Rozum i nieświadomeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9. Zaraza i polityczny klincz

Opisane mechanizmy określające funkcjonowanie dyskursu politycznego partii „dobrej zmiany” stanowią jedynie szczególnie jaskrawą wersję jego powszechnej dzisiaj degradacji i prymitywizacji. W wydaniu polityków owego ugrupowania przybrały one tylko wyjątkowo demagogiczną postać, co wiąże się po części ze wspomnianą mentalnością grup społecznych, na których poparciu opiera ono swoją władzę. Do innego typu retoryki uciekać się będą przedstawiciele faszyzujących partii nacjonalistycznych, do innych partie lewicowe czy centrowe o liberalno-demokratycznym nastawieniu. Równocześnie mechanizmy te mają pewien aspekt „uniwersalny”, gdyż dotyczą zmian, które dokonały się w dyskursie politycznym na całym świecie. Te zmiany zaś są częścią przeobrażeń, jakie pod wpływem internetowych mediów nastąpiły w różnych dziedzinach dyskursu publicznego. W mediach tych – jak już pisałem – ze względu na ich nastawienie na masową dostępność zaczęły się liczyć takie własności tego dyskursu jak zrozumiała dla wszystkich prosta logika wywodu oraz wspomagana środkami wizualnymi sugestywność przekazu. Będąca częścią tych procesów degradacja współczesnego dyskursu politycznego jest zarazem symptomem degradacji tego, co polityczne w ogóle. Przesłanie filozofii greckiej, że polityka ma służyć dobru obywateli, na które ze szczególnym upodobaniem powołują się politycy populistycznych partii, przybrało dziś postać groteski.

Jeśli przy tym współcześnie w Polsce krytykuje się sposób funkcjonowania telewizji publicznej i innych mediów zdominowanych przez partię „dobrej zmiany”, to należy odróżnić dwa aspekty tej krytyki. Pierwszy dotyczy tego, że owe media, stając się propagandową tubą jednego ugrupowania, naruszają jedną z podstawowych zasad systemu demokratycznego. W tym sensie jest to sytuacja patologiczna. Drugi aspekt to wspomniany już sposób, w jaki dyskurs polityczny zaczął funkcjonować dzisiaj w mediach państw demokratycznych na całym świecie. W rezultacie używane przez partie opozycyjne argumenty skierowane przeciwko rządzącym mają z reguły charakter czysto strategiczny i wycinkowy. Dotyczą pojedynczych kwestii poruszających opinię publiczną, za których zaniedbanie obwinia się konkurentów politycznych znajdujących się u władzy. Natomiast hasła naprawy poszczególnych dziedzin funkcjonowania państwa są zazwyczaj ogólnikowe lub oparte na obietnicach, o których wiadomo, że choćby z racji możliwości finansowych państwa nie mogą być spełnione. Inne zaś w ogóle nie są podejmowane, chociaż dobrze wiadomo, że w danej sytuacji niektóre radykalne reformy są niezbędne.

Z różnych analiz sytuacji demograficznej, stanu rynku pracy wynika np., że utrzymywanie w Polsce dotychczasowego okresu czynności zawodowej wpływa negatywnie na gospodarkę, zaś w dłuższej perspektywie jego efektem będą głodowe emerytury. Ale z racji tego, że władza „dobrej zmiany” utrwaliła w społeczeństwie przekonanie, iż podniesienie wieku emerytalnego stanowi naruszenie żywotnych praw obywatelskich, żadna partia nie odważy się dzisiaj zgłosić takiego postulatu. Politycy opozycyjni obierają więc strategię podtrzymywania obecnego stanu rzeczy, chociaż zdają sobie sprawę z tego, że z czasem społeczne i ekonomiczne koszty będą coraz większe. Podobna sytuacja dotyczy utrzymywania przez państwo nierentownych kopalń węgla kamiennego, różnych absurdów związanych z nieracjonalnym sposobem wprowadzenia programu „Rodzina 500 plus”, z którego osoby majętne korzystają w równej mierze co pozostali, trzynastej emerytury i innych świadczeń, które dzięki telewizyjnej propagandzie w świadomości społecznej zaczęły funkcjonować jako coś oczywistego („Bo nam się należy!”).

Naturalnie w dysputach politycznych zazwyczaj bardziej wiarygodnie prezentują się partie opozycyjne, obnażające niedociągnięcia obozu rządzącego. Natomiast przedstawiciele tego ostatniego próbują z reguły na różne sposoby „upiększać” rzeczywistość, za którą są odpowiedzialni, minimalizować skutki swoich błędnych decyzji itd. Niemniej jednak również członkowie tych pierwszych traktują swoją krytykę najczęściej jedynie jako element politycznej gry. Kiedy bowiem ich ugrupowanie dochodzi do władzy, w najlepszym wypadku proponują rozwiązania połowiczne. W warunkach potężnego ekonomicznego kryzysu wywołanego przez pandemię koronawirusa, kiedy nie można już stosować strategii odkładania wszystkiego „na później”, z całą wyrazistością ujawniła się aporetyczność tej sytuacji. Rodzima scena polityczna znalazła się w klinczu, z którego nie bardzo wie, jak wyjść. Walka polityczna przypomina walkę zapaśników, którzy całkowicie nią pochłonięci nie dostrzegają, że we wzajemnym nienawistnym uścisku razem osuwają się powoli w przepaść.

10. Zaraza i zasada wizualnej „rozkoszy”

Jeszcze raz nawiążę do Freuda. Według niego funkcjonowanie ludzkiej psychiki określają dwie zasady: zasada rozkoszy i zasada rzeczywistości. Zasada rozkoszy przejawia się w tym, że w ludzkim podmiocie „cała aktywność psychiczna stawia sobie za cel unikanie przykrości i dostarczanie przyjemności”8. Zasada rzeczywistości natomiast przejawia się w gotowości podmiotu do poniesienia w swojej psychice szeregu wyrzeczeń poprzez uwzględnienie obiektywnych uwarunkowań przyrodniczej rzeczywistości zewnętrznej i kulturowej. W ten sposób działanie zasady rozkoszy podlega istotnej modyfikacji i osiąga ona swój cel na drodze okrężnej w sposób okrojony lub zastępczy.

Gdyby wszyscy kierowali się tylko zasadą rozkoszy, niemożliwy byłby stabilny byt społeczny i kulturowy człowieka. Freud uważał, że pierwowzorem doświadczenia rozkoszy jest rozkosz natury seksualnej. Dlatego w jego antropologii i teorii kultury kluczową rolę odgrywała seksualność człowieka i sposób, w jaki stara się on ją ograniczyć w swoim kulturowym bycie. Autor Totemu i tabu sformułował swoją teorię na początku XX wieku w kontekście dominującego w tym czasie w Europie wiktoriańskiego podejścia do seksualności. Było ono restrykcyjne i w jego oczach stanowiło główne źródło szerzących się zaburzeń psychicznych o neurotycznym charakterze, takich jak histeria. Ale to też sprawiało, że seksualnej „rozkoszy” traktowanej jako owoc zakazany przyznawano tak istotne znaczenie.

Dzisiaj, w dobie Paninterny, opozycję między tymi dwiema zasadami należałoby ująć całkiem inaczej. Na skutek rewolucji seksualnej, która dokonała się w drugiej połowie XX wieku w krajach zachodnich, straciły swoją rygorystyczną moc kulturowe normy i zakazy dotyczące różnych form uzyskiwania seksualnej „rozkoszy”. W rezultacie seksualność na swój sposób stała się „chlebem powszednim”. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych w tym procesie istotną rolę odegrał rozwój mediów internetowych i oferowany w nich praktycznie niczym nieograniczony, również wiekowo, dostęp do uzyskiwania wszelkiego rodzaju „rozkoszy” seksualnych. Również tych czysto wizualnej natury. Jedną z reakcji na to zjawisko jest – o ironio – rosnąca dzisiaj, szczególnie wśród młodzieży, popularność różnych stowarzyszeń i portali promujących postawy aseksualne. To podejście nie ma przy tym religijnego podłoża, ale wynika – jak głoszą członkowie tych stowarzyszeń – z pojawiania się w młodym pokoleniu coraz większej liczby osób, które po prostu nie odczuwają potrzeb natury seksualnej9.

Nie znaczy to, że w naszej cywilizacji utraciła swoją moc Freudowska zasada rozkoszy. Przybrała ona tylko odmienną postać, wiążąc się z innymi formami jej zaspokajania, które odnoszą się głównie do wizualnych światów wirtualnych oferowanych przez Internet. Masowemu rozprzestrzenianiu się tych światów służy to, że we wszelkich internetowych przekazach kluczową rolę zaczęły odgrywać ilustrujące je filmy, zdjęcia itd. Wszystkie te nowe formy wizualnej „rozkoszy” są funkcją nieograniczonego korzystania z Internetu w każdym miejscu i czasie, której ucieleśnieniem stał się dzisiaj smartfon. Magiczny amulet. Fetysz naszego czasu. Ściśle biorąc, jest to „rozkosz” nieprzerwanej partycypacji w różnych postaciach produkowanych przez Internet wirtualnych światów, które dzięki wspomnianym wyżej własnościom dominującego w nim typu dyskursu mają potężną moc sugestii, oddziałując na emocje i wyobraźnię użytkowników.

Z wirtualnym sposobem bycia tych światów wiąże się promowanie dwóch podstawowych form wizualnej „rozkoszy”, u których podstaw tkwi narcyzm podmiotu. Pierwsza z nich to „rozkosz” publicznego eksponowania siebie poprzez stosowanie w tym celu różnych marketingowych chwytów. I to nawet jeśli mają one posmak skandalu. Chodzi bowiem o to, by o mnie mówiono, obojętnie co. Kiedy się o mnie publicznie nie mówi, nie istnieję. Wymownym przykładem tego myślenia jest sposób, w jaki w portalach i na stronach internetowych prowadzą aktywność różnego rodzaju celebryci, często pouczani w tym przez speców od marketingu. Ale podobną aktywność wykazują też miliony innych użytkowników wspomnianych portali. Nieodparta atrakcyjność tego typu wizualnego ekshibicjonizmu to „rozkosz” płynąca z pokazywania siebie innym. Ale nie takiego, jakim się jest, lecz takiego, jakim chciałoby się siebie ukazać innym. Tworzy się sztucznie wyidealizowany obraz siebie i czeka na to, aby spotkał się z pełną fascynacji reakcją u dziesiątek, setek, tysięcy „followersów”.

Drugą formą doświadczania wizualnej „rozkoszy”, będącej dopełnieniem pierwszej, jest oglądactwo, wojeryzm. W promowaniu i szerzeniu tej formy „rozkoszy” przoduje również Internet. Dokonuje się to poprzez pojawiające się na jego stronach komunikaty zawierające w sobie interpelację do ciekawości wzrokowej widza. Do sensacyjnie sformułowanych tytułów na okienkach portali dodaje się słowo „video”, w trakcie rozmów czy wywiadów z celebrytami pokazuje się wnętrza ich domów itd. W wyniku stosowania tych zabiegów dokonało się rozszerzenie powszechnie dostępnej przestrzeni widzialności. Ten fenomen, który można określić jako poszerzenie ekranu, również ma swoje korzenie w narcyzmie ludzkiego podmiotu. Jednym ze źródeł „rozkoszy” oglądania czegoś jest wszak połączenie zaspokojenia własnej ciekawości zobaczenia czegoś z rozkoszowaniem się tym, co się widzi. Klasycznym, znanym z literatury i filmu typem przejawiania się „rozkoszy” oglądactwa jest rozkosz czerpana z oglądania stosunku seksualnego uprawianego przez innych. Ale dzisiaj ten fenomen dotyczy nie tylko – i nie przede wszystkim – seksualności, lecz odnosi się do wszystkich rodzących wizualną ciekawość form ludzkiej aktywności czy zdarzeń. Tę zaś można zawsze pobudzić odpowiednim tytułem, komentarzem, fragmentem zdjęcia, filmu itd.

 

11. Paninterna i fetysz oglądalności

Współczesna cywilizacja Paninterny żyje coraz bardziej z celebrowania najprzeróżniejszych form wizualnej „rozkoszy”, którą dostarczają w potężnych dawkach wirtualne światy Internetu. Światy, w których nic nie dzieje się do końca na serio. Umieranie, choroby i śmierć stały się tylko przykuwającym uwagę odbiorcy zwierciadlanym obrazem siebie, który można replikować w nieskończoność. Rozkoszuję się samym tym obrazem na ekranie, jego istnienie sprowadza się do tego, aby dostarczyć mi tej rozkoszy. Poza nim jest czarna dziura, nie ma nic, co warte byłoby uwagi. Podobnie reaguje masowy odbiorca, gdy w portalu internetowym lub w telewizji widzi film z obróconego w ruiny miasta w Syrii, na którego ulicach ścielą się sterty trupów, a zaraz potem przed kamerą pojawiają się zrozpaczone, wygłodniałe twarze dziecięce. W sposób, w jaki media „interpelują” mnie tym obrazem, wpisana jest obietnica dostarczenia „rozkoszy” przerażenia. Głównie z tej racji gotowy jest go obejrzeć masowy odbiorca, nieświadomie nim zafascynowany, wiedziony ciekawością zobaczenia, jak „tam” jest.

Zamysł reportera, który znalazł się w tym mieście, ryzykując własnym życiem, może być jak najbardziej szlachetny, nastawiony na poruszenie opinii publicznej. Chociaż skądinąd wiadomo, że dla wielu reporterów ten ciągły taniec ze śmiercią jest sposobem na życie. Niezależnie jednak od tego, jakie kierują nimi motywy, są oni tylko pionkami na szachownicy medialnej machiny, która działa zgodnie z jej nastawioną na jak najlepszą oglądalność logiką „poza dobrem i złem”. Właśnie oglądalność jest kluczowym magicznym słowem, któremu w tej machinie podporządkowane jest wszystko.

Kiedy w latach sześćdziesiątych w czasie wojny w Wietnamie reporterzy telewizyjni ukazali przerażające sceny okrucieństwa żołnierzy amerykańskich wobec miejscowej ludności, wzbudziło to ogromne protesty w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Były one jednym z czynników, które doprowadziły do zakończenia tej wojny. Współcześnie dziesiątki podobnych scen mordów i prześladowań miejscowej ludności w różnych krajach naszego globu widzimy w telewizji i w Internecie na co dzień. Nikt jednak, może poza nieliczącymi się w rozgrywkach politycznych organizacjami humanitarnymi, specjalnie nie protestuje przeciw władzom tych państw, które albo są bezpośrednimi sprawcami tych mordów, albo za nie odpowiadają. Mordy, prześladowania, masakry na swój sposób spowszedniały. Stały się elementem wirtualnego świata mediów, który interesuje nas ze względu na oferowaną nam „rozkosz” oglądania. Tym bardziej że to, co widzimy, zazwyczaj bezpośrednio nas nie dotyczy, jest „gdzieś tam” w wirtualnej przestrzeni.

W dodatku zanim na ekranie pojawi się zapowiadany filmowy reportaż ze zburzonego miasta w Syrii, poprzedza go zazwyczaj reklama z kilkoma muskularnymi facetami wznoszącymi z entuzjazmem kufle jakiejś marki piwa. A po filmie wyświetlana jest reklama najnowszego SUV-a ze szczęśliwą rodziną w środku. W ten sposób działa tu zasada ekwiwalencji, zrównująca wszystkie te narracje i czyniąca odbiorcę obojętnym na to, co widzi. No, może poza „rozkoszą”, jaka dlań płynie z oglądania muskularnych facetów z kuflami, przerażonych i wygłodniałych dzieci z Syrii, szczęśliwej europejskiej rodziny klasy średniej w SUV-ie.

12. Logos, zwrot ikoniczny i degradacja obrazu

„Rozkosz” płynąca z oglądactwa, z tego, co się widzi, jest z istoty amoralna. To „rozkosz” zawarta w samym patrzeniu się na coś, w widzeniu czegoś. Koresponduje z tym amoralny ontologiczny status wszelkiego typu obrazów, również obrazów wirtualnych, które kreuje świat Internetu. To rządzący się własnymi prawami widzialności świat poza dobrem i złem, w którym do oglądania nadaje się wszystko to, na co padnie nasz wzrok. Każdy obraz. Dopiero człowiek kultury wprowadził podział na obrazy, które można oglądać i których oglądać nie można, bo są niemoralne albo zbyt drastyczne.

Ale ten podział w epoce Paninterny zatracił swoją ważność. W Internecie można obejrzeć wszystko. Stanowiące o nim poszerzenie ekranu nie zna żadnych ograniczeń. Wszelkiego rodzaju obraz czy �lm mogą stać się źródłem „rozkoszy”. Oczywiście w portalach i na stronach wprowadza się wiekowe ograniczenia, wycina się fragmenty filmowych relacji, zabrania się propagowania określonych seksualnych zachowań itd. Ale odbiorca, który potrafi surfować po Internecie, znajdzie w nim wszystko.

Nie w tym jednak tkwi główny problem, że istnieją portale i strony internetowe, gdzie pokazywane są filmy i obrazy głęboko niemoralne, niekiedy o przestępczej wymowie. Zagrożeniem jest sposób, w jaki w cywilizacji Paninterny zaczęto wykorzystywać amoralny status świata wirtualnego. Problem stanowi instrumentalne podejście do tego świata, w którym „rozkosz” patrzenia na coś wykorzystywana jest w innych, bezpośrednio niezwiązanych z nią celach – np. finansowego zysku, rozpropagowania jakiejś ideologii czy politycznej gry o władzę. To podejście, którego głównym „nosicielem” stał się dzisiaj świat Internetu, doprowadziło do degradacji różnych dyskursów naszej cywilizacji. Efektem tej „zarazy” jest zalew wszelkiego rodzaju tandety napierającej zarówno z komputerowego ekranu, jak i z otaczającej nas rzeczywistości – ze świata reklam, z przekazywanych „sensacyjnych” wiadomości wszelkiego typu, z wywiadów z „gwiazdami”, ze sklepów typu Tiger, z bilbordów reklamujących „znakomite” powieści i filmy. Sprawia to, że samowiedza społeczna osiągnęła jakieś nieznane jej dotąd infantylne stadium. Poddając się urokowi napierających ze wszystkich stron wirtualnych obrazów zapraszających do „rozkoszowania się” nimi, społeczności ludzkie stały się w swojej masie bardziej podatne na różnego typu manipulacje ze strony wielkich koncernów i firm, cudownych uzdrowicieli i proroków oraz politycznych demagogów wszelkiej maści.

Degradacja różnych dyskursów, jaka ma miejsce w dzisiejszej cywilizacji Paninterny, to jedna z form degradacji Logosu, który legł u podstaw europejskiej cywilizacji. Mam tu na myśli zarówno Logos, o którym mówi Ewangelia św. Jana, jak i Logos, z którego narodziła się myśl grecka, wyszedłszy z założenia o „rozumnym” porządku świata, który jest w stanie zgłębić jedynie człowiek, sam będąc istotą rozumną. W pierwszym wypadku degradacja polega na zatraceniu poczucia odniesienia do fenomenu tego, co transcendentne, obojętnie jak pojmowane, jako sacrum czy w gnostyczny sposób (Carl Gustav Jung). Kilkadziesiąt lat temu Witkacy nazwał ten fenomen „Tajemnicą Istnienia”, twierdząc, że doświadczenie jej twórczej mocy stanowi podstawowy wyznacznik tego, co ludzkie. Miejsce tego doświadczenia zajęło dzisiaj odniesienie do wirtualnych, wzrokowo dostępnych obrazów wszelkiego typu, których „widzialnością” we wszelkich jej odmianach można się bez granic rozkoszować. Ta zmiana polega nie tylko na tym, że obecnie zaczęły nas otaczać – jak twierdzi Jean Baudrillard – symulakry, które zwodniczo naśladują swoje „realne” pierwowzory10. W wirtualnym świecie Paninterny zanikają również symulakry, ich miejsce zajęły obrazy nastawione na ekspozycję własnej widzialności jedynie po to, aby stać się źródłem rozkoszy we wszystkim, co w nich widzialne. W istocie jednak na drugiej, ukrytej przed oczyma widza scenie osiąga się inny cel – finansowy, ideowy, polityczny. Na tym powiązaniu dążenia do kreowania iluzji estetycznej „bezinteresowności” tego, co widzialne, ze skrywającym się za tą iluzją manipulacyjnym nastawieniem kreującego ją podmiotu zasadza się dwoisty status ontologiczny otaczających nas wirtualnych światów Internetu.

Paninterna eksponuje widzialność obrazu w każdym jej szczególe i aspekcie, wysysa ją do końca jak „zaraza”, gdyż tylko ona się dla siebie liczy. Wirtualne obrazy jej świata – jeśli za punkt odniesienia weźmiemy sposób, w jaki eksponują swoją widzialność – do niczego poza nimi samymi się nie odnoszą. Nawet nie starają się udawać, że są, „jakby były realne”. Narzucają się widzowi / odbiorcy jako jedyna samotłumacząca się realność, wyczerpujące się w sobie samym źródło rozkoszy widzenia. Prezentują się jako czysta „rozkosz” widzialności, która celebruje siebie samą. Celem jest uwiedzenie własną widzialnością oglądającego je podmiotu, jego całkowite zniewolenie poprzez sprowadzenie go do roli rozkoszującego się nimi bezrefleksyjnego „oglądacza”.

Opierając swoje oddziaływanie na odbiorców na tak doświadczanej „rozkoszy” wirtualnych obrazów, Paninterna dewastuje w równej mierze grecki świat Logosu, bijące źródło naszej kultury. Dla greckich filozofów paradygmatem tego, co widzialne, był obraz rozgwieżdżonego nieba w nocy, który cechuje wewnętrzna głęboka harmonia. Tę ukrytą harmonię pitagorejczycy uznawali za przejaw boskiego rozumu, który przenika byt od podstaw, pozwalając wszystkie jego własności, relacje i określające go prawa ująć na sposób matematyczny. Stąd brał się ich kult liczb, symbolu rozumności bytu, samej jego esencji. Możemy dzisiaj naśmiewać się z tego kultu liczb pojmowanych w dosłowny, materialny sposób, ale to w nim dochodziło wymownie do głosu przekonanie pitagorejczyków o nierozerwalnym splocie tego, co widzialne, z tym, co abstrakcyjne, obrazu z rozumem.

Ten związek widzialności i rozumu, zakładający, że w Logosie istnieją pewien wymiar i przestrzeń wymykające się rozumowemu poznaniu o charakterze matematycznym, która stanowi rodzaj jego dopełnienia, legł u podstaw tego pojęcia w myśli greckiej. Tak rozumiany Logos może być też traktowany jako pierwowzór Freudowskiego nieświadomego, którego podstawowymi formami przejawu są pojawiające się w marzeniach sennych „absurdalne” obrazy, w których zawarte jest ukryte przesłanie pod adresem śniącego podmiotu. W późniejszej tradycji myśli europejskiej doszło do rozejścia się tych dwóch wymiarów Logosu. Sygnalizowała je już filozofia Platona, który z jednej strony świat obrazów traktował jako zniekształcające przedstawienie rozumowych idei (teoria mimesis), z drugiej strony uciekał się często do wizyjnych przedstawień, aby czytelnikom Dialogów przybliżyć najtrudniejsze fragmenty własnych wywodów. Był bowiem przekonany, że rozważane w nich kwestie są zbyt złożone, aby oddać je za pomocą abstrakcyjnych pojęć dyskursu. Wizyjny obraz miał służyć unaocznieniu myślowych treści, których inaczej nie sposób było wyrazić.

Zarazem jednak dokonana przez Platona krytyka wszelkiego rodzaju obrazów otworzyła drogę do późniejszego pojmowania Logosu na wzór matematyczny i sprowadzenia jego warstwy obrazowej do roli mało znaczącego ornamentu o bardziej prymitywnym, pierwotnym charakterze. Wymownym przejawem tego podejścia było wywodzące się z tradycji europejskiego racjonalizmu i znajdujące swój wyraz w Auguste’a Comte’a opozycji Mitu i Logosu przekonanie, że myślenie obrazowe stanowi początkowe mityczne stadium rozwoju myśli. Według tego filozofa myślenie to cechowało kultury pierwotne, w których próbowano pojąć złożoną naturę bytu i świata za pomocą podań mitycznych operujących wieloznacznymi symbolami i narracjami o fantastycznych zdarzeniach objaśniających genealogię człowieka i świata. Natomiast dojrzałe kultury współczesne znamionuje myślenie, którego wzorcowym paradygmatem jest myślenie obowiązujące w naukach ścisłych, dokonujące się zgodnie z rygorystycznymi logicznymi wymogami.

Nieco inną postać ta opozycja przybrała w tych nurtach współczesnej filozofii i humanistyki, w których ontologię obrazu próbowano ujmować w świetle związanych z językiem pojęć symbolu i sensu (hermeneutyka, strukturalizm, semiotyka, analityczna filozofia języka). Reakcją na podobne myślenie o obrazach, w którym ich ontologia była traktowana jako swoisty derywat ontologii języka, był tzw. zwrot ikoniczny. Czołowi przedstawiciele tego nurtu (William John Thomas Mitchell, Gottfried Boehm, Aby Warburg, Hans Belting i inni) podjęli próby wypracowania samoistnej ontologii obrazu i wskazywali na jego specyficzne poznawcze funkcje, niedające się sprowadzić do bycia odmianą poznawczych funkcji języka i symbolu11.

 

Dyskusja wokół ontologii obrazu i jego relacji do języka stanowi część innej filozoficznej dyskusji, która ześrodkowana jest wokół pytania o walory poznawcze myślenia mitycznego i wiarygodność wspomnianej opozycji Mitu i Logosu. W filozofii współczesnej możemy mówić o dwóch odmiennych podejściach do tej kwestii. Przedstawiciele pierwszego podejścia dominują w hermeneutyce, fenomenologii, nurtach egzystencjalnych, psychoanalizie, poststrukturalizmie i w naukach humanistycznych. Uważają oni, że opozycja Mitu i Logosu jest nieporozumieniem. Myślenie obrazami i odwoływanie się do różnego rodzaju mitów właściwe jest człowiekowi dzisiejszemu w równym stopniu co człowiekowi kultur prymitywnych, tylko się inaczej przejawia. Tak samo jak mity przekazywały w otoczce metafor i symboli oraz fantastycznych opowieści pewne prawdy, których nie można było wyrazić w inny sposób, tak samo dzisiaj w pokrewnych im dziedzinach, jak literatura, film, różne rodzaje sztuki, czy w dyskursie nauk humanistycznych sięga się po podobne środki dyskursu, które są nieobecne w dyskursie nauk przyrodniczych i ścisłych. Jak pisze Hans-Georg Gadamer:

Mity nie są maskami dziejowej rzeczywistości, które rozum mógłby zerwać z rzeczy, by spełnić się jako rozum historyczny. Mity ujawniają raczej właściwą siłę dziejów. Horyzont naszej świadomości dziejów nie jest oczyszczoną z mitów bezkresną pustynią oświeconej świadomości. (…) To zaś znaczy: dzieje są tym, czym zawsze byliśmy i czym jesteśmy. Są więzami, które narzuca nam los12.

To zaś znaczy, że język mitów, w którym element wizualny odgrywa tak istotną rolę, otwiera nas przede wszystkim na to, czym są dzieje w całej ich określającej nas „mocy”. Innymi słowy: mity w swoich opowieściach unaoczniają nam wszystkie uwarunkowania, które się biorą z dziejów, więzy, którym w nich podlegamy.

Przedstawiciele drugiego ujęcia w różnych wersjach zachowują pozytywistyczny schemat Comte’a, uważając, że wszelkie postaci myślenia obrazami nie mają istotnej wartości poznawczej i w najlepszym wypadku mogą stanowić, podobnie jak język metafor, ornament poznania naukowego. To podejście dominuje w różnych postaciach logiki, w filozofii nauki, w rozmaitych odmianach filozofii języka i neopozytywizmu, wśród kognitywistów. Autorzy ci w swoich wywodach powołują się na osiągnięcia nauk ścisłych i przyrodniczych oraz na nowe możliwości organizacji życia indywidualnego i zbiorowego, jakie współczesnym cywilizacjom oferują wyrastające na podłożu odkryć tych nauk technologie.

Temu teoriopoznawczemu „optymizmowi” przeciwstawia się dzisiaj rosnąca świadomość tego, że nowe technologie, które w ostatnich dziesiątkach lat radykalnie zmieniły sposób funkcjonowania i oblicze współczesnych społeczeństw, niosą ze sobą nieznane do tej pory zagrożenia. Jednym z nim jest otwarcie przed instytucjami państwowymi, partiami politycznymi, firmami ubezpieczeniowymi, agencjami reklamowymi itp. szerokich możliwości gromadzenia wiedzy na temat poglądów, preferencji, chorób czy gustów każdej jednostki i wykorzystywania jej dla własnych celów, np. poprzez manipulowanie opinią publiczną, szantażowanie obywateli, niszczenie psychiczne wybranych osób w wyniku internetowego hejtu itd.

W ostatnich latach też pojawia się coraz więcej głosów krytycznych wskazujących na zagrożenia związane z niekontrolowanym wykorzystywaniem w praktyce życia codziennego dobrodziejstw sztucznej inteligencji, skądinąd jednego z najbardziej fascynujących osiągnięć technologicznych współczesnych nauk. Mówi się wręcz o groźbie wyłonienia się w najbliższym czasie nowego typu państw totalitarnych, w których władza polityczna i administracyjna, posługując się technologiami opartymi na sztucznej inteligencji, będzie w stanie kontrolować wszystkich obywateli i wpływać na ich zachowania i poglądy. Z wymownymi przykładami tego typu ingerencji władzy w życie prywatne obywateli mamy już do czynienia w Chinach. Nie mówiąc o tym, że możliwość skonstruowania doskonałej maszyny ze sztuczną inteligencją, która może zwrócić się przeciwko człowiekowi, niszcząc go i całą stworzoną przez niego cywilizację, przestaje coraz bardziej być tylko fantazją z dziedziny science fiction.

Po raz kolejny może się więc okazać, że naukowy postęp, który rozpoczął się wraz z tradycją europejskiego racjonalizmu i empiryzmu i uczynił życie najbardziej zaawansowanych cywilizacyjnie społeczeństw naszego globu wygodnym i dostatnim, ma również swoją drugą, destrukcyjną stronę. Może służyć ograniczeniu ludzkich wolności, a w dalszej perspektywie doprowadzić do zagłady cywilizacji stworzonej przez człowieka. Pytaniem jest w takim razie, czy tradycja ta nie znalazła się obecnie w pułapce, z której nie bardzo wie, jak wyjść.

Innego typu zagrożenia płyną dzisiaj z obrazowej sfery Logosu, jeśli za punkt odniesienia weźmiemy postać, jaką przybrała ona w nastawionych na masowego odbiorcę wirtualnych światach Internetu. Jeśli w pracach twórców zwrotu ikonicznego wypracowana została samoistna ontologia obrazów i określono ich specyficzne walory poznawcze, to we wspomnianych wirtualnych światach ta sfera Internetu uległa daleko idącej instrumentalizacji i degradacji. Wraz z tym zniszczeniu uległa tradycja mitycznych narracji, w której element wizualny, wspomagany przez uciekanie się do symboli i metafor, miał silnie oddziaływać na wyobraźnię odbiorców. Ta degradacja bierze się stąd, że owe światy Internetu nie pełnią już funkcji objaśniająco-poznawczej, pozwalającej członkom danej społeczności odnaleźć się w świecie, w jakim żyją, i zbudować wzajemne relacje oparte na obowiązujących każdego regułach i prawach. Światy te zostały zaprojektowane z góry z myślą o interesie w stosunku do nich zewnętrznym i są tylko środkiem do jego realizacji.

W dawnych mitycznych narracjach wizualna „rozkosz” płynąca z kreowanych w nich opowieści była istotnym elementem zawartego w nich przesłania. Traktowano ją w sposób podmiotowy, nie instrumentalny. W narracjach paninternetowych pobudzenie doświadczenia wizualnej „rozkoszy” i oddziałanie na emocje odbiorcy osiąga się wprawdzie przez wytworzenie w nim wrażenia, jakoby świat tych narracji tłumaczył się sam przez się, jest to jednak pozorem. Świat wielkich mitycznych narracji potrafił porwać wszystkich w swojej naiwnej bezpośredniości i prostocie. Nawet jeśli kryło się w nim „drugie dno” i mógł być odczytywany na różne sposoby, wynikało to z niejednoznacznej natury zjawisk, do których odsyłał. Świat paninternetowych narracji jest już światem zmanipulowanym, nigdy nie jest tym, za co się podaje. Jest on już w punkcie wyjścia wyobcowany z tego, co chce przekazać, oferując w jego miejsce tylko efektowny surogat. W sposobie istnienia tego świata jest coś z gruntu fałszywego, zdeprawowanego i perwersyjnego. Taka jednak stała się dziś masowa kultura Paninterny, wymowny symptom naszych czasów. Symbolem tej kultury są dziś chińskie miasteczka kiczu rozpostarte w pobliżu letnich kurortów, w których na setkach stoisk można kupić różne wersje podobnych produktów jednorazowego użytku z plastiku i z gumy. Ostatnio zaś szczególnym powodzeniem cieszy się na nich plastikowy chiński smok z koroną, mający – podobnie jak jego przyrodnicza kopia – cudowną zdolność multiplikacji w swych nieskończonych odmianach.

13. Reality show i sztuka performance’u

Z kluczową rolą, jaką w kształtowaniu psychologicznych wzorców tożsamościowych, poglądów politycznych, gustów oraz postaw życiowych mas społecznych na całym świecie odgrywa dzisiaj Internet, wiąże się jeszcze jedno zjawisko. Polega ono na tym, że epatowanie w jego wizualnych przekazach różnymi formami „rozkoszy” patrzenia i bycia oglądanym zmieniło sposób doświadczania przez podmiot relacji między wirtualnym światem, który mu się oferuje, a tzw. rzeczywistością zewnętrzną, z którą ma on do czynienia na co dzień. Jest to ta sama rzeczywistość, do której odnosi się wspomniana Freudowska „zasada rzeczywistości”. Wirtualna rzeczywistość Internetu napiera na podmiot ze wszystkich stron w rozmaitych postaciach: ze świata reklam, z gier komputerowych, ze stron pornograficznych, z filmów, z różnych reportaży czy wreszcie z programów typu reality show. Tym ostatnim warto poświęcić szczególną uwagę, głównie ze względu na sposób, w jaki fikcja splata się w nich z rzeczywistością.