Rozum i nieświadomeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mimo ustrojowych i kulturowych różnic między wspomnianymi państwami, w pojawieniu się w nich nacjonalistycznych tendencji ogromną rolę odegrały – o ironio – wspomagające procesy globalizacji media internetowe. Wymienieni polityczni przywódcy i partie zyskali w dużej mierze na popularności dzięki odwoływaniu się w tych mediach do poczucia narodowej czy religijnej „wyjątkowości” swoich potencjalnych wyborców. Pomogło im w tym umiejętne wykorzystywanie internetowych przekazów przez ich sztaby wyborcze, niekiedy przy zakamuflowanej „pomocy” z zewnątrz. Już dzisiaj widzimy wyraźnie, że najbardziej zauważalnym efektem wspomnianych procesów nie jest powstanie w miejsce tradycyjnych państw narodowych jakichś abstrakcyjnych, administracyjnych tworów urzędniczych uzależnionych w swoich poczynaniach od wielkich międzynarodowych koncernów. Są nim wyrastające na podłożu współczesnej cywilizacji internetowej ponowoczesne państwa hipernarodowe. Ich przywódcy zwykli sięgać w nowym opakowaniu retorycznym po klasyczne nacjonalistyczne „archetypy” myślowe i znajdują dla nich coraz większy posłuch.

6. „Zaraza” globalnego ocieplenia

Pojawia się pytanie o przyczyny tego zjawiska. Dlaczego wraz z ponowoczesną cywilizacją internetową narastają zjawiska społecznej agresji i rosną w siłę postawy nacjonalistyczne? Dlaczego obserwujemy regres społecznej samowiedzy na poziom myślenia emocjami i związany z tym zanik myślenia krytycznego? Dlaczego duża część dzisiejszych społeczeństw, łącznie z tymi, które, zdawałoby się, mają za sobą długą tradycję demokratyczną, daje się uwieść odwołującej się często do najniższych instynktów populistycznej retoryce?

Paradoks dzisiejszej sytuacji polega na tym, że poniekąd znamy odpowiedzi na te pytania. Wystarczy trochę rozejrzeć się dookoła, aby stwierdzić, że leżą one wręcz na wierzchu. Tyle że do tej pory nie było palącej potrzeby, aby się nimi poważnie zająć. Jeśli pojawiały się takie próby, były podejmowane przez nielicznych i mało kto zwracał na nie uwagę. Na plan pierwszy wysuwają się dzisiaj pytania, kiedy i w jaki sposób uda się przezwyciężyć obecną pandemię oraz jakie będą tego koszty. Ale wszelkie rozważania na ten temat są czystą spekulacją. Zarazem sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, którą bez przesady można – za Karlem Jaspersem – nazwać „graniczną”, każe nam postawić inne pytania, równie fundamentalne. Dotyczą one nie mniej groźnych co obecna „zaraz”, które trawią naszą cywilizację. Jedną z takich „zaraz”, o której dużo mówi się od lat, jest globalne ocieplenie. Jego skutki zaczynamy odczuwać już dzisiaj, jednak na razie nie są one wystarczająco dotkliwe, aby polityczni przywódcy najpotężniejszych krajów-trucicieli świata zaczęli podejmować przeciwko niemu radykalne środki. Tymczasem zagrożenie klimatycznym armagedonem powoli narasta i z każdym rokiem maleją szanse, aby skutecznie mu przeciwdziałać. Zbliżamy się do punktu granicznego, z którego osiągnięciem – jak wynika to z wielu naukowych analiz i prognoz – może nastąpić prawdziwa katastrofa.

W tym wypadku głównym problemem nie jest sam proces ocieplania się klimatu, ale sposób, w jaki na tę „zarazę” reaguje człowiek. Jego reakcja przypomina do złudzenia pierwsze reakcje czołowych polityków świata na informacje o epidemicznym zagrożeniu koronawirusem. Wypowiedzi pełne niedowierzania, okraszone niekiedy dowcipami i arogancją. Tymczasem taka „zaraza” jak globalne ocieplenie jest jeszcze bardziej podstępna, gdyż wykonuje swoją pracę mniej spektakularnie, z roku na rok zaciskając wokół Ziemi gęstniejący szal jej wyziewów. Ostatecznie sytuacja, w jakiej znalazła się dziś cywilizacja człowieka, przypomina błędne koło. Z jednej strony w środowiskach naukowych i wśród działaczy różnych organizacji ekologicznych narasta świadomość zbliżającej się katastrofy. Ci pierwsi opierają się w swych prognozach na wynikach badań i analiz, drudzy, oraz na razie jeszcze niewielka część opinii publicznej, traktują te wyniki poważnie i angażują się w uświadamianie społeczeństwu skali zagrożeń. Z drugiej strony reguły, które określają dzisiejszą grę polityczną, sprawiają, że przywódcy największych krajów świata nie podejmują z dostateczną determinacją tej walki. Albo wręcz – jak Donald Trump – ją ignorują. Decydujące znaczenie ma ich poczucie, że współczesne społeczeństwa nie byłyby w stanie zaakceptować znaczącego obniżenia dotychczasowego poziomu życia w wyniku podjęcia walki z globalnym ociepleniem. Polityk, który by się na to zdecydował, poniósłby w wyborach sromotną porażkę.

7. Zaraza i PANINTERNA

Stawiam tezę, że czynnikiem, który jeszcze bardziej zapętlił tę sytuację, jest sposób, w jaki w ostatnich dwudziestu latach świadomość mas społecznych zaczęły kształtować internetowe media. Mam przede wszystkim na myśli najbardziej popularne formy społecznego funkcjonowania tych mediów, które stały się masowo dostępne, głównie dzięki pojawieniu się obok tradycyjnych komputerów i laptopów nowych nośników Internetu w postaci coraz bardziej wielofunkcyjnych smartfonów i tabletów. Dzięki powszechnej dostępności tych nośników Internet stał się dla szerokich grup ludności podstawowym źródłem informacji o tym, co dzieje się w kraju i na świecie (jak też encyklopedycznej informacji o różnych produktach, zjawiskach, osobach itd.), pośrednikiem w robieniu zakupów, biblioteką nowego typu, w której można znaleźć interesujące artykuły i książki, źródłem rozmaitych rozrywek (gry komputerowe, filmy, muzyka itp.), ofertą tłumaczeniową z języków obcych itd. Oferuje też różne formy komunikowania się z innymi (poczta e-mailowa, Skype, Zoom, czat, portale naukowe, sportowe, randkowe itd.), stwarza szereg możliwości publicznego wypowiadania własnych opinii na wszelkiego rodzaju tematy (portale typu Facebook, Twitter, czat itd.).

Ta szeroka gama usług internetowych, które dotyczą dzisiaj praktycznie niemal wszystkich dziedzin życia społecznego, zmieniła bez wątpienia w wielu aspektach nasz świat na lepsze, nadała mu nową jakość. Mamy dostęp do nieustannie aktualizowanych informacji o najnowszych ważkich zdarzeniach w kraju i na świecie, do pisanych z różnych perspektyw komentarzy na ich temat, możemy znaleźć informację praktycznie o wszystkim, docierać do interesujących nas naukowych artykułów i książek, robić zakupy, zakładać własne strony internetowe i zamieszczać na nich komentarze, artykuły, książki. Internet zastępuje też w coraz większym stopniu telewizję i kino, dając niezwykle bogatą i różnorodną ofertę filmów i seriali do oglądania, mamy dzięki niemu dostęp do transmisji i nagrań wszelkiego typu muzyki z sal koncertowych czy płyt, możemy śledzić najciekawsze wydarzenia sportowe itd.

Nie dość tego. W ostatnich miesiącach szalejącej pandemii Internet okazał się wręcz prawdziwym błogosławieństwem dla milionów ludzi na całym świecie, choćby z racji tego, że umożliwił funkcjonowanie wielu instytucji, zakładów pracy, uniwersytetów i niektórych szkół, których pracownicy mogli przejść na tzw. pracę zdalną w domu, unikając bezpośredniego kontaktu z innymi. Okazało się, że np. dzięki różnym wersjom programu Zoom można prowadzić seminaria, wykłady, a nawet całe konferencje z udziałem do tysiąca osób. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby podobna pandemia wybuchła dwadzieścia–trzydzieści lat wcześniej.

Te wszystkie zalety Internetu jako umożliwiającego alternatywne formy pracy zawodowej, kształcenia, robienia zakupów itd., bez wychodzenia z domu, dostrzegamy właśnie dzisiaj. Z pewnością proces jego wprowadzania na drodze komputeryzacji coraz to nowych dziedzin życia społecznego jeszcze bardziej przyspieszy. Zarazem jednak, jak to zazwyczaj bywa z każdym ludzkim wynalazkiem, z jego masowym zastosowaniem wiąże się szereg zagrożeń. W przypadku Internetu są to zagrożenia szczególnego rodzaju, z których niektóre uderzają w podstawy naszej cywilizacji. Nie wynikają one jednak z Internetu jako takiego, ale ze sposobu, w jaki robi się z niego użytek. O Internecie można powiedzieć coś podobnego, co św. Tomasz powiedział kiedyś o ludzkim ciele i seksualności – że same w sobie nie są one niczym złym ani dobrym. Dobre i złe jest tylko to, jak człowiek robi z nich użytek. Podobnie z Internetu można zrobić dobry i zły użytek.

Internet to przede wszystkim po radiu, telefonie i telewizji jeden z najbardziej rewolucyjnych wynalazków współczesnej myśli naukowej i technicznej, który wpłynął na postać naszej dzisiejszej cywilizacji. Stał się on podstawowym żywiołem, sposobem bycia tej cywilizacji, która – gdyby została go pozbawiona – doświadczyłaby horrendalnej katastrofy. Istota tego wynalazku zasadza się na tym, że oferuje on nieskończone możliwości podwajania na ekranie realnego świata, w jakim żyjemy. Umożliwia tworzenie różnych form alternatywnej rzeczywistości – wirtualnej, która może służyć rozmaitym celom: być źródłem informacji wszelkiego typu, rozrywki, działalności naukowej, księgowej, administracyjnej itd. Dzięki Internetowi możemy wykonywać czynności, jakie do tej pory wykonywaliśmy bez jego pośrednictwa, a dodatkowo zostają one w nim, w jego „obrazie”, na swój sposób utrwalone i potencjalnie mogą być odtworzone przez każdego w każdym momencie.

Świat Internetu nazywa się wirtualnym w tym sensie, że to, co się w nim ukazuje, ma miejsce „po drugiej stronie” na ekranie, na który patrzymy. Jego istnienie ma status jakby-fikcji, obojętnie czy jest filmowym zapisem czegoś, co dzieje się „na żywo”, czy też jakiejś wcześniejszej sytuacji. To pewien obraz-odbicie tego, co realne, który już z racji tego, że zjawia się na ekranie, podlega zupełnie innym regułom niż te obowiązujące w świecie realnym. Choćby dlatego, że ten obraz – co znamy już z praktyki fotoreporterów telewizyjnych – można na różne sposoby zmanipulować. Można odtwarzać go z określonej perspektywy, wybrać z niego odpowiednie fragmenty i je na nowo zmontować albo też dołączyć fragmenty, których w nim pierwotnie nie było.

 

Zupełnie innym regułom podlegają również nasze wypowiedzi w poczcie e-mailowej niż te, które wygłaszamy realnie czy nawet listownie. Widać to już w samym sposobie ich formułowania. Pisząc do kogoś e-mail, zastanawiamy się np., co i jak powiedzieć tak, aby nie urazić adresata (albo na odwrót: staramy się celowo powiedzieć mu coś przykrego). Brak naturalnego kontekstu sytuacyjnego wypowiedzi e-mailowych sprawia, że zyskują one często zupełnie inny sens niż te same wypowiedzi wygłaszane realnie, czyli skierowane wprost do ich adresata. Można podać liczne przykłady nieporozumień, błędnych odczytań, karczemnych kłótni między nadawcami a adresatami poczty e-mailowej, które wynikają z „abstrakcyjnego” statusu tego, co piszą oni do siebie nawzajem, dopisywania do wypowiedzi błędnych kontekstów. Nawet odbywające się „na żywo” w Internecie dyskusje, w których bierze udział kilka czy kilkanaście osób, mają inny status niż dyskusje prowadzone między tymi samymi osobami w rzeczywistości. Sama symultaniczność pojawiających się na ekranie komputera obrazów uczestników tych dyskusji ustanawia między nimi odmienną relację, inaczej wygląda też technika włączania się każdej z osób do dyskusji.

Naturalnie z podwojeniem świata na ekranie mieliśmy już do czynienia w filmie i w telewizji. Ale świat w tych mediach był na swój sposób jednolity, zamknięty w sobie. Nie stwarzał tylu możliwości poruszania się w jego obrębie, równoczesnego przebywania w kilku programach naraz, nie oferował tylu wersji wirtualnej rzeczywistości jednocześnie. Można powiedzieć, że ontologia tego świata była na swój sposób sztywna, prostacka. Poza tym między nim a jego widzem nie było też tylu możliwości interakcji. Tam ekran, na którym coś się ukazuje, tu ja, wpatrzony weń z pilotem w ręku, rozpostarty wygodnie w fotelu. I to wszystko.

W porównaniu ze światem telewizji czy filmu świat Internetu to prawdziwy kosmos portali i stron internetowych rozpościerający się w nieskończoność. Już na ich głównych stronach mam wiele możliwości wyboru spośród ukazujących mi się okienek, w dodatku pod niektórymi z nich mogę dać własny komentarz. Jeśli zaś zechcę uzyskać dodatkową informację o danej osobie, reklamowanym produkcie lub czymś innym, mogę od razu przejść do innego portalu, wystukać odpowiednią nazwę czy nazwisko. Albo też swobodnie przejść do mojej e-mailowej poczty, zapisać coś na Facebooku, umieścić zdjęcie na Instagramie itd.

Nieprzebraną skalę możliwości poruszania się w świecie Internetu otwiera prosty techniczny zabieg: połączenie ekranu komputera (laptopa, smartfona itd.) z klawiaturą. Dzięki temu mam nieporównanie większy wpływ na wybór tego, co chcę oglądać, niż w przypadku telewizyjnego pilota. W dodatku pilota używam tylko sporadycznie, najczęściej, gdy chcę zmienić oglądaną stację, wyciszyć chwilowo dźwięk, przeczytać krótką informację o filmie itd. Natomiast klawiatura (i mysz) jest ciągle do dyspozycji pod moją ręką, oferując mi możliwość wystukania na niej w każdej chwili nowej nazwy portalu i strony, czyjegoś nazwiska, nazwy przedmiotu, który chcę kupić, zmniejszenia lub zwiększenia ekranu, oglądania dwóch programów równocześnie, chwilowego przejścia na inny program itd. Dlatego relacja między użytkownikiem Internetu a tym, co ogląda on na ekranie komputera, jest dynamiczna. Użytkownik ten przy tym ma w niektórych przypadkach możliwość wyrażenia pod danym komentarzem, artykułem, wydarzeniem sportowym, filmem własnej opinii. Jest on nie tylko „tu”, w fotelu, ale również może zaistnieć „tam”, na ekranie, stając się częścią tego, co się tam ukazuje i może być oglądane / czytane przez innych. Nie mówiąc już o portalach takich jak Facebook, Twitter, czat itd., gdzie tworząc określony obraz siebie, wypowiada się samemu opinie na wszelkie tematy – w ten sposób powstaje specyficzna sytuacja dialogowa z innymi użytkownikami, którzy mają dostęp do strony.

Inną cechą świata Internetu są praktycznie nieograniczone możliwości magazynowania w nim różnego rodzaju obrazów, filmów, przeprowadzanie digitalizacji tekstów. Sprawia to, że w sieci znalazły się dzisiaj biblioteki, zbiory muzealne, roczniki archiwalnych czasopism, różnorodne dokumenty itd. Ogromna większość z nich jest powszechnie dostępna, co oznacza np. rewolucję w prowadzeniu różnego typu badań naukowych. Pod tym względem Internet nie zna żadnych czasowych i przestrzennych ograniczeń. Anonimowy podmiot Internetu przypomina Kantowski podmiot boski, który widzi cały byt na wskroś ze wszystkich stron naraz. Wszystko może on podwoić na ekranie, zmagazynować i uczynić „widzialnym” dla każdego, kto chciałby mieć do tego dostęp.

Coś z owego boskiego podmiotu ma zarazem w sobie użytkownik Internetu, który posiada potencjalnie nieograniczony dostęp do wszystkiego, co w nim zostało zgromadzone i może stać się dla niego widzialne. Jest to również podmiot otwarty na nieskończoną przestrzeń internetowej widzialności, którą może potencjalnie dowolnie dysponować. Wszystko, co zostało umieszczone w tej przestrzeni, stanowi kontinuum bez braków i przerw, które zostało w określony sposób uporządkowane, a staje się dostępne po wpisaniu odpowiedniej nazwy, wystukaniu loginu i hasła itd. Jeśli w tej przestrzeni pojawia się wirus, który jest w stanie ją zdeformować, a nawet całkowicie zniszczyć, to jakkolwiek jego możliwość wpisana jest w ontologię internetowego świata, to, aby mógł spełnić swoją niszczycielską funkcję, musi za tym stać czyjś świadomy zamiar. Wirus w Internecie nie pojawia się zatem tak, jak ma to miejsce w świecie przyrody, „sam z siebie”, jako jej naturalny wytwór. Jego aktywacji musi dokonać człowiek.

Wpisane w ontologię internetowego świata nieograniczone możliwości penetrowania różnych jego rejonów, aż po skryte w nim zakamarki, obdarzają jego użytkowników poczuciem omnipotencji, wyniesienia ponad skończoność, śmierć. Internet staje się protezą, dzięki której ja jako jego użytkownik zyskuję poczucie, że wszystko mogę, poszerzając przestrzeń mojego świata i penetrując jego coraz to nowe rejony w poczuciu, że nic złego mnie w nim nie spotka. Jestem w tym wirtualnym świecie kimś na kształt boga, który decyduje o tym, co chciałby oglądać czy czytać, oraz może w sposób nieskrępowany – przybierając maskę jego anonimowego uczestnika pod pseudonimem – dać wyraz własnym odczuciom, refleksjom, skojarzeniom. Na tym polega szczególna siła oddziaływania na ludzką wyobraźnię świata Internetu. Uwodząc nieskończonymi możliwościami przebywania w jego obrębie, zachęca on do pogrążenia się w nim i uznania go za podstawową rzeczywistość, w której istnieję jako jego użytkownik.

Ale świat Internetu to równocześnie miejsce zażartej rywalizacji o „dusze” jego użytkowników – rywalizacji politycznej, biznesowej, ideologicznej, artystycznej, religijno-kulturowej. Obok portali i stron o charakterze czysto informacyjnym, naukowym, bibliotecznym, muzycznym, artystycznym, które są kierowane do wąskiego grona użytkowników i mają za zadanie umożliwienie im dostępu do określonego typu źródeł, zapewnienie rozrywki, przekazanie poszukiwanych informacji, istnieją portale i strony z założenia obliczone na masowego odbiorcę. Należą do nich przede wszystkim portale, które przejęły funkcję, jaką pełnią (jeszcze) dzisiaj gazety, dzienniki i programy radiowe i telewizyjne, przekazując w formie tekstów, komentarzy, artykułów, filmowych reportaży, wywiadów informacje o najważniejszych wydarzeniach w kraju i na świecie z różnych dziedzin. Z racji tego, że Internet w przekazywaniu informacji stwarza nowego typu możliwości, którymi nie dysponują tradycyjne mass media, portale te wypierają z rynku gazety. Podobnie też radiowe i telewizyjne serwisy informacyjne przestają dzisiaj pełnić funkcję głównego źródła wiadomości na temat tego, co dzieje się w kraju i na świecie.

Ponieważ podobnie jak w przypadku tradycyjnych mass mediów jednym z głównych celów właścicieli i zarządców tych portali jest przyciągnięcie jak największej liczby odbiorców, ich funkcjonowanie określają podobne mechanizmy, które wpływają m.in. na realizowany w nich sposób przekazywania informacji. Tyle że mechanizmy te przybrały tu szczególnie jaskrawą postać. W tym punkcie dochodzimy do kwestii wspomnianych zagrożeń, jakie niesie ze sobą świat Internetu. Należy do nich dążenie do nadania różnym postaciom internetowego dyskursu obecnego w tych nastawionych na masowego odbiorcę portalach możliwie jak najbardziej uproszczonej i sensacyjnej postaci. Dyskurs ten ma być bowiem zrozumiały dla każdego, a zarazem to, co się w nim przekazuje, ma zainteresować jak największą liczbę potencjalnych użytkowników. Efekt tego jest taki, że dyskurs ten jest nastawiony głównie na oddziaływanie na emocje odbiorców; ma rodzić zaciekawienie, oburzenie, gniew czy śmiech. Wiąże się z tym siłą rzeczy marginalizacja elementu krytycznej refleksji i namysłu nad tym, co użytkownikom Internetu się w ten sposób przekazuje.

Zgodnie z tymi dwiema zasadami, maksymalnej prostoty i sensacjonizmu, podawane są wiadomości z kraju i ze świata, pisane są publicystyczne komentarze, nachalnie lansuje się (często mierne) wybrane zjawiska artystyczne i sportowe, rozpowszechniane są różne ciekawostki z życia gwiazd i celebrytów. Ba, w podobny sposób relacjonuje się też „sensacyjne” wyniki naukowych badań, często wątpliwego pochodzenia, jak i rozmaite prognozy. Najbardziej problematyczne w konstruowanym tak dyskursie jest to, że zakłada on istnienie odbiorcy, którego myślenie można łatwo zmanipulować, posługując się opartą na emocjach prostą logiką kojarzenia i konkluzji. Ponieważ na owe obliczone na masowego odbiorcę portale składają się informacje o wydarzeniach politycznych w kraju i na świecie, krótkie komentarze do nich, wywiady z politykami, różnego typu artykuły itd., podobnie uproszczona i obliczona na sensację logika internetowego dyskursu zaczęła rządzić również funkcjonującym w sferze publicznej politycznym dyskursem. Powszechny stał się pogląd, że sukces w polityce zależy dzisiaj od tego, na ile danemu politykowi czy ugrupowaniu uda się za pomocą zgłaszanych postulatów i obietnic wpłynąć na emocje potencjalnych wyborców. W tej grze istotną rolę odgrywa także umiejętne zagospodarowywanie przez nich różnego rodzaju lęków społecznych i przedstawianie siebie jako mężów opatrznościowych, którzy jedyni będą w stanie obronić daną grupę społeczną przed czyhającymi na nią zagrożeniami.

W rezultacie dzisiejszy dyskurs polityczny został zdewastowany przez „zarazę” nieznającego granic żerowania na społecznych emocjach, której jednym z głównych nosicieli stał się Internet. Efektem tego są głębokie przeobrażenia w samowiedzy współczesnych społeczeństw, tym bardziej że w międzyczasie zdążyły dorosnąć nowe pokolenia, które kontakt z komputerem, grami komputerowymi, ze smartfonem mają od kołyski. Na proces globalizacji nałożył się dzisiaj proces rozprzestrzeniania się „przenoszonych” przez internetowe media wirtualnych modeli świata i działającej na emocje retoryki, na których podłożu krzewią się różne postaci politycznego populizmu. Głównym problemem dzisiaj nie jest pandemia, bo tę prędzej czy później zwalczymy, ale – żeby posłużyć się neologizmem – PANINTERNA. Jest nim to, czym pod wpływem internetowych mediów stał się człowiek dla siebie, dla innych i dla świata. W sposobie, w jaki Internet oddziałuje na umysły ludzkie, przejawia się kwintesencja tego, czym stała się dzisiaj cywilizacja i kultura. W Internecie ześrodkowały się jak w soczewce wszystkie trawiące naszą cywilizację „zarazy”.

Natomiast najbardziej wymownym symptomem tych zaraz, w którym widzimy jak na dłoni wszystkie patologie naszego świata, stała się polityka. W niej przekaz internetowy urósł do rangi podstawowego medium, za pośrednictwem którego, zręcznie wzbudzając społeczne lęki i prawiąc pochlebstwa, urabia się poglądy wyborców. Dzisiejszym politycznym dyskursem rządzi logika zarazy, niepohamowanego rozprzestrzeniania się różnego typu demagogicznych przekazów. Celem tej logiki jest trwałe zainfekowanie ludzkich umysłów wygłaszanymi w tym dyskursie poglądami i hasłami. Dyskurs polityczny – wzorując się na dyskursie reklam – nastawiony jest na oddziaływanie na odbiorców na zasadzie „efektu szoku” i uwodzenia ich poprzez stawianie im przed oczyma upragnionego „obiektu małe a”, którego zresztą nigdy nie osiągną7. Jeśli jednak danemu politykowi czy ugrupowaniu uda się w świadomości społecznej wytworzyć przekonanie, że tylko oni są gwarantem uzyskania tego obiektu „kiedyś” w przyszłości: powszechnego dobrobytu, sprawiedliwości, równości itd., mogą być pewni zwycięstwa w kolejnych wyborach.

8. Zaraza i dyskurs politycznego populizmu

Wielką zaletą internetowych mediów jest to, że w swej masowości umożliwiają one różne nowe formy komunikacji i rozrywki. Nieprzypadkowo ich najbardziej popularnym nośnikiem stał się dzisiaj smartfon, za pośrednictwem którego możemy się porozumieć z innymi w każdym miejscu i czasie. Możemy też odczytać najnowsze wiadomości ze świata, wysyłać i odbierać e-maile, zdjęcia, komentarze, czytać książki, artykuły, posłuchać muzyki, pograć w tysiące gier komputerowych, rozwiązywać krzyżówki itd. Ta masowa, bezpośrednia i różnoraka dostępność Internetu sprawia, że twórcy i właściciele tysięcy stron internetowych i portali rywalizują ze sobą o dotarcie poprzez nie do jak największej liczby użytkowników. Idą za tym wyższe finansowe zyski z zamieszczanych na tych stronach i w portalach reklam, co jest jedną z głównych stawek, o jakie toczy się tu gra.

 

Drugą kluczową stawką są możliwości wpływania przez internetowe media na poglądy i gusta ich użytkowników. Warunki do tego są dzisiaj nieporównywalnie większe niż w przypadku tradycyjnych mass mediów. Internet stał się obecnie centralnym miejscem walki o władzę, pieniądze i wpływy praktycznie we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Elementem tej rywalizacji są również różnego rodzaju oszustwa i manipulacje, próby niszczenia psychicznego pojedynczych osób czy atakowania całych grup społecznych, narodowościowych i etnicznych, lansowania za pomocą zręcznego marketingu miernych zjawisk artystycznych itd.

Efektem tych procesów i zjawisk jest pojawienie się wspomnianego dyskursu, który w swych różnych wersjach urósł do rangi dominującego dyskursu naszej cywilizacji. Ma on być maksymalnie sugestywny, apelujący do nieświadomych pokładów reakcji i odczuć, gdyż tylko w tej postaci, działając na zasadzie „efektu szoku”, może on skupić na sobie uwagę masowego odbiorcy. Nieprzypadkowo dyskurs ten przejęty został przez świat polityki. Ma on zdolność trwałego oddziaływania na umysły rzesz, zostawiając w nich – podobnie jak koronawirus w ludzkich płucach – nieodwracalne zmiany. Nie jest przypadkiem, że z tych jego własności korzystają szczególnie chętnie polityczni przywódcy operujący hasłami populistycznymi, schlebiający różnym postaciom narcyzmu swoich wyborców: ich poczuciu „narodowej dumy”, finansowym roszczeniom („powinienem zarabiać więcej”), oczekiwaniom poprawy jakości życia („to mi się należy”). Można wręcz powiedzieć, że politycy populistyczni są do uwodzicielskiej retoryki tego dyskursu niejako z natury rzeczy bardziej predestynowani. W ich wykonaniu jego wspomniane powyżej cechy przejawiają się w najwyrazistszej formie. W dodatku, jeśli tylko uznają, że na danym zdarzeniu, imprezie, wypowiedzi itd. mogą zbić polityczny kapitał, gotowi są je bez żadnych skrupułów wykorzystać, uciekając się do demagogicznej retoryki i argumentacji. To kolejne oblicze logiki rozprzestrzeniania się „zarazy” w cywilizacji paninternetowej; zarażanie politycznością wszystkiego, co pierwotnie z polityką nie ma nic wspólnego.

Tak już jest, że na całym świecie populistyczne hasła, niemające zazwyczaj pokrycia w rzeczywistości, największy posłuch znajdują u najmniej wykształconych i najuboższych warstw społecznych. To one są wodą na młyn populistów. Tym bardziej jeśli jeszcze – jak ma to miejsce w Polsce czy na Węgrzech – ma się decydujący wpływ na media publiczne, które dla dużej części społeczeństwa są głównym źródłem informacji. Niewątpliwy sukces medialny rodzimej telewizji publicznej bierze się stąd, że jej polityczne przesłanie zostało z cynizmem zaprogramowane pod kątem przekonania do rządów „dobrej zmiany” rzesz wyborców z drobnych miasteczek i wsi. A ci wyborcy to z reguły osoby z podstawowym wykształceniem, łatwo podatne na „narodowe” hasła, o roszczeniowej mentalności odziedziczonej po PRL-u („państwo jest po to, aby dawać”) i z reguły słabo zorientowane w zawiłościach współczesnej polityki i świata. No i przede wszystkim nieprzywiązujące zbytniej wagi do naruszania przez władze zasad konstytucyjno-prawnych, których winno przestrzegać państwo demokratyczne. Dlatego jeśli wzbudzi się w nich dodatkowo pewne lęki i obawy (np. lęk przed imigrantami z Azji czy osobami działającymi w ruchu LGBT), można karmić je różnymi demagogicznymi kłamstwami, gdyż, jak to proroczo przewidział nieusuwalny prezes tej telewizji, „ciemny lud to kupi”.

Niekiedy zwykło się porównywać tego typu propagandę z nazistowską propagandą Josepha Goebbelsa. Zestawienie to jest o tyle nieadekwatne, że ten niemiecki zbrodniarz wojenny był w tej specjalności tylko genialnym chałupnikiem-demonem przecierającym dopiero szlaki uprawiania w mediach tego typu propagandy. Dzisiaj natomiast za informacyjno-komentatorską strategią w publicznych mediach stoi rzesza specjalistów od politycznego marketingu. Często są to poważani naukowcy, którzy wykorzystując zdobycze psychologii i nauk społecznych, dali się wynająć władzy i doradzają jej za niemałe pieniądze, w jaki sposób może spacyfikować umysły społeczeństwa.

W dzisiejszej Polsce ta degradacja dyskursu politycznego uprawianego w mediach publicznych daje o sobie znać w najbardziej wymowny sposób w wypowiedziach polityków formacji „dobrej zmiany” i wspierających ją dziennikarzy. W dyskursie tym dawno przestały mieć znaczenie kwestie merytoryczne czy zgodność tego, co się mówi, z rzeczywistością. Liczy się wyłącznie to, co w danej sytuacji może się okazać politycznie najbardziej korzystne, a zarazem co jest zgodne z przyjętą przez władze partii strategią.

Są to dwa główne czynniki stanowiące o zdegradowanej postaci tego dyskursu. Na pierwszy składa się to, co rządzącym podpowiadają wspomniani specjaliści od marketingu, dla których podstawowym pytaniem nie jest, jak nadać temu dyskursowi merytoryczną postać, ale jakich „argumentów” w nim użyć, aby zdobyć poparcie wśród potencjalnych wyborców. Drugim jest wspomniana „linia partii”, którą każdy z jej polityków wypowiadający się w mediach winien realizować, uwiarygodniając ją w oczach opinii publicznej. W tym celu dostaje on wytyczne określające niekiedy dokładnie to, co ma on w danej kwestii i jak powiedzieć.

Stąd, kiedy słucha się tych polityków i dziennikarzy, odnosi się nieodparte wrażenie, że w swoich wypowiedziach recytują wyuczoną wcześniej na pamięć lekcję, bojąc się wykroczyć poza wytyczone im ramy. Chociaż niekiedy, pragnąc się zapewne wykazać przed władzami partii, zdają się na własną inwencję i są bardziej papiescy niż papież. Takie wrażenie odnoszę czasami, gdy słucham wypowiedzi dawnych działaczy solidarnościowej opozycji i niektórych moich byłych kolegów, którzy pełnią w dzisiejszym obozie rządzącym eksponowane funkcje. Jeszcze kilkanaście lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że zdolni będą do wypowiadania tego typu horrendalnych rzeczy i głupstw, będących zaprzeczeniem tych idei i wartości, w imię których występowali z górą trzydzieści lat temu. I wtedy myślę sobie, że dla wielu opozycjonistów w PRL-u prawdziwym czasem próby nie był okres komunistycznych prześladowań. Był nim – o ironio – okres posolidarnościowego przełomu, kiedy otworzyły się przed nimi możliwości zrobienia politycznej, biznesowej czy instytucjonalnej kariery. A wraz z tym pojawiły się różne życiowe pokusy, które w połączeniu z ich kompleksami, niezrealizowanymi życiowymi ambicjami, pościgiem za pieniądzem kazały im oddać się do dyspozycji danej partii, firmie, instytucji. Z wszystkimi tego konsekwencjami. W rezultacie w swoim cynizmie, relatywizmie, mentalnej korupcji wszelkiego rodzaju prześcignęli dzisiaj swoich dawnych komunistycznych wrogów.