Zwycięzca jest sam

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12:44

To się nazywa szczęście!

Wszystkiego się spodziewała, ale nie tego, że spotka mężczyznę, który – była o tym przekonana – odmieni jej życie. Tymczasem jest tu, jak zwykle byle jak ubrany, siedzi przy stoliku z dwoma przyjaciółmi. Ci naprawdę wielcy nie muszą nikomu niczego udowadniać. Nie potrzebują nawet ochroniarzy. Zdaniem Maureen, ludzie w Cannes dzielą się na dwie kategorie:

a) opaleni – całe dnie wystawiają twarze do słońca (należą już do wybrańców) i mają dostęp do wszystkich zamkniętych stref miasta. Po powrocie do hotelu zastają górę zaproszeń, których większość ląduje w koszu na śmieci.

b) bladzi – biegają od jednej obskurnej agencji do drugiej i czekają w długich kolejkach na próby i castingi, a potem oglądają doskonałe filmy, których nikt nie zauważa w zalewie szmiry, albo koszmarne produkcje, które mają szanse na „miejsce pod słońcem” (wśród opalonych), bo ich twórcy znają kogo trzeba.

Javits Wild ma oczywiście godną pozazdroszczenia opaleniznę.

Festiwal, który na dwanaście dni bierze w posiadanie to niewielkie miasto na południu Francji, podbija maksymalnie ceny, uniemożliwia mieszkańcom swobodne poruszanie się ulicami, wypełnia lotnisko prywatnymi odrzutowcami, a plaże modelkami. Festiwal to nie tylko oblegany przez fotoreporterów czerwony dywan, po którym gwiazdy filmowe defilują do głównego wejścia Pałacu Festiwalowego. Cannes nie jest pokazem mody. Jest festiwalem filmowym.

Luksus i przepych stanowią najbardziej widowiskową część imprezy, ale liczy się przede wszystkim to, czego telewizje nie pokazują: kupujący i sprzedający z całego świata negocjują sprzedaż gotowych produktów, prowadzą rozmowy o inwestycjach i niezrealizowanych jeszcze pomysłach. W zwykłym dniu festiwalowym, w całym mieście odbywa się około 400 projekcji filmowych, większość z nich w wynajętych na okres festiwalu lokalach. W małych, dusznych pomieszczeniach widzowie siedzą na podłodze i na łóżkach, skarżąc się na upał, żądając obsługi godnej pięciogwiazdkowego hotelu. Organizatorzy takich seansów uśmiechają się z przymusem, z trudem trzymając nerwy na wodzy, bo na wszystko muszą się zgadzać, spełniać każdą zachciankę. Znoszą wiele dla szansy pokazania czegoś, nad czym pracowali prawdopodobnie kilka lat.

W czasie, kiedy 4800 nowych filmów walczy zacięcie o opuszczenie pokoi hotelowych i o projekcję w prawdziwym kinie, fabryki snów zmierzają w przeciwnym kierunku: pojawiają się nowe technologie, ludzie niechętnie wychodzą z domu, bo się boją, bo zbyt ciężko pracują, bo mają kablówkę, która za grosze oferuje około 500 filmów dziennie.

Najgorsze jest to, że dzięki Internetowi każdy może być twórcą filmowym. Rozmaite portale wyspecjalizowały się w pokazywaniu pierwszych kroków dziecka, egzekucji przez ścięcie lub kobiet, które wystawiają swoje ciała na pokaz, bo je rajcuje świadomość, że z drugiej strony ekranu komuś uprzyjemnią chwile samotności. Mamy też portale karmiące nas scenami ludzi umierających z zimna na dworcach, sceny katastrof naturalnych i wypadków drogowych, klipy sportowe, pokazy mody, filmy z ukrytych kamer, których celem jest ośmieszenie Bogu ducha winnych przechodniów.

Oczywiście ludzie wychodzą z domu. Ale wolą wydawać pieniądze w restauracjach i sklepach z markową odzieżą. Bo wszystko inne mają w domu na ekranach telewizorów i monitorów o wysokiej rozdzielczości.

Odeszła już epoka, kiedy to każdy znał na pamięć nazwiska wielkich laureatów Złotej Palmy. Dzisiaj na pytanie, kto wygrał rok wcześniej, nawet ci, którzy tam byli, nie są w stanie odpowiedzieć. „Chyba jakiś Rumun”, mówi jeden. „Nie jestem pewien, raczej Niemiec”, podpowiada inny. Później cichcem sprawdzą w katalogach i odkryją, że to był Włoch, a jego filmy pokazywane są jedynie w klubach dyskusyjnych.

Po okresie twardej walki z wypożyczalniami kaset wideo kina przeżywały krótki okres prosperity, ale teraz znowu chylą się ku upadkowi. Tym razem ich przeciwnikami są Internet, producenci pirackich kopii i stare filmy na płytach DVD, dołączane za darmo do czasopism. W tej sytuacji dystrybucja staje się bezlitosną walką o przeżycie. Duże studio filmowe, które zainwestowało duże pieniądze w jakiś obraz, ucieka się do wszelkich sposobów, żeby film był pokazywany w możliwie największej ilości kin na całym świecie w tym samym czasie. Tym samym filmy, realizowane przez nowe alternatywne studia, wypychane są z rynku.

Śmiałkowie, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi podejmują ryzyko, odkrywają (zwykle zbyt późno), że sam produkt wysokiej jakości nie wystarczy do osiągnięcia sukcesu. Dystrybucja w wielkich metropoliach kosztuje bajońskie sumy, nie mówiąc o promocji, pełnostronicowych reklamach w prasie, premierowych galach, specjalistach od marketingu, gadżetach reklamowych, coraz droższych ekipach współpracowników, profesjonalnym sprzęcie. Najtrudniej jednak znaleźć kogoś, kto sprzeda gotowy już wyrób.

A mimo to każdego roku powtarza się to samo: chodzenie od drzwi do drzwi, żeby po wielu trudach umówić się się wreszcie na spotkanie z przedstawicielem Superklasy, którego interesuje wszystko, prócz repertuaru kin. Negocjacje ze stacjami telewizyjnymi gotowymi zapłacić jedynie ułamek uczciwej ceny za zaszczyt, jaki spotyka reżysera, jeśli jego film zostanie wyemitowany. Wysłuchiwanie żądań wprowadzenia zmian w imię szacunku dla wartości rodzinnych, przemontowania gotowego filmu, obietnic (rzadko dotrzymywanych), że po całkowitej zmianie scenariusza już w następnym roku na reżysera będzie czekał gotowy kontrakt.

Nieszczęsny reżyser słucha i akceptuje, bo nie ma wyjścia. Superklasa rządzi światem. Ze słodkim uśmiechem delikatnie przedstawia swoje argumenty, ale jej decyzje są zawsze ostateczne. Oni się na tym znają. Przyjmują lub odrzucają. Mają pełnię władzy. A władza z nikim nie negocjuje, jedynie z samą sobą. Nie wszystko jednak stracone. W realnym świecie, jak w filmie, również istnieją bohaterowie.

Maureen ma przed sobą jednego z takich bohaterów! Wreszcie nadszedł długo oczekiwany moment. Po trzech latach pracy, marzeń, telefonów, wyjazdów do Los Angeles, prezentów, próśb do przyjaciół z jej Banku Przysług i wstawiennictwa ze strony byłego chłopaka, kolegi ze szkoły filmowej, który uznał, że zamiast tracić głowę i pieniądze, bezpieczniej jest podjąć pracę w tygodniku poświęconym filmowi.

„Pomówię z nim, powiedział eks kochanek. Tyle, że Javits nikogo nie potrzebuje, nawet dziennikarzy, którzy by go lansowali lub mu szkodzili. Jest ponad to. Kiedyś dociekaliśmy, jak to się dzieje, że właściciele kin jedzą mu z ręki, ale jego współpracownicy odmówili komentarza. Pomówię z nim, ale niczego nie gwarantuję”.

Porozmawiał z Javitsem, nakłonił go do obejrzenia Tajemnic lochu, a następnego dnia telefonicznie zaproponował Maureen spotkanie w Cannes.

Nie odważyła się nawet wspomnieć, że mieszka dziesięć minut drogi taksówką od jego biura. Kupiła bilet lotniczy do Paryża, stamtąd pociągiem jechała cały dzień do Cannes. Pokazała voucher nieuprzejmemu recepcjoniście hotelu piątej kategorii i zainstalowała się w pojedynczym pokoju, tak małym, że w drodze do toalety potykała się o własne walizki. Również dzięki byłemu chłopakowi zdobyła kilka zaproszeń na mało ważne imprezy, takie jak promocja nowej wódki czy pokaz pewnej nowej linii t shirtów. Na zdobycie zaproszenia do Pałacu Festiwalowego było już o wiele za późno.

Dużo na to wszystko wydała, przez ponad dwadzieścia godzin bez przerwy była w drodze, ale trudy się opłaciły.

Czuje, że wyjedzie z podpisanym kontraktem i czeka ją wspaniała przyszłość. Że przemysł filmowy przeżywa kryzys? Cóż z tego? Czyż filmy – chociaż jest ich mniej – ciągle nie robią sukcesów kasowych? Miasta są oblepione plakatami nowych filmów. O czym piszą tabloidy? O gwiazdach filmowych! Maureen wie, a może tylko wierzy, że stale powracające przepowiednie o śmierci kina jak dotąd się nie sprawdziły. „Kino się skończyło”, kiedy pojawiła się telewizja. „Kino się skończyło”, kiedy powstawały wypożyczalnie wideo. „Kino się skończyło”, kiedy Internet umożliwił piracką dystrybucję. A mimo wszystko kino wciąż żyje – i to ma się dobrze, sądząc po ulicach tego śródziemnomorskiego miasta, które sławę zawdzięcza festiwalowi.

Teraz trzeba tylko wykorzystać mannę, która spada prosto z nieba do jej rąk.

Godzić się na wszystko. Javits Wild jest na festiwalu. Javits widział już jej film. A temat filmu – wykorzystywanie seksualne – po serii szeroko opisywanych w prasie spraw jest niewątpliwie na czasie. Nadeszła odpowiednia chwila, żeby Tajemnice lochu pokazać publiczności kin, kontrolowanych przez Javitsa.

Javits Wild, buntownik z wyboru, człowiek, który zrewolucjonizował rozpowszechnianie filmów dla szerokiej publiczności. Tylko aktor Robert Redford próbował mu dorównać, tworząc Sundance Film Festival, forum niezależnych twórców filmowych, ale mimo długoletnich wysiłków nie udało mu się przełamać monopolu, który obraca setkami milionów dolarów w Stanach, Europie i Indiach. Javits Wild zwyciężył.

Javits Wild, zbawca kinematografii, człowiek legenda, sympatyk mniejszości, przyjaciel artystów, nowoczesny mecenas, miał jakiś sprytny sposób (nie wiedziała jaki, ale wiedziała, że skuteczny), żeby trafić do kin na całym świecie.

Javits Wild zaprosił ją na dziesięciominutową rozmowę. A to oznaczało jedno: podoba mu się jej film, a reszta jest tylko kwestią dogadania kilku szczegółów.

„Zgodzę się na wszystko – powtarza. – Absolutnie na wszystko”.

Oczywiście w dziesięć minut Maureen nie opowie mu o całych ośmiu latach (jednej czwartej jej życia) pracy nad filmem. Nie ma sensu wspominać o dyplomie szkoły filmowej, kilku reklamach, dwóch filmach krótkometrażowych, dobrze przyjętych w kinach studyjnych i w nowojorskich klubach alternatywnych. Nie warto też mówić o tym, że obciążyła hipoteką otrzymany w spadku po rodzicach dom, żeby na realizację filmu zdobyć kredyt w wysokości miliona dolarów, ani że to była jej jedyna szansa, bo innego domu nie miała.

 

Po wielu próbach jej koleżanki i koledzy ze studiów zapominali o dawnych ideałach i zajęli się reklamą lub podejmowali pracę w mało znanych firmach produkujących seriale telewizyjne. Maureen, po dobrym przyjęciu, z jakim spotkały się jej krótkometrażówki, marzyło się coś więcej i nic nie było w stanie jej zatrzymać.

Żywiła głębokie przekonanie, że miała misję do spełnienia: odmienić świat, żeby lepiej się w nim żyło przyszłym pokoleniom; połączyć wysiłki wszystkich ludzi myślących podobnie; dowieść, że sztuka jest nie tylko rozrywką; obnażyć nędzę duchową i fałsz przywódców politycznych; ratować głodujące dzieci w Afryce; chronić środowisko naturalne; walczyć z niesprawiedliwością społeczną.

Zamysł ambitny, ale była pewna, że dzięki uporowi możliwy do urzeczywistnienia. Żeby osiągnąć upragniony cel, musiała najpierw oczyścić duszę. Z pomocą miały jej przyjść cztery siły, które zawsze nią kierowały: miłość, śmierć, władza i czas. Musimy kochać, ponieważ Bóg nas kocha. Musimy być świadomi śmierci, żeby cieszyć się życiem. Musimy walczyć, żeby zwyciężyć – nie ulegając jednak żądzy władzy, bo władza dla samej władzy jest niewiele warta. Wreszcie musimy zrozumieć, że nasza nieśmiertelna dusza tkwi uwięziona w pajęczynie czasu, ze wszystkimi jej możliwościami i ograniczeniami.

Nawet uwięziona w pajęczynie czasu, Maureen mogła robić to, co lubi i co ją interesuje. Za pomocą sztuki filmowej była zdolna zostawić swoje przesłanie światu, który zdawał się rozpadać na jej oczach, była w stanie zmienić rzeczywistość i ludzi.

Kiedy zmarł jej ojciec, który całe życie skarżył się, że nigdy nie robił tego, o czym marzył, zrozumiała coś niezwykle ważnego: zmiany zachodzą właśnie w momentach kryzysu.

Nie chciała skończyć jak on, nie chciała powiedzieć własnej córce: „Kiedyś czegoś pragnęłam i nawet byłam w stanie to osiągnąć. Ale się przestraszyłam ”. Kiedy dostała spadek, wiedziała, że to znak: miała spełnić swoją misję.

Przyjęła wyzwanie. W przeciwieństwie do innych nastolatek, które marzą o karierze aktorskiej, jej marzyło się opowiadanie historii, które zachwycą, zabawią i rozbudzą marzenia przyszłych pokoleń. Tak jak Obywatel Kane. Ten pierwszy film mało znanego aktora, dziennikarza radiowego, który demaskował słynnego amerykańskiego magnata prasowego, wszedł do klasyki kina nie tylko za sprawą tematyki, ale też ze względu na twórcze podejście do ówczesnych problemów etycznych i innowacyjne rozwiązania techniczne. Wystarczył jeden film, żeby stać się nieśmiertelnym.

„Jego pierwszy film”.

A więc można trafić za pierwszym razem. Nawet jeżeli reżyser, Orson Welles, nigdy już nie powtórzył tego sukcesu. Nawet jeżeli zniknął ze sceny (to się zdarza) i obecnie pozostaje jedynie tematem wykładów na wydziałach filmowych. Z pewnością prędzej czy później ktoś znowu odkryje jego geniusz. Pozostawił potomnym nie tylko Obywatela Kane. Udowodnił przecież, że wystarczy jeden krok we właściwym kierunku, i możesz liczyć na zaproszenia. Obiecała sobie: nigdy nie zapomnieć o trudnościach, przez które przeszła, i dokładać wszelkich starań, żeby człowiek mógł odzyskać swoją godność.

A skoro można zrobić tylko jeden pierwszy film, skoncentrowała wszystkie wysiłki, modlitwy i emocje na jednym projekcie. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół, pełnych najrozmaitszych pomysłów, a w rezultacie pracujących nad kilkoma projektami jednocześnie, z których żaden nie kończył się sukcesem, Maureen duszą i ciałem poświeciła się Tajemnicom lochu, opowieści o pięciu zakonnicach, które przyjmują pod swój dach maniaka seksualnego. Zamiast go nawrócić, akceptują reguły jego wynaturzonego świata i oddają mu się, żeby dzięki miłości pojął chwałę Bożą.

Maureen miała prosty plan. Hollywoodzkie artystki, nawet te najsławniejsze, znikają z afiszy po ukończeniu 35 lat. Nadal piszą o nich kolorowe czasopisma, nadal gwiazdy pokazują się na aukcjach charytatywnych i wielkich bankietach, popierają różne kampanie humanitarne, a kiedy wreszcie zdadzą sobie sprawę, że świat o nich zapomniał, wdają się w romanse, rozwodzą się lub wywołują skandale – wszystko dla jeszcze kilku miesięcy, tygodni lub dni chwały. W tym okresie między bezrobociem a totalnym zapomnieniem pieniądze nie mają dla nich żadnego znaczenia: zgodziłyby się na każdą rolę, byle tylko znów znaleźć się na ekranie.

Maureen skontaktowała się z aktorkami, które niespełna dziesięć lat wcześniej znajdowały się u szczytu, a teraz ziemia zaczynała im się usuwać spod nóg i zrobiłyby wszystko, żeby znowu zabłysnąć. Napisała wspaniały scenariusz. Posyłała go wielu znanym agentom, którzy zażądali tak absurdalnych honorariów, że machnęła na nich ręką. Następnie przeprowadziła indywidualne rozmowy z każdą z niegdysiejszych gwiazd pierwszej wielkości. Wszystkie przyjęły jej propozycję pod warunkiem, że nikt się nie dowie, że pracują za pół darmo.

W przemyśle filmowym pokora nie popłaca. Czasem w jej snach pojawiał się Orson Welles: „Sięgaj po niemożliwe. Nie zaczynaj od najniższej półki, bo tam się teraz znajdujesz. Pnij się w górę jak najszybciej, zanim ktoś cię nie zrzuci z drabiny. Boisz się? Módl się, ale przyj do przodu!”. Miała do dyspozycji doskonały scenariusz i świetną obsadę. Wiedziała, że musi stworzyć coś, co zyska aprobatę wielkich studiów i potężnych dystrybutorów, ale nie kosztem jakości. Sztuka i oczekiwania rynku nie muszą się wzajemnie wykluczać. Przeciwnie – powinny iść ręka w rękę. A co do reszty? Na tę resztę składali się: krytycy filmowi i adepci masturbacji intelektualnej, ubóstwiający filmy, których nikt nigdy nie rozumie; maleńkie kina studyjne odwiedzane przez tę samą garstkę widzów, którzy po seansie przesiadują w barze do świtu, paląc papierosa za papierosem i rozpamiętując jedną jedyną scenę (którą zresztą pojęli zupełnie opacznie w stosunku do zamysłu reżysera); reżyserzy, wygłaszający prelekcje i tłumaczący to, co powinno być dla publiczności oczywiste; zebrania związków zawodowych, domagających się wsparcia przez państwo rodzimej produkcji filmowej; rozmaite manifesty publikowane w periodykach dla jajogłowych, przygotowywane na niekończących się naradach, na których ostro piętnuje się rząd za brak zainteresowania kondycją sztuki; listy do redakcji poważnych pism, których czytelnikami są niemal wyłącznie autorzy i ich rodziny.

Kto zmienia świat? Superklasa. Czyli ci, którzy nim kręcą. Którzy kształtują zachowania, emocje i umysły rzeszy ludzi na tej planecie.

Dlatego potrzebuje Javitsa. Oscara. Cannes.

A ponieważ nie osiągnęłaby nic na drodze „demokratycznie podejmowanych decyzji – wszyscy chętnie udzielali jej rad, ale nikt się nie kwapił zaryzykować – sama postawiła wszystko na jedną kartę. Angażowała ekipę, miesiącami wprowadzała zmiany do scenariusza, przekonała do projektu doskonałych, choć nieznanych, scenografów, kostiumologów i aktorów drugoplanowych, obiecując im marne pieniądze, za to ogromną szansę na przyszłość. Na wszystkich wielkie wrażenie robiła lista odtwórczyń pięciu głównych ról („Musi dysponować olbrzymim funduszem!”). Dlatego liczyli na niebotyczne honoraria, ale łatwo było ich przekonać, że udział w takiej produkcji dobrze się będzie prezentować w ich CV. Entuzjazm Maureen zdawał się otwierać przed nią wszystkie drzwi.

Brakowało tylko akordu finałowego. Stworzenie wielkiego dzieła nie wystarczy. Trzeba zrobić wszystko, żeby to dzieło nie wylądowało gdzieś na dnie szuflady.

Potrzebowała medialnej o-bec-noś-ci!

Posłała kopię swojego filmu tylko do jednej osoby: Javitsa Wilda. Wykorzystała wszystkie swoje kontakty. Nie zrażała się niepowodzeniami. Spotykała się z lekceważeniem, arogancją, poniżaniem i drwiną, głęboko jednak wierzyła w sukces, bo wiele ją kosztował potu i krwi. I wtedy pojawił się jej były kochanek, a Javits Wild wyznaczył jej spotkanie.

Nie odrywa od niego wzroku podczas lunchu, myśli tylko o zbliżającym się spotkaniu. Nagle widzi, że dzieje się z nim coś dziwnego, że zesztywniał, postawił oczy w słup. Jeden z jego towarzyszy rozgląda się nerwowo na wszystkie strony, sięga ręką pod marynarkę. Drugi łapie za komórkę i zaczyna nerwowo wystukiwać numer.

Czyżby coś się stało? Niemożliwe. Stojący obok ludzie bawią się w najlepsze, rozmawiają, piją, ciesząc się kolejnym dniem festiwalu, nowymi zaproszeniami, słońcem i pięknem opalonych ciał.

Jeden z mężczyzn próbuje mu pomóc się podnieść, ale Javits nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu. To chyba nic poważnego. Może za dużo wypił. Jest zmęczony. Może to stres.

To nie może być nic poważnego! Przejechała taki kawał drogi. Jest tak blisko celu i...

Z daleka słyszy wycie syreny. Pewnie policja próbuje przedrzeć się przez zakorkowane ulice.

Jeden z mężczyzn przewiesza bezwładne ramię Javitsa przez swój kark i prawie niesie go w kierunku drzwi wyjściowych. Dźwięk syren zbliża się. Drugi, nie wyciągając ręki spod marynarki, ciągle rozgląda się wokół. W pewnej chwili ich spojrzenia się spotykają.

Mężczyzna niesie Javitsa po pochyłej rampie. Jak to możliwe, żeby ktoś tak mizernej postury zdołał bez trudu udźwignąć zwaliste cielsko Javitsa?

Syrena milknie u wejścia do namiotu. Javits i taszczący go mężczyzna zniknęli na zewnątrz. Drugi mężczyzna, z ręką pod marynarką, kieruje się w jej stronę.

– Co się stało? – pyta wystraszona. Lata pracy z aktorami podpowiadają jej, że jakby wykuta w kamieniu twarz, którą ma przed sobą, jest twarzą zawodowego zabójcy.

– Wiesz przecież, co się stało – odpowiada z akcentem, którego Maureen nie potrafi zidentyfikować.

– Widziałam, że źle się poczuł. Co się właściwie stało?

Mężczyzna nie wyjmuje ręki spod marynarki. A w głowie Maureen rodzi się genialny pomysł: czemu nie wykorzystać tego incydentu? To może być moją szansą.

– Mogę w czymś pomóc? Może pojadę z nim?

Ramię do połowy ukryte pod marynarką lekko się rozluźnia, ale oczy wpatrują się w nią badawczo, śledzą każdy jej gest.

– Pojadę z wami. Znam Javitsa Wilda. Jestem jego znajomą.

Po chwili, która wydaje się wiecznością, a trwa zapewne nie dłużej niż ułamek sekundy, mężczyzna odwraca się i bez jednego słowa rusza szybkim krokiem w stronę bulwaru Croisette.

Maureen nic nie rozumie. Dlaczego miałaby wiedzieć, co się tam stało? Dlaczego odszedł tak nagle?

Żaden z gości nic nie zauważył – może tylko dźwięk syreny, który pewnie skojarzył im się z ulicznym wypadkiem. Syreny nie pasują do świata zabawy, słońca, drinków, nowych kontaktów, pięknych kobiet, przystojnych mężczyzn, do ludzi bladych i tych opalonych. Syreny należą do innego świata, w którym istnieją wypadki, zawały serca, choroby i przestępstwa. Syreny nie interesują żadnej z obecnych tu osób.

Maureen kręci się w głowie. Cokolwiek przytrafiło się Javitsowi, to dla niej dar niebios. Zrywa się i biegnie do drzwi. Widzi już tylko szybko oddalający się ambulans mknący na sygnale po uprzywilejowanym pasie jezdni.

– To mój znajomy! – zwraca się do jednego z ochroniarzy. – Dokąd go zabrali?

Mężczyzna podaje nazwę szpitala. Bez chwili namysłu Maureen rusza na poszukiwanie taksówki. Po dziesięciu minutach przypomina sobie, że w Cannes taksówki nie krążą po ulicach. Może je wezwać tylko szwajcar któregoś z eleganckich hoteli, ale za tę przysługę trzeba mu słono zapłacić. Maureen nie ma przy sobie gotówki. Wchodzi do pobliskiej pizzerii. Pokazuje na planie miasta, dokąd chce dotrzeć i dowiaduje się, że szpital znajduje się o pół godziny szybkim truchtem od bulwaru.

No cóż, ostatecznie biega przez całe życie. Pół godziny więcej nie zrobi już żadnej różnicy.