Polska JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W marcu 1380 roku wezwał Ludwik na Węgry polskich magnatów i powziął wiążące decyzje. Wielkorządcami królestwa mianował Dobiesława z Kurozwęk, Sędziwoja z Szubina, Jana Radlicę i Domarata z Pierzchna. Nad nimi wszystkimi, jako ich przełożonego, coś w rodzaju wicekróla, postawił biskupa krakowskiego Zawiszę z Kurozwęk.

Kolegium to niczego właściwie w kraju nie załatwiło, rozpaliło tylko do białości opozycję wielkopolską. Bartosz z Odolanowa od tej pory rozhulał się bez skrupułów.

Zresztą wicekról nie miał już przed sobą czasu na owocną działalność. Latem 1381 roku spotkała go śmiertelna przygoda. Wiemy o niej dzięki staraniom pisarskim księdza Janka z Czarnkowa, który nienawidził biskupa z całej duszy.

Między Staszowem a Wiślicą leży urocza wieś Dobrowoda, do dziś ozdobiona pięknym średniowiecznym kościółkiem. Za czasów Zawiszy żyła w niej słynna z urody młynarzówna. Pewnej ciepłej nocy ekscelencja przystawił drabinę do stogu, na którym dziewoja spała, i polazł w górę. Nie wiedział, że nocuje tam również młynarz ojciec. Drabina wraz z biskupem znalazła się na ziemi. Zawisza chorował przez kilka miesięcy i w styczniu 1382 roku zmarł.

Rok ów od samego początku miał dziwne szczęście do zgonów osób wybitnych. W marcu opuścił ten padół inny filar polityki andegaweńskiej, biskup poznański Mikołaj z Kórnika. O ile Zawisza był nicponiem wcale niepozbawionym wdzięku, poniekąd nawet sympatycznym, to o Mikołaju niczego podobnego powiedzieć się nie da. Janko z Czarnkowa zapisał o nim rzeczy budzące gruntowny wstręt.

5 kwietnia umarł człowiek zupełnie innego pokroju niż obaj poprzedni – arcybiskup gnieźnieński Janusz Suchywilk. Sprawa następstwa po nim posiadała ogromne znaczenie, gdyż tylko arcybiskup miał prawo koronować króla.

Nie minęły nawet dwa tygodnie, a kapituła obrała na metropolitę Dobrogosta z Nowego Dworu (pod Warszawą) herbu Nałęcz, który prawdopodobnie piastował poprzednio na Mazowszu godność kanclerza. Ludwik nie przyjął posłów kapituły, przybyłych z oficjalnym doniesieniem o wyborze, i stanowczo zapowiedział, że nie uzna elekta. Wyzyskał też wszystkie po temu możliwości. Dobrogost musiał udać się do papieża po potwierdzenie godności. W Treviso, mieście niedawno odjętym Wenecji i należącym do Leopolda Habsburga, został zatrzymany i uwięziony. Ludwik zwrócił się bowiem do monarchów europejskich z prośbą o schwytanie go, gdyby się gdzie pojawił. Dobrogostowi udało się po pewnym czasie uciec i powrócić do kraju, jednakże na prośbę króla papież mianował arcybiskupem Bodzantę herbu Szeliga.

W Poznaniu poprzednia tradycja poniekąd się utrzymała. Tamtejsze biskupstwo otrzymał bratanek Opolczyka, Jan z przydomkiem Kropidło, dobrze znany ogółowi z pierwszych rozdziałów Krzyżaków Sienkiewicza.

Zdecydowanie i zaciętość Ludwika wyjaśnia nam kronika Janka z Czarnkowa. Według niego Dobrogost przyrzekł – skoro tylko tron się opróżni – ukoronować Ziemowita młodszego, który po zgonie ojca był już wtedy Ziemowitem IV, księciem płockim, sochaczewskim, rawskim, wiskim itd. Jego starszy brat, Janusz I, oprócz innych grodów odziedziczył Ciechanów, Wyszogród, Zakroczym i Warszawę.

Zaraz po śmierci arcybiskupa Suchywilka Ziemowit IV próbował nawet pochwycić Łowicz. Bartosz z Odolanowa był nie tyle głową, co prawym ramieniem stronnictwa. Wszystko zdaje się bowiem wskazywać, że kierownictwo polityczne należało do samego księcia, któremu nie brakło potrzebnych zdolności.

Tymczasem wezwani przez Ludwika starostowie polscy stanęli w Zwolinie na Węgrzech. 25 lipca – na rozkaz monarchy – złożyli hołd Zygmuntowi Luksemburczykowi, narzeczonemu królewny Marii. Ludwik spieszył się bardzo. Niezwłocznie wyprawił Zygmunta do Polski, nakazując mu rozpoczęcie otwartej wojny z Bartoszem, a przede wszystkim zdobycie samego Odolanowa. Pragnął jeszcze za własnego życia wprowadzić przyszłego zięcia w rzeczywiste władanie państwem polskim.

Plan podziału spadku po Ludwiku był już wtedy ostatecznie ustalony. Węgry oraz całe południe monarchii przypaść miały Jadwidze oraz Wilhelmowi Habsburgowi. Ta para dzieci wzięła już nawet ślub kościelny w Haimburgu. Jego moc prawna zależała jednak od fizycznego dopełnienia małżeństwa, co ze względu na wiek oblubienicy mogło nastąpić nie wcześniej niż w końcu roku 1385 lub na początku następnego. Obyczaj o mocy prawa wymagał bowiem ukończonych lat dwunastu.

Polskę przeznaczył Ludwik Marii i Zygmuntowi, który był margrabią brandenburskim, synem cesarza (a przez matkę, Elżbietę pomorską, prawnukiem Kazimierza Wielkiego).

Taki plan podziału wyglądał bardzo logicznie: Węgry i Austria to jeden zwarty blok krajów, Polska i Brandenburgia – drugi. Teoretyczne uroki podobnego rozwiązania spraw powikłanych urzekły nawet niektórych naszych historyków. Ich zdaniem, połączona z Brandenburgią Polska musiałaby się zorientować w kierunku północno-zachodnim, ku morzu, Kołobrzegowi i Szczecinowi. Byłby to zatem faktyczny powrót na drogę wytyczoną przez Kazimierza Wielkiego, który zdecydowanie parł w tamtą stronę.

Jednakże logika formalna nie rządzi historią i dlatego rację mają chyba ci dziejopisarze, którzy utrzymują, że z chwilą wejścia Zygmunta na Wawel na oścież otwarłyby się w Polsce wrota dla niemczyzny. Niebezpieczeństwo podboju wewnętrznego, z tak niesłychanym trudem zażegnane przez Łokietka, zmartwychwstałoby zaraz.

Nie bierzmy pod uwagę tego, że Zygmunt – osobistość zresztą odrażająca – w przyszłości został cesarzem i uprawiał politykę Polsce jak najbardziej wrogą. Może byłoby inaczej, gdyby nie utracił widoków na naszą koronę. Nie zastanawiajmy się nad kwestią poczucia narodowego Luksemburgów, których samo nazwisko świadczy, skąd pochodzili. Pozostańmy przy stwierdzonych faktach.

Pierwszy dokument książęcy napisany po niemiecku otrzymał Wrocław w roku 1327. Wtedy też wykluczono język polski z rozpraw sądowych o długi. W tymże samym roku ostatni Piast wrocławski, Henryk VI, złożył hołd Janowi z Luksemburga jako królowi Czech. Czy wolno wszystko to uważać za przypadkową zbieżność? Za czasów syna i następcy Jana, cesarza Karola IV, który sam czuł po czesku, niemczyzna dalej wypierała łacinę z dokumentów monarszych dla Wrocławia. Germanizacja szła w trop za władzą Luksemburgów.

Bardzo wątpliwe, czy związek z Brandenburgią i panowanie Zygmunta ułatwiłyby polszczyźnie drogę powrotu na północny zachód. To raczej żywioł niemiecki znowu zobaczyłby na wschodzie niczym niezasłonięte zielone światło.

Wkroczywszy do Polski, popierany przez andegaweńskich stronników, zdobył Zygmunt na Bartoszu kilka grodów i obległ Odolanów. Tutaj doszła go wieść o zgonie króla Ludwika, który zmarł w nocy z 10 na 11 września 1382 roku. Luksemburczyk spiesznie zaniechał oblężenia i ułożył się z Bartoszem co do wykupna grodu za pieniądze. Nie chciał stać przykuty do jednego miejsca, kiedy należało obejmować władzę nad królestwem.

Współczesny kronikarz zapisał: „po długiej chorobie na leprę umarł król Węgier, Ludwik”.

W pierwszym znaczeniu termin „lepra” odnosi się do trądu. W średniowieczu jednak nazywano tak również syfilis, a zwłaszcza jego następstwa. Powikłania, jakie powoduje ta choroba, przenosząca się również na potomstwo, są wszystkim znane. Jeśli zatem wiadomość podana przez kronikarza jest prawdziwa, a nie ma powodu do wątpienia o tym, tajemnicę nieszczęść trapiących ród Andegawenów węgierskich trzeba uznać za wyjaśnioną.

Wolno się domyślać, że Ludwik był dziedzicznie obciążony. Od roku 1332 powtarzają się wzmianki o przewlekłej, chronicznej chorobie jego ojca, Karola Roberta, który przez kilka ostatnich lat życia nie opuszczał komnat zamkowych. Tablica genealogiczna zdaje się wyraźnie wskazywać, od kiedy wczesne zgony i słabowitość zaczęły prześladować potomstwo Karola Roberta. Po roku 1317 jakby klątwa spadła na ród...

Królewna Jadwiga była obecna przy śmierci rodzica. Ludwik raz jeszcze potwierdził swą wolę, oddając jej Węgry, Marii zaś Polskę.

Poniechawszy Odolanowa, Zygmunt Luksemburczyk ruszył w objazd po Wielkopolsce. Trzykrotnie – w Poznaniu, Gnieźnie i Brześciu Kujawskim – odrzucił prośby szlachty o usunięcie znienawidzonego starosty, Domarata z Pierzchna, Grzymality. Za trzecim razem zagroził nawet karą przywódcom opozycji, po czym wybrał się na zjazd z wielkim mistrzem Krzyżaków, który świeżo objął rządy. Seria zgonów nie ominęła bowiem i państwa zakonnego. W 1382 roku umarł sławny Winrych von Kniprode. Następcą jego został Konrad Zoellner von Rottenstein.

Krzyżacy otrzymali wtedy jednocześnie aż dwie propozycje rozmów. O jednej już wspomniano. Drugą przysłał wielki książę Litwy Jagiełło. Mistrz postanowił pojechać na spotkanie z Zygmuntem, a do Litwinów wysłał wielkiego marszałka, który się zwał Konrad Wallenrod.

Bartosz z Odolanowa też nie próżnował. Zaraz po zakończeniu działań wojennych wybrał się na Mazowsze, złożył hołd Ziemowitowi IV jako monarsze i wezwał go do zajęcia tronu polskiego.

Obfity w wydarzenia rok 1382 dobiegał końca, lecz dopiero sam jego schyłek miał przynieść decyzje o znaczeniu wręcz ogromnym. 25 listopada rycerstwo wielkopolskie tłumnie ściągnęło na zjazd do Radomska. Po dwudniowych obradach spisano postanowienia na pergaminie, przy którym zawisło dwadzieścia dziewięć barwnych pieczęci woskowych. Staroświeckie, bo przed stuleciem przeszło dokonane, tłumaczenie Karola Szajnochy dobrze trafia w ton łacińskich wywodów dokumentu:

Zgadza się to z rozumem i kanonami świętymi, aby cokolwiek ku pożytkowi państwa dokonane i wyrzeczone zostanie, pisemnym także stwierdzono świadectwem: przeto my [następują imiona dostojników] jako też wszelka reszta szlachty, rycerstwa i cała społeczność Wielkopolski przyrzekamy [...] bronnym i szlachetnym mężom a panom i całej społeczności ziemi krakowskiej, sędomierskiej, sieradzkiej i łęczyckiej pod przysięgą, jawno i szczerze, jako chcemy dotrzymać wierności i posłuszeństwa córce śp. króla Ludwika, tej mianowicie, która nam jako prawa dziedziczka daną będzie do zamieszkania w królestwie, według dawniejszych układów i postanowień. Od których to praw i ustaw nigdy nie odstąpimy. A gdyby kto śmiał powstać przeciwko takowym, natenczas my wszyscy jednomyślnie i zgodnie przeciwko niemuż powstać obiecujemy i onego jako wiarołomcę i gwałciciela praw naszych chcemy wszystkimi gnębić siłami. A gdyby który z panów lub szlachty jako gorliwy miłośnik i obrońca naszych przywilejów i praw musiał toczyć wojnę z wiarołomcą takowym, wtedy my wszyscy przyrzekamy wzajemnie bronić i wspierać tegoż obrońcę naszych swobód. Wreszcie gdyby ktokolwiek z zagranicy poważył się w czasie bezkrólewia najeżdżać dobra kościelne lub pograniczne ziemie państwa naszego, obowiązujemy się wszyscy według naszych dostatków bronić ziem najechanych.

 

Znaczenie powziętych w Radomsku postanowień zasługuje na najpilniejszą uwagę, ale przedtem nieco wiadomości o ich doraźnych skutkach politycznych.

Wysłannicy Wielkopolski śpiesznie ruszyli do Wiślicy, gdzie 6 grudnia rozpoczął obrady walny zjazd Małopolan. Ciekawe, że zdążyli tam również przybyć dwaj biskupi węgierscy, delegaci królowej-wdowy Elżbiety Bośniaczki, wcześnie widać uwiadomionej o tym, co zaszło w Radomsku. W razie potrzeby ludzie średniowiecza radzili sobie z przestrzenią i czasem sprawniej, niż zazwyczaj myślimy.

Stanął również w Wiślicy Zygmunt Luksemburczyk, którego kariera w Polsce, nagle rozpoczęta, jeszcze szybciej dobiegała kresu. Małopolanie zgodzili się bowiem z propozycjami Wielkopolan, uznając je za obowiązujące i dla siebie. Uczynili to tym chętniej, że posłowie Elżbiety Bośniaczki wcale nie przeszkadzali. Królowa dziękowała Polakom za wierność wobec jej córek i wzywała ich, by nikomu więcej nie składali żadnych przyrzeczeń. Mierzyło to wyraźnie w Zygmunta, który zaraz po zjeździe wiślickim opuścił Polskę.

W odróżnieniu od Polaków Węgrzy bezceremonialnie obeszli się z testamentem Ludwika. Natychmiast po jego zgonie, obalając wszelkie dawniejsze postanowienia, uznali za swą władczynię starszą z królewien, Marię, narzeczoną Luksemburczyka (a ta ich zgoda na Niemca miała bardzo poważnie oddziałać na losy państwa). Radomszczańskie i wiślickie uchwały, zapadłe już po tym fakcie, stwarzały więc zupełnie nową sytuację polityczną. Otwierały drogę do Polski przed młodszą z królewien, J a d w i g ą, gdyż tylko ona mogła na stałe u nas zamieszkać. A po drugie – zrywały związek Polski z Węgrami, uniemożliwiały bowiem utrzymanie obu koron przez Marię.

Ówczesna szlachta polska dowiodła nie lada mistrzostwa w trudnej sztuce zręcznego interpretowania umów. W Koszycach, jak pamiętamy, Polacy przyrzekli uznać posłusznie za panią tę z królewien, którą Ludwik, jego matka lub żona wyznaczą. Przyrzeczenia, a ściślej – jego litery, święcie dotrzymano, ograniczając się jedynie do uzupełniającego wniosku, którego logice trudno było coś zarzucić. Uznano po prostu, że wyznaczyć na królową Polski równa się: wysłać na stałe do Krakowa.

Po dwunastu latach zależności od obcej dynastii, nie depcząc prawa, w niczym nie naruszając traktatów, Polska odzyskiwała rzeczywistą samodzielność.

Rok 1382, któremu tyle miejsca poświęcają te wywody, był niezwykle ważny nie tylko ze względu na obfitość wydarzeń. Zanim upłynął, dokonało się potwierdzone faktami podsumowanie historycznego dorobku doby piastowskiej. Podsumowanie tym bardziej pełne wymowy, że zaszłe po upływie dwunastu lat, w czasie których nie stało się u nas zupełnie nic, co mogłoby wzmocnić więź państwową, podnieść na wyższy poziom obyczaje zarówno prywatne, jak i publiczne. Rządy andegaweńskie w Polsce to brak pewności, ciągłe przetargi, zawiści i spory, korupcja, zastój w dziedzinie polityki wewnętrznej i międzynarodowej. Jeśli w Radomsku i Wiślicy wykazano troskę o państwo i umiejętność zabierania się do rzeczy, powinniśmy w tym widzieć spadek po czasach piastowskich, bo Ludwikowe niczego dobrego nie mogły Polaków nauczyć.

Upłynęło zaledwie sześćdziesiąt kilka lat od chwili zjednoczenia królestwa przez Władysława Łokietka. W 1382 roku nie było już dynastii, która do tej jedności dążyła, wcale nie stroniąc od stosowania przemocy. Nie istniał już również system osobistych rządów monarszych w Polsce. Ta metoda – jak słusznie zauważył jeden z historyków niemieckich – bezpowrotnie załamała się za dni Ludwika Węgierskiego. I oto puszczona samopas, pod wielu względami skłócona szlachta szybko i zgodnie uchwala postanowienia, z których jasno wynika jej zdecydowana wola utrzymania jedności królestwa. Wielkopolanie obradują na własną rękę, ślą posłów do pozostałych panów braci, starannie i z osobna wymieniają Krakowian, Sandomierzan, Sieradzan, Łęczycan... Wbrew pozorom właśnie to dowodzi dużej trzeźwości i poczucia realizmu. Bo niechby kto spróbował wtedy zlekceważyć partykularyzmy dzielnicowe! Trwało średniowiecze, ojcowizna nadal znaczyła bardzo wiele. Niwelowanie odrębności, znoszenie święcie w całej Europie strzeżonych swobód terytorialnych wydawało się ludziom ówczesnym najokrutniejszą z tyranii. W roku 1382 szlachta całego kraju opowiedziała się za królestwem zjednoczonym, lecz wcale nie centralistycznym, za państwem bogato wewnętrznie zróżnicowanym, uznającym i autonomię, i samorząd, szanującym przyrodzone właściwości regionów. Bez szerokich rozważań dodajmy krótko, że te same zasady stanowiły europejską normę, przyczyniły się do wykształcenia świetnej kultury naszego kontynentu.

Ludzie, którzy potrafili tak się zachować w chwili trudnej, nie dziedziczyli tradycji niewoli. Piastowska szkoła polityczna musiała szanować wolność, skoro nauczyła z niej korzystać.

Nie było więc chyba przesady w twierdzeniu, wygłoszonym w poprzednim tomie dziejów Polski, że w czynach władców z naszej pierwszej dynastii odbijał się ówczesny charakter narodu. Przedstawianie i rozważanie owych czynów jest więc środkiem wiodącym do poznania prawdy o historii.

Epoka piastowska trwała około pięciuset lat, licząc okrągło. Jak się już również wspominało, najistotniejsza treść tych długich dziejów polegała na powolnym tworzeniu państwa i narodu polskiego. Początkowo Gniezno kształciło dla plemion lechickich nowe formy współżycia, rozszerzało je po kraju, niekiedy nawet narzucało. U schyłku XIV wieku okazało się czarno na białym, że owe wartości – kiedyś przyjmowane wcale nie bez oporu – żyły już w sercach i umysłach ludzkich, a więc stały się niezniszczalne. Taki był najgłębszy sens postanowień spisanych w Radomsku na pergaminie i zatwierdzonych w Wiślicy. Naród polski pragnący mieć własne państwo istniał już jako okrzepły, zupełnie rzeczywisty czynnik historyczny.

Powszechna zgoda na wnioski, gwarantujące samodzielność państwową, wcale nie oznaczała jednomyślności w innych sprawach. Schyłek roku 1382 zapowiadać mógł w Polsce wiele rzeczy, z wyjątkiem sielanki. W Wielkopolsce zaczynała się wojna domowa Grzymalitów z Nałęczami. Starosta Domarat z Pierzchna, będący przywódcą pierwszych, trwał w wierności dla Zygmunta Luksemburczyka i sięgał po brandenburską pomoc.

Otwarcie przed Jadwigą drogi do tronu polskiego z jednej strony przerywało dynastyczny związek kraju z Węgrami, z drugiej zaś stawiało na porządku dziennym kwestię nadzwyczajnie ważną. Królewna była kilkuletnim dzieckiem i – biorąc rzecz formalnie – mężatką. Polacy mieli zatem przed sobą wyjątkową wręcz obfitość dróg do wyboru. Mogli zgodzić się na Wilhelma Habsburga i wpuścić go na Wawel wraz z Jadwigą. Lecz mogli również postarać się o unicestwienie tego teoretycznego dotychczas stadła i poszukać innego kandydata na... księcia-małżonka lub rzeczywistego monarchę.

19 grudnia 1382 roku Bartosz z Odolanowa, wsparty posiłkami Ziemowita IV, wkroczył z Mazowsza do Wielkopolski i o mały włos nie zajął Kalisza. Twierdza padłaby zaskoczona, gdyby nie piekarz zamkowy, który idąc przed świtem do pracy, zauważył, że ktoś od zewnątrz cichaczem wypiłowuje dziurę w bramie. Podkradł się więc, palnął siekierą, zagiął ostrze i narobił alarmu.

Rozczarowanie, które spotkało zamachowców, nie miało znaczenia. Faktem o wielkiej wadze było czynne wystąpienie stronników Ziemowita. Zgłaszał się pierwszy męski kandydat na opróżniony tron. Jako rodowity Piast, przedstawiciel odwiecznych tradycji i samej ciągłości dziejów, miał licznych, nawet bardzo licznych zwolenników w Wielkopolsce, gnieździe naszej państwowości. Jego adherenci szli ramię w ramię z Nałęczami przeciwko Grzymalitom. Za to Małopolska zapatrywała się na Ziemowita koso, jeśli nie wrogo.

Nie ma zgody pomiędzy historykami co do pewnego wydarzenia, które przytrafiło się jesienią 1382 roku. Ziemowit IV zatrzymał wtedy na swoim terytorium i nie puścił dalej kupców litewskich, zdążających do Polski. Nie jest pewne, czy rzeczywiście byli to tylko kupcy. A może pod pozorem podróży handlowej chcieli spełnić misję polityczną?

Tego nie wiemy. Pewne za to, że w listopadzie lub w początkach grudnia tegoż 1382 roku dziedziny mazowieckie bezpiecznie przebył książę litewski Witold, który w niewieścim przebraniu uciekł z więzienia w Krewie i zmierzał do Krzyżaków szukać u nich poparcia przeciwko stryjecznemu bratu. A może miała rację profesor Ewa Maleczyńska, kiedy twierdziła, że Ziemowit IV już wtedy orientował się, kto jest jego głównym współzawodnikiem do ręki Jadwigi oraz korony polskiej, i pomagając Witoldowi, świadomie szkodził Jagielle?

WSCHÓD


Pierwszy tom tej książki wspominał o Litwie dorywczo, od wypadku do wypadku, ilekroć jej dzieje zetknęły się lub przecięły z losami Polski. Obecnie przyszedł czas na bardziej systematyczne, aczkolwiek mocno skrótowe, zajęcie się Wielkim Księstwem. Opowiadanie dobiegło już bowiem przedednia unii. Zawarli ją dwaj partnerzy państwowi i niepodobna zrozumieć sensu wydarzeń, jeśli się nie uwzględni charakterystyki obu stron.

Kroniki po raz pierwszy wspomniały o Litwie niemal pół wieku później niż o Polsce, mianowicie w roku 1009. Germański Rocznik Kwedlinburski, który to uczynił, z niewiadomych powodów podał nazwę kraju w brzmieniu nie litewskim, łacińskim lub niemieckim, lecz w polskim. Napisał, że św. Bruno z Kwerfurtu zginął „in confinio Rusciae et Lituae” – na pograniczu Rusi i Litwy.

Uderzające, niekiedy bardzo oryginalne cechy dziejów Litwy znajdują wyjaśnienie w samej naturze tego kraju. Plemiona bałtyckie mieszkały na ziemi ubogiej, która wcale nie zawsze mogła je wyżywić. Z tej przyczyny wcześnie rozwinęła się tam skłonność do łupieżczej ekspansji, będącej właściwie czymś w rodzaju działalności gospodarczej, a nie politycznej. Chodziło o środki do życia. Skoro brakło ich często w samym kraju, należało je albo zdobyć, albo zakupić za granicą. Mamy też konkretne wiadomości, że Jadźwingowie nabywali zboże we Włodzimierzu Wołyńskim, skąd można je było spławić Bugiem do Narwi, narażając się po drodze na normalne w owych czasach niebezpieczeństwa. Tak na przykład w roku 1279 na nocujących koło Pułtuska przewoźników transportu ziarna napadli w nocy jacyś zbóje i zrabowali wszystko, uśmierciwszy ludzi.

Łupieżcze napady Litwinów nękały bezpośrednich sąsiadów, a także i kraje położone dalej. Zagadkowo z pozoru wyglądają uderzenia na te dzielnice Polski, które nie graniczyły z Litwą, odgrodzone od niej przez terytoria ruskie. Idące na wyprawę drużyny kunigasów, czyli książąt litewskich, bez trudu przenikały przez owe ziemie, a to na mocy układów z ich władcami, którzy woleli, oczywiście, kupić sobie bezpieczeństwo, przepuszczając napastników w dalsze strony.

Polska wcześnie i dotkliwie zapoznała się z litewskimi napadami, które nie omijały osiedli położonych na zachód od Wisły. Twierdza na błoniach pod Łęczycą przetrwała długie stulecia i szczątki jej są dzisiaj dla archeologów prawdziwą kopalnią wiadomości o rozwoju rodzimej sztuki fortyfikacyjnej. Kres przyszedł na nią dopiero w roku 1293 – z ręki Litwinów (a w parę dni, może nazajutrz, po ich najściu spaść musiał ulewny deszcz, który zgasił i rozmył pogorzelisko, o czym świadczą smugi czarnych zacieków widoczne w archeologicznych wykopach).

Rozmaite łupy można było zdobyć w ówczesnej Polsce, ale Litwini porywali od nas przede wszystkim ludzi. Brani do niewoli całymi rodzinami i osiedlani później na roli nad Niemnem, Wilią czy Niewiażą mogli oni przyczynić się do względnego podniesienia dobrobytu kraju, a raczej do zmniejszenia ustawicznego niedostatku. Kronikarze wymieniali tak wielkie liczby brańców, że nie sposób ufać tym relacjom. W każdym razie księżniczka Aldona, wydana za Kazimierza Wielkiego, otrzymała jako wiano dwadzieścia cztery tysiące uwolnionych jeńców. W przededniu unii mogło stale przebywać w tym państwie ze trzydzieści do czterdziestu tysięcy Polaków, a więc procent bardzo znaczny, jeśli się zważy, że Litwa rdzenna liczyła ogółem jakieś dwieście tysięcy ludzi. Pozostałe osiemset tysięcy poddanych Wilna w wieku XIV to byli Rusini.

 

Księstwa ruskie od dawna przyciągały Litwinów nagromadzonym przez kupców bogactwem. Toteż już w drugiej połowie XII stulecia Wielki Nowogród ubezpieczał się strategicznie, osadzając w Wielkich Łukach specjalnego księcia, jako „ot Litwy opleczje”. W następnym stuleciu Psków zrobi rzecz jeszcze bardziej znamienną – da pomoc niemieckim Kawalerom Mieczowym, którzy w roku 1236 stoczyli i przegrali z Litwinami bitwę pod Szawlami.

Wcześnie zacząwszy niepokoić strony tak odległe, jak Wielki Nowogród, Psków i Smoleńsk, położoną tuż blisko swych granic Ruś Czarną – Grodno i Nowogródek – zdobyła Litwa znacznie później, bo dopiero około roku 1240. Okoliczność charakterystyczna, bo niezbicie świadcząca, że początkową ekspansją litewską na Ruś nie kierowała żadna myśl polityczna.

Podboje na Rusi wywarły decydujący wpływ na bieg spraw w Litwie właściwej. Zdobywcy przyjmowali bezsprzecznie przeważającą kulturę krain, którymi zawładnęli, zapoznawali się też z istniejącymi tam od dawna urządzeniami politycznymi. Poszczególne grody ruskie same wzywały rozmaitych kunigasów na książąt (trzeba w tym miejscu przypomnieć – za profesorem Feliksem Konecznym – że w niektórych przynajmniej miastach ruskich, będących właściwie republikami kupieckimi, książę odgrywał rolę czegoś pośredniego pomiędzy komendantem policji a dowódcą załogi; grodzianie zawierali z nim kontrakt na warunkach ściśle określonych. Pod tym względem najbardziej typowy był Wielki Nowogród, który wynajmował sobie książąt i dokładnie oznaczał, gdzie wolno im polować, paść konie i łowić ryby).

Organizację polityczną nadali Litwie wodzowie drużyn zaprawieni w wyprawach na Ruś. Jednym z nich był Mendog (Mindaugas), z którym historia po raz pierwszy zapoznała się w roku 1219, kiedy wespół z dziewiętnastu kunigasami zawierał układ z Rusią halicką. Władzę opanował on po roku 1230 i właściwie dopiero od jego czasów można mówić o państwie litewskim. W pierwszym tomie była już mowa o Mendogu, teraz wystarczy więc wymienić główne daty i fakty jego panowania. Przyłączył Ruś Czarną, w roku 1251 przyjął chrzest za pośrednictwem Krzyżaków, w dwa lata później otrzymał od papieża Innocentego IV koronę królewską, w roku 1261 zerwał z katolicyzmem, zginął zamordowany w roku 1263.

Dopóki był chrześcijaninem, miał Mendog spokój od strony Krzyżaków, którym czynił ustępstwa tym cenniejsze, że dotyczące Żmudzi. Zakon, jak wiemy, zmierzał przede wszystkim do zdobycia ziem bezpośrednio przylegających do Bałtyku. Ciekawe i bardzo pouczające są obliczenia historyka, który ustalił, że z czterdziestu dwóch wypraw wojennych, jakie Litwini przedsięwzięli od roku 1200 do 1236, dwadzieścia trzy poszły przeciwko ziemiom zakonu niemieckiego, piętnaście na Ruś i cztery na Polskę. W następnym okresie podział celów uderzeń uległ zmianie radykalnej. Od roku 1237 do 1263 Litwini trzydzieści trzy razy wyprawiali się za granicę. Sama liczba wypadów świadczy o nasileniu ekspansji, ale nie to jest najważniejsze. We wspomnianym czasie zakon niemiecki otrzymał pięć uderzeń, Ruś równo dwadzieścia, a Polska osiem. Przytoczywszy te dane, uczony pisze, iż „Mendog zwłaszcza w pierwszych latach po przyjęciu chrztu stosunkowo słabą inicjatywę zwracał na północ i północo-wschód, budując swą potęgę wielkoksiążęcą głównie na zdobyczach terytorialnych ruskich i łupach z Polski”.

Wzmianka o północy i północo-wschodzie stanowczo wymaga wyjaśnienia – Prusy leżą wszak na zachód od Litwy. Nieporozumienie, a raczej zdziwienie wynika z tego, że my – Polacy – przywykliśmy pamiętać tylko o właściwych Krzyżakach, widzieć w nich – najzupełniej niesłusznie! – pierwszych pionierów niemczyzny nad wschodnim Bałtykiem i doprawdy przesadnie złorzeczyć pamięci Konrada Mazowieckiego. Tymczasem germański Zakon Kawalerów Mieczowych powstał w Inflantach, czyli w dzisiejszych Łotwie i Estonii, na ćwierć wieku p r z e d pojawieniem się „naszych” Krzyżaków. Biskup ryski Albert założył go w roku 1202. Obie organizacje połączyły się w roku 1237, lecz Kawalerowie zachowali w Inflantach swoją własną strukturę i z nimi to walczyli Litwini, wyprawiając się na północ i północo-wschód. Wojny z „panami pruskimi” zaczęły się dla Litwy dopiero w roku 1283. Zwrot Mendoga w kierunku Rusi z punktu widzenia Krzyżaków był zjawiskiem pożytecznym, ułatwiał okrzepnięcie ich państwa na zachód od Niemna.

Mendog zaczął używać tytułu „króla Litwinów i wielkiej części Rusinów”, jemu też przypadło zbierać najwcześniejsze owoce najazdu Tatarów, który katastrofalnie osłabił Ruś. Legat papieski Giovanni Pian del Carpine, który razem z Benedyktem Polakiem jechał do chana, znajdował się w osobistym niebezpieczeństwie, wędrując bowiem z Polski na Kijów, musiał przemierzać kraje już wtedy zbrojnie nawiedzane przez Litwinów.

Ulegamy niekiedy pokusie lekceważenia jednorazowych wydarzeń historycznych, skłonni bywamy cenić tylko długotrwałe procesy. Dlatego dość trudno nam ocenić, jak wielkiej wagi faktem był najazd tatarski, który w przeciągu kilku lat zburzył cały skomplikowany i bogato rozwinięty system staroruski. Na wschód od Polski i Litwy wytworzyła się istna mgławica, z której z biegiem długiego czasu, w miarę stopniowego słabnięcia przewagi tatarskiej, miał się narodzić całkiem nowy, odmienny od dawnego porządek.

Tym, kto doraźnie skorzystał, była Litwa.

Mendog zginął zamordowany w roku 1263. Spiskowcy wyzyskali sposobność – drużyny władcy przebywały wtedy daleko, na zwycięskiej wyprawie aż za Dnieprem.

Po zgładzeniu zabójców Mendoga sytuację na Litwie opanował jego syn, Wojsiełk, dawniej władający Nowogródkiem, a w danej chwili przebywający w prawosławnym klasztorze nad Niemnem jako zakonnik. Panujące na Rusi chrześcijaństwo znajdowało coraz liczniejszych zwolenników wśród litewskich zdobywców, zwłaszcza wśród książąt.

Wojsiełk rządził na Litwie niezwykle srogo, lecz krótko. Zrzucając habit, złożył bowiem ślub, że czyni to tylko na trzy lata. Władzę przekazał rodowitemu Rusinowi z Halicza imieniem Szwarno. Był to syn wspomnianego w pierwszym tomie Daniela Romanowicza.

Jeszcze przed kilkunastu laty Mendog próbował opierać się na Krzyżakach, myślał nawet podobno o przyłączeniu swego państwa do ziem Zakonu. Teraz syn jego oddaje tron prawosławnemu Rusinowi. Przeskoki doprawdy niezwykłe.

Wspomniane fakty ilustrują oraz popierają twierdzenie, że Polska i Litwa – państwa mające połączyć swój byt historyczny – dopóki żyły odrębnie, stosowały metody wręcz przeciwstawne. W samej najistotniejszej treści ich dziejów widnieją jaskrawe różnice. Pięćset lat Polski piastowskiej poszło na mozolne jednoczenie plemion lechickich. Żadnej sielanki nie było, Krzywousty walczył o Pomorze Zachodnie w sposób niezwykle srogi – ale na próby ekspansji zewnętrznej zużyto stosunkowo mało czasu i sił. W rezultacie państwo miało z sąsiadami ciężkie rachunki do wyrównania, lecz za to posiadało podstawę do działania – jak na średniowiecze bardzo dobrze zwartą. Odskocznia sięgająca od Karpat po Wałcz to wcale nie było mało. Na Litwie olbrzymiemu, rzadko w historii spotykanemu rozmachowi zdobywczemu towarzyszył niemal zupełny brak stabilizacji stosunków wewnętrznych. Nic właściwie nie było załatwione w sensie zabezpieczenia państwa od wstrząsów. Kapitalna w każdym ustroju politycznym, a zwłaszcza już w monarchii, kwestia przekazywania władzy zdana była w gruncie rzeczy na łaskę losu.