Na przykład MałgośkaTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… o, o, tylko pięć par! – powiedział sam do siebie Robert, pakując do podróżnej torby ostatnie czyste majtki.

Tak naprawdę na półce zostały jeszcze dwie pary, ale były na nich wesołe żółte miśki, a przecież mężczyznom w pewnym wieku niektóre wzory na bieliźnie stanowczo nie przystoją. Robertowi miśki nie pasowały już od ponad dwóch lat, natomiast czarno-białe piłki i czerwone ferrari jeszcze nie przestały pasować. Na tej podstawie możemy w pewnym przybliżeniu określić wiek Roberta na lat dziesięć i pół.

– Wziąłeś dosyć majtek? – doleciał z dołu czujny głos mamy, a tata prawie natychmiast powiedział:

– Daj mu już spokój. Co to, gaci sobie nie umie policzyć?

– Wziąłem, wziąłem! – zapewnił z góry Robert.

Obóz tenisowy miał co prawda trwać dwanaście dni i tak na pierwszy rzut oka majtek mogło być trochę przymało, ale Robert, jako urodzony optymista wierzył, że może jednak jakoś wystarczy.

– To ile masz par? – drążyła niezrażona mama, a tata tym razem tylko mruknął coś pod nosem.

– Starczy! – odkrzyknął Robert.

– To znaczy ile?

– W sam raz!

– Ile?!

– Pięć! – burknął w końcu zrezygnowanym głosem.

– Rany boskie! – zawołała przerażona mama. – Pięć par majtek na cały obóz? Czy ty masz dobrze w głowie? No i co?! – To ostatnie już było do taty. – Widzisz, jak to jest? A ciebie to nic nie obchodzi! Dla ciebie to on by mógł nawet bez majtek pojechać!

– Raz by pojechał bez majtek, to by się nauczył rozumu – mruknął obojętnie tata, co strasznie rozsierdziło mamę.

– Tobie się po prostu nie chce ruszyć i zainteresować! – powiedziała ze złością. – Jak ja czegoś nie dopilnuję, to…

Tu nastąpiła długa gniewna wymiana zdań i ktoś obcy zdziwiłby się pewnie, ile gorących emocji mogą budzić zwykłe skarpetki i majtki. Jednak Robert nie był obcy i w ogóle go to nie dziwiło. Dziś były skarpetki i majtki, wczoraj samochód i nieumyta szklanka, a kiedy indziej najnowsza książka jakiegoś „-skiego” czy „-icza”. Robert nie miał pewności, ale czuł w głębi duszy, że w tych głośnych rozmowach słowa nie miały znaczenia. Gdzieś pod nimi kryły się dziwne smutki i żale, może tęsknota za czymś, co było i zgasło, albo nie zgasło, tylko przygasło i już nie daje tyle ciepła, co kiedyś.

Robert westchnął ciężko i zszedł na dół. Na suszarce w ogródku schły majtki, kolorowe koszulki i cała reszta. Skompletował bieliznę, zdjął ze sznurka skarpetki i wrócił do pokoju. Tam wrzucił wszystko do torby i mocno uklepał.

– Mam skarpetki! – krzyknął.

Rodzice już stygli po rozmowie. Mama w milczeniu prasowała koszule, a tata zmieniał owijkę na rączce rakiety tenisowej syna. Robert z hukiem zbiegł po schodach i oświadczył z podstępną miną:

– Wziąłem dwa razy więcej niż jest dni na obozie!

– Czego? Skarpetek? – zdziwiła się mama. – A po co aż tyle?

– Przecież noszę dwie naraz! – oznajmił triumfalnie, zadowolony, że dali się nabrać.

Oboje rodzice chcąc nie chcąc rozluźnili napięte mięśnie i uśmiechnęli się bezradnie. Ich ręce podniosły się jednocześnie i na chwilę spotkały na ciemnej, krótko przyciętej czuprynie.

– Nie wiem, czy dobrze, że się zgodziłem na ten cały obóz – powiedział Robert trochę wesoło, a trochę poważnie. – Jeszcze nigdy nie zostawaliście tak długo sami. A co będzie, jak się dokumentnie pokłócicie?

Przez chwilę wydało mu się, że tata trochę się zaczerwienił, a mama nerwowo przygładziła włosy. Popatrzyli na siebie niepewnie, a potem tata wziął ich oboje za ręce i pociągnął w stronę kanapy. Z impetem wpadli w miękkie poduchy, aż na krótką chwilę wyleciało w powietrze sześć nóg o różnej długości.

– Synu! – uroczyście rozpoczął tata, kiedy się już umościli i znieruchomieli. – Nie umiesz jeszcze liczyć majtek, ale poza tym jesteś już całkiem dużym chłopem. Musimy poważnie porozmawiać.

– Trudno – zgodził się Robert.

– Jak zauważyłeś, zdarza nam się z mamą trochę posprzeczać – mówił dalej tata, a Robert prychnął złośliwie:

– Trochę!

– Nie przerywaj, kiedy ojciec mówi! – burknął tata, ale nie zabrzmiało to szczególnie groźnie. – Otóż czasami się z mamą sprzeczamy – ciągnął. – Czasem różne rzeczy nas denerwują. Czasami nie możemy się dogadać. Nie wszystko nam się udało, tak jak kiedyś planowaliśmy, ale jest jedna rzecz, która wyszła nam całkiem, całkiem.

– Jaka? – zapytał Robert, robiąc przy tym rozkosznie głupiutką minkę.

Doskonale wiedział, co to za rzecz, i czekał na odpowiedź jak kot na drapanie za uchem.

– Synek nam się całkiem udał. Prawda, kochanie? – tata uśmiechnął się do mamy.

– Prawda – powiedziała mama. – Synek jest nie najgorszy.

Nad głową Roberta, który siedział pośrodku, coś cicho cmoknęło, a on sam został na chwilę przyjemnie ściśnięty.

– Myślę, synu, że możesz jechać – dodał tata. – Jakoś sobie z mamą poradzimy. W ostateczności mamy numer twojej komórki.

Potem zaczęły się żarty i wesołe przepychanki. Przyjemnie było być całkiem udanym malutkim syneczkiem mamy i taty. Robert pomyślał, że mógłby tak sobie siedzieć do końca życia, zamiast jechać na jakiś głupi obóz, gdzie trzeba być przez cały czas dorosłym, bez szans na odpoczynek w krainie bezradnych bobasków… To była smutna myśl i coś się od niej działo z oczami.

– Tylko pamiętaj, żeby się porządnie myć – podejrzanie cicho powiedziała mama.

Jakaś wstrętna niewidzialna ręka ścisnęła Roberta za gardło.


Następny dzień wstał roześmiany i rozświergotany. Słońce nie zaczęło jeszcze prażyć i tylko puszczało wesołe świetlne zajączki kropelkami porannej rosy. Był właśnie ten cudowny moment między pierwszym a drugim miesiącem wakacji, kiedy nawet ciężko pracujący dorośli czują się lepiej niż zwykle, choć o letnim nieróbstwie mogą najwyżej pomarzyć.

Jednak w domu Roberta jakoś nie czuło się tej spokojnej radości. Nic dziwnego. Robercik – dziecko jedyne, syn ukochany, który dopiero co nauczył się siedzieć, zrobił pierwszy kroczek, stracił mleczny ząbek, poznał alfabet i zdał do czwartej klasy – opuszczał rodzinne gniazdo na całe dwa tygodnie.

Mama wstała bardzo wcześnie i gotowała jajka na twardo.

– Chcesz mu dać jajka? – marudził tata, a mama tłumaczyła, że jak się jest cały dzień w podróży, to przecież trzeba coś zjeść.

– Zasmrodzi cały autokar i wszystkim podpadnie, jeszcze zanim zdąży się zaprzyjaźnić – upierał się tata i zaczynało być trochę nerwowo.

Nagle z góry dobiegło bezradne wołanie o pomoc:

– Mama, majtek nie mam ani skarpetek!

Cienki głos trząsł się i łamał, bo też trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to wesoła sytuacja, kiedy się odkrywa coś takiego godzinę przed wyjazdem na swój pierwszy w życiu obóz.

– Jak to nie masz? – przeraziła się mama. – A co się z nimi stało?

– Kazałaś zapakować!

– A w czym zamierzałeś jechać? – ostro spytał tata.

– Mama kazała zapakować!

Tata westchnął ciężko, wziął kluczyki z koszyka na blacie i wyszedł do samochodu, w którym bagaże Roberta spędziły ostatnią noc przed wyjazdem. Wrócił z majtkami i parą skarpetek.

– Oj, synek, synek! – powiedział, rzucając na górę te kluczowe części garderoby. – Ubieraj się i chodź na śniadanie.

Przy śniadaniu wszyscy bardzo się starali. Robert oświadczył, że już dawno nie jadł takich pysznych bułeczek, mama powiedziała, że zapakowała mu na drogę kanapki, paczkę chipsów i picie, a tata stwierdził:

– No, chłopie, trochę ci zazdroszczę, że jedziesz na ten obóz. Na obozach to można fajne dziewczyny poznać.

Robertowi aż ręce opadły.

– Tato! – jęknął. – Ja tam jadę trenować, a nie tracić czas na jakieś głupoty.

Dla podkreślenia swych słów wgryzł się z impetem w kanapkę z szynką, jakby to ona była autorką kiepskiego dowcipu.

– Nie no, oczywiście, oczywiście! – czym prędzej zgodził się tata. – Trening to podstawa! Ale ja też, jak jechałem na obóz, to nie planowałem, że poznam mamę.

– Już wcześniej mnie znałeś – mruknęła mama do kubka z kawą, który trzymała w obu dłoniach.

Tata lekceważąco machnął ręką.

– Wcześniej to tylko ledwo, ledwo – powiedział. – Tak naprawdę wszystko zaczęło się na obozie.

Robert w pół gryza przerwał żucie. Zmarszczył z niepokojem brwi i przyjrzał się badawczo obojgu rodzicom.

– Tylko pamiętaj, że myśmy wtedy mieli po siedemnaście lat – trzeźwo przypomniała mama, na co tata znów machnął ręką i stwierdził, że w dzisiejszych czasach dzieci dorastają szybciej niż kiedyś.

– Co się zaczęło na obozie? – przestraszył się Robert.

– Nic takiego – powiedział tata. – Po prostu zobaczyłem, jaka z mamy fajna dziewczyna i tak trochęśmy się… jak by to powiedzieć… zaprzyjaźnili.

Robert poczuł, że skóra mu cierpnie na karku.

– I co było potem? – zapytał słabym głosem.

– To zależy, jak długo potem – powiedziała mama. – Zaraz potem były spacery po parku i wysiadywanie godzinami na ławeczce.

 

– Godzinami na ławeczce? – Oczy Roberta zrobiły się prawie okrągłe. – Ale po co?

Oboje rodzice niewinne spuścili wzrok i mama zaczęła dość mętnie tłumaczyć:

– No wiesz, siedziało się… gadało się… patrzyło się na siebie i… takie tam rzeczy.

– No właśnie, takie tam rzeczy – potwierdził tata i można było odnieść wrażenie, że dobrze te rzeczy wspomina.

Przez chwilę oboje wyglądali, jakby przenieśli się w tamte odległe czasy, kiedy nic ich jeszcze w sobie nie denerwowało. Mama jednak szybko się pozbierała i dokończyła rzeczowo:

– Trochę „bardziej potem” wzięliśmy ślub. A jeszcze „bardziej potem” pojawił się pewien młody obywatel, który właśnie po raz pierwszy wyrusza w świat.

Teraz to Robert przeraził się już nie na żarty. Kiedy na wiosnę dostał propozycję wyjazdu na obóz, długo rozważał wszystkie za i przeciw. Uwielbiał grać w tenisa i nieźle mu to wychodziło. Perspektywa dwóch tygodni na korcie była na tyle kusząca, że w bezpośrednim starciu pokonała obawy i lęki. Wtedy jednak nie przyszło mu do głowy, że obóz może mieć aż takie konsekwencje.

– Czy… to był obóz… tenisowy? – wykrztusił.

Na szczęście okazało się, że nie był to obóz tenisowy, tylko taki zwykły obóz, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Rodzice nie mieli treningów dwa razy dziennie, basenu i boiska pod ręką, ani gameboyów i empetrójek w plecakach. Musiało być raczej nudno, a z nudów ludziom przychodzą do głowy najprzeróżniejsze pomysły.

– No dobra! Dosyć tych pogaduszek! – rozkazała mama, kończąc rodzinne wspominki. – Jedzmy to śniadanie, bo jeszcze pojadą bez niego.

Robert zastanowił się chwilę i wcale nie był pewien, czy aż tak bardzo by się tym zmartwił.


Zajechali na parking. Autokar już stał, ale na szczęście nie wolno było jeszcze wsiadać, więc teoretycznie wciąż istniała szansa na najlepsze miejsce. Z obu stron otwarto luki bagażowe, do których tatusiowie pakowali walizki, torby i plecaki obozowiczów. Tatusiowie mieli na twarzach harde uśmieszki, a w głębi serc nieprzyjemne uczucie, jakby właśnie wkładali do bagażnika i dopychali nogą swoje ukochane córeczki i ukochanych synków.

Ukochane córeczki i ukochani synkowie, zbici w hałaśliwe gromadki, przezornie odsuwali się jak najdalej od mam. Woleli nie narażać się na krępujące uwagi typu: „tylko myj codziennie nogi” albo „pamiętaj, że masz słuchać trenerów”, lub co gorsza „gdyby ci było smutno, zawsze możesz zadzwonić”.

Mamy najchętniej dopadłyby do swoich zesłańców i wyprzytulały, wypieściły, wycałowały na zapas za całe dwa tygodnie. Wiedziały jednak, że tak nie można. Trzymały się więc dzielnie i pokrzepiały jedna drugą rozmowami w stylu:

– Niech już wreszcie pojadą!

– No, już się nie mogę doczekać tych dwóch tygodni bez bachorów na głowie.

– Szkoda, że tylko dwóch!

– Cóż, lepsze to niż nic.

Robert też trzymał się dzielnie. Stał kilka kroków od zamkniętych drzwi autokaru i próbował rozmawiać z Kubą. Kuba chodził do tej samej szkoły, co Robert – dwudziestki piątki na rogu Majowej i Słodkiej. Też zdał do czwartej klasy, tyle że do „b”. W normalnych warunkach to raczej wykluczałoby bliższe kontakty, ale w tłumie zupełnie obcych twarzy nawet koleś z „b” staje się najbliższą rodziną.

– Wziąłeś empetrójkę? – spytał Robert, żeby zagaić rozmowę, która jakoś niespecjalnie się kleiła.

Kuba patrzył mało przytomnym wzrokiem i w jednostajnym rytmie przesuwał głowę w przód i w tył. Na jego twarzy nie było ani szczęścia, ani nieszczęścia, ani w ogóle nic. W końcu dotarło do niego, że Ziemia próbuje nawiązać kontakt. Odkorkował lewe ucho i spytał bez zbędnego szastania słowami:

– Hę?

– Już nic, już wiem – uśmiechnął się Robert. – Ja też wziąłem. Będziemy se mogli posłuchać, nie? Fajnie będzie na tym obozie, co?

Powrót do rzeczywistości chyba nie zrobił Kubie najlepiej, bo szybko zakorkował lewe ucho, żeby wypłoszyć hukiem niewesołe myśli.

W tym momencie przy wejściu do autokaru zrobił się ruch. Kierowca otworzył drzwi i na pierwszy schodek wskoczył młody, wysportowany mężczyzna z zieloną tekturową teczką w ręce.

– Witam wszystkich bardzo serdecznie! – powiedział rzeczywiście dosyć serdecznie. – Nazywam się Mariusz Zdaniewski. Jestem trenerem tenisa i będę się na obozie opiekował państwa dziećmi.

Czarne wyżelowane włosy pana Mariusza, gładko zaczesane do tyłu, połyskiwały w porannym słońcu, a jego twarz na ich tle wyglądała zaskakująco blado. Głos miał wesoły, ruchy energiczne, a biały T-shirt ściśle przylegał do godnych pozazdroszczenia muskułów.

– Przystojny, co? – szepnęła jedna z mam do jednego z tatów.

Ten jednak tylko wzruszył ramionami i mruknął lekceważąco:

– E tam!

Ale wiele innych mam, choć tego nie szepnęło, miało na temat pana Mariusza bardzo podobne zdanie. Coś w tym musiało być.

– Widzę tu wiele znajomych twarzy – powiedział, omiatając wzrokiem zebrany tłumek. – Ale mamy też dużo świeżej krwi, co nas oczywiście niezwykle cieszy.

Robert miał wrażenie, że wzrok pana Mariusza na chwilę zatrzymał się na nim. Przez twarz trenera przemknął bardzo, bardzo delikatny skurcz. Mógł to być powitalny uśmiech, nerwowy tik, złowrogi grymas albo po prostu optyczne złudzenie dziesięciolatka, który najbliższe dwa tygodnie miał spędzić bez mamy i taty. Jednego Robert był prawie pewien – przysiągłby, że mówiąc o świeżej krwi, pan Mariusz o mało się nie oblizał.

– Proszę się nie niepokoić – ciągnął kruczowłosy trener. – Dzieci będą naprawdę w dobrych rękach. A państwu życzę dwóch cudownych bezdzietnych tygodni!

Tłumek zachichotał, a pan Mariusz uśmiechnął się promiennie. Jego wąskie wargi, które z początku kurczowo trzymały się razem, w końcu nie dały rady i rozchyliły się trochę. Wyjrzały spod nich białe jak mleko siekacze, a potem na ułamek sekundy błysnęły kły. Robertowi pani dentystka powiedziała kiedyś, że ma imponujące trójki, ale to, co na mgnienie oka odsłonił uśmiech pana Mariusza, zmroziłoby nawet panią dentystkę!

Lekko zmieszany trener z powrotem naciągnął wargi na swoje rozrośnięte uzębienie i dał uroczyste hasło do zajmowania miejsc w autobusie. W tym momencie w zebranych rodzicach pękła jakaś niewidzialna tama i wszyscy naraz rzucili się na obozowiczów. Zaczęło się gorączkowe żegnanie, ostatnie szepty i przestrogi, poklepywania po plecach i zapewnienia, że będzie fajnie, na pewno będzie fajnie, naprawdę!

– Tylko pamiętaj, syneczku, żeby brudne rzeczy składać w oddzielnej torebce – powtarzała po raz setny mama Roberta, podczas gdy tata nerwowo targał synowi fryzurę.

– Dobra, pamiętam – mruczał Robert. – A o co chodziło z tą świeżą krwią?

– Że nowe dzieci jadą – powiedziała mama. – Ale zrozumiałeś z tymi brudami, tak?

– A widziałaś, jakie ten facet ma zęby? – szepnął Robert.

– A, à propos zębów! – przypomniała sobie mama. – Wziąłeś szczoteczkę i pastę, prawda?

– Ale moim zdaniem on wygląda jak…

– No dobra, dobra – przerwał tata. – Ten twój kolega już wsiadł. Jak chcesz koło niego siedzieć, to się lepiej pospiesz.

– Tylko wysusz, zanim schowasz do torebki! – zawołała mama, kiedy czerwony plecaczek Roberta znikał w czarnej czeluści przyciemnianego autokaru.

Połowa miejsc w autobusie była już zajęta, ale obok Kuby nikt jeszcze nie siedział.

– Mogę? – spytał Robert, a Kuba kiwnął głową i zabrał plecaczek z siedzenia.

Nadal był zakorkowany, ale to już chyba przestało pomagać, bo wyglądał jak kupka nieszczęścia.

Robert usiadł i rozejrzał się po wnętrzu autokaru. Tuż za nim siedziały jakieś dziewczyny, a na samym tyle zebrało się wyrośnięte towarzystwo, które najwyraźniej już nie pierwszy raz jechało na obóz.

– Widzieliście? Wampir ma nową ofiarę! – powiedział pryszczaty chłopak wyglądający na początek gimnazjum.

Towarzystwo zagwizdało ze znawstwem, a Robert poczuł na plecach zimny dreszcz strasznych przeczuć. Wampir? – powtórzył w myślach i z niepokojem spojrzał na przód autobusu w ślad za wyciągniętym paluchem gimnazjalisty o trudnej cerze. W rzędzie tuż za kierowcą siedziała młoda, opalona pani z jasnymi związanymi w kucyk włosami. Robert nie znał się jeszcze dobrze na tych sprawach, ale nie mógł wykluczyć, że pani była dość ładna. Utkwiła nieruchome spojrzenie w jakiś punkt gdzieś za oknem i bezwiednie skubała palcami granatową chusteczkę, która zasłaniała jej szyję. Na pustym miejscu obok leżała zielona teczka trenera Mariusza.

W końcu autobus ruszył. Po obu stronach szyb rozpoczęło się energiczne machanie. Mamie i tacie Roberta było trochę przykro, bo ich syn nawet nie spojrzał w ich stronę. Patrzył zupełnie gdzie indziej i wyglądał, jakby bardzo intensywnie nad czymś rozmyślał.


Dojechali na miejsce późnym popołudniem. Mieli za sobą Harry’ego Pottera na wideo i trzy przystanki na siusiu. Robert poczynił też kilka interesujących obserwacji, które w dalszej części obozu mogły się okazać pożyteczne. Po pierwsze, odkrył, że Kuba ma ze sobą nie tylko empetrójkę, z którą zresztą wydawał się być trwale zrośnięty, ale również najnowszą konsolę PSP. Po drugie, od starszych chłopaków z tylnych siedzeń dowiedział się, że Wampir, jak najwyraźniej nazywali trenera Mariusza, „ujdzie w tłoku, choć czasem miewa odloty”. Jak dalekie są to odloty i w którą stronę, tego nie udało mu się od nich wyciągnąć, ale ogólnie nie brzmiało to najweselej. Po trzecie, od samego Wampira, który miał krótkie przemówienie przez mikrofon, dowiedział się, że młoda pani z chustką to Ola, studentka AWF-u, druga trenerka i opiekunka dziewczyn.

– Przywitajmy panią Olę oklaskami! – zaproponował Wampir i zaraz rozległ się szelest odkładanych kanapek, a potem uprzejme klaskanie.

Pani Ola przyklękła na przednim siedzeniu twarzą do klaszczących i wesoło pomachała obiema rękami. Uśmiechała się z lekkim zawstydzeniem, z którym było jej bardzo do twarzy.

– Witam, cieszę się, że Mariusz zaproponował mi ten wyjazd – powiedziała, a starsze chłopaki z tylnego siedzenia zawyły:

– My też się cieszymy!

– Zobaczymy, co powiecie po pierwszym treningu! – Pogroziła im palcem. – Jeżeli w ogóle jeszcze będziecie mieli siłę mówić.

Tył autokaru zabuczał z uznaniem i pryszczaty chłopak, zwany przez kolegów Burym, stwierdził półgłosem, że ta pani Ola to fajna dziewczyna. Robertowi nie przyszłoby nawet do głowy, żeby w taki bezczelny sposób nazywać dorosłą panią z AWF-u. Poza tym już drugi raz tego dnia słyszał o fajnych dziewczynach i, szczerze mówiąc, zaczynał mieć już dosyć. Sapnął gniewnie i postanowił zająć się oglądaniem widoków za oknem. Oparł głowę na oparciu fotela i zastygł wpatrzony w rozpędzony krajobraz za Kubą. Bąblowo Małe, Bąblowo Wielkie, Bąblowo Średnie – przepływały obok nieznane miasta i wioski. W przydrożnych sadach rumieniły się jabłka, krowy na łąkach żuły trawę, myśląc wyłącznie o żuciu trawy…

– Nie wystarczyłby jeden trening dziennie? – Robert nagle przyłapał się na tym, że podsłuchuje rozmowę dziewczyn z tyłu.

– Nie, jeden to za mało – odpowiedziała ta bliżej przejścia.

– Ale już nie będzie na nic więcej czasu! – żaliła się sąsiadka spod okna.

– A co ty byś chciała robić? Przecież to obóz tenisowy!

O! Dokładnie tak samo uważam! – chciał powiedzieć Robert, ale kiedy już klęczał na siedzeniu, uśmiechając się do zaskoczonej piegowatej blondynki, zdał sobie sprawę, że to nie jego rozmowa.

– Yyy… chcesz chipsa? – zapytał, dumny ze swojego refleksu.

– Nie, dzięki! – odpowiedziała, a Robert odetchnął z ulgą, bo właśnie przed chwilą zjadł ostatniego.

– Albo może jednak poproszę! – zmieniła zdanie dziewczyna.

Robert zaczerwienił się od stóp do głów.

– Aaa… może wolisz kanapkę? – bąknął.

W ten sposób dowiedział się, że Maryśka uwielbia jajka na twardo. Maryśka albo Małgośka, bo nie usłyszał dokładnie.

* * *

Ośrodek, w którym mieli mieszkać, nazywał się Biały Kieł. Prawdopodobnie nazwa nawiązywała do powieści Jacka Londona opowiadającej o dzielnym oswojonym wilku. Robertowi jednak od razu przyszły na myśl zupełnie inne stworzenia wyposażone w kły. Nie było to miłe skojarzenie, szczególnie po całym dniu emocji i w obliczu pierwszej nocy pod obcym dachem.

 

Po przyjeździe wyciągnęli bagaże z luków autokaru i objuczeni powlekli się do holu ośrodka, stękając przy tym i marudząc z przyzwyczajenia. Wampir z panią Olą podeszli do recepcji i coś tam cierpliwie tłumaczyli siedzącej za ladą kobiecie. W końcu recepcjonistka podniosła się z krzesła i otworzyła przeszklone drzwiczki gablotki na ścianie. Przez chwilę z ponumerowanych haczyków zdejmowała wielkie drewniane kołki, do których przyczepione były o wiele mniejsze kluczyki. Wreszcie obładowana całym naręczem wróciła do lady i z hukiem zwaliła wszystko na blat. Wampir wyjął z zielonej teczki listę uczestników i oboje z panią Olą zaczęli coś ustalać.

Robert z jakimś chłopakiem dla zabicia czasu zastanawiali się, do czego mają służyć kawały drewna przy kluczach. Temat okazał się na tyle zajmujący, że już po chwili do dyskusji przyłączyła się całkiem spora grupka obozowiczów. Koncepcje były przeróżne, od zupełnie nieciekawych w rodzaju „żeby było na czym napisać numerek” albo „żeby nie zgubić klucza”, po bardziej pomysłowe, takie jak „żeby było z czego rozpalić ognisko, gdyby zacięły się drzwi i wysiadło ogrzewanie”.

Rozochocony Robert błądził wzrokiem po holu w poszukiwaniu natchnienia dla nowych fantastycznych zastosowań. Zaczął od schodów i nieoświetlonego korytarza, a potem przeniósł się na zamknięte drzwi, tablicę informacyjną, stół pingpongowy, Wampira, kosz na śmie… Wampir wyglądał jakoś dziwnie! Stał zesztywniały przy ladzie recepcji i patrzył na panią Olę. W przedwieczornym świetle jego twarz straciła resztki kolorów, za to w oczach płonęło coś niebezpiecznego. Pani Ola też musiała to zauważyć, bo nerwowo skubała chusteczkę na szyi…

– Nie wiecie, po co są osinowe kołki? – wyrwał Roberta z zamyślenia ponury głos któregoś z gimnazjalistów.

Spojrzeli pytająco, a chłopak rozejrzał się ostrożnie i wyszeptał:

– Żebyście się mieli czym bronić w nocy, gdyby co!

Zapadła nieprzyjemna cisza, aż w końcu jedna z dziewczyn zapytała niepewnie:

– Gdyby… co?

– Nie no, Igor, nie strasz młodych! – wtrącił się chłopak zwany Burym. – Może w tym roku będzie spokojniej.

– O czym tak rozprawiacie? – niespodziewanie zapytał Wampir, podchodząc do dyskutantów z pękiem kluczy w jednej ręce i listą uczestników w drugiej.

– A nic, trenerze! – powiedział z niewinną miną Bury. – Tak sobie żartujemy z młodymi.

Robert spojrzał na twarze stojących najbliżej „młodych”. Żadna nie wyglądała na szczególnie rozbawioną. Własnej oczywiście nie widział, ale też nie spodziewał się na niej uśmiechu.

* * *

– Robert Paliński! – wyczytał Wampir i podniósł wzrok znad listy.

Robert wystąpił krok do przodu i nieśmiało przyznał się do bycia Robertem Palińskim.

– A to ty! Miło mi – powiedział Wampir. – Pokój numer sześć!

Robert wygrzebał z kupy bagaży swoją brązową torbę, podręczny plecaczek i pokrowiec z rakietą. Tak objuczony ruszył po schodach na pierwsze piętro, a potem w prawo długim korytarzem, aż do drzwi z numerem sześć. Przez chwilę zastanawiał się, której części ciała użyć do ich otwarcia. W końcu napiął muskuły, uniósł wyżej ciężką torbę i spuścił ją na klamkę. Pchnął drzwi do środka i śmiało przestąpił próg.

– Aaaa! – włączył się przeraźliwy dziewczyński pisk.

Jeszcze zanim się wyłączył, Robert był z powrotem na korytarzu.

– Puka się, jak się wchodzi! – usłyszał zdenerwowany głos zza drzwi. – Nie można się nawet przebrać spokojnie we własnym pokoju!

Chwilę później drzwi uchyliły się i wystawiła przez nie głowę ta Maryśka albo Małgośka od jajek na twardo.

– A, to ty! – powiedziała już trochę łagodniej. – Coś się stało?

– P-p-przepraszam – wyjąkał kompletnie zdezorientowany. – Trener powiedział, że mam iść do szóstki.

– No to trzeba było iść do szóstki – zdziwiła się.

– No to właśnie przyszedłem – Robert zdziwił się jeszcze bardziej.

Dziewczyna już chciała powiedzieć coś złośliwego na temat jego wzroku, kiedy nagle zauważyła szóstkę na drzwiach.

– Ale… – Teraz ona była wyraźnie zmieszana. – Jak wchodziłyśmy, była piątka!

Z dziurki od klucza w drzwiach naprzeciwko rozległ się głośny rechot i charakterystyczny odgłos tarzania się po sprężynowych łóżkach. Dziewczyna wyszła na korytarz i obejrzała drzwi do pokoju obok.

– Głupki! – stwierdziła i pokazała język chichoczącej dziurce od klucza.

Następnie odczepiła przypiętą pinezkami szóstkę z drzwi swojego pokoju i zamiast niej przybiła piątkę oderwaną z sąsiednich.

– Masz! – wręczyła Robertowi szóstkę i zniknęła za zamkniętymi drzwiami.

Dowcipnisie z przeciwka umierali ze śmiechu.

– Wszystko w porządku, Robert? – odezwał się miły kobiecy głos.

Robert odwrócił się i zobaczył panią Olę ciągnącą korytarzem ciężką walizkę na kółkach.

– Tak, tak – zapewnił z przekonaniem.

To było miłe, że pani Ola zapamiętała, jak ma na imię.

Młoda trenerka przechodząc, poklepała Roberta po plecach, a chwilę później dociągnęła walizę na sam koniec korytarza. Otworzyła kluczem ostatnie drzwi i zniknęła w pokoju. Robert wpadł na spóźniony pomysł, żeby jej pomóc z bagażem.

W szóstce wolne było już tylko łóżko położone najbliżej wejścia. Najlepsze miejsce, tuż pod oknem, zajął Kuba, który jako Arszewski zawsze był na początku listy i miał przez to łatwiejsze życie. Na łóżku przy przeciwległej ścianie rozłożył swoje bagaże grubawy, rudawy i rumiany piątoklasista o imieniu Adam, którego jednak już w autokarze zaczęto nazywać Pączkiem. Chłopak siedział na poduszce i nerwowo przeglądał swój podręczny plecaczek w nadziei, że zostało jeszcze coś z prowiantu na drogę. Czwarte łóżko, oddzielone od Pączkowego niską szafką z szufladami, zajmowała wielka sportowa torba adidasa, ale jej właściciela nie było w pokoju.

Robert zrzucił rzeczy na jedyne wolne posłanie, a sam zwalił się na rzeczy. Przez chwilę wahał się, czy nie zadzwonić do domu. W końcu doszedł do wniosku, że mama będzie pytać, jak porozkładał koszulki w szafce, a ponieważ jeszcze ich nie porozkładał, nie było sensu dzwonić. Skoro jednak już miał komórkę w ręce, uznał, że nie zawadzi trochę sobie pograć. Kiedy dożywał piątego życia, drzwi pokoju otworzyły się i wszedł właściciel torby adidasa, a także, jak się okazało, butów adidasa, skarpetek adidasa, spodenek adidasa i koszulki adidasa.

– Idziesz, Adidas? – dobiegł w ślad za nim głos z korytarza.

– Idę, idę! – odkrzyknął chłopak.

Wyciągnął coś z torby i wychodząc z pokoju, rzucił w stronę współlokatorów:

– Kolacja, młodzi! Wampir kazał zejść!

Pączek aż podskoczył z radości i wybiegł tuż za Adidasem. Robert z godnością ruszył jako trzeci, a Kuba, odkorkowując się, zawołał:

– O co chodzi?

Ponieważ w pokoju nie było już nikogo, kto mógłby odpowiedzieć, zakorkował się z powrotem i wyciągnął nogi na łóżku.

Kolacja była nawet dość smaczna, a poza tym przyniosła kolejną porcję ważnych informacji. Po pierwsze taką, że dziewczyna od jajek i zamienionych numerków była jednak Małgośką, a nie Maryśką. Po drugie, że Wampir mieszka pod dwójką, a pani Ola pod dziesiątką i w razie potrzeby tam należy ich szukać. Po trzecie wreszcie… że na obozie będzie po prostu super.

Tego wieczora jednak jeszcze nie było super. W pokoju Roberta wszyscy czterej koniecznie chcieli mieć przy poduszce klucz z osinowym kołkiem i trochę się z tego powodu pokłócili. Ostatecznie uzgodnili, że klucz będzie leżał pośrodku stolika, a stolik zostanie przesunięty na środek pokoju, tak żeby – GDYBY CO – każdy miał równie blisko.

Robert jeszcze długo leżał w ciemnościach i nie mógł zasnąć. Słyszał, jak w empetrójce Kuby wściekle wali perkusja. Adidas niespokojnie wiercił się na skrzypiących sprężynach, a z najdalszego kąta dochodziło coś, co mogło, ale nie musiało, być cichym chlipaniem. Robert nie był pewien, czy człowiek w ogóle może zasnąć bez całuska w czoło, ciepłej ręki na policzku i cichego „śpij, syneczku”. W końcu okazało się, że może, tylko że takie zasypianie jest po prostu o wiele smutniejsze.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?