Wielka wyprawa CiumkówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

© Copyright by Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski, Kraków 2009, 2013

Wydanie elektroniczne 2014

Zespół redakcyjno-korektorski:

Kamila Zimnicka-Warchoł

Skład:

Aleksandra Kowal

Ilustracje:

Suren Vardanian

ISBN 978-83-7915-116-5

Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51

wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl


Plany


Ja już nie mogę! — jęczała Kasia, udając, że spływa z siodełka i rozlewa się po kierownicy.

— Jeszcze dwa kilometry i trzysta metrów! — sucho rzucił tata.

Kasia wściekle zacisnęła zęby, ale nie odważyła się przestać pedałować. Deptała pedały to jedną nóżką, to drugą, a do głowy przychodziło jej tysiące pomysłów na milsze spędzenie czasu. Podniosła głowę znad kierownicy, rozejrzała się zbolałym wzrokiem po horyzoncie i westchnęła ciężko. Już od pół godziny mijała ten sam stół w dużym pokoju otoczony malowniczym wianuszkiem krzeseł. Dwa metry przed sobą miała regał z książkami i co najgorsze po prawie ośmiu kilometrach jazdy nie zbliżyła się do niego ani o milimetr. Pokraczny bezkoły rowerek stał twardo na podkładce z gąbki i kilometry uciekały tylko na elektronicznym wyświetlaczu. Uciekały stanowczo zbyt wolno.

— Ale ja już nie mogę! — mruknęła Kasia, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że lubi te codzienne treningi.

Prawdę mówiąc, tęskniła trochę za nadkruszonym, zszarzałym gipsem, który jeszcze do niedawna zdobił jej prawą nóżkę. Przez dobrych kilka miesięcy Kasia była „kochanym rodzinnym połamańcem”, co niosło ze sobą wiele przyjemnych przywilejów. Ustępowano jej miejsca na kanapie, schodzono z drogi, kąpano, przynoszono lekcje, dzwoniono z pytaniem o zdrowie, a czasem nawet noszono, co wcześniej ostatni raz zdarzyło się chyba jeszcze w przedszkolu. Niestety, wszystko co dobre ma kiedyś swój koniec, więc i kość wreszcie się zrosła, a spod ściągniętego gipsu wyjrzała blada, wątła nóżka z wyraźnie wychudzoną łydką.

— No to bierzemy się do roboty! — powiedział wtedy tata i następnego dnia przydźwigał do domu ciężki stacjonarny rower do ćwiczeń.

— Od dzisiaj będziesz jeździć dziesięć kilometrów dziennie! — zapowiedział i rozkoszne czasy bycia „kochanym rodzinnym połamańcem” skończyły się bezpowrotnie.

— Aż dziesięć? — jęknęła dziewczynka. — A po co aż tyle?

— Musisz mieć siłę! — powiedział tata dramatycznym tonem, patrząc przy tym Kasi bardzo głęboko w oczy. — Zapomniałaś już o wyprawie? Taka wyprawa to nie żarty! Tam nikt nie będzie na ciebie czekał! Jeśli zostaniesz z tyłu, to… — cmoknął współczująco i Kasia musiała sama sobie wyobrazić żałosny los nieszczęśników, którzy nie mają siły pedałować, zostają coraz bardziej w tyle, a kiedy są już tak daleko, że nikt nie może usłyszeć ich wołania… Brr! Chyba rzeczywiście lepiej było trochę potrenować.

Wielką Wyprawę tata wymyślił w zimie. Za oknem szarzał brudny miejski śnieg, dzień dogorywał, choć ledwo się zaczął, a mały domek na Cichej był najprzytulniejszym miejscem na świecie. Mama krzątała się przy obiedzie, Grzesiek kończył dziesiąty mecz z komputerem, Kasia biła kolejny rekord dziennej liczby przeczytanych stron, a tata siedział przy stole pochylony nad wielką mapą Europy. Przez okna noszące jeszcze ślady świątecznego mycia jego marzenia wylatywały daleko w przestrzeń i pędziły ku ciepłym morzom, dostojnym górom, wielkim rzekom i tym wszystkim nieznanym ludziom, do których można było pomachać i powiedzieć: „Hello!”, „Bonjour!”, „Buon giorno!”, „Guten Morgen!”, czy „Buenos dias!”.

— Skąd jesteście? — pytali ci ludzie, a tata w myślach uprzejmie wyjaśniał, że z Polski.

— Ojej, to strasznie daleko! — rozmówcy aż łapali się za głowy.

Tata uśmiechał się pobłażliwie i mówił:

— Ale my jesteśmy Ciumkowie! Dla nas nigdy nie jest za daleko…

— Czy możesz zabrać ze stołu tę mapę? — głos mamy brutalnie przypomniał o szarej rzeczywistości.

Kolorowa płachta Europy zaczęła się kurczyć, aż w końcu została z niej tylko niewielka składana książeczka.

— Żurek czy pomidorowa? — padło pytanie, a tata odpowiedział:

— A co byście powiedzieli na Prowansję?

Prowansja to piękna kraina na południu Francji położona między drapieżnymi Alpami, a rozkosznie niebieskawozielonymi wodami Morza Śródziemnego. W niektórych miejscach skaliste wzniesienia dochodzą aż do samego brzegu i opadają w morze stromymi urwiskami. Gdzieniegdzie między górami a wodą, jakby w zatoczkach płaskiego lądu, tłoczą się malownicze wioski, miasteczka i miasta. Wschodnia część prowansalskiego brzegu to słynne Lazurowe Wybrzeże pełne luksusowych kurortów, w których bogaci tego świata lubią spędzać wolne chwile swojego pełnego blasku życia. Wspaniałe wille przyklejone do czerwonych skał przeglądają się w lazurowej wodzie, a w przystaniach fale kołyszą białe jachty większe niż cały dom Ciumków. W głębi lądu ze wzgórz spełzają starannie uczesane winnice i szarozielone gaje oliwne. W słonecznych dolinach żółcą się pola pszenicy i zielenieją sady. W powietrzu wisi zapach prowansalskich ziół: rozmarynu, bazylii, tymianku, szałwii, mięty, cząbru i majeranku. Czasami krajobraz nagle niebieszczeje i kuchenne aromaty bledną stłumione słodką wonią lawendy.

Odkąd tata Ciumko wpadł na pomysł, żeby przejechać Prowansję na rowerze, myśl o wyprawie opanowała go bez reszty. Kiedy zasypiał przykryty mapą, zmieniał się w średniowiecznego trubadura. Wędrował bez końca pod błękitnym niebem, śpiewając pieśni o miłości i wielkiej przygodzie. Nie miało najmniejszego znaczenia, że jego wierzchowiec ma dwa kółka zamiast czterech nóg. W dzień każdą wolną chwilę spędzał tata, studiując przewodniki i od czasu do czasu częstował rodzinę smakowitą ciekawostką.

— A wiecie, że podobno w Prowansji trzyma się w domu suszoną lawendę, żeby odstraszała skorpiony? — zawołał kiedyś, podnosząc wzrok znad kolorowej książki.

Jak zawsze w takich chwilach oczy płonęły mu młodzieńczym blaskiem, a na policzkach kwitły rumieńce.

— Skorpiony? — jęknęła przerażona Kasia. — To ja w takim razie zostaję w domu!

To właśnie po to parę dni później złamała sobie nogę na nartach.

Plan ze złamaną nogą był rzeczywiście dosyć sprytny i pewnie nawet by się powiódł, gdyby nie to, że został przeprowadzony odrobinę za wcześnie. Kość zrastała się wprawdzie dość wolno, ale i tak w połowie wiosny nadawała się już do użytku, a na domiar złego trzeba było nadrabiać zaległości.

W tym czasie skorpiony stały się najczęściej omawianymi zwierzętami w domu Ciumków.

— Masz sssskorrrpiona pod kołdrą! — syczał na przykład Grzesiek, a wtedy Kasia, piszcząc, wyskakiwała z łóżka i przysięgała, że już nigdy więcej do niego nie wróci.

— No co ty, Kaśka, skorpiony to fajne zwierzaczki! — mówił wtedy jej brat z całkiem niewinnym uśmiechem. — Po prostu mają na końcu ogonka taki mały kolec połączony ze zbiorniczkiem jadu. W nocy, kiedy na przykład śpisz sobie smacznie w łóżeczku, taki skorpionik podkrada się do ciebie i wbija ci żądełko w szyjkę. Przez kolec śmiertelny jadzik sączy ci się pod skórę i… — tu Grzesiek zamykał oczy, wystawiał język i przechylając w bok głowę, wydawał z siebie chrapliwy dźwięk.

— Grzesiek przestań! — krzyczał na niego tata. — Przecież już wam mówiłem, że europejskie skorpiony nie są dla ludzi niebezpieczne!

— Ale przyjemne też nie są — wtrącała wtedy mama i temat skorpionów kończył się na chwilę, by za jakiś czas powrócić wraz z jakąś sensacyjną wiadomością.

— A wiecie, że jedna pani w Tajlandii pobiła rekord Guinessa w długości trzymania w buzi żywego skorpiona? — powiedział kiedyś przy kolacji tata.

Kasia natychmiast wypluła na talerz przeżuty kęs kanapki.

— Nie przy jedzeniu! — prychnęła mama, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.

— A ile musiała trzymać? — zainteresował się Grzesiek i tata poszedł na górę, sprawdzić w internecie, który, jeżeli chodzi o skorpiony i wszystkie inne sprawy, jest prawdziwą kopalnią wiedzy.

— Dwie minuty i trzy sekundy — powiedział, wracając do stołu.

Grzesiek oblizał się smakowicie, mlasnął i oświadczył:

— No to po tych wakacjach pani z Tajlandii nie będzie już rekordzistką.

Kasia przysięgła sobie w duchu, że skoro już musi jechać do tej Prowansji, ani na sekundę nie rozstanie się z lawendowym mydełkiem, które dostała na imieniny.

Ulica Cicha oddalona jest od Prowansji o 1831 kilometrów. Biorąc pod uwagę ciężkie bagaże i wysokie góry po drodze, Ciumkowie mogliby przejeżdżać na rowerach średnio około pięćdziesięciu kilometrów dziennie. Przy takim założeniu podróż rowerowa w tamtą stronę zajęłaby im trzydzieści siedem dni. Po dodaniu kolejnych trzydziestu siedmiu dni na drogę powrotną, wyszłoby już siedemdziesiąt cztery dni. Wakacje tego roku zaczynały się 21 czerwca, a kończyły jak zwykle 1 września — miały więc trwać siedemdziesiąt dwa dni. Z powyższych obliczeń wynika, że jadąc w tę i z powrotem na rowerze, Kasia z Grześkiem straciliby dwa dni szkoły, a na to oczywiście mama i tata Ciumko nie zamierzali pozwolić. Postanowiono więc rozpocząć wyprawę rowerową nie z domu, ale dopiero ze słynnego śródziemnomorskiego miasta Nicea.

 

Któregoś majowego wieczora tata wrócił do domu bardzo podekscytowany. Z wielkim hukiem położył na stole neseser, a ponieważ nikt nie zwrócił na jego wejście specjalnej uwagi, chrząknął głośno i zaśpiewał:

— Chodźcie zobaczyć, co ja tu mam!

Z miną iluzjonisty pstryknął oboma zamkami, otworzył teczkę i wyjął z niej cztery podłużne kolorowe kopertki. Rozłożył je w wachlarz, podniósł teatralnym gestem do góry i zatrąbił:

— Ta, tan!

— I co to ma być? — mruknął Grzesiek, zły, że odciągnięto go do komputera.

— A zgadnijcie! — zaświergotał tata.

Zaczęło się zgadywanie. Kasia z Grześkiem strzelali na przemian, ale co strzał — to kulą w płot.

— Mapki. Ulotki. Kalendarzyki — padały propozycje i po każdej tata miał coraz bardziej zadowoloną minę.

— Poddajecie się? — spytał wreszcie.

Kasia z Grześkiem natychmiast podnieśli ręce do góry.

— To są…! — tata na chwilę zawiesił głos, a potem wreszcie uroczyście dokończył: — Bilety do Nicei!

— Bilety? — jęknął Grzesiek. — To po to kazałeś mi złazić na dół? Myślałem, że pojedziemy samochodem. To do pociągu w ogóle można zabrać rowery?

— A kto powiedział, że do pociągu? — triumfalnie spytał tata.

Następnie rozłożył szeroko ręce, pochylił się do przodu i z głośnym warczeniem przebiegł dookoła stołu.

— Naprawdę? — wrzasnęła Kasia i aż podskoczyła z radości.

Nigdy w życiu jeszcze nie leciała samolotem. Nawet stado wściekłych skorpionów nie byłoby w stanie jej zniechęcić.

— Słyszałeś, Grzesiek? — pisnęła, a Grzesiek mruknął:

— Słyszałem!

Grzesiek leciał już kiedyś samolotem. Co prawda był wtedy jeszcze w brzuchu u mamy, ale pewne doświadczenie już miał i nie za bardzo wypadało mu skakać i cieszyć się jak dziecko. W głębi duszy jednak i on na myśl o podniebnej podróży poczuł przyjemne podniecenie…

Godzina „P”


Godzinę „P” wyznaczono na 13.25 w sobotę 21 czerwca. Właśnie wtedy z lotniska na Okęciu miał wystartować samolot z rodziną Ciumków na pokładzie. „P” pochodziło oczywiście od Prowansji, a tata wymyślił ten kryptonim, żeby było jeszcze bardziej przygodowo. W miarę zbliżania się godziny „P” atmosfera w domku na Cichej wyraźnie tężała, a niepokój coraz bardziej mieszał się z radosnym oczekiwaniem. Każdy miał swoje obawy, ale naczelnym zamartwiaczem w rodzinie był bez wątpienia Grzesiek.

— A co będzie, jak przekroczymy sto kilo? — zamartwiał się na przykład.

Chodziło oczywiście o wagę bagażu. Każdy uczestnik wyprawy mógł przewieźć w luku bagażowym samolotu dowolną ilość pakunków o łącznej masie dwudziestu kilogramów. Ponadto, pasażerom wolno było zabrać na pokład tak zwany bagaż podręczny o wadze pięciu kilogramów. Ponieważ rodzina Ciumków składała się z czterech osób, oczywiście w sumie przypadało na nią sto kilo bagażu. Każdy rower ważył około piętnastu kilogramów. Średnio zaawansowany matematyk raz dwa obliczy, ile kilogramów zostało do wykorzystania po odjęciu rowerów. Nie dużo. Nawet bardzo niedużo!

— No to co będzie, jak przekroczymy sto kilo? — uparcie powtarzał Grzesiek.

— Najwyżej trzeba będzie dopłacić — uspokajał go tata, ale widać było, że bardzo nie chciałby już dopłacać.

Dzień przed wyjazdem mama pożyczyła od dziadków starą łazienkową wagę i wieczorem nastąpiło oficjalne ważenie wielkiej sterty bagaży piętrzącej się w dużym pokoju. Przyczepka, namiot, karimaty, śpiwory, ubrania, lampki rowerowe, przewodniki, mapy, kuchenka, naczynia, jedzenie, aparat fotograficzny, komórki, dokumenty, pieniądze — czy to możliwe, żeby to wszystko razem ważyło tylko czterdzieści kilogramów? Łazienkowa waga dziadków nie pozostawiała złudzeń. Wprawdzie w zależności od humoru raz pokazywała więcej, raz mniej, ale za każdym razem wybór był między „trochę za dużo”, a „dużo za dużo”. Każdy czuł, że nie obejdzie się bez trudnych decyzji.

— Odkładamy po dwie koszulki i trzy pary skarpetek! — padła wreszcie bolesna komenda.

Po tym dramatycznym manewrze stos bagaży nie wyglądał ani odrobinę przyjaźniej i tata poczuł czarną, wstrętną rozpacz czającą się gdzieś w pobliżu.

— Przecież mniej już nie możemy zabrać! — zawołał żałośnie i przez chwilę miał ochotę z całej siły kopnąć przebrzydłą stertę bambetli za to, że takie ciężkie i takie potrzebne. W ostatniej chwili powstrzymał się jednak i westchnął filozoficznie:

— Trudno, co ma być, to będzie.


Wiadomego dnia pierwszy obudził się Grzesiek. Zgodnie z codzienną tradycją przeciągnął się trzeszcząco i już miał zasiąść przy komputerze, kiedy przypomniało mu się, co to za dzień. Nerwowo rzucił okiem na wiszący nad łóżkiem zegar. Wskazywał 3600 minut przed godziną „P”! Grzesiek szybko włożył przygotowaną wieczorem bieliznę. Następnie wskoczył w szorty, a na górę wciągnął bluzę z długim rękawem. Potem sięgnął po długie spodnie i polar, a na polar naciągnął kurkę przeciwdeszczową. Termometr za oknem wskazywał dwadzieścia pięć stopni!

— Ubrań na ludziach nie ważą? — upewnił się poprzedniego wieczora i już wtedy postanowił wprowadzić w życie ten sprytny plan.

Posłał łóżko i zszedł na dół, zobaczyć, czy wielka sterta gratów nadal zajmuje pół pokoju. Nie zajmowała. Na podłodze leżało coś, co przypominało paczkę pocztową owiniętą w czarną plastikową płachtę i oklejoną na krzyż szeroką brązową taśmą samoprzylepną.

— Przyczepka — mruknął Grzesiek, wyczuwszy pod palcami metalową rurkę barierki.

Kap! — na czarny plastik upadła kropla potu. Grzesiek sapnął z gorąca, otarł pot z czoła i z rezygnacją zdjął kurtkę, a po niej polar. Pochylił się nad pakunkiem, chwycił go obiema rękami i z głośnym stęknięciem spróbował oderwać od ziemi. Czarna paczka nawet nie drgnęła. Ważyła chyba tonę, a wcale nie była jedynym pakunkiem. Obok niej leżały sakwy rowerowe związane parcianymi pasami, tak żeby można było je wnieść na pokład jako torby na ramię. Dyndały przy nich doczepione kaski. Za oknem na dachu samochodu czekały gotowe do podróży rowery. Pedały miały przykręcone po wewnętrznej części korb, odczepione kierownice przyklejone były taśmą do ram, a przerzutki i łańcuchy kryły się w grubych opatrunkach z pęcherzykowej folii.

— Rety, ile tego bagażu! — jęknął Grzesiek i czym prędzej z powrotem włożył polar oraz kurtkę.

Na wszelki wypadek włożył również kask. A potem jeszcze kolarskie rękawiczki. I okulary przeciwsłoneczne.

W pełnym rynsztunku usiadł w fotelu. Słońce za oknem pięło się coraz wyżej i już po chwili pierwszy strumyczek potu spłynął Grześkowi po kręgosłupie. Im było goręcej, tym więcej czarnych myśli lęgło mu się w głowie. Tupnął więc ze złością i czym prędzej zdjął okulary przeciwsłoneczne. W ślad za okularami poszły rękawiczki i kask, a potem dołączyły do nich nawet kurtka i polar. Było już jednak za późno na interwencję, bo najczarniejsza z czarnych myśli i tak zdążyła się wyląc:

— A co będzie, jak zgubią nasze bagaże?

Grzesiek nieraz słyszał o podobnych przygodach. Głównie od cioci Helenki, która latała samolotem częściej niż on jadał lody. O perypetiach ciocinych walizek można by nakręcić prawdziwy horror. Bywały rozrywane, cięte, miażdżone, brudzone, zamieniane, kradzione i gubione. Jednym słowem często działa im się krzywda. Zwykle co prawda po jakimś czasie przywożono je cioci na podany adres, ale co się ciocia nadenerwowała, to jej.

— A my jaki adres podamy? — przeraził się Grzesiek. — Pod palmą, gdzieś w Prowansji? W życiu nie odzyskamy naszych bagaży!

Na wszelki wypadek włożył polar i kurtkę, i kask, i rękawiczki kolarskie, i ciemne okulary. Do kieszeni spodni wepchnął jeszcze kąpielówki.

— Wstawajcie, bo się spóźnimy na samolot! — wrzasnął w głąb klatki schodowej.

W ten sposób dla całej rodziny Ciumków zaczął się ostatni poranek na ojczystej ziemi.

Na szczęście mimo obaw Głównego Zamartwiacza Wielkiej Wyprawie udało się dotrzeć na lotnisko na czas. Właściwie to nawet sporo przed czasem. Dziadek Karol, który przyjechał, żeby machać chusteczką, odstawił samochód na parking i wielka objuczona karawana ruszyła do stanowiska odpraw. W środku ogromnej hali wił się wąż podróżnych czekających na swoją kolej. Niektórzy pasażerowie mieli nowiutkie skórzane walizy, inni piękne plastikowe kuferki, jeszcze inni nowoczesne kolorowe plecaki. Czarna paka Ciumków oklejona brązową taśmą wyglądała wśród tego modnego bagażowego towarzystwa jak daleka i bardzo uboga kuzynka. Również cztery Ciumkowe wierzchowce owinięte w bąbelkową folię i powiązane sakwy rowerowe noszące ślady używania przy bardzo różnej pogodzie ściągały na siebie ciekawe spojrzenia sąsiadów z kolejki.

— Przepraszam bardzo — zagadnął tatę jakiś zaniepokojony rodzic małego chłopca z plecaczkiem. — Pańskie dzieci mają na głowach kaski. Czy to teraz obowiązkowe?

— Chyba nie — odpowiedział tata, marszcząc z powagą brwi. — Ale w razie jakiejś katastrofy… Sam pan rozumie.

Pan popatrzył niepewnie i chyba miał ochotę jeszcze o coś zapytać, ale Ciumkowie właśnie znaleźli się na czele kolejki. Uśmiechnięta pani za biurkiem powiedziała

— Proszę bardzo!

Teraz już nie było odwrotu. Tata podał pani bilety i zaczęło się to, czego Grzesiek obawiał się chyba najbardziej — ważenie. Pani poprosiła o postawienie na wagę pierwszego roweru.

— Szesnaście kilo — pokazał mały czerwony wyświetlacz, a Grzesiek zamarł, bo kiedy sprawdzali w domu, było tylko piętnaście.

Następne rowery ważyły mniej więcej tyle samo i Grzesiek szybko w myślach obliczył, ile to jest 4 razy 16.

— No to już po nas! — jęknął w duchu. — Na przyczepkę zostało tylko szesnaście kilo!

Tata położył na wadze czarny oklejony pakunek. Grzesiek przez chwilę liczył na cud, ale cud się nie zdarzył. Czerwony wyświetlacz pokazał dwadzieścia sześć kilo!

Pani spojrzała uważnie na ekran komputera. Wyciągnęła spod biurka jakąś tajemniczo wyglądającą książeczkę i przez chwilę kartkowała ją z bardzo zasępioną miną. Wreszcie powoli i bardzo starannie nakleiła na czarnej paczce zieloną naklejkę, oddała tacie bilety i…

— Miłej podróży życzę! — powiedziała z uśmiechem.

Grzesiek nie wierzył własnym uszom.

— Jak to, mieliśmy dopła… — zaczął, ale tata szybko położył mu rękę na ustach.

Pani musiała chyba jednak usłyszeć, bo uśmiechnęła się jeszcze szerzej i powiedziała:

— Dla takiej miłej rodziny zrobimy wyjątek.

Czarna paczka odjechała czarnym taśmociągiem w głąb czarnej czeluści, a Grzesiek mógł w całości poświęcić się następnym zmartwieniom.

Pani za biurkiem kazała tacie zaprowadzić rowery do specjalnego punktu przyjmowania niewymiarowego bagażu. Tam wąsaty pan w mundurze Straży Granicznej przepuścił Ciumkowe wierzchowce przez urządzenie do prześwietlania, żeby sprawdzić, czy gdzieś w ramie albo oponie tata Ciumko nie ukrył materiałów wybuchowych. Grzesiek na wszelki wypadek trochę się denerwował, ale okazało się, że albo w rowerach bomby nie było, albo została wystarczająco dobrze schowana. W końcu wszystkie pojazdy zjechały w podziemia, a czwórce nieustraszonych wędrowców pozostało już tylko pożegnać się z dziadkiem i przejść do części lotniska, z której wsiadało się do samolotów. Kasia wypatrzyła tabliczkę z napisem „Nicea” i cała czwórka ruszyła w stronę poczekalni. Po drodze minęli znajomego pana z kolejki. Wraz ze swym małym synkiem zmierzał w stronę bramki do Londynu. Chłopiec niósł w rączce małą kolorową torbę, a jego głowę chronił ogromny różowy kask.

Po wielkich emocjach związanych z ważeniem Ciumków czekały teraz jeszcze większe: wsiadanie do samolotu, start, przelot i — miejmy nadzieję — lądowanie.

Tata z mamą odpoczywali na plastikowych krzesełkach w poczekalni, a dzieci wolały stać, żeby nie przegapić wsiadania.

— Kiedy będziemy wchodzić? — marudziła Kasia, ale drzwi do samolotu pilnował jakiś groźny pan z krótkofalówką, który nie chciał nikogo przepuścić.

— Lepiej sprawdźcie, czy nasz bagaż z nami poleci — poradził tata i Kasia z Grześkiem przykleili nosy do wielkiej szklanej ściany wychodzącej prosto na płytę lotniska.

Kilkadziesiąt metrów od nich stał zaparkowany samolot i wszystko wskazywało na to, że to właśnie on za chwilę zawiezie ich do Prowansji. Do niewielkiego otworu w jego boku przytknięty był taśmociąg, którym jak na wyciągu narciarskim wjeżdżały do luku bagaże. Niebieska waliza, zielona waliza, żółty plecak, czerwona skrzynka, wózek dziecięcy, marynarski worek — dostojna procesja pakunków sunęła w głąb samolotu. Grzesiek i Kasia wstrzymali oddech i wytężyli oczy, ale żaden z jadących bagaży nie wyglądał znajomo.

 

— Jest! — wrzasnął wreszcie Grzesiek i oboje z siostrą pobiegli złożyć meldunek rodzicom.

— Jest, jest! Widzieliśmy przyczepkę! — darli się oboje, podrygując przy tym w szalonym tańcu radości.

— A rowery też są? — zapytał tata.

O, o — rowerów nie widzieli. Rzucili się z powrotem do swojego punktu obserwacyjnego, ale taśmociąg na kółkach właśnie oddalał się od samolotu. Najwyraźniej załadunek się zakończył. W tym samym momencie pan stojący na straży otrzymał od swojej krótkofalówki jakąś wiadomość i tłumek z poczekalni ruszył w stronę wejścia. Kasia z Grześkiem popędzili z powrotem do rodziców, którzy też zaczęli już zbierać się do odlotu.

— Czekajcie, nie było naszych rowerów! — zawołał zrozpaczony Grzesiek, a tata powiedział wesoło:

— Trudno, jak się rozbijemy to przynajmniej coś po nas zostanie.

Grzesiek nie uważał, żeby ten żart był szczególnie udany, ale nie zdążył już powiedzieć tego tacie, bo weszli właśnie do długiego wąskiego korytarza prowadzącego wprost do samolotu. Elegancka pani stewardesa powitała Ciumków na pokładzie statku powietrznego w imieniu własnym i kapitana. Ciumkowie ze swej strony również powitali panią stewardesę i udali się na swoje miejsca. Szare wysokie fotele były mięciutkie i miały pochylane oparcia. Jednak ani Grzesiek, ani Kasia nie zamierzali na razie korzystać z oparć. Chcieli być jak najbliżej okrągłych okienek. Kiedy wszyscy pasażerowie usadowili się już na swoich miejscach, pani stewardesa kazała podróżnym przypiąć się do foteli i samolot powoli ruszył w kierunku pasa startowego. Tam zatrzymał się na chwilę. Nagle silniki zawyły przeraźliwie, a serca Grześka i Kasi zabiły trzy razy szybciej niż zwykle.

— Ciekawe czy lecą z nami rowery! — przemknęło Grześkowi przez głowę i maszyna ruszyła z kopyta.

Mknęła coraz szybciej po czarnym asfalcie i Ciumkowie poczuli, jakby jakaś potężna siła wpychała ich w miękkie siedzenia. Nagle coś zabujało całym światem i kiedy Grzesiek ponownie spojrzał za okno, pas startowy, inne samoloty, budynki i miasto zaczęły się kurczyć jak balon, z którego wypuszczono powietrze. Godzina „P” wybiła.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?