Zwycięzca jest sam

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Igor wyjmuje banknot o nominale pięćdziesięciu euro i podaje go kelnerowi, który zaczął rozkładać przed nim sztućce.

– Kim jest ten facet w wypłowiałej koszulce? – pyta, pokazując wzrokiem sąsiedni stolik.

– Javits Wild. Ważna figura.

Świetnie. Po kimś tak mało znaczącym, jak dziewczyna z plaży, Javits będzie idealny – może nie tyle sławny, co ważny. Jeden z tych, co decydują, kto znajdzie się w świetle jupiterów. Nie dba o swój wygląd, bo dobrze wie, ile jest wart. Pociąga za sznurki, a marionetkom się wydaje, że należą do najbardziej uprzywilejowanych ludzi na świecie. Aż pewnego dnia z jakiegoś powodu uzna, że czas przeciąć sznurki, a wtedy kukiełki padają bez życia.

Niewątpliwie należy do Superklasy. Co znaczy, że otaczają go fałszywi przyjaciele i wielu wrogów.

– Jeszcze jedno pytanie. Czy uważasz, że to w porządku niszczyć światy w imię wielkiej miłości?

Kelner śmieje się.

– Pan jest Bogiem, czy może gejem?

– Ani jednym, ani drugim. W każdym razie dziękuję za odpowiedź.

Popełnił błąd. Nie powinien był zadawać tego pytania. Po pierwsze nie potrzebuje niczyjej aprobaty dla swoich poczynań. Ponieważ każdego czeka kiedyś śmierć. Dlaczegóż niektórzy nie mieliby umierać w imię wielkich celów? Tak się dzieje od zarania dziejów. Mężczyźni poświęcali się, żeby wykarmić swoje plemię, dziewice składano na ołtarzu, żeby przebłagać smoki i bogów. Po drugie, nie powinien zwracać na siebie uwagi, a więc niepotrzebnie dał do zrozumienia kelnerowi, że interesuje go mężczyzna przy sąsiednim stoliku.

Kelner na pewno szybko zapomni, ale po co bezsensownie ryzykować. Tłumaczy sobie, że podczas takich imprez zainteresowanie innymi ludźmi jest czymś naturalnym. Tak jak normalnym jest płacenie za takie informacje. Robił to setki razy w restauracjach w różnych zakątkach świata. Na pewno i o niego nieraz nagabywano kelnerów. Kelnerzy przywykli do otrzymywania napiwków za informacje o gościach, za lepszy stolik, za dyskretne podanie liściku. Więcej, oczekują takiej nagrody za swoje usługi.

Nie, kelner z pewnością o wszystkim zapomni. A to znaczy, że Igor ma już swoją następną ofiarę. Jeżeli mu się uda i jeżeli policja przesłucha kelnera, ten powie tylko, że ktoś go zapytał, czy dopuszczalne jest unicestwianie światów w imię wielkiej miłości. Może nawet tyle nie zapamięta. Na pytanie: „Jak wyglądał?”, odpowie: „Nie przyglądałem mu się. Pamiętam tylko, że powiedział, że nie jest gejem”. Stróże prawa nieraz mieli do czynienia z francuskimi intelektualistami, którzy przesiadują po barach, gdzie wymyślają dziwaczne teorie, na przykład na temat socjologii festiwali filmowych. I zrezygnują z dalszych poszukiwań.

Coś go jednak wciąż niepokoiło.

Imię. Imiona.

Zabijał już wcześniej – z błogosławieństwem własnej ojczyzny. Nie umie powiedzieć, ilu zabił, nie widział ich twarzy i nie znał ich imion. Ponieważ poznanie imienia oznacza, że masz do czynienia z istotą ludzką, a nie z wrogiem. Imię nadaje człowiekowi jedyną w swoim rodzaju osobowość, która ma przeszłość i przyszłość, przodków i, być może, potomków, która przeżyła swoje upadki i wzloty. Człowiek to imię. Jest dumny ze swego imienia, w ciągu całego życia powtarza je miliony razy, utożsamiając się z nim. To pierwsze słowo, którego uczymy się po „mama” i „tata”.

Olivia. Javits. Igor. Ewa.

Jednak duch nie ma imienia. Jest czystą prawdą, która mieszka w ciele przez jakiś czas i pewnego dnia je opuszcza. Kiedy dusza staje przed sądem bożym, Bóg jej nie zapyta o imię. Bóg zapyta: „Kochałaś za życia?” Bo co stanowi esencję życia? Zdolność do miłości, a nie imiona w paszportach, dowodach osobistych, na identyfikatorach czy wizytówkach. Wielcy mistycy zmieniali swoje imiona, a niekiedy porzucali je na zawsze. Pytany o imię, Jan Chrzciciel powiedział tylko: „Jestem głosem wołającego na pustyni”. Kiedy trafił na swojego następcę w kościele, Jezus zamienił imię Szymona, którym tamten posługiwał się przez całe życie, i nazwał go Piotrem. A kiedy Mojżesz zapytał Boga o imię, usłyszał w odpowiedzi: „Jam jest”.

Może powinien poszukać innej ofiary. Wystarczy jedna, którą poznał z imienia: Olivia. Czuje jednak, że nie powinien się wycofywać. Postanawia tylko nie odkrywać imienia następnego świata, który zamierza unicestwić. Nie cofnie się, bo chce oddać sprawiedliwość ubogiej dziewczynie z plaży, bezbronnej, kruchej ofierze. Nowe zadanie – spocony pseudoatleta z trefionymi włosami, typ o znudzonym spojrzeniu i niemal nieograniczonej władzy – będzie znacznie trudniejsze. Mężczyźni w garniturach są nie tylko jego pomocnikami. Zauważył, że co jakiś czas omiatają wzrokiem namiot i rejestrują wszystko, co się wokół dzieje. Jeżeli chce być godny Ewy i sprawiedliwy wobec Olivii, musi wykazać się odwagą.

Zostawia rurkę w szklance soku. Powoli ściągają goście. Trzeba poczekać, aż zrobi się ścisk. To nie powinno trwać długo. Nie brał pod uwagę, że przyjdzie mu dokonać dzieła w biały dzień w samym środku bulwaru Croisette. Nie wie jeszcze, jak się za to zabrać. Coś mu jednak mówi, że to idealne miejsce.

Nie myśli już o ubogiej dziewczynie z plaży; adrenalina przenika do jego krwi, serce bije coraz szybciej, jest podniecony i szczęśliwy.

Javits Wild nie siedziałby tu tylko po to, żeby zjeść i napić się za darmo, bo bywa na tysiącach takich imprez. Przyszedł tu dla kogoś albo z jakiegoś konkretnego powodu.

To coś, lub ten ktoś, z całą pewnością będzie najlepszym alibi Igora.

12:26

Javits obserwuje nadchodzących gości, którzy szybko wypełniają namiot.

„Co ja tutaj w ogóle robię? – myśli. – Na co mi to? Mam wszystko, czego mi trzeba, znają mnie w światku filmowym, mogę mieć każdą kobietę, chociaż urodą nie grzeszę, no i fatalnie się ubieram, ale właśnie o to mi chodzi. Skończyły się czasy, kiedy miałem jeden jedyny garnitur, kiedy od czasu do czasu (żebrząc, podlizując się) zdobywałem zaproszenie od Superklasy, szykowałem się do wyjścia, jakby to było najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Teraz już wiem, że zmieniają się tylko miasta, gdzie odbywa się bankiet. Wszystko inne jest dokładnie takie samo, nudne i przewidywalne.

Podchodzą do mnie ludzie i zachwycają się, tym co robię. Niektórzy nazywają mnie bohaterem i dziękują za danie szansy komuś spoza ścisłego grona uprzywilejowanych. Piękne, mądre kobiety, których nie zwiedzie wygląd zewnętrzny, widzą kłębiące się wokół mojego stolika tłumy i wypytują o mnie kelnerów. A potem zawsze znajdują jakiś sposób, żeby się przedstawić, przekonane, że seks to jedyne, na czym mi zależy. Każda prosi o jakąś przysługę. Dlatego mi schlebiają, chwalą mnie i proponują to, czego mi rzekomo brak. A ja chciałbym tylko, żeby dały mi święty spokój.

Byłem na tysiącach podobnych bankietów. Na ten nie przyszedłem w żadnym konkretnym celu. Po prostu cierpię na bezsenność. Chociaż z Kalifornii do Cannes przyleciałem prywatnym odrzutowcem, cudem techniki, osiągającym pułap jedenastu kilometrów i pokonującym całą trasę bez międzylądowania. Zmieniłem wystrój wnętrza. Z osiemnastu zmniejszyłem liczbę foteli do sześciu i wydzieliłem kabinę dla czteroosobowej załogi. Teraz kiedy ktoś mnie pyta: „Mogę się z tobą zabrać?”, mam doskonałą wymówkę: „Przepraszam, nie ma miejsc”.

Swą nową zabawkę, wartą ponad 40 milionów dolarów, Javits wyposażył w dwa łóżka, stół konferencyjny, kabinę prysznicową, system dźwiękowy Miranda (Bang & Olufsen to doskonały design, znakomicie reklamowany, ale jest już przestarzały), dwa ekspresy do kawy, mikrofalówkę dla załogi i elektryczny grill dla siebie (nienawidził odgrzewanego jedzenia). Javits pije tylko szampana i chętnie się z gośćmi dzieli butelką Moët & Chandon rocznik 1961, ale na pokładzie samolotu ma zawsze przebogaty wybór trunków. Poza tym, w kabinie znajdują się dwa 21-calowe ekrany ciekłokrystaliczne, na których wyświetla się najnowsze filmy, nawet te, które jeszcze nie weszły do kin.

Podróżował po świecie jedną z najlepszych maszyn (tylko Francuzi przedkładają Dassault Falcon), ale mimo bogactwa, nie jest w stanie przestawić wszystkich zegarów w Europie. W tej chwili w Los Angeles jest 3:43 nad ranem i zaczynał odczuwać zmęczenie. Chodził z bankietu na bankiet i odpowiadał wciąż na dwa kretyńskie pytania, od których zaczynała się każda rozmowa:

„Jaką miałeś podróż?”.

Na co nieodmiennie odpowiadał innym pytaniem:

„Dlaczego pytasz?”.

Rozmówca nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć, uśmiechał się głupawo i zmieniał temat:

„Na długo przyjechałeś?”.

Javits znowu odpowiadał pytaniem: „Dlaczego pytasz?”. A potem udawał, że odbiera telefon, przepraszał i oddalał się, a za nim jego dwaj nieodłączni towarzysze.

Nikogo interesującego nie poznał. Zresztą kto może się wydać interesującym człowiekowi, który ma praktycznie wszystko? Kiedyś próbował znaleźć sobie przyjaciół spoza branży filmowej: filozofów, pisarzy, artystów cyrkowych, właścicieli delikatesów. Z początku wszystko układało się pomyślnie, aż wreszcie padało stałe pytanie: „Może przeczytasz mój scenariusz?”; albo: „Mam przyjaciela/przyjaciółkę, zawsze chciał(a) zostać aktorem/aktorką. Może chciałbyś go/ją poznać?”.

Nie chciał. Poza pracą był zajęty innymi sprawami. Raz w miesiącu latał na Alaskę, wchodził do pierwszego lepszego baru, upijał się, zjadał pizzę, wędrował po pustkowiu i rozmawiał z miejscowymi. Dwie godzinny dziennie ćwiczył w swojej prywatnej siłowni, ale lekarze ostrzegali go, że nie uniknie problemów z sercem. Nie dbał o kondycję. Chodziło mu o rozładowanie napięcia, jakie stale go przytłaczało, o medytację, chciał wyleczyć rany na duszy. Ilekroć podczas wędrówki po bezdrożach spotkał kogoś, pytał, jak to jest żyć „normalnym życiem”, bo już zapomniał. Odpowiedzi bywały różne i z czasem doszedł do wniosku, że nawet wśród ludzi jest na świecie absolutnie sam.

 

Na podstawie obserwacji ludzkiego postępowania – a nie wypowiedzi napotykanych ludzi – spisał w punktach, czym jest normalność.

Javits rozgląda się. Samotny mężczyzna w ciemnych okularach popija sok owocowy i patrzy na morze w zamyśleniu, obojętny na wszystko wokół niego. Przystojny, dobrze ubrany, z włosami przyprószonymi siwizną. Był tu jako jeden z pierwszych. Na pewno wie, kim jest Javits, a przecież nie podszedł i się nie przedstawił. Nie boi się siedzieć samotnie przy stoliku! Samotność w Cannes jest przekleństwem, oznacza, że nikt się tobą nie interesuje, że jesteś nikim, że nikt cię tu nie zna.

Javits zazdrości nieznajomemu. Ten prawdopodobnie nie spełnia kryteriów wyszczególnionych na liście normalnych zachowań, którą Javits zawsze nosi w kieszeni spodni. Wygląda na niezależnego, wolnego człowieka. Chętnie bym z nim porozmawiał, myśli Javits, ale jestem bardzo zmęczony.

– Co to znaczy być normalnym? – zwraca się do jednego ze swoich towarzyszy.

– Masz wyrzuty sumienia? Może zrobiłeś coś niestosownego?

Najwyraźniej zadałem niewłaściwe pytanie niewłaściwemu człowiekowi. Pewnie teraz myśli, że żałuję czegoś, co zrobiłem i zamierzam rozpocząć nowe życie. Nie o to chodzi. Nawet gdybym czegoś żałował – już za późno zaczynać od nowa. Takie są reguły gry.

– Pytałem, co to znaczy być normalnym.

Adresat pytania jest wyraźnie zbity z tropu. Drugi rozgląda się wokół, obserwuje tłum ludzi.

– Żyć jak ktoś pozbawiony wszelkich ambicji – pada wreszcie odpowiedź.

Javits wyciąga listę z kieszeni i kładzie ją na stole.

– Nie rozstaję się z tą listą i stale coś do niej dopisuję.

Jeden z mężczyzn tłumaczy, że musi teraz pilnie baczyć, co się wokół dzieje. Drugi „przyjaciel”, bardziej pewny siebie, czyta na głos:

LISTA NORMALNOŚCI:

1 Normalne jest wszystko to, dzięki czemu zapominamy, kim jesteśmy i czego pragniemy. Wszystko, co umożliwia pracę: produkowanie, przetwarzanie i zarabianie pieniędzy.

2 Określanie reguł wojennych (Konwencja Genewska).

3 Długie lata studiów, a następnie niemożność znalezienia pracy w swoim zawodzie.

4 Praca od dziewiątej do siedemnastej, która nie daje żadnej satysfakcji, a podejmuje się ją tylko po, żeby po trzydziestu latach przejść na emeryturę.

5 Przejście na emeryturę i odkrycie, że brak nam energii, żeby cieszyć się życiem. A po kilku latach śmierć z nudów.

6 Używanie botoksu.

7 Wiara, że władza znaczy więcej niż pieniądze, a pieniądze więcej niż szczęście.

8 Wyśmiewanie tych, którzy szukają szczęścia zamiast pieniędzy i zarzucanie im braku ambicji.

9 Porównywanie przedmiotów takich jak samochody, domy, odzież i określanie własnych ambicji zgodnie z wynikiem tych porównań. Nie zastanawianie się nad prawdziwą przyczyną, dla której przyszliśmy na świat.

10 Nie odzywanie się do obcych. Obgadywanie sąsiadów.

11 Przekonanie, że rodzice zawsze mają rację.

12 Małżeństwo i rodzina, a kiedy miłość wygaśnie pozostawanie w związku „dla dobra dzieci” (jakby one nie słyszały wiecznych kłótni).

12a Krytykowanie wszystkich, którzy próbują być inni.

14 Budzenie się na przeraźliwy jazgot budzika.

15 Ślepa wiara w słowo drukowane.

16 Wiązanie wokół szyi kawałka kolorowego materiału, który niczemu nie służy, a który nazywa się krawatem.

17 Zadawanie nieprecyzyjnych pytań, chociaż interlokutor dokładnie wie, dokąd zmierzamy.

18 Układanie ust w uśmiech, kiedy chce się nam płakać. Litowanie się nad tymi, którzy okazują swoje uczucia.

19 Pogląd, że sztuka warta jest fortunę, albo że nic nie jest warta.

20 Pogarda dla tego, co łatwo osiągalne. Skoro nie wymagało poświęcenia, to na pewno nie jest nic warte.

21 Podążanie za modą, nawet najidiotyczniejszą.

22 Przekonanie, że wszyscy sławni ludzie mają miliony.

23 Inwestowanie w urodę, a zaniedbywanie rozwoju duchowego.

24 Używanie wszystkich dostępnych środków, żeby udowodnić innym swoją nieskończoną wyższość, chociaż jest się zupełnie zwykłą osobą.

25 Unikanie spojrzeń w środkach transportu publicznego, w obawie przed posądzeniem o flirt.

26 Stawanie twarzą do drzwi w windzie i niezauważanie nikogo, chociaż kabina jest przepełniona.

27 Nie pozwalanie sobie na głośny śmiech w restauracji, choćby usłyszana anegdota była śmieszna do rozpuku.

28 Na półkuli północnej ubieranie się zgodnie z porą roku: gołe ramiona na wiosnę (choćby było bardzo zimno), wełniany sweter jesienią (choćby było bardzo ciepło).

29 Na półkuli południowej przybieranie drzewka bożonarodzeniowego śniegiem z waty, chociaż narodzenie Chrystusa nie ma z zimą nic wspólnego.

30 Zakładanie, że z wiekiem stajemy się skarbnicami wszelkiej mądrości, chociaż niewiele w życiu widzieliśmy i przeżyliśmy.

31 Uczestniczenie w imprezach charytatywnych w poczuciu, że przyczyniamy się do zniesienia panującej w świecie niesprawiedliwości.

32 Spożywanie trzech posiłków dziennie, choć nie jesteśmy głodni.

33 Przeświadczenie, że inni są pod każdym względem lepsi: ładniejsi, zdolniejsi, bogatsi, inteligentniejsi, a wykraczanie poza własne możliwości jest bardzo ryzykowne i dlatego lepiej nic nie robić.

34 Używanie samochodu jako broni i jako zbroi.

35 Przeklinanie w korkach ulicznych.

36 Przekonanie, że to koledzy namawiają nasze dziecko do złego.

37 Małżeństwo z pierwszą osobą, która może zapewnić odpowiednią pozycję społeczną. Na miłość przyjdzie czas później.

38 Mówienie „Próbowałem”, chociaż to nieprawda.

39 Odkładanie najciekawszych rzeczy w życiu na koniec, kiedy już brak nam sił i energii.

40 Aplikowanie sobie codziennych, wielogodzinnych dawek telewizji jako ucieczki od depresji.

41 Przekonanie, że można być pewnym wszystkiego, co się już zdobyło.

42 Zakładanie, że kobiety nie lubią piłki nożnej, a mężczyźni aranżacji wnętrz i gotowania.

43 Zwalanie za wszystko winy na rząd.

44 Przeświadczenie, że okazując dobroć, uczciwość i szacunek będziemy postrzegani jako słabi i łatwo dający sobą manipulować.

45 Przeświadczenie, że agresywność i chamstwo, to to samo, co silna osobowość.

46 Strach przed endoskopią (mężczyźni) i porodem (kobiety).

– Powinieneś na podstawie tego nakręcić film – śmieje się „przyjaciel”.

„Znowu to samo, myśli Javits. Nie potrafią myśleć o niczym innym. Nie odstępują mnie na krok, a mimo to nie mają pojęcia, czym się zajmuję. Nie robię filmów”.

Wszystko zaczyna się od tak zwanego producenta. Przeczytał właśnie jakąś książkę i wpadł na genialny pomysł. Jedzie sobie samochodem autostradami Los Angeles (które tak naprawdę jest wielkim przedmieściem). Siedzi więc sam w samochodzie i sam podejmuje decyzję o przekształceniu tego fantastycznego pomysłu w coś, co będzie można zobaczyć na ekranie.

Dowiaduje się, czy nikt go nie ubiegł, jeśli chodzi o prawa do ekranizacji. Jeżeli się spóźnił, szuka i znajduje inną powieść – w samych Stanach Zjednoczonych publikuje się rocznie ponad 60 tysięcy tytułów. Jeżeli zdążył przed konkurencją, dzwoni do autora książki i proponuje najniższą możliwą cenę. Zwykle propozycja zostaje z miejsca przyjęta. Nie tylko aktorzy marzą o współpracy z fabryką snów. Każdy pisarz czuje się dowartościowany, jeśli jego słowa przeobrażają się w obraz.

Umawiają się na obiad. Producent chwali powieść jako „wielkie dzieło o ogromnym potencjale kinematograficznym”, a autora jako „geniusza, zasługującego na sławę”. Autor wyjaśnia, że powieść zabrała mu pięć lat życia i proponuje swój udział w pracach nad scenariuszem. „Przykro mi, ale to niemożliwe. Chodzi o całkiem inny język”, słyszy w odpowiedzi. „Ale rezultat z pewnością pana zadowoli”.

A potem: „Zapewniam, że film będzie wierną adaptacją książki”. Co oczywiście jest wierutnym kłamstwem, o czym obaj dobrze wiedzą.

Pisarz przyjmuje warunki, obiecując sobie, że następnym razem będzie twardszy. Producent wyjaśnia, że należy teraz poszukać dużego studia filmowego i zdobyć środki finansowe. Wspomina o kilku gwiazdach zainteresowanych głównymi rolami. To następne wierutne kłamstwo, które zawsze robi spore wrażenie i ostatecznie przekonuje autora. Producent kupuje tak zwaną „opcję”, czyli płaci około 10 tysięcy dolarów za prawa do ekranizacji przez okres trzech lat. Co potem? „Później wypłacimy kwotę dziesięciokrotnie wyższą, plus oczywiście 2% od zysku netto”. Tak kończą się negocjacje finansowe – pisarz jest przekonany, że obiecana część wpływów osiągnie kwotę astronomiczną.

Gdyby się rozpytał wśród znajomych, dowiedziałby się, że doradcy finansowi Hollywoodu są mistrzami w magicznej sztuce pod tytułem: żaden film nigdy nie zarobił ani grosza!

Na koniec producent wyciąga z kieszeni szczegółowy kontrakt i prosi o natychmiastowe złożenie podpisu. Ma to być argumentem dla studia filmowego, dowodem, że produkt należy do nich. Nie mogąc oderwać wzroku od tych 2 procent dochodów (na które nie ma żadnych szans) i widząc oczyma wyobraźni wypisane wielkimi literami własne nazwisko na plakatach (w rzeczywistości będzie to najwyżej krótka linijka petitem: „Na podstawie powieści...”), pisarz bez dłuższego zastanawiania się podpisuje kontrakt.

Marność nad marnościami i wszystko marność. Nic nowego pod słońcem, jak powiedział Salomon ponad trzy tysiące lat temu.

Producent zaczyna pukać do drzwi studiów filmowych. Jego nazwisko jest już znane w środowisku, dlatego niektóre drzwi otwierają się przed nim, ale jego propozycje nie zawsze spotykają się z przychylnym przyjęciem. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, nie trudzi się nawet, żeby zaprosić autora na jeszcze jeden obiad. Wysyła po prostu list z wyjaśnieniem, że mimo jego własnej entuzjastycznej oceny, przemysł filmowy nie jest jeszcze gotowy na tak nowatorskie dzieło. Załącza kontrakt (przez niego nie podpisany, rzecz jasna).

Jeżeli pomysł zostanie zaakceptowany, producent udaje się do osoby najmniej ważnej i najgorzej opłacanej w całej hierarchii – do scenarzysty. Scenarzysta to ktoś, kto pracuje dniami i nocami przez całe tygodnie i miesiące, wielokrotnie przerabiając oryginał na potrzeby filmu. Scenariusz wysyła się do producenta (nigdy do autora książki), który zwyczajowo odrzuca pierwszą próbę, wychodząc z założenia, że scenarzystę zawsze stać na więcej. Młody talent (lub też stary wyjadacz – w tym światku nie istnieją etapy pośrednie) ma w perspektywie następne bezsenne tygodnie i miesiące, i hektolitry czarnej kawy. W nieskończoność przepisuje scena po scenie, wprowadzając poprawki sugerowane przez producenta (i często się dziwi: „Skoro potrafi pisać lepiej ode mnie, czemu sam się za to nie zabrał?”, ale szybko przypomina sobie o obiecanym honorarium i ponownie siada do komputera).

Wreszcie scenariusz jest prawie gotowy. Teraz producent przedstawia długą listę postulatów: usunięcie wszelkich aluzji politycznych, które nie spodobałyby się bardziej konserwatywnej części publiczności, wprowadzenie większej ilości pocałunków, bo kobiety to lubią. Historia musi mieć początek, środek i zakończenie, a ofiarność i męstwo głównego bohatera mają wzruszać do łez. Najlepiej gdyby w początkowych scenach filmu któraś z postaci traciła ukochaną osobę, a odnajdywała ją w finale. Dla większości scenariuszy wzorzec jest jeden: Pan kocha panią. Pan traci panią. Pan odzyskuje panią. Dziewięćdziesiąt procent filmów to wariacje na ten jeden temat.

Filmy, które odbiegają od tego schematu, brak wątku miłosnego rekompensują scenami przemocy, albo masą uwielbianych przez publiczność efektów specjalnych. A że ta formuła sprawdziła się tysiące razy, po co niepotrzebnie ryzykować?

Dokąd teraz udaje się producent ze scenariuszem w ręku – jego zdaniem doskonałym?

Do studia, które wyłożyło fundusze. Tam jednak czeka do skierowania do kin długa kolejka gotowych filmów, a jak wiadomo na całym świecie ilość kin zmniejsza się z roku na rok. Studio prosi więc producenta o odrobinę cierpliwości, albo o znalezienie niezależnego dystrybutora – oczywiście po podpisaniu kolejnego, szczegółowego kontraktu (zastrzegającego między innymi wyłączne prawa do rozpowszechniania „poza planetą Ziemią”) – i wzięciu na siebie całkowitej odpowiedzialności za wszystkie związane z produkcją wydatki.

W tym momencie wkracza na scenę ktoś taki, jak niezależny dystrybutor – dla zwykłych zjadaczy chleba postać całkowicie anonimowa, ale znana dobrze w światku filmowym. Wszyscy obecni doskonale orientują się jak ważną jest osobistością. Osobnik, który niczego nie wymyślił, niczego nie napisał i nie wydał centa.

 

Javits jest pośrednikiem. Jest dystrybutorem!

Przyjmuje producenta w swoim obskurnym biurze (wielki odrzutowiec, dom z basenem, zaproszenia na najważniejsze w świecie imprezy służą wyłącznie poprawieniu mu samopoczucia – producent nie zasługuje nawet na szklankę wody mineralnej). Odbiera od niego film na DVD i w zaciszu domowym ogląda jego pięć pierwszych minut. Czasem, w jednym przypadku na sto, ogląda film do końca, bo coś mu się na początku spodobało. Wtedy wydaje dziesięć centów na telefon do producenta i wyznacza mu datę i godzinę następnego spotkania.

„Podpisujemy kontrakt”, oznajmia, jakby wyświadczał mu wielką przysługę. „Zajmę się dystrybucją”.

Producent próbuje negocjować. Dopytuje się, w ilu kinach i gdzie film będzie wyświetlany, no i na jakich warunkach. Bezsensowne pytania, bo wie dobrze, co usłyszy w odpowiedzi: „Wszystko zależy od reakcji publiczności na pokazach przedpremierowych”. Produkt zostanie pokazany widzom reprezentującym wszystkie grupy społeczne – skrupulatnie wyselekcjonowanym przez wyspecjalizowane firmy zajmujące się badaniem rynku. Specjaliści zanalizują rezultaty. Jeżeli wynik analizy okaże się pozytywny, Javits wyda kolejne dziesięć centów na telefon, a następnego dnia wręczy producentowi do podpisania kolejny tasiemcowej długości kontrakt w trzech jednobrzmiących egzemplarzach. Producent prosi o trochę czasu na skonsultowanie się z adwokatem. Javits oczywiście się zgadza, zastrzegając jednak, że właśnie zamyka listę tytułów na najbliższy sezon, nie może więc zagwarantować, że następnego dnia, kiedy producent wróci z podpisanym kontraktem, nie będzie już za późno na uwzględnienie filmu w bieżącym repertuarze.

Producent przebiega wzrokiem tylko ten paragraf, który dotyczy jego wynagrodzenia. Podoba mu się to, co widzi i podpisuje. Druga taka szansa może się nie trafić.

Minęły lata od czasu, kiedy po raz pierwszy rozmawiał z autorem powieści o możliwości ekranizacji. Nie zdaje sobie sprawy, że teraz znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, co autor kilka lat wcześniej.

Marność nad marnościami i wszystko marność. Nic nowego pod słońcem, jak mawiał stary Salomon ponad trzy tysiące lat temu.

Javits rozgląda się po namiocie i po raz kolejny zadaje sobie pytanie: Co ja tu właściwie robię? Kontroluje ponad pięćset sal kinowych w Stanach Zjednoczonych i ma umowy na wyłączność z następnymi pięcioma tysiącami sal na całym świecie. Ich właściciele muszą kupować wszystko, co im zaoferuje, nawet kompletne knoty. Wiedzą, że sukces kasowy jednego filmu zrekompensuje z okładem finansowe fiasko pięciu innych, które nie przyciągnęły tłumów. Wszyscy zależni są od Javitsa, niezależnego megadystrybutora, herosa, który złamał monopol wielkich studiów i stał się legendą w świecie filmowym.

Nikt nie pyta, jak mu się to udało, ale to nie ma najmniejszego znaczenia, skoro zalicza jeden wielki sukces kasowy na pięć knotów (średnia wielkich studiów filmowych to jeden sukces na dziewięć niewypałów).

Oczywiście sam Javits doskonale wie, jak osiągnął sukces. Właśnie dlatego nie rozstaje się z dwójką swoich „przyjaciół”, którzy teraz odbierają telefony, ustalają terminy spotkań, przyjmują zaproszenia. Wyglądają całkiem normalnie, w niczym nie podobni do napakowanych goryli przy wejściu do namiotu, ale są warci więcej niż niejedna armia. Zostali wyszkoleni w Izraelu, odbywali służbę w Ugandzie, Argentynie i Panamie. Jeden zajmuje się odbieraniem telefonów, drugi w tym czasie pilnie śledzi każdy ruch i gest obecnych. Zamieniają się zadaniami, tak jak to robią tłumacze symultaniczni czy kontrolerzy lotów – co piętnaście minut potrzebują piętnastu minut wytchnienia.

Czego szuka na tym „lunchu”? Mógłby zostać w hotelu i pospać sobie. Jest zmęczony pochlebstwami. Ma dość uśmiechania się i tłumaczenia, że nie ma sensu dawać mu wizytówki, bo i tak ją zgubi. W ostateczności odsyła natrętów do jednej z sekretarek (zakwaterowanych w innym luksusowym hotelu przy bulwarze Croisette), które nawet oka nie mogą zmrużyć, bo cały czas odbierają telefony, odpisują na emaile i usuwają z poczty cały spam (głownie oferty na przedłużenie penisa i środki gwarantujące wielokrotny orgazm), który przedziera się przez wszystkie zainstalowane w komputerze filtry. W zależności od tego, w jaki sposób Javits kiwnie głową, jeden z jego towarzyszy wręcza rozmówcy adres i telefon sekretarki, albo przeprasza, że nie ma już wizytówek.

Co on tu robi? Najwyższa pora udać się na spoczynek. W Los Angeles dawno spałby sobie smacznie. Javits zna odpowiedź, ale nie chce jej zaakceptować: boi się samotności. Zazdrości facetowi, który przyszedł wcześniej i ze wzrokiem utkwionym w dal popijał sok. Zrelaksowany, wyglądał jak ktoś, kto nie dba o to, co inni o nim myślą. Javits postanawia zaprosić go na drinka, ale mężczyzny nie ma już przy stoliku.

W tym samym momencie czuje ukłucie w plecy.

„Komary. To przez nie nienawidzę przyjęć na plaży”.

Sięga dłonią, żeby podrapać swędzące miejsce i wymacuje cienką szpilkę. Co za idiotyczny żart! Ogląda się za siebie. Dwa metry dalej, za grupą gości, spostrzega ciemnoskórego mężczyznę z głową w dredach. Głośno się śmieje, a otaczające go kobiety wpatrują się w niego wzrokiem pełnym podziwu i pożądania.

Javits jest zbyt zmęczony, żeby zareagować. Lepiej zostawi czarnego w spokoju. Niech się dowcipniś cieszy, skoro tylko tak może zrobić na ludziach wrażenie.

– Idiota.

Obaj jego towarzysze natychmiast reagują na zmianę w zachowaniu swego podopiecznego, który płaci im 435 dolarów dziennie. Jeden z nich sięga ręką pod lewą pachę, gdzie, niewidoczny pod marynarką, ma automatyczny pistolet w kaburze. Drugi podnosi się z miejsca i dyskretnie (w końcu są na bankiecie) ustawia się pomiędzy czarnoskórym mężczyzną a swoim szefem.

– Nic się nie stało – uspokaja Javits. – To tylko głupi kawał.

Pokazuje im szpilkę.

Dwaj idioci są gotowi do odparcia każdego ataku z użyciem broni palnej czy białej. Zawsze pierwsi wchodzą do hotelowego apartamentu, na wszelki wypadek z odbezpieczonymi pistoletami. Wystarczy im jeden rzut oka, żeby dostrzec, kto ma przy sobie broń (co zdarza się często w wielu rejonach świata), a z podejrzanego nie spuszczają wzroku, dopóki się nie przekonają, że dla ich szefa nie stanowi żadnego zagrożenia. W windzie stają murem po obu stronach Javitsa, odgradzając go od innych pasażerów. Nigdy w jego obecności nie wyjęli broni z kabury, ale gdyby tak się stało, niechybnie by jej użyli. Zwykle w sytuacjach krytycznych wystarczy ich jedno spojrzenie albo kilka słów na stronie.

Sytuacje krytyczne? Żadnej, odkąd zatrudnił obu „przyjaciół”. Jakby sama ich obecność wystarczała, żeby oddalić wszystkie złe duchy i mroczne intencje.

– Ten facet przyszedł wcześnie i siedział przy tamtym stoliku – powiedział jeden z nich. – Był uzbrojony, prawda?

Drugi wymamrotał coś jak: „prawdopodobnie”. Ale nieznajomy zniknął jakiś czas temu. A mieli na niego oko przez cały czas, bo nie wiedzieli, na co patrzył zza ciemnych szkieł.

Uspokajają się. Jeden wraca do odbierania telefonów, drugi świdruje wzrokiem czarnego z dredami, który odpowiada bezczelnym spojrzeniem. Jest w tym czarnym coś dziwnego, ale jeden fałszywy ruch i może stracić wszystkie zęby. Wszystko rozegra się dyskretnie, z dala od ciekawskich spojrzeń, gdzieś na plaży. Sprawę załatwi jeden z nich, a drugi będzie stał z boku z palcem na cynglu. Tyle że takie bezczelne zachowanie bywa próbą odseparowania ochroniarzy od celu ataku. Znają dobrze takie sztuczki.

– W porządku...

– Nic nie jest w porządku. Dzwońcie po karetkę. Nie mogę ruszyć ręką.