Zwycięzca jest sam

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12:53

– Dzień dobry. Ładny poranek.

– Jaki ranek? – odpowiada jedna z dziewczyn. – Dawno minęło już południe.

Tak właśnie to sobie wyobrażała. Pięć dziewczyn bardzo do niej podobnych, przynajmniej fizycznie. Gruba warstwa makijażu, kuse spódniczki, głębokie dekolty. Każda zajęta swoją komórką, wysyła esemesy.

Nie rozmawiają ze sobą, bo i o czym tu rozmawiać? Wszystkie musiały pokonywać takie same trudności, bez słowa znosić podobne upokorzenia, podejmować takie same wyzwania. Wszystkie pragną bardzo mocno uwierzyć, że marzenia trwają wiecznie, a życie można odmienić w ciągu jednej minuty, tyle że nie nadszedł jeszcze właściwy moment i przeznaczenie poddaje próbie ich silną wolę.

Pewnie wszystkie kłóciły się z rodzicami, którzy wróżyli im przyszłość prostytutek.

Wszystkie grały już kiedyś na scenie, przeżyły agonię i ekstazę występów publicznych, kiedy wszystkie oczy były na nie zwrócone, kiedy czuły w powietrzu wibracje i na koniec słyszały oklaski. Wszystkie wyobrażały sobie setki razy, że pewnego dnia na widowni zasiądzie przedstawiciel Superklasy. Po spektaklu odwiedzi je w garderobie i poza serdecznymi gratulacjami złoży propozycję inną niż zaproszenie na kolację, czy prośba o numer telefonu.

Każda z nich przyjęła już kilka takich zaproszeń i wie, że to tylko droga do łóżka starszego, wpływowego pana – tak jak każdy „interesujący” mężczyzna, żonatego – któremu chodzi jedynie o zaliczenie kolejnego podboju.

Wszystkie miały narzeczonych mniej więcej w swoim wieku, jednak na pytanie o stan cywilny bez wahania odpowiadały: „Wolna jak ptak”. Wszystkie uważały, że trzymają stery życia w swoich rękach. Wszystkie po stokroć słyszały, że mają talent i chodzi tylko o okazję do jego zaprezentowania, a potem padały sakramentalne słowa: „Ja ci pomogę”. Czasem dawały się nabrać i na jedną noc odzyskiwały wiarę w siebie, ale kiedy następnego dnia dzwoniły pod podany numer, odzywała się gburowata sekretarka, która wcale nie miała zamiaru łączyć ich z szefem.

Wszystkie groziły, że sprzedadzą swoją historię tabloidom, że opowiedzą, jak zostały oszukane. Ale żadna się na to nie odważyła, bo, jak sobie tłumaczyły: „Nie warto palić za sobą wszystkich mostów”.

Jedna czy dwie mają może za sobą podobne doświadczenia, jak Gabriela z Alicją w Krainie Czarów, a teraz chcą dowieść rodzinie i dawnym kolegom, że jednak potrafią. Ich najbliżsi pewnie oglądali swoje córki w reklamach czy na plakatach rozwieszonych w całym mieście i po fazie kłótni i awantur teraz wierzą święcie, że ich pociechy są na najlepszej drodze do błyskotliwej kariery.

Wszystkie wierzyły, że ich marzenia się ziszczą, że ktoś wreszcie odkryje ich talent, aż pewnego dnia gorzka prawda stawała się oczywista: w tym biznesie jest tylko jedno magiczne słowo: kontakty.

Zaraz po przyjeździe do Cannes poroznosiły swoje portfolia po agencjach. Teraz co chwilę zerkają nerwowo na ekraniki swoich komórek. Przyjmują ile się da zaproszeń, podstępnie wślizgują się na imprezy zamknięte, no i marzą, że ktoś zabierze je na galowy bankiet, albo najlepiej poprowadzi po czerwonym dywanie schodami Pałacu Festiwalowego. To ostatnie marzenie jest najtrudniejsze do zrealizowania, tak nierealne, że starają się o tym nawet nie myśleć, żeby uniknąć rozczarowania, które naznaczy ich twarze goryczą. A przecież zawsze muszą pokazywać światu pogodną twarz, nawet wtedy, kiedy są nieszczęśliwe.

Kontakty.

Za cenę wielu niepowodzeń w końcu udaje im się zdobyć jeden czy drugi kontakt, który może zaowocuje czymś godnym uwagi. Dlatego okupują poczekalnię agencji. Zaprosił je producent z Nowej Zelandii. Nie pytały, co to za film. Wiedziały tylko, że muszą przyjść punktualnie, bo nikt, zwłaszcza w przemyśle filmowym, nie ma chwili do stracenia. Dużo czasu mają tylko te dziewczyny w poczekalni agencji filmowej, które przeglądają ilustrowane czasopisma, nerwowo ślą esemesa za esemesem, sprawdzają, czy nic ciekawego nie kroi się na wieczór, rozmawiają ze znajomymi, zawsze nadmieniając, że nie mogą dłużej rozmawiać, bo czekają na ważne spotkanie z producentem.

Gabriela jest czwarta w kolejce. Z wyrazu oczu pierwszych trzech kandydatek, które wyszły z castingu bez jednego słowa, próbowała coś wyczytać, ale bez skutku. W końcu wszystkie były aktorkami i potrafiły ukrywać emocje, radość i smutek. Stukając obcasami szły zdecydowanym krokiem w kierunku wyjścia i tylko na odchodne rzucały: „Powodzenia!”, takim tonem, jakby chciały powiedzieć: „Spokojnie. Nie macie nic do stracenia. Ta rola należy do mnie”.

Jedna ze ścian pokoju jest przysłonięta czarną tkaniną. Na podłodze walają się kable, stoją światła w metalicznie połyskującej obudowie z drutu i coś jak parasol z białego płótna. Do tego urządzenia nagłaśniające, monitory i jedna kamera wideo. Po kątach piętrzą się plastikowe butelki wody mineralnej, metalowe walizeczki, statywy, luźne kartki papieru i jeden komputer. Na oko trzydziestoparoletnia kobieta w okularach siedzi na podłodze, kartkując portfolio Gabrieli.

– Okropność – wzdycha, nie patrząc na nią. – Co za okropność!

Gabriela nie bardzo wie, co zrobić. Może powinna udać, że nie słyszy i pójść do techników, którzy o czymś żywo rozmawiają, paląc papierosa za papierosem. A może po prostu zostać tam, gdzie stoi.

– To jest ohydne! – zaperza się kobieta.

– To właśnie ja.

Nie potrafi się powstrzymać. Przebiegła pół Cannes, żeby zdążyć, czekała dwie godziny w korytarzu, jeszcze raz się łudziła, że niebawem jej życie się odmieni (choć nauczona przykrym doświadczeniem już nie puszcza jak dawniej wodzy fantazji). Nie potrzebuje następnego powodu do depresji.

– Wiem, wiem – odpowiada kobieta, nie odrywając oczu od zdjęć. – Pewnie kupę szmalu za nie zapłaciłaś? Są tacy, co zbijają majątek na przygotowywaniu portfolio, pisaniu życiorysów, organizowaniu warsztatów teatralnych. Mówiąc prosto z mostu, wykorzystując próżność takich, jak ty.

– Skoro jestem taka okropna, to po co mnie zaprosiliście?

– Bo potrzebujemy kogoś okropnego.

Gabriela wybucha śmiechem. Kobieta podnosi w końcu głowę i mierzy ją wzrokiem od stóp do głów.

– Poza tym podoba mi się twój styl. Nie cierpię wulgarności.

Marzenia ożywają. Serce wali mocniej.

Kobieta podaje jej kartkę papieru.

– Podejdź tam. Gaście papierosy! – woła do swojej ekipy. – Zamknijcie okno, nie chcemy spaprać ścieżki dźwiękowej.

Wskazane miejsce to przyklejona do podłogi na krzyż żółta taśma, optymalny punkt pod względem oświetlenia i kąta obiektywu kamery.

– Strasznie tu gorąco, jestem cała zlana potem. Czy mogę pójść do łazienki i poprawić makijaż?

– Możesz, jasne, że możesz. Ale jak wrócisz, może już być za późno na zdjęcia. Musimy oddać ten materiał przed wieczorem.

Wszystkie jej poprzedniczki na pewno zadały to samo pytanie i na pewno usłyszały tę samą odpowiedź. Lepiej nie tracić czasu. Wyjmuje z kieszeni chusteczkę i idąc na wyznaczone miejsce delikatnie ociera twarz.

Za kamerą staje operator, a Gabriela pośpiesznie przebiega wzrokiem tekst zajmujący pół kartki papieru.

– Ujęcie numer 25, Gabriela Sherry, Agencja Thompson.

„Dwadzieścia pięć?”, myśli Gabriela.

– Akcja! – rzuca kobieta w okularach.

Zapada cisza.

– „Nie, nie wierzę! Nikt nie popełnia zbrodni bez powodu”.

– Zacznij jeszcze raz. Mówisz do swojego chłopaka.

– „Nie, nie wierzę! Nikt nie popełnia takiej zbrodni bez powodu”.

– W tekście nie ma „takiej”. Uważasz, że scenarzysta, który ślęczał nad tym miesiącami, nie zastanawiał się, czy nie dodać „takiej”? Skoro tego słowa nie ma, to znaczy, że uznał je za zbędne, bezużyteczne, niepotrzebne.

Gabriela bierze głęboki oddech. Poza cierpliwością nie ma nic do stracenia. Zrobi, co uzna za stosowne, a potem pójdzie na plażę, albo wróci do łóżka, żeby odespać poprzednią noc. Musi odpocząć, jeżeli chce dobrze wyglądać na wieczornych koktajlach.

Ogarnia ją dziwny, przyjemny spokój. Czuje się nagle bezpieczna i kochana. Cieszy się, że żyje. Przecież nikt jej nie każe znosić z pokorą poniżania. Po raz pierwszy od wielu lat czuje, że wstępują w nią siły, z których istnienia nawet nie zdawała sobie sprawy.

– „Nie, nie mogę uwierzyć. Nikt nie popełnia zbrodni bez powodu”.

– Następne zdanie.

Kobieta w okularach nawet nie musiała tego mówić, bo Gabriela i tak powie cały tekst do końca.

– „Pójdziemy do lekarza. Potrzebujesz pomocy”.

– „Nie” – kobieta w okularach rzuca kwestię „narzeczonego”.

– „Dobrze. Nie pójdziemy do lekarza. A może spacer? Opowiesz mi, o co tu właściwie chodzi. Kocham cię. Jestem może jedyną osobą na świecie, której na tobie zależy”.

I na tym koniec. Tu tekst się urywa. Panuje cisza. Jakaś dziwna energia wypełniła studio.

– Powiedzcie tej ostatniej, że nie ma na co czekać – kobieta w okularach zwraca się do kogoś z ekipy.

Czy to znaczy, że się udało?

– Pójdź na marinę przy skrzyżowaniu Croisette z Allée des Palmiers. Punktualnie o 13:55 będzie czekała na ciebie łódź, która zabierze cię do pana Gibsona. Wysyłamy mu wideo, ale zawsze lubi osobiście poznać tych, z którymi ewentualnie ma pracować.

Na twarzy Gabrieli zakwita uśmiech.

– Powiedziałam „ewentualnie”. Jeszcze nic nie wiadomo.

Uśmiech nie znika z jej twarzy. Gibson!

13:19

Inspektor Savoy i lekarz medycyny sądowej stoją po obu stronach stołu obitego blachą z nierdzewnej stali. Na stole leży piękna dziewczyna około dwudziestoletnia, całkiem naga. I martwa.

 

– Jest pan pewien?

Lekarz podchodzi do stalowego zlewu, ściąga gumowe rękawiczki, wyrzuca je do pojemnika na śmieci i odkręca kran.

– Całkowicie pewien. Ani śladu narkotyków.

– Co się więc stało? Taka młoda dziewczyna i zawał?

W pomieszczeniu słychać jedynie plusk lejącej się wody.

„Zawsze mają jedną z dwóch odpowiedzi: narkotyki albo zawał”.

Lekarz sądowy długo myje ręce – odrobina suspensu nie zaszkodzi. Naciera ręce środkiem dezynfekującym, wrzuca do śmietnika wszystkie jednorazówki użyte podczas sekcji, wreszcie odwraca się w stronę detektywa.

– Niech się pan przyjrzy dokładnie, naprawdę dokładnie. Niech się pan nie krępuje, inspektorze. Zwracanie uwagi na szczegóły to część pańskiej pracy.

Savoy ogląda zwłoki, starając się niczego nie przeoczyć. Sięga ręką, żeby unieść jedno ramię.

– Proszę nie dotykać – upomina go lekarz.

Centymetr po centymetrze Savoy bada wzrokiem nagie ciało dziewczyny. Sporo się już o niej dowiedział: Olivia Martins, Portugalka z pochodzenia, dziewczyna młodego chłopaka bez zawodu, bywalca nocnych lokali. Mężczyzna jest teraz przesłuchiwany w jednym z komisariatów. Sędzia wydał nakaz przeszukania jego mieszkania. Znaleziono tam buteleczki THC (tetrahydrokanabinol, główny składnik psychoaktywny marihuany, ostatnio często mieszany z olejkiem sezamowym, co z jednej strony niweluje charakterystyczny zapach, a z drugiej wzmacnia działanie narkotyku i wywołuje efekt halucynogenny mocniejszy od klasycznego skręta). Odkryto też sześć saszetek zawierających po jednym gramie kokainy, a na prześcieradle plamy krwi, które teraz bada laboratorium. Mężczyzna jest najwyżej drobnym dilerem narkotyków, posiadającym kartotekę policyjną, bo odsiedział już dwa wyroki. Ale nie za przemoc fizyczną.

Olivia nawet po śmierci jest śliczna. Gęste brwi, dziewczęca świeżość, piersi... „Nie, tak nie wolno. Jestem przecież profesjonalistą”.

– Nic nie widzę – mówi.

Lekarz uśmiecha się pobłażliwie, czym doprowadza do szału Savoya. Wskazuje palcem na niemal niezauważalny zasiniony punkt pomiędzy lewym barkiem a szyją, a potem podobny ślad z prawej strony klatki piersiowej, pomiędzy dwoma żebrami.

– Zacznę od kilku szczegółów technicznych. Śmierć została spowodowana przez niedrożność żyły szyjnej i tętnicy szyjnej, przy jednoczesnym ucisku określonego splotu nerwowego. Przeprowadzono to z taką precyzją, że nastąpił całkowity paraliż górnej części ciała...

Savoy milczy. Lekarz sądowy zdaje sobie sprawę, że to nie pora na popisywanie się erudycją, czy strojenie żartów. Robi mu się żal samego siebie. Codziennie ma do czynienia ze śmiercią, ma do czynienia ze zwłokami i z ludźmi o smutnych twarzach. Jego dzieci nie opowiadają przyjaciołom, czym zajmuje się ich ojciec. Podczas spotkań towarzyskich nie ma o czym mówić, bo przecież nie będzie zabawiał znajomych makabrycznymi opowieściami z prosektorium. Coraz częściej zastanawia się, czy wybrał właściwy zawód.

– ...mówiąc krótko, została uduszona.

Savoy nadal milczy, ale jego mózg pracuje: jak można udusić kogoś w biały dzień w samym sercu miasta, na bulwarze Croisette? Jej rodzice zeznali, że dziewczyna wyszła rano z domu z towarem przeznaczonym na sprzedaż – oczywiście nielegalną, bo uliczni kramarze nie płacą podatków, mają więc zakaz handlu. Jakie to ma teraz znaczenie?

– Jest coś – ciągnie swój wywód lekarz – co zastanawia w tej sprawie. W przypadku normalnego uduszenia, ślady widoczne są po obu stronach karku. Napastnik otacza szyję ofiary obydwiema dłońmi, a ta bezskutecznie próbuje się uwolnić z uścisku. W naszym przypadku tylko jedna ręka, a dokładniej jeden palec zahamował dopływ krwi do mózgu, natomiast palec drugiej ręki uniemożliwił wszelki opór i doprowadził do całkowitego paraliżu. To wymaga znajomości pewnych technik walki i anatomii.

– A może została zamordowana gdzieś indziej, a ciało podrzucono na ławkę później?

– Gdyby tak było, ciało nosiłoby jeszcze inne ślady. Szukałem takich śladów, zakładając, że zamordował ją jeden sprawca. Niczego nie odkryłem. Nie znalazłem też śladów na przegubach i kostkach, świadczących o tym, że ktoś ją obezwładnił. Nie będę wchodził w szczegóły, ale w przypadku nagłej śmierci organizm reaguje w określony sposób. Choćby mocz i...

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Chodzi mi o to, że została zamordowana w miejscu, gdzie ją znaleziono. A sądząc po śladach palców, morderca działał w pojedynkę. Nikt nie zauważył, żeby próbowała uciekać, co sugeruje, że znała oprawcę. Domyślam się, że siedział po jej lewej stronie. Z pewnością przechodził odpowiednie szkolenie i znał różne sztuki walki.

Savoy dziękuje skinieniem głowy i szybko wychodzi. Po drodze telefonuje na komisariat, gdzie trwa przesłuchanie narzeczonego ofiary.

– To nie narkotyki – rzuca do słuchawki. – To morderstwo. Dowiedzcie się, czy zna sztuki walki. Zaraz przyjeżdżam.

– Nie! – słyszy w odpowiedzi. – Jedź prosto do szpitala. Mamy nowy problem.

13:28

Latająca nad plażą mewa zobaczyła mysz. Obniżyła lot i zapytała:

– Gdzie się podziały twoje skrzydła?

Każdy gatunek mówi we własnym języku. Mysz nie zrozumiała więc pytania, ale ze zdumieniem wpatrywała się w te dwie dziwne, wielkie rzeczy, wyrastające z ciała mewy.

„Z pewnością cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę”, zmartwiła się.

Mewa zauważyła, że mysz nie odrywa wzroku od jej skrzydeł i pomyślała: „Biedactwo. Jakiś potwór ją pewnie okaleczył, pozbawił słuchu, oberwał skrzydła”.

Poczuła litość dla myszy, chwyciła ją ostrożnie w dziób i wzbiła się w powietrze. „Niech sobie poogląda świat, pewnie stęskniła się za tym widokiem”, myślała zataczając kręgi w powietrzu. A potem ostrożnie posadziła mysz na ziemi.

Przez kilka następnych miesięcy mysz była najnieszczęśliwszą istotą pod słońcem: wzbiła się na wysokości, skąd podziwiała świat. Z czasem przyzwyczaiła się do mysiego losu i była gotowa przysiąc, że to cudowne zdarzenie było tylko pięknym snem.

Słyszała tę opowieść w dzieciństwie. A teraz sama szybowała nad ziemią: widziała turkusowe morze, luksusowe jachty, ludzi jak maleńkie mrówki, wielkie namioty na plaży, pobliskie wzgórza, a po lewej stronie horyzont, za którym – ze wszystkimi swoimi problemami – rozciągała się Afryka.

Szybko zbliżają się do ziemi. „Najlepiej oglądać ludzi z góry”, myśli. „Wtedy widać, jak niepozornymi jesteśmy istotami”.

Ewa wydaje się znudzona, a może zdenerwowana. Są razem od ponad dwóch lat, a Hamid nigdy nie wie, jakie myśli chodzą jej po głowie. Cannes jest dla obojga udręką, ale on nie może wyjechać przed zakończeniem festiwalu. Ewa powinna już do tego przywyknąć. Jej życie z pierwszym mężem nie różniło się wiele od obecnego: obowiązkowe bankiety, organizacja imprez, nowe kraje, kontynenty, języki.

„Czy zawsze tak się zachowywała, zastanawia się Hamid, czy może nie kocha mnie jak dawniej?”

Nawet nie chce o tym myśleć. Stara się skoncentrować na innych sprawach.

Ryk silnika uniemożliwia rozmowę. Mogą się porozumieć tylko za pomocą słuchawek z mikrofonem. Ewa nawet nie zdjęła swoich z uchwytu przy oparciu fotela. Zresztą nie ma sensu prosić, żeby je założyła, bo jedyne, co ma jej do powiedzenia po raz tysięczny, to to, że jest najważniejszą kobietą w jego życiu i że zrobi wszystko, żeby się dobrze bawiła przez cały tydzień, podczas jej pierwszego festiwalu. Ale teraz jej tego nie powie, pilot usłyszy w swoich słuchawkach każde jego słowo – a Ewa nie lubi publicznego okazywania uczuć.

Ich szklana bańka zaraz wyląduje. Widzi już ogromną, białą limuzynę, Maybacha, najdroższy i najbardziej luksusowy samochód na świecie. Lepszy i droższy niż Rolls Royce. Za chwilę przesiądą się do wozu, będą sączyć schłodzonego szampana i wodę mineralną przy relaksujących dźwiękach muzyki.

Spojrzał na swój platynowy zegarek, numerowaną replikę jednego z pierwszych modeli wyprodukowanych przez nieduży warsztat w mieście Schaffhausen. Kobiety mogą się obwieszać brylantami, ale dla eleganckiego mężczyzny jedyną dozwoloną biżuterią jest zegarek. Tylko prawdziwi koneserzy znają wartość takich zegarków, których prawie się nie reklamuje w kolorowych czasopismach.

Oto dewiza człowieka o wyszukanym smaku: znaleźć to, co najlepsze, a o czym inni nawet nie słyszeli, i produkować też to, co najlepsze, nawet jeśli inni mają na ten temat inne zdanie.

Dochodzi czternasta. Musi porozmawiać ze swoim maklerem, zanim otworzą nowojorską giełdę. Po przyjeździe na miejsce zatelefonuje – jeden jedyny raz – i przekaże instrukcje na bieżący dzień. Zarabianie w „kasynie”, jak nazywa fundusze inwestycyjne, nie było jego ulubionym zajęciem. Udawał jednak, że trzyma rękę na pulsie i wie, co wyczyniają jego fachowcy od obracania kapitałem. Mógł wprawdzie zawsze liczyć na opiekę i wsparcie szejka, ale musiał też udowodnić, że wie, co się wokół niego dzieje.

Może zresztą skończy się na dwóch rozmowach telefonicznych, ale bez żadnych konkretów ani instrukcji, co sprzedać, a co kupić. Musiał się skoncentrować na czymś innym: dziś wieczór przynajmniej dwie aktorki – jedna sławna, a druga nikomu nieznana – przedefilują po czerwonym dywanie w jego kreacjach. O wszystko oczywiście zadbają jego asystenci, ale woli sam dopilnować szczegółów i nie tracić kontaktu z tymi, którzy stanowią fundament jego imperium. Resztę czasu we Francji chce poświęcić Ewie: przedstawić jej interesujących ludzi, zabierać ją na spacery po plaży, zapraszać na obiady do małych restauracji za miastem, trzymając za rękę wędrować przez winnice, rozpościerające się po horyzont.

Kiedyś uważał, że potrafi kochać tylko swoją pracę, chociaż długiej listy jego miłosnych podbojów niejeden mógłby mu pozazdrościć. Odkąd poznał Ewę, stał się innym człowiekiem. Są już ze sobą dwa lata, a kocha ją mocniej i goręcej niż wcześniej. Zakochany.

On, Hamid Hussein, jeden z najsłynniejszych kreatorów mody, właściciel ogromnego międzynarodowego imperium sprzedającego luksus i przepych. Swego czasu walczył z każdym, pasował się z każdym przejawem dyskryminacji wobec Bliskiego Wschodu i jego religii. Wykorzystał starożytne mądrości swojego plemienia, żeby przeżyć, nauczyć się wszystkiego i wspiąć na szczyty. Wbrew powszechnej opinii, nie pochodził z bogatej rodziny potentatów naftowych. Jego ojciec handlował tekstyliami, a pewnego dnia, śmiało odmawiając wykonania rozkazu, zaskarbił sobie przychylność szejka.

Ilekroć gnębiły go wątpliwości, przypominał sobie historię ojca: miej odwagę powiedzieć władcy „nie”, nawet jeśli wiele wówczas ryzykujesz. Prawie zawsze się to sprawdzało, a jeśli nie, to i tak konsekwencje nie były tak poważne, jak się spodziewał.

Ojcu niestety nie było dane dożyć dnia triumfu syna. Kiedy szejk zaczął wykupywać wszystkie okoliczne tereny pustynne, żeby wybudować na nich najnowocześniejsze miasto na świecie, ojciec zdobył się na odwagę i odpowiedział emisariuszom monarchy:

„Nie sprzedam. Moja rodzina żyje na tym skrawku pustyni od wieków. Tu spoczywają nasi przodkowie. Tutaj nauczyliśmy się, jak przeżyć burze i najazdy wroga. Nie sprzedam ziemi, którą Bóg powierzył mojej pieczy”.

Emisariusze podnieśli ofertę, ale nie zmienił decyzji. Wrócili wściekli do stolicy, obiecując, że ostatecznie dopną swego. Szejk zaczynał się niecierpliwić. Miał wielkie plany i nie chciał dłużej zwlekać. Ceny ropy naftowej szły w górę na światowych rynkach. Należało wykorzystać dobrą passę, zanim wyczerpią się zapasy cennego surowca i zostaną przekreślone szanse na stworzenie infrastruktury, która przyciągnie zagranicznych inwestorów.

Stary Hussein odrzucał jednak coraz hojniejsze propozycje, aż pewnego dnia szejk odwiedził krnąbrnego poddanego.

– Dam ci wszystko, czego zapragniesz – rzekł.

– Zapewnij zatem wykształcenie mojemu synowi. Skończył szesnaście lat, a tu nie ma dla niego żadnych perspektyw.

– Pod warunkiem, że sprzedasz mi swój dom.

Zapanowało milczenie, a po chwili, patrząc szejkowi prosto w oczy, ojciec powiedział coś, czego władca nie spodziewał się usłyszeć.

– Panie, na tobie spoczywa obowiązek zadbania o wykształcenie twoich poddanych. A mnie nie wolno przehandlowywać przeszłości mojej rodziny w zamian za przyszłość.

Hamid pamięta ogromny smutek w oczach ojca, kiedy na koniec dodał:

– Ale jeśli dasz mojemu synowi chociaż jedną szansę, panie, przyjmę twoją ofertę.

Szejk wyszedł bez słowa. Następnego dnia wezwał na rozmowę syna kupca. W drodze do pałacu przy starym porcie Hamid mijał zamknięte dla ruchu uliczki, olbrzymie stalowe dźwigi, robotników przy pracy, ciężkie maszyny burzące stare dzielnice stolicy.

 

Władca z miejsca przeszedł do sedna sprawy:

– Wiesz, że zależy mi na kupnie ziemi twojego ojca. Nasze złoża naftowe są na wyczerpaniu. Zanim wyschną szyby, musimy znaleźć inny sposób na niezależność ekonomiczną. Pokażemy światu, że możemy dać mu nie tylko ropę, ale i inne dobra. Dla osiągnięcia tego celu należy podjąć pewne kroki, jak choćby budowa nowoczesnego lotniska. Potrzebujemy terenów, na których obcokrajowcy wzniosą siedziby swoich przedsiębiorstw. Moje plany są szczytne, a intencje czyste. Chcemy też kształcić naszych obywateli, przede wszystkim ekonomistów. Słyszałeś moją rozmowę z twoim ojcem...

Hamid nie okazywał lęku, a rozmowie przysłuchiwało się z dziesięć osób, był gotów na każde pytanie.

– ...czym więc chciałbyś się zajmować?

– Pragnę studiować haute couture.

Obecni wymienili spojrzenia. Pewnie nie wiedzieli, co znaczy francuskie haute couture.

– To jest... ekskluzywne krawiectwo – wyjaśnił. – Większość tkanin mój ojciec sprzedaje obcokrajowcom, którzy szyją z nich wykwintne toalety i zarabiają na nich sto razy więcej niż mój ojciec. Wierzę, że możemy robić to samo na miejscu. Jestem pewien, że w ten sposób przyczynimy się do obalenia mitów, jakie wciąż krążą po świecie na nasz temat. Jeżeli ludzie Zachodu zobaczą, jak się ubieramy, łatwiej im przyjdzie zaakceptować nasze obyczaje.

Po sali audiencyjnej rozszedł się pomruk dezaprobaty. On mówi o odzieży? To jawna manifestacja zachodniego stylu myślenia, przywiązująca większą wagę do wyglądu zewnętrznego niż do duchowości.

– Z drugiej strony cena, jaką ma zapłacić mój ojciec, jest zbyt wysoka. Wolę, żeby nie sprzedawał domu i ziemi. Wezmę się do pracy, wykorzystam tkaniny, którymi handluje i, jeżeli taka jest wola Miłosiernego Boga, spełnię swoje marzenie. Podobnie jak Wasza Wysokość wiem, dokąd zmierzam.

Dworzanie oniemieli z wrażenia. Jak śmie ten młodzieniec sprzeciwiać się woli władcy i własnego rodzica? Szejk tylko uśmiechnął się.

– Gdzie studiuje się haute couture?

– We Francji i we Włoszech, terminuje się u wielkich mistrzów. Są też uczelnie krawieckie, ale nic nie zastąpi doświadczenia. Nie będzie łatwo, ale z wolą Miłosiernego Boga powiedzie mi się.

Szejk poprosił młodzieńca, by powrócił do pałacu wieczorem. Hamid zszedł do portu, poszedł na bazar, gdzie oczarowały go kolory, tkaniny i hafty. Lubił chodzić po bazarach i poczuł smutek na myśl o tym, że razem z targowiskiem zniknie część przeszłości i wiekowej tradycji. Czy można zatrzymać postęp? Czy to rozsądne hamować przemiany? Przypomniał sobie nieprzespane noce, kiedy przy świetle świecy rysował stroje Beduinów, żeby przetrwał jakiś ślad dawnej kultury, którą zniszczą dźwigi i buldożery.

O wyznaczonej porze powrócił do pałacu. W sali audiencyjnej zgromadziło się wokół władcy jeszcze więcej ludzi.

– Podjąłem dwie decyzje – rozpoczął szejk. – Po pierwsze, przez rok będę ci wypłacał pensję. Jest wielu chętnych do studiowania finansów, dotąd nie zgłosił się nikt, kto by chciał kształcić się w krawiectwie. Twój pomysł wydaje się szalony – lecz prawdę mówiąc tak też oceniane są moje zamiary, a przecież już teraz nabierają realnych kształtów. Nie mogę zaprzeczać samemu sobie. Z drugiej strony ani ja, ani żaden z moich doradców nie mamy kontaktów wśród ludzi, o których wspomniałeś. Będę ci więc wypłacał miesięczną pensję, żebyś nie musiał żebrać na ulicy. Wierzę jednak, że wrócisz do ojczyzny jako zwycięzca. Będziesz reprezentował nas wszystkich za granicą i masz działać tak, żeby nie przynieść nam wstydu. Zanim wyjedziesz, naucz się języków obcych. Jakimi językami mówią tam, dokąd się udajesz?

– Angielski, francuski, włoski. Jestem wdzięczny za twą hojność, panie, a co z moim ojcem...

Gestem dłoni szejk nakazał mu milczenie.

– Oto moje drugie postanowienie. Dom twojego ojca zostanie na swoim miejscu. Wkrótce otoczą go drapacze chmur i słońce przestanie docierać do jego wnętrza. Wtedy twój ojciec wyprowadzi się z własnej woli. Sam dom jednak pozostanie na zawsze. Za wiele lat ludzie o mnie powiedzą: „Był wielkim człowiekiem, ponieważ zmienił swój kraj. Był też sprawiedliwy, bo uszanował prawa pewnego handlarza tkanin”.

Helikopter ląduje na końcu mola. Czas wrócić do teraźniejszości. Hamid wysiada pierwszy, podaje rękę Ewie. Dotyka jej skóry i z dumą spogląda na żonę, blondynkę w śnieżnobiałym stroju z eleganckim beżowym kapeluszem w ręku. Przechodzą obok zakotwiczonych jachtów w stronę samochodu, gdzie przy otwartych drzwiach czeka już wyprostowany kierowca.

Trzyma dłoń żony i szepcze jej do ucha:

– Mam nadzieję, że obiad ci smakował. To znani kolekcjonerzy sztuki. Ładnie z ich strony, że załatwili ten helikopter do dyspozycji zaproszonych gości, bardzo dobrze o nich świadczy.

– Doskonale się bawiłam – mówi Ewa.

Choć bliższe prawdy byłoby: „Okropnie. Poza tym boję się. Dostałam esemesa i wiem, kto go wysłał, chociaż numer się nie wyświetla”.

Wsiadają do ogromnej limuzyny dla dwojga. Temperatura w klimatyzowanym wnętrzu jest w sam raz, z głośników płynie muzyka, jaką lubią, z zewnątrz nie przenika żaden dźwięk. Hamid siada wygodnie na obitym skórą siedzeniu, sięga do barku, proponuje Ewie kieliszek szampana. Ewa odmawia, woli wodę mineralną.

– Kiedy wczoraj wychodziliśmy na kolację, zauważyłem w hotelu twojego byłego męża.

– Niemożliwe. Nie prowadzi żadnych interesów w Cannes.

A powinna powiedzieć: „Masz chyba rację. Właśnie dostałam do niego esemesa. Jedźmy natychmiast na lotnisko i uciekajmy stąd”.

– Jestem pewien, że to był on.

Hamid widzi, że żona nie ma ochoty na rozmowę. Jak nakazuje dobre wychowanie, szanuje jej prywatność. Zaczyna myśleć o czymś innym.

Ale najpierw przeprasza i dzwoni do swojego agenta w Nowym Jorku. Wysłuchuje cierpliwie dwóch lub trzech zdań, po czym grzecznie przerywa wywód o tendencjach na rynkach finansowych. Rozmowa nie trwała dłużej niż dwie minuty.

I jeszcze jedna rozmowa – z reżyserem, którego wybrał do swojego pierwszego filmu. Reżyser jest w drodze na jacht, gdzie ma się spotkać z Gwiazdorem. Potwierdza, że młoda aktorka też już wybrana i ma później do nich dołączyć.

Zwraca się znowu do Ewy, ale ta najwyraźniej nie chce rozmawiać. Patrzy przez okno pustym wzrokiem. Może się martwi, że nie zdąży się przebrać. Czeka ją szybka zmiana sukienki i wyjazd na mało ważny pokaz mody pewnej belgijskiej projektantki. Bardzo zależy mu na obejrzeniu nowej afrykańskiej modelki, Jasmine. Jak zapewniali go jego współpracownicy, dziewczyna idealnie nadaje się do zaprezentowania jego przyszłej kolekcji.

Ciekawi go, jak dziewczyna znosi presję imprezy organizowanej w Cannes. Jeżeli wszystko ułoży się pomyślnie, w październiku Jasmine zostanie jedną z jego głównych twarzy podczas Tygodnia Mody w Paryżu.

Ewa wygląda przez szyby samochodu bez specjalnego zainteresowania. Dobrze zna siedzącego obok, nienagannie ubranego mężczyznę o nieskazitelnych manierach, łagodnego, kreatywnego i walecznego. Wie, że jej pragnie, jak żaden inny mężczyzna nie pragnął kobiety, oczywiście poza tym, od którego odeszła. Może mu zaufać, chociaż otaczają go najpiękniejsze kobiety świata. Jest uczciwy, pracowity, śmiały. Pokonał wiele przeszkód, żeby się znaleźć tu – w limuzynie z kierowcą – żeby móc zaproponować jej kieliszek szampana albo szklankę jej ulubionej wody mineralnej. Mężczyzna silny i mądry, zdolny obronić ją przed każdym niebezpieczeństwem. Z wyjątkiem jednego. Jej byłego męża.

Nie sprawdza ponownie wiadomości, żeby nie budzić podejrzeń. Zresztą zna ją na pamięć:

– „Dla ciebie zgładziłem jeden świat, Katiusza”.

Nie rozumie, co znaczą te słowa. Ale nikt inny nie nazywa jej tym imieniem.

Nauczyła się kochać Hamida, chociaż szczerze nienawidziła trybu życia, jaki musi prowadzić przy jego boku, przyjęć, na które chodzą i jego przyjaciół. Nie jest do końca przekonana, czy go kocha – czasami tak ją to gnębi, że chodzą jej po głowie myśli samobójcze. Ale pamięta, że był jej wybawicielem w momencie, kiedy uważała, że wszystko się dla niej skończyło – kiedy nie potrafiła sama wydostać się z pułapki małżeństwa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?