ZawodowcyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zawodowcy
Zawodowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,89  39,11 
Zawodowcy
Zawodowcy
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Do CZYTELNIKA

Wszyscy bohaterowie tej książeczki − może z wyjątkiem pewnego osobnika w zielonych kąpielówkach, który w pewnym momencie wkroczy do akcji − byli kiedyś dziećmi. Lubili grać w piłkę, bawić się lalkami, oglądać Kaczora Donalda, jeść pizzę, niektórzy nawet dłubać w nosie. Oddawali się tym swoim dziecięcym zajęciom z zapałem i beztroską, nie podejrzewając nawet, że to się może kiedyś skończyć.

Tymczasem już od pierwszej sekundy po przyjściu na świat działo się z nimi coś tajemniczego. Powoli, niezauważalnie, kroczek po kroczku rośli i dorośleli. Dorośleli, dorośleli, dorośleli, aż któregoś dnia w końcu wydorośleli i przestali być dziećmi. Stali się dorosłymi, a dorośli, jak wiadomo, muszą pracować, żeby zarobić na życie.

Każde z nich miało inny pomysł na pracę. Piotrek na przykład został piekarzem, Irenka informatyczką, a Stefan, wyobraźcie sobie − strongmanem! Za chwilę pisarz Paweł opowie wam o ich przygodach i udzieli wam kilku rad dotyczących wyboru zawodu. Właściwie to będzie jedna rada, ale za to bardzo dobra.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PIEKARZ Piotrek

Piekarz Piotrek jak zwykle miał bardzo pracowitą noc. Całe miasto przewracało się z boku na bok, pogrążone w słodkim śnie, kiedy w piekarni Bułeczka, w ogromnych dzieżach, miękkie, pachnące ciasto chlebowe pięło się w górę, unoszone oddechem pracowitych drożdży. Zręczne ręce piekarza Piotrka, jak z delikatnej, ciepłej gliny, lepiły z niego kule, kulki, placki i wałeczki. Blade i chude ciastowe kształty rosły na drożdżach jak pompowane balony, a potem całymi zastępami powędrowały w czeluście chlebowego pieca. Godzinę później w przeciwnym kierunku wyjechały równiutkie szeregi gorących, rumianych, chrupiących chlebów, bułek, rogali i chałek. Cudowny zapach świeżego pieczywa wypełnił całą zaparowaną piekarnię, uleciał na zewnątrz i wpełzł w uchylone okna sąsiednich domów, a ludziom przez sen ciekła ślinka. Nad ranem piekarz Piotrek załadował skrzynki pełne wypieków do swojej białej furgonetki, rozwiózł pieczywo do okolicznych sklepów i wrócił zmęczony do domu.


Żona piekarza Piotrka i jego synek, Piotr junior − rumiany jak dobrze wypieczona bułeczka − wstali już z łóżek i właśnie zaczynali śniadanie. Zaspany piekarz siadł ciężko przy rodzinnym stole i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku splótł dłonie na wielkim kubku pachnącej kawy.

− No i jak tam, synek − zagadnął serdecznie. − Dobrze się spało?

Piotrowi juniorowi jak zwykle spało się świetnie, ale nie to w tej chwili zaprzątało jego czteroletni umysł.

− Ulosła, tato? − spytał, wpatrując się w ojca oczyma pełnymi ciekawości.

− Co urosło? − uśmiechnął się piekarz Piotrek.

− Fulgonetka − wyjaśnił chłopiec takim tonem, jakby to było zupełnie oczywiste.

Piekarz Piotrek nadal nie bardzo rozumiał, ale jego ojcowski nos podpowiedział mu, że prawdopodobnie powinien zacząć się niepokoić.

− Jaka furgonetka, syneczku? − zapytał już bez uśmiechu, ale jeszcze spokojnie.

Nastąpiły długie i dość zawiłe wyjaśnienia, w których najczęściej padały słowa „fulgonetka”, „dlozdze” i „ulośnie”. Ogólnie chodziło o to, że zabawkowa furgonetka Piotra juniora była denerwująco mała. Wszyscy, a szczególnie synowie piekarzy, wiedzą, że dzięki drożdżom małe rzeczy zmieniają się w duże. Stąd wziął się pomysł, żeby wieczorem zakraść się do piekarni, wrzucić samochodzik do ciasta i rano, zamiast śmiesznej dziecinnej furgonetki, otrzymać wielką furgonetę.


Piekarz Piotrek słuchał z coraz szerzej otwartymi oczami i wyglądał przy tym jak pieczony wspak chleb − był coraz bledszy, coraz mniejszy i coraz bardziej oklapły.

− Wrzuciłeś furgonetkę do ciasta? − wykrztusił wreszcie. − Przecież wiesz, że nie wolno ci wchodzić do piekarni!

− Zapomniałem − żałośnie miauknął Piotr junior, który, jeśli chodzi o rzeczy zabronione, miewał problemy z pamięcią.

− Ty wiesz, jak to się może skończyć? − zapytał piekarz Piotrek, a Piotr junior przeraził się, czy nie straci furgonetki.

Na szczęście chodziło tylko o to, że ktoś mógłby ugryźć chleb z samochodzikiem i połamać sobie zęby albo w całości połknąć zabawkę. Ojciec mówił coś jednak o rozcinaniu brzucha i wyciąganiu auta w szpitalu, więc chyba raczej dałoby się je odzyskać.

Piekarz Piotrek najwyraźniej nie zamierzał ryzykować. Zerwał się z krzesła i wybiegł z domu, trzaskając drzwiami. Jak burza wpadł do najbliższego sklepu i krzyknął od progu:

− Był chleb z furgonetką?

− Chyba furgonetka z chlebem? − poprawiła go pani Jadzia i uśmiechnęła się z troską.

Nie było czasu na wyjaśnienia.

Gdyby ktoś obcy dowiedział się, co kryją w sobie wyroby piekarni Bułeczka, ludzie już nigdy nie chcieliby ich kupić. Piekarz Piotrek rzucił się jak szalony do półki z pieczywem. Rozkrawał bochny, przełamywał bagietki, rozdzierał rogale, rozgryzał kajzerki. Nagle trach! − coś twardego chrupnęło mu w zębach. Zabolało, ale odetchnął z ulgą. Niecierpliwymi palcami rozsunął chrupiącą skórkę i z miękkiego, pachnącego ciasta wydłubał… helikopter!

Pół dnia minęło, nim biedny Piotrek odwiedził wszystkie sklepy zaopatrywane przez piekarnię Bułeczka. Kiedy wrócił, wysypał z plastikowej torby na stół w dużym pokoju pokaźny stos odzyskanych przedmiotów. Były wśród nich furgonetka, helikopter, wypisana kredka, piłeczka tenisowa i wiele innych ważnych rzeczy. Piotr junior wygrzebał z kupki swoje przedszkolne kapcie i włożył prawy na nogę.

− Nadal za małe − westchnął zmartwiony, a potem nagle coś mu się przypomniało. − A gdzie Bobik? − zapytał niewinnie.

Piekarz Piotrek i jego żona spojrzeli na Piotra juniora z prawdziwym przerażeniem.

− To Bobika też!… − krzyknęli równocześnie, ale zanim skończyli, do pokoju wbiegł, merdając ogonkiem, mały, wesoły kundelek.

− Masz, Bobik, to dla ciebie, pogryź − powiedział Piotr junior, podając psu za mały kapeć.

Następnego dnia piekarz Piotrek zamontował zabezpieczenia w drzwiach do piekarni. Zainstalował kratę, pancerne drzwi z zamkiem szyfrowym, kuloodporną szybę otwieraną kartą magnetyczną i żelazną sztabę z siedmioma kłódkami. Wejście do piekarni zajmuje mu teraz o wiele więcej czasu i musi wstawać jeszcze wcześniej. Jest ciągle bardzo niewyspany, ale przynajmniej do jego bułek i chlebów na pewno nie dostanie się żaden niewłaściwy składnik. Prawie na pewno.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie piekarzem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.


AKTORKA Agata

Praca aktora to udawanie. Udawanie, że jest się kimś innym, niż naprawdę się jest. I to takie udawanie, żeby wcale na udawanie nie wyglądało. Oczywiście najprzyjemniej udaje się księżniczki, królów, rycerzy walczących ze smokami − i to najlepiej skutecznie − ale w życiu aktora zdarzają się również inne, mniej miłe role. Ktoś przecież musi udawać smoka, z którym walczą rycerze, a także okrutnego czarodzieja, złą macochę i chciwych starszych braci. Albo na przykład pietruszkę.

− Pietruszkę? − prychnęła urażona aktorka Agata, kiedy pan reżyser złożył jej propozycję zagrania jednej z ważniejszych ról w filmie Na straganie w dzień targowy.

Reżyser zmarszczył brwi, podniósł do góry wskazujący palec lewej ręki i zatroskanym, uroczystym głosem powiedział:

− Otóż właśnie pietruszkę, pani Agato, właśnie pietruszkę! To bardzo trudna rola i dlatego od razu pomyślałem o pani. Księżniczkę i rycerza potrafi zagrać każdy, ale pietruszkę… do tego, pani Agato, potrzeba prawdziwego talentu.

Bardzo się Agacie spodobały słowa pana reżysera na temat prawdziwego talentu.

− Nie wiem, czy podołam − uśmiechnęła się skromnie, ale w głębi duszy czuła, że to może być rola jej życia.

W filmie rozmaite warzywa prowadziły ze sobą rozmowy. Pozdrawiały się, sprzeczały, docinały sobie złośliwie. Pietruszka nie mówiła nic. Scena z jej udziałem następowała mniej więcej w połowie filmu. Grała cicha, rzewna muzyka, a narrator łamiącym się głosem czytał:

− Lecz pietruszka, z tą jest gorzej! Blada, chuda, spać nie może!

Kamera powoli przesuwała się na aktorkę Agatę. Pietruszka robiła strasznie smutną minę, przymykała oczy, bezsilnie zwieszała ramiona i rozdzierająco ziewała, żeby pokazać, jak bardzo spać nie może.

Pan reżyser nie był zadowolony.

− Nie, nie, nie, pani Agato! − Trzy razy klepnął się scenariuszem w udo i całą scenę trzeba było powtarzać.

− Blada, chuda, spać nie może! − ponownie jęczał narrator.

 

Aktorka Agata znowu wkraczała do akcji, ale ciągle coś było nie tak.

− Tak nie może być! − wściekał się reżyser. − Ma pani wyglądać jak pietruszka!

− A jak wyglądam? − biednej Agacie zbierało się już na łzy.

− Jak aktorka udająca pietruszkę!

− To co mam robić? − padło bezsilne pytanie.


Reżyser podniósł obie ręce i na planie zapadła śmiertelna cisza. Zbliżył się do aktorki Agaty i z odległości dwudziestu centymetrów spojrzał w głąb jej smutnych oczu. Potem, kolejno dotykając dłońmi czoła, serca i ust, powiedział głosem pełnym łagodności i mocy:

− Myśl jak pietruszka! Czuj jak pietruszka! Mów jak pietruszka! Po prostu bądź pietruszką!

Tego dnia aktorka Agata wróciła do domu w fatalnym nastroju. Każdy miewa czasami takie dni, kiedy kompletnie nic nie wychodzi. Niektórzy ludzie siadają wtedy w ciemnym kącie i płaczą, włączają telewizor na byle jakim kanale albo zjadają dziesięć tabliczek czekolady. Nie Agata. Agata była twarda i nie zamierzała się załamywać.

Przed domem miała niewielki ogródek. Większość powierzchni zajmował wypielęgnowany trawnik, otoczony barwną ramką kwiatowej rabaty ciągnącej się wzdłuż płotu. Przy samym domu, tuż pod kuchennym oknem, znajdował się wąski zagonek warzyw i ziół. Odważnie strzelały w niebo młode źdźbełka szczypiorku, miniaturowe pomidorki rumieniły się w słońcu, bazylia i mięta rozsiewały wkoło zapachy lata, a młoda sałata toczyła bój na śmierć i życie z żarłocznym ślimakiem. Ważne miejsce na grządce − na rogu, tuż przy płocie − zajmowała pietruszka.

„Po prostu bądź pietruszką!” − wciąż brzmiał Agacie w uszach poważny głos reżysera.

Zrobiła trzy głębokie wdechy i na chwilę zamknęła oczy. Skupiona podeszła do warzywnej grządki, uklękła na ścieżce, przysiadła na piętach i uważnie przyjrzała się zieleninie. Większość korzenia pietruszki znajdowała się głęboko pod ziemią. Wystawał tylko zaokrąglony, blady, ubłocony koniuszek, z którego wyrastała bujna, soczysta natka. Nie robiła smutnej miny, nie przymykała oczu, nie opuszczała bezsilnie ramion, a już na pewno nie ziewała. Po prostu rosła. Cicho, spokojnie i godnie. Aktorka Agata, ostrożnie, żeby niczego nie zdeptać, weszła bosymi stopami w gęstwinę zielonej naci. Powoli zgięła kolana i ukucnęła na grządce. Wstrzymała oddech. Znieruchomiała. Wszystkie myśli skupiła na byciu pietruszką…

Następnego dnia aktorka Agata nie zjawiła się w pracy. Pan reżyser zgrzytnął zębami ze złości i kazał swojemu asystentowi natychmiast ją sprowadzić.

− Nie ma jej − bezradnie powiedział asystent, kiedy powrócił z nieudanej misji.

Kilka razy dzwonił do furtki domu, w którym mieszkała Agata, ale nikt nie otwierał. Na wszelki wypadek zajrzał przez płot do ogródka.

− Ładne warzywa! − mruknął do siebie, bo znał się trochę na ogrodnictwie.

Na niewielkiej rabatce, pod kuchennym oknem, rosła wyjątkowo dorodna pietruszka, ale aktorki Agaty nie było ani śladu.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie aktorem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.


LEKARKA Lidka

Lekarka Lidka nigdy nie miała szczęścia do ciekawych przypadków. Grypy, ospy, zadrapania i lekkie zatrucia – nuda, nuda i nuda.

– A wiesz, co mi się wczoraj przydarzyło? – opowiadał na przykład kolega z sąsiedniego gabinetu. – Przyszedł do mnie pacjent, który przez pomyłkę połknął szczoteczkę do zębów! Myślałem, że mnie nabiera, ale zrobiłem prześwietlenie i faktycznie: szczoteczka w żołądku!


Lekarka Lidka nie za bardzo wierzyła w te opowieści, ale i tak zazdrościła kolegom ciekawej pracy. Aż do pewnego poniedziałku.

Tego dnia zjawiła się w przychodni bez specjalnego zapału.

W sobotę i niedzielę pracowała w ogródku i trochę bolały ją kości. Rano wszystko wyglądało jak zwykle. „Dzień dobry”, „Co pani dolega?”, badanie, recepta, buch! – pieczątka i „Następny proszę”. Kiedy zanosiło się na to, że cały dzień niczym nie będzie się różnił od tysiąca poprzednich, przyszła kolej na pacjenta z 13.30 i drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem. Stanął w nich mężczyzna około trzydziestki – wysportowany, wysoki i szczupły. Wzrok miał nieco zamglony, policzki pałały niezdrowym rumieńcem, strużka potu spływała mu z czoła gdzieś w kierunku brody. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, usiadł ciężko na krześle, a lekarce Lidce nagle zrobiło się gorąco.

– Upał dzisiaj – uśmiechnęła się do pacjenta i szerzej otworzyła okno.

Niewiele to dało. W gabinecie robiło się coraz cieplej i lekarka Lidka odruchowo zaczęła się wachlować kopertą z kartą pacjenta.

– Słucham pana! W czym mogę pomóc? – zapytała uprzejmie, a tamten jęknął cicho i odpowiedział:

– Jakoś tak dziwnie się czuję.

– Proszę się nie martwić, zaraz pana zbadamy – powiedziała lekarka Lidka, ocierając pot z czoła.

Założyła gumowe rękawiczki, wyszła zza biurka i ruszyła w kierunku krzesła, na którym siedział chory. Kiedy zbliżyła się mniej więcej na metr, nagły powiew gorąca osadził ją w miejscu. Lewą ręką zasłoniła twarz przed żarem, a prawą wysunęła w stronę czoła pacjenta. Cofnęła ją z głośnym syknięciem, jeszcze zanim dotarła do celu.


Sprawa nie wyglądała wesoło. Doświadczenie podpowiadało lekarce Lidce, że mężczyzna ma wysoką temperaturę. Należało natychmiast podać lek przeciwgorączkowy. Tylko jak to zrobić, skoro od pacjenta buchał żar jak z hutniczego pieca i nie dało się nawet do niego zbliżyć. Na szczęście lekarka Lidka potrafiła w tym upale zachować chłodny umysł. Pędem wybiegła na korytarz i z pomieszczenia gospodarczego przyniosła szczotkę do podłogi. Do końca plastikowego kija przyłożyła rączkę małej łyżeczki i wszystko razem obwiązała mocno plastrem z rolki. Na powstałym w ten sposób podajniku umieściła czerwoną kapsułkę i wróciła za swoje biurko. Nawet tam upał był już trudny do zniesienia. Lekarka Lidka wyciągnęła rękę z kijem w stronę rozpalonego pacjenta. Pacjent otworzył usta i już miał połknąć lekarstwo, kiedy plastikowy kij od szczotki zmiękł nagle pod wpływem wysokiej temperatury, zgiął się i czerwona kapsułka potoczyła się po podłodze.

Sytuacja stawała się dramatyczna. Żar wzmógł się do tego stopnia, że stanowisko za biurkiem było nie do utrzymania i lekarka Lidka musiała wycofać się pod okno. Zdjęła fartuch i rozpięła najwyższy guzik bluzki, ale to nie przyniosło ochłody. Musiała koniecznie zbić gorączkę!

– Proszę otworzyć usta! – krzyknęła i rzuciła czerwoną kapsułką przez całą szerokość gabinetu.

Pacjent chwycił lekarstwo dłonią, ale natychmiast rozpłynęło się w jego rozpalonych palcach. Lekarka Lidka wiedziała już, że musi trafić prosto do ust. Jeszcze za studenckich czasów bawiła się z kolegami w rzucanie i chwytanie orzeszków w czekoladzie, ale nigdy odległość nie była tak duża, a atmosfera tak napięta. Po trzech niecelnych rzutach z przerażeniem stwierdziła, że na dnie buteleczki została już tylko jedna kapsułka!

– Teraz albo nigdy! – wyszeptała, a od gorąca gabinet zafalował jej przed oczami.

Zamierzyła się do rzutu, opanowała drżenie, wycelowała i…


Postanowiła nie ryzykować. Chwyciła za telefon i szybko nacisnęła trzy klawisze. Dziesięć minut później przed przychodnię zajechał na sygnale czerwony wóz strażacki. Lekarka Lidka otworzyła okno i odebrała spory pakunek od człowieka na drabinie. Pełznąc tuż przy ścianie, przedostała się do damskiej toalety i tam przebrała się w żaroodporny strażacki kombinezon. Kiedy wracała do gabinetu, falę gorąca czuła już na korytarzu. Człapiąc niezgrabnie w ciężkim ochronnym stroju, zbliżyła się do pacjenta na wyciągnięcie ręki.

– Usta! – wykrztusiła, lecz jej głos utknął gdzieś w szklanej masce.

Nawet w kombinezonie lekarka Lidka czuła się jak w ogniu piekielnym, a pot zalewał jej oczy. Krzywiąc się z bólu, wysunęła w stronę chorego dłoń w grubej ochronnej rękawicy. Lekarstwo wolno ruszyło do celu i chwilę później było już prawie na miejscu. Zostało nie więcej niż pięć centymetrów. Potem już tylko dwa, jeden… Lidka wstrzymała oddech i… Udało się! Czerwona tabletka zniknęła w rozpalonych ustach.

– Zmyślasz! – mówią najczęściej koledzy doktorzy, kiedy lekarka Lidka opowiada im o swoim niezwykłym przypadku.

Ona wcale się nie obraża. Uśmiecha się i podchodzi do kąta za szafą.

– A co powiecie na to? – pyta triumfalnie, wyjmując stare, zniszczone krzesło z wielką dziurą wypaloną w oparciu i siedzisku.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie lekarzem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.

KUCHARZ Kuba

– Kucharz to nie jest ktoś, kto miesza chochlą kluchy w garze − powtarzał zawsze swoim uczniom mistrz kucharski Kuba. − Kucharz to artysta! To malarz, rzeźbiarz i muzyk w jednym. I jeszcze o wiele więcej. Malarz nie zastanawia się, jak pachnie jego obraz. Rzeźbiarz nie myśli o smaku posągu. Muzyk przemawia wyłącznie dźwiękiem. A my? Pomyślcie tylko: nasz bigos nie dość, że pieści podniebienie, kusi cudownym zapachem kapusty i jałowcowej kiełbasy, brązowi się malowniczo w kamionkowej miseczce, to jeszcze smakowicie kląska nabierany drewnianą łyżką. To nie żarcie − to dzieło sztuki!

Nic dziwnego, że to właśnie kucharza Kubę wezwano, kiedy okazało się, że z wizytą do Polski przybędzie Jej Wysokość Cesarzowa Japonii.

− Pan prezydent zamierza podjąć dostojnego gościa kolacją − oznajmił bardzo przejęty urzędnik prezydenckiej kancelarii. − Czy da pan radę przygotować coś na cesarski stół?

− Drogi panie − odparł z godnością kucharz Kuba. − Moje dzieła jadali już królowie, premierzy i papieże. Oblizywaliby palce, gdyby nie dobre maniery. Proszę zapewnić pana prezydenta, że Jej Cesarska Wysokość będzie zachwycona.


Przez następny miesiąc kucharz Kuba nie wychodził z pracowni. Siedział z zamkniętymi oczami w swoim ulubionym fotelu, lekko poruszał dłońmi, jakby dyrygował orkiestrą, i komponował w natchnieniu cesarską kolację. Na tydzień przed planowaną wizytą zwołał zebranie swojego zespołu i rozdzielił zadania pomiędzy nadkucharzy, kucharzy, podkucharzy i kuchcików. Sobie zostawił zadanie najtrudniejsze: gwóźdź wieczoru, danie nad daniami, kucharskie arcydzieło − słynny pasztet z zająca.

Osobiście wybrał na targu najlepsze składniki. Według sobie tylko znanego przepisu przygotował i rozdrobnił mięso, dodał pachnący wywar z najdorodniejszych warzyw, dosypał świeżych ziół rwanych o poranku na leśnej polanie i małym srebrnym widelczykiem nabrał odrobinę pasztetowej masy do skosztowania.

− Za mało słone − stwierdził pod nosem i gestem czarownicy warzącej eliksir miłości dosypał łyżeczkę soli, a następnie ponownie skosztował.

− Jeszcze pół łyżeczki! − mruknął i staranie nabrał z pojemnika odpowiednią ilość wielickich kryształków.

Tym razem smakowało już lepiej, ale wciąż jeszcze nie idealnie.

− Jeszcze ćwiarteczka! − szepnął.

Ostrożnie zanurzył łyżeczkę w słoju, strzepnął szczyptę soli do pasztetowej masy, zamieszał i znowu nabrał odrobinkę do spróbowania. Było już prawie idealnie, ale prawie idealnie to jeszcze nie idealnie.

Jeszcze trzy kryształki! − pomyślał i starannie strącił z łyżeczki trzy maleńkie ziarenka.

Znów wziął do ust odrobinkę. Skupił się. Delikatnie mlasnął wargami i uśmiechnął się do siebie.

− Już, już, już prawie w domciu! − zaśpiewał radośnie. − Jeszcze jeden kryształeczek!


Czubkiem ostrego noża wygarnął ziarenko soli z małej kupki na łyżeczce i zbliżył rękę do miski z pasztetową masą. W tej samej chwili jakiś roztrzepany pracownik otworzył drzwi do kuchni. Lekki przeciąg przefrunął nad kuchennymi blatami i dmuchnął psotnie w rękę Kuby, a do pasztetu wpadły dwie białe drobinki zamiast jednej.

 

Przerażony kucharz złapał się za głowę i jeszcze raz skosztował masę, łudząc się, że może jednak da się ją uratować. Niestety. Była o jedno ziarenko za słona.

Nie można przecież japońskiej cesarzowej podać przesolonego pasztetu z zająca. Kucharz Kuba, krzywiąc się i prychając, zjadł całą zawartość miski i zabrał się do roboty od początku.

Tym razem zamknął drzwi na klucz, żeby nikt nie kręcił mu się po kuchni. W najważniejszym momencie czubkiem ostrego noża wygarnął ziarenko soli z małej kupki na łyżeczce i zbliżył rękę do miski z pasztetową masą. W tej samej chwili za oknem huknęła pierwsza salwa próbnych fajerwerków. Kucharz Kuba podskoczył przestraszony, a wraz z nim podskoczyła dłoń ze srebrną łyżeczką i do pasztetu wpadły dwie białe drobinki zamiast jednej.

Przystępując do pracy po raz trzeci, kucharz Kuba wetknął sobie do uszu papierowe zatyczki, żeby żaden nagły hałas nie wyprowadził go z równowagi. W odpowiedniej chwili czubkiem ostrego noża wygarnął ziarenko soli z małej kupki na łyżeczce i zbliżył rękę do miski z pasztetową masą. W tej samej chwili zupełnie niespodziewanie coś zaswędziało go w nos. Odruchowo potarł nosem o rękaw fartucha na ramieniu i do pasztetu wpadły dwie białe drobinki zamiast jednej.

Kiedy na przyjęciu u prezydenta cesarzowa zasiadała do kolacji, kucharz Kuba miał w brzuchu siedem przesolonych pasztetów i nie mógł ustać na nogach. Siedział na stołku przy wejściu do kuchni i przez lekko uchylone drzwi obserwował dostojnych gości. Na widok słynnego pasztetu z zająca podanego na małych talerzykach japońska monarchini z uznaniem pokiwała głową. Małym srebrnym widelczykiem ukroiła kawałek i eleganckim gestem podniosła go do ust. Trzy razy ledwie zauważalnie poruszyła drobną cesarską szczęką, przełknęła i… ­− Kucharz Kuba do dzisiaj z bólem chwyta się za serce, kiedy wspomina, co stało się potem. Cesarzowa sięgnęła w stronę srebrnego stojaka z przyprawami, ujęła w dwa palce kryształową solniczkę, obróciła ją do góry dnem, pięć razy potrząsnęła nad słynnym pasztetem z zająca i zabrała się do jedzenia.

− Bardzo dobre − powiedziała po chwili i przeszła do deserów.

A wy? Zastanawialiście się już, kim chcielibyście zostać, kiedy dorośniecie? Czy aby nie kucharzem? Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?