Polska Jagiellonów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński

3 maja 2007 r. w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej

odznaczył pośmiertnie Pawła Jasienicę

Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski

W 2007 roku Paweł Jasienica

został laureatem – przyznanej po raz pierwszy pośmiertnie

– Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej

ustanowionej przez Prezesa IPN

Copyright © Ewa Beynar Czeczott, 2007

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

© macrovector/iStockphoto.com

Indeks

Tadeusz Nowakowski

Redakcja

Maria Domańska

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8169-540-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

ROZDROŻE


Za czasów króla Ludwika nie było żadnej

stałości w królestwie polskim.

Janko z Czarnkowa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Siódmego listopada 1370 roku, w godzinach popołudniowych, cechy krakowskie z rozwiniętymi sztandarami wyszły za miasto, na drogę wiodącą z Sącza, powitać nowego monarchę. Ludwik Węgierski nadciągnął uroczyście w otoczeniu „panów i starszyzny królestwa polskiego”, którzy pośpieszyli spotkać go we wspomnianym mieście. Poprzedzony procesją całego duchowieństwa stolicy wkroczył na Wawel.

Zaskoczyła go tam nieoczekiwana wiadomość. Było już po pogrzebie Kazimierza Wielkiego. „Wierni” pochowali go tego samego dnia, przed południem.

Dziwny pośpiech... Poprzedni pogrzeb monarszy miał przebieg zupełnie inny, zgodny z ówczesnymi zwyczajami. Władysław Łokietek zmarł 2 marca 1333 roku, a pochówek nastąpił dopiero po koronacji Kazimierza, która odbyła się 25 kwietnia. Kronikarz nie omieszkał zapisać, że w tym przerażająco długim czasie twarz nieboszczyka nie uległa zmianie.

Wtedy osiem tygodni, teraz dwie doby. Na samym wstępie spotkała Ludwika wyraźna demonstracja polityczna. Zaraz przyszła i druga. Arcybiskup Jarosław Bogoria ze Skotnik, jedyny już w Polsce mąż stanu pamiętający Łokietka, zażądał, by nowy król koronował się nie w Krakowie, lecz w Gnieźnie. Celu nie osiągnął, ale podkreślił swe stanowisko.

Przewodził grupie, którą historycy nazwali „legitymistyczną”. Hasłem jej było: wykonać układy zawarte przez zgasłego króla, lecz ani jednego ustępstwa więcej na rzecz nowej i obcej dynastii. Oprócz Jarosława należał do stronnictwa jego siostrzeniec, Janusz Suchywilk, późniejszy arcybiskup, prawnik o wysokim wykształceniu i rozległej wiedzy, z pochodzenia Małopolanin, oraz Florian Mokrski, biskup krakowski, który odegrał jedną z głównych ról przy zakładaniu uniwersytetu. Nie byle jakich ludzi liczyło stronnictwo „legitymistów”. Akurat oni stanowili poprzednio grono głównych doradców Kazimierza Wielkiego. Ich postawa – w czasie krótkiego bezkrólewia i całych zresztą rządów Ludwika – to zdecydowana chęć zachowania odrębności państwa, dotychczas najzupełniej samodzielnego, a teraz włączonego w system o wiele szerszy – w okolicznościach wcale nie najlepszych.

W listopadzie 1370 roku zaczęło się dwunastolecie, w przeciągu którego Polska nie miała i nie uprawiała żadnej własnej polityki ani w dziedzinie stosunków wewnętrznych, ani międzynarodowych. Wszystko stało pod znakiem przetargów i kombinacji dotyczących następstwa po Ludwiku. Przywileje dla miast, zwrot majątków odjętych pewnym ziemianom przez Kazimierza, system podatkowy – oto cena kupna zgody stanów polskich na monarsze projekty rodzinne.

Kim był Ludwik Węgierski? Po mieczu Francuzem, po kądzieli Polakiem. Krwi madziarskiej płynęło w nim niewiele. Dziedziczył ją po wygasłych Arpadach. Jego ród wywodził się od brata Ludwika Świętego, króla Francji, i nosił nazwisko Anjou, co u nas zostało spolszczone na Andegawenów. Jednakże pochodzenie nie grało decydującej roli. Ten potomek francuskiej krwi królewskiej reprezentował porządek polityczny najzupełniej odmienny od kwitnącego we Francji, no i w Polsce za dni Piastów. Wraz z nim przyszedł do nas system dynastyczny, wielu innym krajom Europy znany od dawna, wcale nie zawsze z korzyścią dla nich. Węgierska linia Andegawenów politykowała na tej samej zasadzie, jaka przyświecała Habsburgom, Luksemburgom, Wittelsbachom. Jedynym zwornikiem budowli państwowej jest rodzina panująca. Stały system postępowania to przetarg, nieliczący się z dobrem zainteresowanej krainy. Względy narodowe nie grają roli. W monarchii czysto dynastycznej bezużyteczne byłyby argumenty, których używali świadkowie w procesie króla polskiego przeciwko Krzyżakom. Mówili oni, jak pamiętamy: Pomorze powinno należeć do Polski, ponieważ ludzie tamtejsi używają tej mowy.

Łokietek i Kazimierz Wielki uczynili przyjaźń z Węgrami kamieniem węgielnym swej polityki. Przyzwyczajeni do późniejszych pojęć, skłonni bywamy widzieć ten sojusz w skali nieprawdziwej, zmniejszonej. W chwili objęcia u nas władzy Ludwik nosił tytuł króla Węgier, Polski, Dalmacji, Kroacji, Ramy, Serbii, Galicji, Lodomerii, Komanii i Bułgarii. Karol Szajnocha twierdził: „liczył on w swej intytulacji królewskiej sam jeden tyle poddanych sobie królestw, ile wszyscy królowie europejscy pospołu”.

Monarchia węgierskich Andegawenów zaliczała się do najpierwszych potęg na kontynencie. Pokonała, upokorzyła i zmusiła do wielkich ustępstw Wenecję „władnącą morzami”. Odebrała jej wybrzeże dalmatyńskie od zatoki Quarnero aż po Durazzo. Podbiła Serbię, podporządkowała sobie Bośnię, Mołdawię, Wołoszczyznę, Chorwację, część Bułgarii.

To wszystko było już w ręku Ludwika, kiedy na wieść o nagłym pogorszeniu stanu zdrowia Kazimierza Wielkiego słał do Krakowa posłów w osobach Władysława Opolczyka i bana sławońskiego Piotra Czudara. Pozornie mieli oni tylko wywiedzieć się o zdrowie Ludwikowego wuja, w rzeczywistości – na wypadek zgonu Piasta – przejąć królestwo. Ludwik osobą własną ruszył w kierunku granic Polski jeszcze za życia Kazimierza. Pośpiech zupełnie zrozumiały – od kilku miesięcy sprawy węgierskiej sukcesji u nas zaczęły nagle wyglądać zupełnie inaczej, niż to było w przeciągu poprzednich lat kilkunastu.

Z punktu widzenia Kazimierza Wielkiego umowy spadkowe były przede wszystkim pewną formą sojuszu z Węgrami. Nikt nie mógł zaręczyć, czy los się nareszcie nie uśmiechnie do monarchy i nie da mu legalnego syna. A jeśli nawet nie, to i tak rządy andegaweńskie w Polsce zdawały się zapowiadać jako krótki epizod. Jak wiemy, przezorny Kazimierz upatrzył sobie Kaźka słupskiego na przyszłego, niejako zapasowego następcę.

Ludwik był na Węgrzech sam jak palec. Jego dynastyczną potęgę oczekiwał los okrutny, lecz w tym ustroju nieunikniony. Brakowało spadkobiercy. Państwo pozbawione innych spójni oprócz dynastii musiało się rozkleić.

A nie wiodło się tej dynastii w sposób zasługujący na uwagę. Jej założyciel Karol Robert, towarzysz Łokietka, z pierwszej żony miał dwie córki, które dożyły normalnego wieku. Niemal sześćdziesiątki doczekał syn z nieprawego łoża, Koloman, biskup Györ. Przyszedł na świat w roku 1317. Zaraz potem zaczęły się nieszczęścia. Dziecko z drugiego królewskiego stadła przeżyło najwyżej kilka miesięcy 1319 roku. W lipcu 1320 roku Karol Robert pojął córkę Łokietka, Elżbietę. W następnym narodził się im i zmarł syn, Karol. Drugi, Władysław, przeżył pięć wiosen; Ludwik, urodzony 5 marca 1326 roku, był trzecim dzieckiem i on jeden jedyny z całego rodzeństwa miał pójść w ślady ojca, to znaczy przekroczyć pięćdziesiątkę.

Dwaj młodsi bracia Ludwika długo nie pociągnęli. Z Andrzeja może by i była pociecha dla dynastycznych planów, gdyby go w siedemnastym roku życia nie uduszono w Neapolu, działając z poduszczenia jego żony, młodziutkiej Joanny. Ostatni, Stefan, osiągnął rzadki w tej familii wiek dwudziestu dwóch lat. Umarł w Zagrzebiu z błahej przyczyny. Spadł z konia, a organizm nie wytrzymał wstrząsu.

W 1355 roku, umawiając się z Kazimierzem Wielkim co do polskiego dziedzictwa, upatrywał Ludwik swego następcę w czteroletnim synku Stefana, Janie. Chłopak nie dożył Nowego Roku.

Sam Ludwik miał za żonę Elżbietę, córkę bana Bośni Stefana Kotromanicia, którego charakter współcześni określili przydomkiem: Piastun Szatana. Sławna z urody królowa była pół-Polką. Jej matka, księżniczka gniewkowska Elżbieta, to rodzona siostra znanego nam już Władysława Białego, błędnego rycerza, mnicha, niefortunnego kandydata do korony polskiej.

W 1370 roku, prawdopodobnie w lipcu, po siedemnastu latach bezdzietnego pożycia doczekała się monarsza para córki, Katarzyny. To od razu w zupełnie nowy sposób ustawiło sprawę spadku po Ludwiku, lecz i pogmatwało ją znacznie. Prawo polskie nie przewidywało możności dziedziczenia przez kobiety, które mogły najwyżej pośredniczyć, przenosząc spuściznę na mężów.

Kazimierz Wielki nie miał już czasu niczego postanowić w sytuacji zmienionej, urzeczywistniającej dawne umowy w sposób rokujący przyszłe powikłania. Śmierć zaskoczyła go w cztery miesiące po narodzinach królewny-wnuczki.

Ludwik nie popasał długo w Polsce. W ogóle odwiedzał nasz kraj rzadko, niechętnie, a języka nie nauczył się nigdy. Pod tym względem całkiem inaczej było na Węgrzech, gdzie Andegawenowie popierali obyczaj miejscowy, madziarski.

 

Koronacja odbyła się na Wawelu 17 listopada. W dwa dni potem odprawiono egzekwie po Kazimierzu, których przepych miał widać zatrzeć przykre wspomnienie o pospiesznym pogrzebie. Niech o tym zaświadczy tylko jeden szczegół, zanotowany przez uczestnika uroczystości: we wszystkich kościołach krakowskich i przy wszystkich ołtarzach jednocześnie celebrowano nabożeństwa, a orszaki dworzan dwukrotnie obchodziły nawy, za każdym razem składając przy poszczególnych ołtarzach taki sam dar – tyle monet, ile garść objęła. Opisywanie innych szczodrobliwości zajęłoby zbyt wiele miejsca.

Król złamał przyrzeczenie dane Wielkopolanom. Nie pokazał się w gnieźnieńskiej katedrze w stroju koronacyjnym. Tłumaczył, że dwukrotne przybieranie insygniów byłoby czynnością śmieszną. Drobny incydent nie był jednak pozbawiony znaczenia politycznego. Zapowiadał, którą z dzielnic kraju nowy monarcha zamierza wysuwać na czoło.

W grudniu 1370 roku Ludwik powrócił na Węgry. Przedtem jednak załatwił w Polsce kilka spraw.

Bogaty zapis Kazimierza dla Kaźka słupskiego został unieważniony. Książę otrzymał jednak w lenno niektóre ziemie, mianowicie dobrzyńską, Bydgoszcz, Wielatów i Wałcz. Rzecz niezbyt ważna, bo niedoszły następca tronu potulnie pogodził się z losem. Zupełnie inny charakter nosiła dotacja dla Władysława Opolczyka.

Drobne książątko śląskie, spokrewnione z polską dynastią, jeszcze za życia Kazimierza Wielkiego zaczęło robić karierę przy Andegawenach, popierając ich kombinacje. Władysław osiągnął wysoką godność palatyna. Teraz Ludwik wykroił dlań w Polsce obszerne lenno. Dał mu Wieluń, Bolesławiec, Brzeźnicę, Krzepice, Olsztyn i Bobolice wraz z powiatami. Wspomniane miejscowości były dobrze ufortyfikowane przez Kazimierza, a wzięte wszystkie razem stanowiły zwarty kompleks terytorialny położony na wprost Opola – dziedzictwa Władysława.

Ten postępek Ludwika był istnym zaprzeczeniem polityki święcie przestrzeganej przez zmarłego króla. Kazimierz krok za krokiem posuwał granicę Polski na zachód, wpierał się na Śląsk i Pomorze, nie gardząc najlichszym skrawkiem kraju. Andegaweńczyk wyciął z Polski znaczny obszar i dał go w zarząd dziedzicowi Opola, człowiekowi obojętnemu na los królestwa, a później nawet zdecydowanie mu wrogiemu. Chodziło oczywiście o wzmocnienie pozycji działacza, który był filarem nowych porządków.

Jeśli patrzeć od strony obowiązujących umów, kilkumiesięczna królewna Katarzyna nie miała żadnych widoków na tron polski. Układ z 1355 roku wyraźnie stanowił, że tylko męscy potomkowie Ludwika oraz jego synowca, Jana, będą mogli dziedziczyć, a w razie ich braku „wszelkie pakta, umowy, rozrządzenia, ordynacje tudzież przysięgi wierności i hołdu, wreszcie wszelkie zobowiązania się mają być tym samym zniweczone, unieważnione i bezskuteczne”.

Każdy pergamin można jednak zastąpić innym, zawarłszy w tym celu nowy układ. Trzeba na to czasu i wszechstronnej zapobiegliwości.

Żyły w Krakowie dwie małe córki Kazimierza Wielkiego, Anna i Jadwiga, zrodzone z Jadwigi żagańskiej. Najpierw potraktowano je wspaniałomyślnie, zmieniając testament na ich korzyść, a krzywdę matki. Było bowiem do przewidzenia, że wdowa ponownie wyjdzie za mąż i zabierze swą majętność. Jakoż w piętnaście miesięcy później Jadwiga poślubiła księcia legnickiego Ruprechta.

Wyjeżdżając na Węgry, Ludwik wywiózł obie polskie królewny nad Dunaj. Wychowywały się na dworze Elżbiety Bośniaczki i przyszło im zapłacić za zbyt bujny, z niczym się nieliczący ojcowski temperament. Uznano je wprawdzie za legalne potomstwo rodziców, ale wyzuto ze wszelkich uprawnień monarszych. Małżeństwo Kazimierza z Jadwigą żagańską zostało wszak zawarte jeszcze za życia jego poprzedniej ślubnej żony, Adelajdy, a córki przyszły na świat, zanim papież zatwierdził nowy związek.

Annę wyswatano później za grafa cillejskiego, Wilhelma. „W jego rodzie – pisze historyk – zdała się Ludwikowi krew Kazimierza Wielkiego na wieki osławioną i zapomnianą”. Hrabiowie Cilly słynęli w Europie z niebywałych zbrodni.

Wraz z królewnami w taborze Ludwika pojechały również na Węgry polskie insygnia koronacyjne. W ten sposób „Szczerbiec” rozpoczął cykl zdumiewających wędrówek, które za naszych czasów miały go zaprowadzić aż do Kanady i z powrotem.

W Krakowie została – jako regentka – królewska matka, mocno już według ówczesnych pojęć niemłoda Elżbieta Łokietkówna. Pisząc o niej, trudno powstrzymać się od spostrzeżenia, że była co najmniej o pięć lat starsza od Kazimierza Wielkiego, a przeżyła go o dziesięć.

W przeciągu półwiecza, które minęło od chwili wydania jej na Węgry, wypłynęła ta rdzenna Polka na bardzo szerokie wody. Ojczyzna przygotowała ją do tego, dając jej jeszcze jako pannie wcale znaczne wykształcenie, między innymi znajomość łaciny. Dość długo przebywała w Neapolu, popierając sprawę koronacji syna, Andrzeja, odwiedziła Rzym, nader uroczyście witana przez kardynałów, arystokrację i szlachtę, zarządzała Dalmacją, a nawet samymi Węgrami, bezpośrednio wpływała na politykę ogromnej monarchii. Każdy z kolejnych papieży zabiegał o jej przychylność. Nie zaimponowała jednak Polakom ani nie pozyskała ich sympatii. Akta urzędowe zwały ją „starszą królową polską”, szlachta zaś – „królową Kikutą”, czyniąc przytyk do dłoni, okaleczonej ongi mieczem Felicjana Zácha. Jeśli pamiętać o dworskości ówczesnego prawa małopolskiego, które obrazę niewiasty kazało odszczekiwać spod ławy, niegrzeczny przydomek przyjdzie uznać za niepozbawiony wymowy politycznej.

Gdyby nawet Elżbieta nie wtrącała się do spraw państwa, samo jej istnienie zaważyłoby na historii. Wobec braku męskich legalnie zrodzonych potomków Kazimierza dziedziczne prawo do tronu przenosiło się na jej syna, Ludwika. Umawiając się z nim, ostatni Piast zawczasu regulował rzecz, która i tak musiałaby nastąpić, zapobiegał wstrząsom bezkrólewia i zyskiwał ponadto sojusz wielkiej potęgi.

Zapewnić Katarzynie koronę polską! – oto jedyny cel rządów Elżbiety u nas. Pertraktacje o prawa królewny otwierały, rzecz jasna, widoki jeszcze dalsze. Przyszła monarchini nie mogła pozostać w stanie panieńskim. Pozyskiwani dla planów dworu magnaci musieli przewidywać, że dzisiejsza zgoda jutro da im możność wpływania na wybór małżonka. Pojawiały się w Polsce zupełnie dotychczas nieznane motywy rozumowania politycznego.

Zamiary dynastii znalazły zwolenników przede wszystkim w Małopolsce. Przyjęło się nawet określenie „stronnictwa małopolskiego”, niezbyt słuszne, bo należeli do niego również pewni możnowładcy z innych dzielnic. Na plan pierwszy wybiły się rody Toporczyków, Leliwitów, a zwłaszcza dziedziców Kurozwęk, pieczętujących się herbem Poraj. Z tej familii pochodził biskup krakowski Zawisza, człowiek zdolny, lecz pozbawiony skrupułów, główny filar rządów andegaweńskich w Polsce.

Jedna z ówczesnych karier zasługuje na specjalną wzmiankę. Stała się ona udziałem Wielkopolanina, Jana herbu Korab, zwanego Radlica. Zaczęło się... od studiów medycznych w Montpellier. Kiedy zapadający na zdrowiu Ludwik posłał nad Sekwanę po biegłego lekarza, król Francji polecił kuzynowi Radlicę jako świetnego fachowca i diagnostę, na pierwszy rzut oka umiejącego rozpoznać, czy pacjent wyżyje. W dwa lata został Radlica archidiakonem, kanclerzem i – po śmierci Zawiszy – biskupem krakowskim.

Normalnie jednak awanse były nagrodami za usługi natury czysto politycznej. Dynastia pragnąca zmienić na swą korzyść odwieczne prawo kraju musiała za to płacić. Czyniła to w sposób naówczas normalny: „W wieku jawnego w Niemczech sprzedawania szlachectwa, w całej Europie odpustów i zbawienia wszystko było sprzedajne”. Sypały się dostojeństwa, nadania i darowizny. Szlachcie przybywało jeszcze jedno dotychczas nie-znane doświadczenie: król cudzoziemiec łatwiej czynił ustępstwa natury materialnej.

W 1374 roku nastąpił generalny układ, ujęty na piśmie i zatwierdzony. Stało się to w Koszycach, dnia 17 września. Król zobowiązał się obniżyć szlachcie podatki do dwóch groszy rocznie z łanu kmiecego. Było to ustępstwo olbrzymie, bo Kazimierz brał groszy dwanaście, tym większe, że na wszelkie podniesienie podatków trzeba było odtąd zgody całej szlachty. Inne postanowienia paktu koszyckiego głosiły, że prawo do piastowania urzędów ziemskich przysługuje wyłącznie szlachcicom danej dzielnicy, starostami zaś mogą zostawać tylko Polacy. Nie wolno było monarsze tworzyć w państwie lenn książęcych ani powierzać cudzoziemcom ważniejszych twierdz.

To wszystko stało się na żądanie samej szlachty. Akt koszycki jest niezbitym dowodem jej dbałości o własne przywileje, lecz świadczy jednocześnie, że troska o interesy państwa wcale nie była rycerstwu obca. Treść układu z siłą podkreślała jedność królestwa i jego narodowy charakter. W średniowieczu, kiedy tyle znaczyły odrębności dzielnicowe, był to objaw bardzo ważny i dodatni.

Przywilej koszycki nadany został całej szlachcie polskiej, już zupełnie wyodrębnionej w osobny stan. Duchowieństwo trwało na razie w opozycji i dopiero w kilka lat później, dzięki pilnym zabiegom i zdolnościom dyplomatycznym biskupa Zawiszy z Kurozwęk, przyjęło postanowienia koszyckie.

Dynastia osiągnęła cel swoich dążeń. Polacy zgodzili się przekreślić umowę z 1355 roku i uznać dziedziczne prawo córek Ludwika, mianowicie tej, którą on sam, jego matka lub żona wyznaczą.

W Koszycach trzeba już było mówić w liczbie mnogiej – o córkach – brać pod uwagę kombinacje o wiele szersze niż poprzednio. W 1371 roku przyszła na świat królewna Maria, w końcu roku 1373, a najpewniej w styczniu następnego – Jadwiga.

Dla Polski przewidziana jednak była pierworodna. W dniu wydania aktu koszyckiego szlachta złożyła jej hołd jako przyszłej pani.

Od niejakiego czasu trwały pertraktacje co do jej zamążpójścia. Wybrańcem rodziców czteroletniej królewny został Ludwik Orleański, młodszy syn Karola V, króla Francji. Zapowiadało się, że to on zasiądzie na Wawelu.

Załatwienie sprawy najbardziej interesującej dwór wcale nie poprawiło stanu rzeczy w Polsce. Polityka zagraniczna szła torem wyraźnie określonym od początku. W praktyce oznaczało to, że kraj płaci za rozmaite korzyści dla dynastii.

23 maja 1372 roku Ludwik, w imieniu własnym, żony i dzieci, potwierdził zrzeczenie się Śląska. Miało to ułatwić układ o przyszłe małżeństwo Marii, liczącej sobie rok jeden, z Zygmuntem Luksemburczykiem, młodszym synem cesarza Karola IV. W tym samym roku został rozluźniony związek Rusi Czerwonej z Polską. Ludwik mianował jej zarządcą Władysława Opolczyka.

Zaczynała się na Rusi doba polityki zupełnie różnej od tego, co czynił w tym kraju Kazimierz Wielki. Ludwik nie uznawał zasad tolerancji. Dało się to wcześnie poznać: w 1360 roku wygnano z Węgier wszystkich Żydów, pozwalając im jednak zabrać ruchomości (sprawiedliwość każe przyznać, że w Neapolu Andegawenowie poczynali sobie jeszcze gorzej: przymusowo nawracali Izraelitów na katolicyzm, funkcje misjonarskie powierzając wojsku). Uchodźcy ruszyli do Austrii, Czech i do nas. Po pięciu latach zaczęli powracać na Węgry, ale nie wszyscy. Ci, którzy znaleźli przytułek w Polsce, już w niej pozostali.

Rządy Ludwika na Rusi Czerwonej to okres zdecydowanego zwalczania prawosławia, którego król nie uważał za wyznanie chrześcijańskie. Zachowały się wiadomości o masowych „nawróceniach” schizmatyków i „pogan”. Z Awinionu szły głośne zachęty papieskie.

Polityka sojuszu z Litwą, mimo wszystko tak wyraźna za dwu ostatnich Piastów, poszła w zapomnienie. Stosunek króla do Zakonu był przyjazny.

Po śmierci Kazimierza Wielkiego Mazowsze zjednoczyło się i jakby wyodrębniło całkowicie. Zgodnie z zawartymi dawniej umowami Ziemowit III objął we władanie Płock, Płońsk i Wyszogród, przestał też składać hołd Polsce. Wbrew pozorom nie ma powodu do biadań nad tym wszystkim. Niezwykle przezorna i mądra, na bardzo daleką metę obliczona polityka Kazimierza przynosiła owoce, trwała po jego śmierci. Mazowsze było krajem bezsprzecznie polskim – jeśli chodzi o miasta, to znacznie bardziej polskim od Małopolski – lecz posiadało wykształconą indywidualność oraz własną, rodzimą dynastię, a graniczyło z Krzyżakami. Brak umiaru ze strony Krakowa, nacisk czy brutalne metody pchałyby je prosto w ramiona Zakonu. Stanowczo lepiej było czekać i postępować oględnie. Pomimo odrębności Mazowsze uczestniczyło w życiu królestwa, związki rzeczowe wcale nie uległy zerwaniu. Wręcz przeciwnie – upływ czasu tylko je wzmacniał.

Mierzenie średniowiecznych partykularyzmów dzisiejszą miarą to błąd uniemożliwiający rozumienie historii. W tych odległych czasach więzi lokalne – plemienne, szczepowe, a nawet zgoła powiatowe – grały rolę doniosłą i dodatnią. Droga do ojczyzny prowadziła przez ojcowiznę. Państwa dzisiaj zupełnie jednolite pod względem narodowym wtedy były istną mozaiką, pracowicie przez wieki składaną z drobnych fragmentów, z których każdy zazdrośnie strzegł swej indywidualności. Wspomnijmy, że jeszcze w XVIII wieku dla mieszkańca południowej Francji monarcha z Paryża był tylko hrabią Prowansji, a nie królem. Gwałcenie tych regionalizmów wcale nie przyspieszało zrastania się narodowych całości. Powodując zaognienia, niszczyło tworzącą się tkankę.

 

Dowodzą tego zjawiska zachodzące w Wielkopolsce. Za dwu ostatnich Piastów separatyzm gniazdowej dzielnicy państwa słabł. Nieopatrzne postępowanie Ludwika i Elżbiety podsyciło go na nowo. Mianowanie starostą wielkopolskim Małopolanina, Ottona z Pilczy, doprowadziło do rezultatu bardzo znamiennego. Po roku Otton musiał ustąpić, gdyż szlachta sabotowała jego zarządzenia. Odmawiała mu po prostu współpracy w wykonywaniu wyroków, które wtedy egzekwowało się wspólnie. Dwór zdecydował się na ustępstwa. Starostą został Sędziwój z Szubina herbu Pałuka, Wielkopolanin, zwolennik Andegawenów. W 1377 roku awansowano go jednak na starostwo krakowskie, a Wielkopolskę objął Domarat z Pierzchna herbu Grzymała, krajan wprawdzie, ale zaprzysiężony stronnik dworu. Był to krok wstępny, przygotowawczy, do wybuchu wojny domowej – zwanej wojną Grzymalitów z Nałęczami – która miała się rozpalić wkrótce po zgonie Ludwika i potężnie zniszczyć kraj.

Opozycji wielkopolskiej nie można uważać za przejaw anarchii ani za czystą negację, pozbawioną myśli przewodniej. Jak dowodzi treść paktu koszyckiego, tamtejszej szlachcie nie chodziło o naruszenie jedności państwowej. W gruncie rzeczy chciała ona tylko zerwać związek z Węgrami i powrócić do dawnego systemu. W epoce dziedzicznych monarchii zamiar taki stanowczo wymagał spełnienia jednego warunku: trzeba było mieć kandydata na tron. Pod tym względem szczęście nie dopisywało Wielkopolsce. Kaźko słupski wyrzekł się wszelkich ambicji i wkrótce zszedł ze świata. Władysław Biały, sprawca jego zgonu, nie nadawał się do polityki.

Ogólne tło tych czasów zwięźle przedstawił Janko z Czarnkowa, głosząc, iż za rządów Elżbiety Łokietkówny „działy się w królestwie polskim wielkie kradzieże, łupiestwa i rozboje”.

W sierpniu 1375 roku „starsza królowa” postanowiła opuścić kraj. Najbardziej obchodząca ją sprawa – sukcesja wnuczki – była załatwiona, na Węgrzech chory syn wymagał opieki. Zresztą Elżbieta była już stara i mocno chyba zmęczona mozolnymi zabiegami o pozyskanie szlachty. W październiku 1376 roku wróciła, trafiając na całą serię nieszczęść, które musiały jej do reszty obrzydzić strony rodzinne.

Tejże jesieni uderzył na Małopolskę Kiejstut. Idący prawym brzegiem Wisły Litwini dotarli aż do Tarnowa, wszędzie paląc, grabiąc, biorąc łup i jeńców. Posuwali się szybko. Kroniki opowiadają o dziedzicu Baranowa, Grzymalicie Januszu Cztanie, który, trzymając na łęku siodła żonę i nieochrzczonego jeszcze noworodka, uratował się wpław przez zalewy wiślane i samą rzekę. Ale ci, co go chcieli naśladować, już poginęli w wodzie od strzał.

Elżbietę oskarżono o zlekceważenie ostrzeżeń, z którymi Sandomierzanie powitali ją w Bochni.

Królowa miała podobno powiedzieć: „Długa a potężna u syna mego ręka”.

Zła krew wyładowała się w Krakowie 7 grudnia. Polscy i węgierscy pachołkowie pokłócili się przy bramie miejskiej o wóz siana. Wynikła bójka. Nie wiadomo przez kogo wypuszczona strzała przeszyła szyję starosty, Jaśka Kmity, który nadjechał konno uspokajać rozruch. Jego śmierć dała sygnał do rzezi Węgrów. Zginęło ich co najmniej osiemdziesięciu, chociaż kronikarze wymieniali podwójną liczbę. Bramy Wawelu przyszło zamknąć, aby rozszalały tłum nie wdarł się i tam. Z bawiących w mieście Madziarów uratowali się tylko ci, których damy dworskie zdołały wciągnąć przez okna zamkowe.

W miesiąc później Elżbieta wyjechała na Węgry.

Latem 1377 roku poszła na Litwinów odwetowa wyprawa polsko-węgierska, która zdobyła Chełm i Bełz. Wracając z niej, uczynił Ludwik swym zastępcą u nas Władysława Opolczyka, a wkrótce potem przeciął wszelkie związki Rusi Czerwonej z Polską, mianując jej zarządcami zwykłych starostów węgierskich.

Tymczasem Wielkopolska dojrzewała do wybuchu. Kaźko słupski już nie żył, Władysław Biały poniósł klęskę i wyjechał z kraju, ale powołanie na starostę Domarata z Pierzchna bardzo – jak już wiemy – zaogniło stosunki.

Ze śmierci Kaźka na razie skorzystał Opolczyk. Ludwik oddał mu w lenno ziemię dobrzyńską, dzierżoną poprzednio przez zmarłego. Osadził więc Władysława na pograniczu Mazowsza i państwa krzyżackiego.

Prześladujący dynastię los raptownie zniweczył rezultaty układów, które żywo obchodziły całą niemal Europę – od Polski aż po Francję. W 1378 roku zmarła na Węgrzech królewna Katarzyna. Zabiegi polityczne należało na nowo zaczynać. Jesienią powróciła do Krakowa, już po raz ostatni, sędziwa Elżbieta.

W sierpniu 1379 roku odbył się w Koszycach kolejny zjazd. Ludwik pragnął za wszelką cenę skłonić Polaków do uznania za dziedziczkę Marii, zaręczonej z Zygmuntem Luksemburczykiem. Jednakże arcybiskup i Wielkopolanie stanęli okoniem. Opór ich złamano w sposób często praktykowany w średniowieczu. Król kazał zamknąć bramy miasta i nie wypuszczać oponentów, dopóki nie podpiszą umowy. Osiągnął swój cel, Maria została następczynią tronu, ale też od tej pory opozycja wielkopolska ruszyła na dobre.

Znalazł się nareszcie człowiek, którego dotychczas brakowało – kandydat. Był nim rodowity Piast, syn Ziemowita III mazowieckiego, zwanego Starszym, również Ziemowit.

Oswald Balzer w swej pomnikowej Genealogii Piastów wysunął domysł, że to kronika Wincentego Kadłubka wprowadziła w polskim rodzie panującym modę na starodawne imiona Leszków i Ziemowitów. Ciekawy dowód wpływów literatury pięknej na obyczaje, przejmowania się lekturą, a może i zamiłowania do niej. Dynastia też na pewno dbała o ciągłość tradycji, a kronika podsuwała sposoby.

W chwili, o której mowa, Ziemowit młodszy miał około dwudziestu kilku lat, mógł więc nie tylko służyć za sztandar dla stronnictwa, ale był całkowicie zdolny do samodzielnego działania. Oddanie Opolczykowi ziemi dobrzyńskiej w lenno wolno uważać za akt ostrożności ze strony Ludwika, który pragnął mieć na pograniczu Mazowsza kogoś oddanego sobie, niejako odgrodzić je od Wielkopolski. Domysł tym bardziej prawdopodobny, że mniej więcej w tym samym czasie starostwo kujawskie odjęto człowiekowi niebezpiecznemu dla dworu i jakby na wszelki wypadek przeniesiono go z rubieży wielkopolskiej na śląską.

Mowa o Bartoszu z rodu Borków, zwanym też Bartoszem z Wiszemburga lub z Odolanowa. Był to potomek w prostej linii owego Ślązaka Peregryna, który sto kilkadziesiąt lat wcześniej własnym ciałem zasłonił w Gąsawie Henryka Brodatego i zasłynął jako wzór rycerskiej wierności.

Kto narzeka na rzekomą szarzyznę naszych dziejów, tego postać starosty powinna zachwycić. Słysząc, że spora gromada rycerzy francuskich jedzie do Krzyżaków, Bartosz zasadził się na nich, wziął wszystkich do niewoli i nie prędzej puścił, aż mu przysłano bajeczny okup. Król Ludwik zwrócił tę sumę kuzynowi z Francji i nakazał generalną wyprawę polskich starostów na Bartosza, która po kilku dniach zakończyła się ugodą.

Opolczyk zdołał zjednać dla dworu Ziemowita III i jego pierworodnego, Janusza. Sam ożenił się z księżniczką mazowiecką, Ofką. Ziemowit młodszy trwał nieugięcie, postępując zresztą w sposób charakterystyczny. Chętnie pożyczał od biskupa Zawiszy sumy, z którymi się tamten nastręczał, ale polityki nie zmieniał.

11 listopada wyjechała z Polski, tym razem już na zawsze, stara królowa. Na Węgrzech wraz z synem i wszystkimi stanami – miast nie wyłączając – uroczyście zaprzysięgła, że ślub najmłodszej wnuczki, Jadwigi, z Wilhelmem austriackim zostanie dopełniony po dojściu królewny do „lat sprawnych”. Elżbieta zmarła 29 grudnia 1380 roku.

Należało wyznaczyć kogoś do zarządzania Polską. Król Ludwik słabł coraz bardziej, klimat naszego kraju stał się dlań zupełnie nieznośny.