpierw osiągnąć.

Zakon zagrażał obu stronom, lecz w sposób i w stopniu zupełnie w danej chwili różnym. Starcie z nim było dla Polski kwestią przyszłości (jak się okazało, odległej jeszcze o ćwierć wieku niemal). Litwa już zmagała się śmiertelnie, władcy jej musieli zawierać z mistrzami katastrofalne układy, rejzy krzyżackie docierały pod Troki, Wilno i jeszcze dalej. Na wiosnę 1381 roku Zakon po raz pierwszy w swych dziejach wyprowadził w pole działa, osiągając piorunujące skutki – i to na prawym brzegu Niemna, w rdzennej Litwie.

Rozprawa z Polską miała być dla Malborka najpoważniejszą z prób w ogóle kiedykolwiek przebytych. Już z Łokietkiem szło ciężko, a Kazimierz wzmocnił wszak królestwo ogromnie, zreformował system obrony, zbudował łańcuchy twierdz. Była już mowa o tym, że istniały na Litwie pomysły przeniesienia się na Ruś, czyli całkowitej rejterady przed Niemcami. Jagiełło przyrzekł oddać Żmudź po Dubissę, Witold obiecał jeszcze więcej, bo po Niewiażę, a ponadto całą Kowieńszczyznę.

Krzyżacy odegrali znaczną rolę podczas zatargów Jagiełły z Kiejstutem, których przedmiotem była władza wielkoksiążęca. Stosunki wewnętrzne na Litwie były niezmiernie dalekie od uporządkowania. Tron był dziedziczny w rodzie Giedymina, którego potomkowie liczyli się na dziesiątki ambitnych głów. Po śmierci wspomnianego księcia zostało siedmiu kandydatów do pierwszeństwa, po Olgierdzie liczono ich dwudziestu. W korespondencji z wielkim mistrzem sam Jagiełło wyraził się o krewnych: „kłębowisko żmij”.

Równowaga za Olgierda i Kiejstuta opierała się na dobrych stosunkach osobistych, a nie na trwałej zasadzie prawnej. To samo planowano na przyszłość, wychowując Jagiełłę i Witolda w przyjaźni, na współrządców. Jagiełło miał kilku starszych braci, pomimo to awansował, ponieważ ojciec najbardziej mu sprzyjał. Względy personalne nie stwarzają żadnej solidnej podstawy. Za dobrze zorganizowane wolno uznawać jedynie takie państwo, gdzie prawo względy owe ogranicza, pozbawia roli decydującej.

Jako król polski Jagiełło od razu zajmował przemożne stanowisko... na Litwie, mógł uczynić władzę wielkoksiążęcą dziedziczną w swej własnej r o d z i n i e. Wiele razy wspominało się w tej książce o osiągnięciach Francji, Polski piastowskiej czy Moskwy, polegających na stworzeniu odskoczni, punktu oparcia. Po unii taką podstawą rządzącej w obu krajach dynastii Jagiellonów stała się Polska. Była gęściej zaludniona, znacznie lepiej zagospodarowana, zorganizowana i uzbrojona, stała na bez porównania wyższym szczeblu rozwoju kulturalnego.

Dla Jagiełły i jego otoczenia unia była uczynkiem świadomie dokonanym na korzyść narodowego żywiołu litewskiego, który w Wielkim Księstwie stanowił zdecydowaną mniejszość, na polu kultury pod każdym względem ulegał ruskiemu. Zdobył imperium i okazał się niezdolny do nadania mu litewskiego oblicza. Kultura – wcale nie po raz pierwszy w dziejach – dowiodła, że jest silniejsza od oręża.

Te okoliczności sprawiły zapewne, iż Litwa właściwa tak długo trwała przy pogaństwie. Prawosławie uczyniłoby może z Wilna ośrodek atrakcyjny dla Rusinów, a przez to naprawdę groźnego współzawodnika Moskwy, która korzystała z niechęci współwyznawców do „złowiernych”. Ale po przyjęciu go narodowość litewska utraciłaby jakiekolwiek szanse przetrwania. Cerkiew używa języka słowiańskiego, obrządek rzymski w liturgii zna tylko łacinę, tak zwane nabożeństwo dodatkowe odbywa się w mowie miejscowej. Głównych modlitw nauczał Litwinów sam Jagiełło – w jego oraz ich własnym języku.

Nie bez znaczenia było i to, że litewski zachowuje wiele cech archaicznych, a więc wydaje się podobny właśnie do łaciny. Coś z tego wynikało dla ludzi ówczesnych, skoro Długosz nie zawahał się poważnie twierdzić o tym narodzie:

 

z jego mowy, składu wyrazów i brzmienia, rozmaitych wreszcie okoliczności wnosić można, że Litwini i Żmudzini są pokoleniem Latynów, i jeśli nie od Rzymian, przynajmniej od jakiegoś szczepu latyńskiego pochodzą.

Łacina wzmagała poczucie litewskiej odrębności narodowej. Wspomnijmy jeszcze fakt, o którym dobrze wiedzą mieszkańcy ziem dawnego Wielkiego Księstwa. Litwini w ogóle nie ulegają polonizacji. Oni się białorutenizują, a dopiero między Białorusinami a Polakami odbywa się wymiana w obie strony.

Jagiełło w żaden sposób nie mógł przewidywać spolszczenia się szlachty litewskiej. W chwili zawierania unii on i bojarstwo mówili po rusku. To był urzędowy język Wielkiego Księstwa. Akt ułatwiający przyszłą, lecz wcale niezamierzoną polonizację dokonał się więc grubo przed unią.

Postanowiono, że wszyscy Litwini mają przyjąć obrządek rzymski. Prawa i przywileje przez czas długi nadawano tylko katolikom, a więc Litwinom.

Rusini pozostali przy prawosławiu. Nie tylko oni, bo – jak się dowiadujemy od Długosza:

inni książęta litewscy, którzy już dawniej chrzest według greckiego obrządku byli przyjęli, do ponowienia albo, iż lepiej się wyrażę, do uzupełnienia chrztu świętego nie dali się nakłonić.

Wśród nich Skirgiełło, główny pomocnik Władysława. Gra polityczna była zdecydowana, lecz ostrożna, bez palenia mostów i kopania przepaści.

„Litwa ma dwóch głównych wrogów, zakon krzyżacki i Moskwę” – pisał Olgierd do patriarchy carogrodzkiego. Zadziwiająca rzecz, ale fakt niezbity: przy ocenie powodów oraz wyników unii najczęściej się lekceważy to olbrzymiej wagi wyznanie największego polityka litewskiego. Tymczasem przegląd wypadków, który wkrótce w tym tomie zostanie dokonany, uzmysłowi, że Władysław Jagiełło zapamiętał sobie testament ojca jak „amen” w przez siebie samego przełożonym pacierzu. Uzyskanych sił polskich używał na obydwu frontach. Jakże można go posądzać, że rozmyślając o unii, nie brał pod uwagę wschodniego przeciwnika? W roku 1380 chodził nad Okę i Don, za dotkliwą cenę kupiwszy sobie spokój od zachodu. Na pewno pamiętał o tym w pięć lat później. Unia też dawała mu spokój od strony zachodniej, a ponadto jeszcze ogólną poprawę położenia i silne poparcie nie byle jakiego królestwa.

Księstwo litewskie stało wobec licznych i ciężkich zadań. W każdej sprawie związek z Polską przynosił mu korzyść. Toteż trzeba uznać unię za wielkie osiągnięcie państwowej myśli litewskiej. Jagiełło popisał się nie lada kunsztem. Decyzje, które powziął w latach 1383–1385, same przez się stawiają go w rzędzie wybitnych postaci dziejów Europy.

Od niepamiętnych czasów istnieją w polityce pewne zasady, jeśli nie dziedziczone przez pokolenia, to ciągle na nowo odkrywane, bo samo życie do tego zmusza. Jedna z nich da się tak streścić: wróg mego wroga jest mi sprzymierzeńcem. Starożytni Galowie nie interesowali się Afryką, lecz radzi byli Hannibalowi, walczącemu z Rzymianami. W dwa przeszło tysiące lat później rzeczpospolita francuska pilnie zabiegała o względy Aleksandra III, który ustrojów republikańskich nienawidził i pogardzał nimi. Nieco potem Edward Herriot, najbardziej mieszczański polityk pod słońcem, pojechał do komunistycznej Moskwy, głosił potrzebę porozumienia z nią i dopiął swego. I za Aleksandra, i za Herriota między Francją a Rosją leżały groźne Niemcy.

W myśl tej zasady Polska XIV wieku nadawała się nie na wroga, lecz na sprzymierzeńca Moskwy. Litwini, którzy oblegali sam Kreml, podchodzili również pod Tarnów, bywali na Łysej Górze. Unia unicestwiła widoki tego sojuszu, który prędzej czy później (w każdym razie po rozprawie z Krzyżakami) mógł Litwie zagrozić. Kreml znalazł sobie na Zachodzie partnerów, lecz dopiero u schyłku XV wieku. W dodatku ci jego przyjaciele polityczni mogli cisnąć nie na Litwę bezpośrednio, lecz na Polskę.

Brak dowodów, że Jagiełło przewidywał to wszystko. Zresztą nie o to chodzi. Próbujemy w tej chwili ocenić, co – w dziedzinie faktów – zyskał dla Litwy, decydując się na związek z Polską.

Zastanawiając się nad wynikami unii, nie należy zapominać, że dla Polski oznaczała ona między innymi rozbrat z prawidłem, które wolno zaliczyć do techniki politycznej. Dla powstrzymania się od sądów zbyt pochopnych pamiętajmy jednak, że świat katolicki bardzo późno w ogóle „odkrył” Moskwę. Stało się to aż w drugiej połowie XV wieku, po zdobyciu Konstantynopola przez Turków. Pierwszym odkrywcą był papież.

Z wywodów tych nie ma wcale wynikać posądzenie ówczesnych Polaków o polityczną naiwność. Oni się bynajmniej nie dali „nabrać”. Unia z Litwą otwarła przed Koroną niebywałe widoki, tak nawet wielkie, że sami twórcy aktu nie byli zdolni do pełnej oceny. Przez całe stulecie po unii zadatki na końcowe zwycięstwo znajdowały się po stronie polsko-litewskiej. Jeszcze się nie narodził mąż stanu umiejący przewidywać konkretne wypadki chociażby o wiek naprzód. Wielonarodowy twór polityczny, który zaczął się zrastać u schyłku wieku XIV, doznał załamania dopiero w połowie XVII, a zgładzony został przemocą aż w końcu XVIII stulecia.

Większe i więcej korzyści otrzymała Litwa. Przetrwała jeszcze długo jako państwo, na co przed unią zdecydowanie przestawało się zanosić, ocaliła swą narodowość, której sam byt został wtedy jak najpoważniej zagrożony, a nawet terytorium przymorskie, już prawie zagarnięte przez Krzyżaków. (Alfred Rosenberg, teoretyk rasizmu, narzekał, iż nawet w dniach największych triumfów niemczyzny za Bismarcka jeden odcinek wybrzeża wschodniego Bałtyku oparł się zalewowi germańskiemu – był to „klin litewski” koło Połągi. Rosenberg w swych rozważaniach stosował pewną niezłomną zasadę – nie dostrzegał nawet istnienia Polski, cóż dopiero jej dziejowego dorobku i roli).

Z tego, że Litwa dużo zyskała, nie wynika żaden zarzut ani wyrzut pod adresem Polski. Wprost przeciwnie! Dziś, kiedy rachunki polityczne rozpoczęte przez unię są zamknięte, trzeba tym silniej podkreślać, że średniowieczna Polska to był kraj zdolny do dawania wielkich wartości, z których wcale nie wszystkie przepadły w katastrofie. Były bowiem wśród nich i takie, co nie mogą ulegać zniszczeniu.

Zanim się przejdzie do opowiadania o powszednim dniu historii – więc także o zwycięstwach wojennych, choćby i największych – trzeba koniecznie wspomnieć przedtem o zjawiskach nadrzędnej kategorii. Nie należy mieszać rang. Dlatego rzeczy, o których za chwilę, muszą się znaleźć w rozdziale omawiającym najważniejsze problemy unii.

W rok po swej koronacji Władysław Jagiełło nadał Wilnu prawa miejskie. Przywileje uzyskiwane przez to miasto są zebrane w tomie wydanym w końcu XVIII wieku przez jego burmistrza, Dubińskiego. W postanowieniach tych co chwila spotyka się zwroty: „jak Kraków”, „na wzór Krakowa”, „jak miasto krakowskie”.

Mówi się, że Jagiełło przyznał swej stolicy wielkoksiążęcej „prawo magdeburskie”. Jest to nieścisłość. Obdarzył Wilno ustawami charakterystycznymi dla całej zachodniej i środkowej Europy, ale już w polskim opracowaniu czy przeróbce. Trzeba by więc właściwie mówić o „prawie krakowskim”.

W 1388 roku Witold dał przywilej najstarszej na Litwie gminie żydowskiej, znajdującej się w Trokach. Dokument zawierał powtórzenie przepisów obowiązujących od dawna w Polsce dzięki Bolesławowi Pobożnemu i Kazimierzowi Wielkiemu.

Oba te fakty, odnoszące się wszak nie do magnatów czy szlachty, lecz do ludzi prostych, nawet upośledzonych, ilustrują prawdę. Oto wskutek unii Wielkie Księstwo Litewskie uzyskało niezaprzeczalne prawo korzystania z całego dawniejszego dorobku Polski, który wcale na lekceważenie nie zasługiwał, dostało ten dorobek na własność. To, co Polska zdobywała przez wieki, ogromnym kosztem, nieraz krwawo, po wstąpieniu Litwina na tron wawelski za jego wiedzą i zgodą zaczęło się przeszczepiać na Litwę – bez dodatkowych opłat z jej strony.