Zdrada

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To wszystko, co chcesz wiedzieć? Możemy zmienić temat?

Tak, oczywiście, chociaż nic mi nie przychodzi do głowy.

– Nie chcesz wiedzieć, dlaczego chciałem się z tobą znowu zobaczyć i dlaczego pytałem, czy jesteś szczęśliwa? Chyba widzisz, że nie interesujesz mnie jako kobieta. Nie bądźmy dziećmi. Przyznaję, że zaskoczyłaś mnie wtedy w gabinecie. Było wspaniale, ale nie dlatego chciałem się z tobą znowu spotkać. Zresztą nie moglibyśmy tego powtórzyć w miejscu publicznym. Chcesz wiedzieć, dlaczego zależało mi na spotkaniu?

Kolejna niespodzianka. Po nieoczekiwanym pytaniu, czy jestem szczęśliwa, znów zaskoczenie, jakby ktoś oślepił mnie błyskotką wyjętą z pudełka. Czy on nie rozumie, że nie wypada zadawać takich pytań?

Jeśli chce mi powiedzieć, to bardzo proszę. Mówię pewnym głosem, żeby go sprowokować. Może w ten sposób odbiorę mu tę pewność siebie, która tak mnie peszy.

Teraz jestem prawie pewna, że chce mnie zaciągnąć do łóżka. Nie on pierwszy. Jemu też odmówię.

Jakub kręci głową. Udaję spokój i mimochodem zauważam, że na gładkim zazwyczaj jeziorze pojawiły się fale. Patrzymy na taflę wody, jakby działo się tam coś ciekawego.

– Pytałem, czy jesteś szczęśliwa, bo patrząc na ciebie, widzę siebie. Podobieństwa się przyciągają. Być może nie zauważyłaś, jacy jesteśmy do siebie podobni. Nieważne. Rozumiem, że czujesz się wyczerpana psychicznie. Wydaje ci się, że twoje wydumane problemy – przyznaj, że są wydumane – pozbawiają cię życiowej energii.

To samo pomyślałam podczas naszego obiadu – cierpiące dusze zawsze się odnajdą i zjednoczą, żeby straszyć żywych.

– Czuję to samo – przekonuje Jakub. – Z tą różnicą, że moje problemy są rzeczywiste. Zaczynam siebie nienawidzić za to, że nie umiem ich rozwiązać, a moje życie zależy od tylu osób. Czuję się niepotrzebny. Chciałem iść do lekarza, ale żona mi zabroniła. Powiedziała, że odkryje to prasa i zrujnuję sobie karierę. Miała rację.

Rozmawia o takich rzeczach ze swoją żoną? Dziś wieczorem powiem o moich problemach mężowi. Zamiast iść do dyskoteki, usiądę i otworzę przed nim duszę. Ciekawe, jak zareaguje.

– Popełniłem wiele błędów. Teraz próbuję inaczej spojrzeć na świat, ale nie potrafię. Kiedy spotykam kogoś takiego jak ty, a wierz mi, że wielu ludzi jest w podobnej sytuacji, próbuję zbliżyć się do niego i zrozumieć, jak sobie radzi. To jedyny sposób, żeby sobie pomóc.

A więc o to chodzi. Nie o seks, romantyczne szaleństwo, które rozjaśni szare niebo nad Genewą. Chodzi o terapię, wsparcie, coś na kształt spotkań anonimowych alkoholików albo narkomanów.

Wstaję.

Patrzę mu w oczy i mówię, że jestem zadowolona z życia. Radzę, żeby poszedł do psychiatry. Nie może pozwolić, żeby żona go kontrolowała. Nikt się nie dowie o leczeniu, ponieważ lekarza obowiązuje tajemnica zawodowa. Mojej przyjaciółce pomogły leki. Jeśli Jakub chce spędzić resztę życia, walcząc z widmem depresji, to po co w ogóle startuje w wyborach? Czy tak wyobraża sobie swoją przyszłość?

Jakub nerwowo rozgląda się i sprawdza, czy nikt nas nie słyszy. Już to zrobiłam, wiem, że jesteśmy sami. Tylko na wzniesieniu za restauracją siedzi grupa dealerów. Na pewno nie zamierzają nam przeszkadzać.

Mówię dalej, nie mogę się powstrzymać. W miarę, jak się rozkręcam, zdaję sobie sprawę, że tyradę kieruję do siebie, że tak naprawdę sobie chcę pomóc. Tłumaczę, że negatywna postawa wobec świata jedynie pogłębia problem. Radzę, żeby Jakub znalazł coś, co da mu odrobinę radości. Może żaglówka, kino, albo książka.

– Nie o to chodzi. Ty nic nie rozumiesz – odpowiada urażony.

Rozumiem. Każdego dnia docierają do nas tysiące informacji. Wielkie plakaty z umalowanymi nastolatkami, które udają kobiety i oferują cudowne kosmetyki, eliksiry młodości. Wiadomość, że stare małżeństwo zdobyło Mount Everest, aby uczcić rocznicę ślubu. Nowe urządzenia do masażu ciała. Apteki pełne preparatów wspomagających odchudzanie. Filmy rozpowszechniające nieprawdziwy obraz życia. Poradniki, które obiecują cuda. Specjaliści doradzający, jak zrobić karierę i odnaleźć wewnętrzny spokój. To wszystko sprawia, że czujemy się starzy, a nasze życie wydaje się szare. Skóra nam wiotczeje, przybywa kilogramów. Musimy tłumić uczucia i pragnienia, ponieważ nie pasują do obrazu „dorosłego” człowieka.

Wybieraj istotne informacje, mówię. Załóż filtr na oczy i uszy. Pilnuj, żeby docierały do ciebie wiadomości, które cię nie przygnębiają. Masz wystarczająco dużo trudnych spraw na co dzień. Myślisz, że mnie nikt nie ocenia ani nie krytykuje w pracy? Mylisz się. Tylko że ja postanowiłam słuchać jedynie tych opinii, które mnie motywują i pomagają naprawić błędy. Co do reszty, udaję, że nie słyszę albo po prostu wyrzucam komunikat z pamięci.

Przyszłam, żeby wysłuchać historii o zdradzie, szantażu i korupcji, a okazuje się, że ty ze wszystkim świetnie sobie poradziłeś. Nie widzisz tego?

Niewiele myśląc, siadam obok Jakuba, biorę w dłonie jego twarz i całuję go w usta. Jest zaskoczony, ale po chwili odpowiada namiętnym pocałunkiem. W ułamku sekundy przygnębienie, słabość, poczucie klęski i niepewność zastępuje euforia. A ja nagle zmieniam się w mądrą kobietę, odzyskuję kontrolę nad otoczeniem i realizuję marzenia, których przez lata nie miałam odwagi spełnić. Odkrywam nieznane lądy i wypływam na niebezpieczne wody, burzę piramidy i wznoszę świątynie.

Odzyskałam władzę nad własnymi myślami i czynami. To, co jeszcze rano wydawało się niemożliwe, po południu staje się realne. Czuję, mogę kochać kogoś, kogo nie powinnam. Nieprzyjemny wiatr jest jak błogosławieństwo, delikatny dotyk boskiej dłoni na mojej twarzy. Znów chce mi się żyć.

Mam wrażenie, że nasz pocałunek trwa wieczność. Powoli odsuwamy się od siebie. Jakub delikatnie gładzi mnie po głowie. Patrzymy sobie głęboko w oczy.

I wracamy do tego, co było przedtem.

Do smutku.

Rozpacz popchnęła mnie do głupiego, nierozsądnego zachowania, które wszystko skomplikuje – przynajmniej w moim przypadku.

Spędzamy razem jeszcze pół godziny. Jak gdyby nigdy nic zaczynamy rozmawiać o mieście i jego mieszkańcach. Kiedy przyszliśmy do parku, wydawaliśmy się sobie bardzo bliscy. W chwili pocałunku byliśmy jednością, a teraz zachowujemy się jak dwoje obcych sobie ludzi, którzy próbują podtrzymać rozmowę, żeby odzyskać równowagę i za chwilę wrócą do swoich codziennych spraw.

Nie siedzimy w restauracji, nikt nas nie widział. Nasze małżeństwa nie rozpadną się z hukiem.

Mam ochotę przeprosić Jakuba, ale chyba nie muszę. Przecież to był tylko pocałunek.

Nie czuję smaku zwycięstwa, ale przynajmniej odzyskałam kontrolę nad moim życiem. W domu wszystko po staremu. Byłam smutna, teraz jestem w lepszym nastroju. Nikt o nic nie pyta.

Pójdę za przykładem Jakuba i porozmawiam z mężem o moim stanie. Ufam mu i jestem przekonana, że mi pomoże.

Z drugiej strony nie warto psuć tego wspaniałego dnia. Nie chcę go zniszczyć rozmową o rzeczach, których sama jeszcze nie rozumiem. Jestem rozdarta, ale przynajmniej wiem, że mój obecny stan nie ma nic wspólnego z brakiem kilku pierwiastków chemicznych w organizmie. Przeczytałam o tym w internecie, w artykule o „chronicznym smutku”.

Dziś nie jestem smutna. W życiu miewamy różne nastroje. Pamiętam, jak po maturze zorganizowaliśmy klasowe spotkanie. Przez dwie godziny było dużo śmiechu, a na koniec wszyscy rozpłakaliśmy się – doszło do nas, że więcej się nie zobaczymy. Chodziłam smutna przez kilka dni, a może tygodni – nie pamiętam. To najlepszy dowód, że dawne emocje bezpowrotnie minęły. Przekroczenie trzydziestki to trudny moment i być może nie byłam na niego przygotowana.

Mąż idzie na górę położyć dzieci. Nalewam sobie kieliszek wina i idę do ogrodu.

Nadal wieje. Wszyscy mieszkańcy Genewy znają ten wiatr. Potrafi dmuchać przez trzy, sześć, a nawet dziewięć dni. We Francji, kraju bardziej romantycznym od Szwajcarii, nazywają go mistralem. Przynosi zmianę pogody, zapowiada słońce i chłód. Najwyższy czas, żeby się wypogodziło. Jutro będzie słoneczny dzień.

Wracam myślami do rozmowy w parku i do pocałunku. Nie czuję strachu. Zrobiłam coś, na co dotąd nigdy się nie zdecydowałam. Zabrałam się do burzenia otaczającego mnie muru.

Przestało mnie obchodzić, co pomyśli Jakub. Nie będę więcej tracić czasu na zastanawianie się, jak dogodzić innym.

Wypijam wino, napełniam znów kieliszek i rozkoszuję się swoim nowym stanem ducha. Po raz pierwszy od miesięcy nie czuję apatii, nie mam wrażenia, że jestem bezużyteczna.

Mąż schodzi na dół, gotowy do wyjścia. Pyta, ile potrzebuję czasu, żeby się przebrać. Zapomniałam, że dziś wieczorem mieliśmy iść do dyskoteki.

Biegnę do pokoju, żeby się przygotować.

Kiedy wracam na dół, jest już filipińska niania. Dzieci zasnęły, nie będzie z nimi problemu. Dziewczyna wykorzysta wolny czas, żeby się pouczyć. Mam wrażenie, że bardzo boi się telewizji.

Jesteśmy gotowi do wyjścia. Włożyłam najlepszą sukienkę, chociaż wiem, że w dyskotece, gdzie panuje luźna atmosfera, będę wyglądać jak lafirynda. Co z tego? Dzisiaj mam ochotę świętować.

Budzi mnie uderzający o szyby wiatr. Mąż nie domknął okna. Muszę wstać i spełnić nocny rytuał, sprawdzić, czy u dzieci wszystko w porządku.

Jednak coś nie pozwala mi podnieść się z łóżka. Może to wypity wczoraj alkohol? Przypomina mi się widok spokojnej tafli jeziora, pogodne niebo i mężczyzna, z którym byłam w parku. Z dyskoteki niewiele pamiętam. Nie podobała nam się muzyka ani nastrój. Pół godziny później wróciliśmy z mężem do domu, do naszych komputerów i tabletów.

A gdzie podziało się to wszystko, o czym wczoraj po południu mówiłam Jakubowi? Zapomniałam, że powinnam wreszcie zacząć myśleć o sobie?

 

Duszę się w tej sypialni. Mój idealny mąż śpi. Najwyraźniej wiatr go nie obudził. Myślę o Jakubie, który leży obok swojej żony i zwierza jej się ze swoich problemów (jestem pewna, że o mnie nie wspomni). Odczuje ulgę i radość, że w trudnych chwilach może na kogoś liczyć. Ja nie wierzę w jego opowieści. Gdyby mówił prawdę, dawno byłby po rozwodzie. Przecież nie mają nawet dzieci!

Zastanawiam się, czy mistral obudził Jakuba. Ciekawe, o czym rozmawiał z żoną, gdzie mieszka. To akurat łatwo będzie sprawdzić. W redakcji mam dostęp do różnych informacji. Zastanawiam się, czy w nocy kochał się z żoną i robił to czule, czy ona jęczała z rozkoszy.

Nadal nie mogę zrozumieć, jak mogłam się tak zachować. Oralny seks, racjonalne rady, pocałunek w parku. To do mnie nie pasuje. Mam wrażenie, jakbym w jego obecności stawała się inną kobietą.

Prowokuję go jak nastolatka. Mam w sobie niewzruszoną pewność skały i siłę wiatru, którego podmuchy poruszyły gładką taflę na Jeziorze Lemańskim. To dziwne, ale spotykając po latach kolegów ze szkoły, żywimy przekonanie, że nic się nie zmienili. A przecież dawny słabeusz mógł stać się siłaczem, piękna dziewczyna poślubić nieudacznika, a papużki nierozłączki rozstać się po latach.

Po pierwszych spotkaniach z Jakubem sama czuję się jak nastolatka. Jestem przekonana, że za złe zachowanie nie grozi mi kara. Znowu mam szesnaście lat i jeszcze nie przeżyłam powrotu Saturna, który każe mi dorosnąć.

Próbuję zasnąć, ale nie mogę. Przez kolejną godzinę intensywnie myślę o Jakubie. Przypomina mi się sąsiad pucujący samochód. Myślałam, że jego życie „nie ma sensu”, bo trwoni czas na bezużyteczne czynności. Nieprawda. Na pewno robił to z przyjemnością, a przy okazji trochę poćwiczył. Wykonywanie prostych, codziennych czynności jest błogosławieństwem, a nie przekleństwem.

Tego właśnie mi trzeba, relaksu i korzystania z życia. Nie mogę zadręczać się myślami o Jakubie. Brak radości zastępuję tęsknotą za konkretnym mężczyzną, a przecież nie o to chodzi. Gdybym poszła do psychiatry, usłyszałabym, że problem leży gdzie indziej. Brak litu, za mało serotoniny i tym podobne. Nie zmieni tego pojawienie się ani odejście Jakuba.

Ale nie potrafię o nim zapomnieć. Dziesiątki razy odtwarzam w pamięci nasz pocałunek.

Łapię się na tym, że podświadomie z nieistniejących problemów tworzę rzeczywiste kłopoty. Zawsze to samo. Z tego właśnie biorą się choroby.

Nie chcę więcej widzieć tego człowieka. Przysłał go szatan, żeby jeszcze bardziej osłabić chwiejną konstrukcję. Jak mogłam tak szybko zakochać się w mężczyźnie, którego właściwie nie znam? A kto mówi, że jestem zakochana? Od wiosny przechodzę kryzys i tyle. Przedtem wszystko było w porządku, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby moje życie wróciło na dawne tory.

Powtarzam sobie: to tylko stan przejściowy, nic więcej.

Nie powinnam koncentrować się na rzeczach, które mi szkodzą. Przecież to samo powiedziałam po południu Jakubowi.

Powinnam wziąć się w garść i przeczekać zły okres. Inaczej naprawdę się zakocham i na długo pozostanę w stanie zaślepienia, który ogarnął mnie podczas naszego pierwszego spotkania w restauracji. Jeśli na to pozwolę, nie będzie to już tylko mój osobisty dramat. Cierpienie i ból dotkną wszystkich.

Wiercę się w łóżku. Czas wlecze się niemiłosiernie. Kiedy wreszcie zapadam w sen, po chwili budzi mnie mąż. Świeci słońce, niebo jest bezchmurne, ale nadal wieje mistral.

– Czas na śniadanie. Zajmę się dziećmi.

A może raz zamienimy się rolami? Ty pójdziesz do kuchni, a ja przygotuję dzieciaki do szkoły.

– Rzucasz mi wyzwanie? Dobrze. Zobaczysz, zrobię ci takie śniadanie, jakiego jeszcze nie jadłaś.

To nie żaden pojedynek, tylko chęć przerwania rutyny. Przy okazji, masz jakieś zastrzeżenia do moich śniadań?

– Za wcześnie na kłótnie. Wczoraj za dużo wypiliśmy. Jesteśmy za starzy na dyskoteki. Proszę, zajmij się dziećmi.

Wychodzi, nie czekając na moją odpowiedź. Biorę komórkę i sprawdzam, jakie mam dzisiaj ważne sprawy do załatwienia. Im dłuższa lista, tym większa satysfakcja z pożytecznie spędzonego czasu. Zdarza mi się jednak mieć zaległe sprawy z poprzedniego dnia, a nawet tygodnia. Lista wydłuża się, a moja frustracja pogłębia. Wreszcie kasuję wszystko i zaczynam od nowa. Dopiero wtedy dociera do mnie, że ważne sprawy nie były aż tak ważne.

Na liście brakuje jednej rzeczy, którą koniecznie muszę załatwić – sprawdzić, gdzie mieszka Jakub König i znaleźć chwilę, żeby podjechać pod jego dom.

Kiedy schodzę na dół, na stole czeka idealne śniadanie – owocowa sałatka, oliwa z oliwek, sery, ciemny chleb, jogurt, suszone śliwki. Obok mojego talerza, po lewej stronie, leży najnowszy numer gazety, w której pracuję. Mąż dawno przestał kupować papierowe gazety i czyta tylko wersje elektroniczne w swoim iPadzie. Starszy syn chce wiedzieć, co znaczy słowo „szantaż”. Nie rozumiem, skąd to pytanie, lecz po chwili mój wzrok pada na pierwszą stronę gazety, na której widnieje wielkie zdjęcie Jakuba – pewnie jedno z wielu wysłanych do naszej redakcji. Ma poważną minę, wygląda na zamyślonego. Obok tłustym drukiem tytuł: „Deputowany przyznaje, że był szantażowany”.

To nie jest mój artykuł. Kiedy wczoraj byłam poza redakcją, zadzwonił naczelny i powiedział, że mogę odwołać spotkanie z Jakubem – dostali informację z ministerstwa finansów, że urzędnicy zajęli się już sprawą. Wytłumaczyłam, że jestem po spotkaniu, wszystko poszło gładko i nie musiałam stosować „rutynowych metod”. Szef natychmiast wysłał mnie do sąsiedniej dzielnicy (która uważana jest za oddzielne miasteczko, ponieważ ma własną prefekturę) i kazał zająć się protestem wywołanym zamknięciem lokalnego sklepu spożywczego. Właścicielowi zarzucono sprzedaż przeterminowanej żywności. Zrobiłam wywiad z właścicielem sklepu, sąsiadami i znajomymi sąsiadów. Jestem przekonana, że ta sprawa bardziej zainteresuje czytelników niż oświadczenia jakiegoś polityka. Zresztą mój temat i tak znalazł się na pierwszej stronie, chociaż nieco niżej. Tytuł: „Kara dla właściciela sklepu z powodu przeterminowanej żywności. Brak doniesień o ofiarach”.

Zdjęcie Jakuba przy śniadaniu nie daje mi spokoju.

Mówię mężowi, że wieczorem musimy porozmawiać.

– Podrzucimy dzieci mojej mamie i pójdziemy do restauracji – proponuje. – Ja też chcę spędzić z tobą trochę czasu. Sam na sam, bez tej strasznej muzyki. Nie rozumiem, dlaczego dyskoteki są takie popularne.

Był wiosenny poranek. Schowałam się w odległej części placu zabaw, gdzie nikt się nie zapuszczał. Wzrok utkwiłam w ceglanej ścianie szkoły. Czułam, że coś ze mną jest nie tak. Inne dzieci posądzały mnie o wywyższanie się, a ja nawet nie starałam się ich sobie zjednać. Wręcz przeciwnie. Prosiłam mamę, żeby kupowała mi drogie stroje i podwoziła pod szkołę swoim zagranicznym samochodem. Tak było do wiosennego poranka, kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem całkiem sama i być może zostanie tak do końca moich dni. Miałam zaledwie osiem lat, ale wydawało mi się, że jest za późno na jakiekolwiek zmiany i nie warto przekonywać rówieśników, że jesteśmy do siebie podobni.

Było lato. Chodziłam wtedy do gimnazjum. Chłopcy mi dokuczali, dlatego trzymałam się od nich z daleka. Dziewczynki umierały z zazdrości, ale się do tego nie przyznawały. Każda chciała być moją przyjaciółką, żeby karmić się okruchami tego, co z wyższością odrzucałam.

Nikogo do siebie nie dopuszczałam. Byłam przekonana, że jeśli ktoś znajdzie się w moim świecie, głęboko się rozczaruje. Dlatego lepiej było nadal roztaczać aurę tajemniczości i dawać do zrozumienia, że korzystam z przywilejów, o jakich inni mogą tylko marzyć.

Któregoś dnia w drodze do domu zauważyłam kilka grzybów, które pojawiły się po deszczu. Rosły sobie spokojnie przy drodze. Nikt ich nie zrywał, bo były trujące. Przeszło mi przez myśl, że mogłabym je zjeść. Nie byłam smutna ani szczęśliwa. Chciałam tylko zwrócić uwagę rodziców.

W końcu ich nie zerwałam.

Dziś jest pierwszy dzień jesieni, najpiękniejszej pory roku. Niebawem liście zmienią kolor i każde drzewo będzie inne. W drodze na parking postanowiłam przejechać się ulicą, którą zazwyczaj omijam.

Zatrzymuję się przed moją dawną szkołą. Widzę te same cegły. Nic się nie zmieniło poza faktem, że nie jestem sama. Myślę o dwóch mężczyznach – jednym, z którym nigdy nie będę, i drugim, z którym umówiłam się na kolację w eleganckim, starannie wybranym lokalu.

Nad moją głową szybuje ptak, bawiąc się z wiatrem. Przelatuje z jednej strony na drugą, obniża lot. W jego ruchach jest jakaś niezrozumiała dla mnie logika. Chociaż może niepotrzebnie się jej dopatruję. Dla niego to pewnie tylko zabawa.

Nie jestem ptakiem. Nie potrafię spędzić życia na zabawie, chociaż mam przyjaciół biedniejszych ode mnie, którzy żyją od podróży do podróży, od jednej kolacji do drugiej. Próbowałam podobnie spędzać czas, ale długo nie wytrzymałam. Pracę w gazecie załatwił mi mój mąż. Mam posadę, jestem zajęta, czuję się potrzebna i dobrze wykorzystuję swój czas. Kiedyś dzieci będą ze mnie dumne, a sfrustrowane przyjaciółki ze szkoły będą mi zazdrościć, że potrafiłam coś stworzyć, podczas gdy one zajmowały się jedynie domem, potomstwem i mężem.

Nie wiem, czy inni też odczuwają taką wielką potrzebę imponowania bliźnim. Nie wypieram się tego, dobrze mi to robi, pcha naprzód. Muszę tylko unikać ryzyka i nie zmieniać mojego dotychczasowego życia.

Przychodzę do pracy i natychmiast zabieram się za przeszukiwanie dostępnych w sieci archiwów państwowych. W ciągu minuty znajduję adres Jakuba Königa, informacje o jego zarobkach, wykształceniu. Dowiaduję się, jak nazywa się jego żona i gdzie pracuje.

Mąż wybrał restaurację w połowie drogi między redakcją a naszym domem. Byliśmy tu kilka razy. Smaczne jedzenie, dobre wino, przyjemna atmosfera. Mimo to uważam, że najlepsza jest kuchnia domowa. Jadam w restauracjach tylko, kiedy muszę się z kimś spotkać. Uwielbiam gotować, uwielbiam spędzać czas z rodziną, wiedzieć, że daję im poczucie bezpieczeństwa i to samo otrzymuję w zamian.

Na liście spraw do załatwienia nie ma pozycji „przejechać obok domu Jakuba”. Powstrzymałam się, żeby tego nie zapisać. Mam wystarczająco dużo urojonych problemów, żeby jeszcze dokładać do nich realny kłopot z nieodwzajemnioną miłością. Było, minęło i nigdy nie wróci. Przede mną świetlana przyszłość, spokój, nadzieja i stabilizacja.

– Podobno zmienił się właściciel i jedzenie nie jest takie jak dawniej – mówi mąż.

Nieważne. Jedzenie w restauracji zawsze smakuje tak samo. Dużo masła, dekoracje na talerzu, a do tego astronomiczne ceny nie odpowiadające ofercie. No cóż, mieszkamy w jednym z najdroższych miast świata.

Kolacja poza domem jest rodzajem rytuału. Kelner wita nas i prowadzi do naszego ulubionego stolika (chociaż dawno tu nie byliśmy). Pyta, czy życzymy sobie nasze ulubione wino (oczywiście, że tak) i przynosi kartę. Czytam menu od początku do końca i wybieram to, co zawsze. Mąż jak zwykle decyduje się na pieczoną jagnięcinę z soczewicą. Kelner poleca dania dnia. Grzecznie słuchamy, rzucamy jakieś miłe słowo i pozostajemy przy swoim.

Pierwszy kieliszek wina. Nie musimy go w skupieniu degustować. W końcu od dziesięciu lat jesteśmy małżeństwem, wiem, że szybko opróżnimy butelkę. Rozmawiamy o pracy, narzekamy na fachowca, który miał się zjawić, żeby sprawdzić ogrzewanie w domu, ale się nie zjawił.

– Jak przygotowania do niedzielnych wyborów? – pyta mąż.

Redakcja poleciła mi napisać artykuł na temat, który obecnie bardzo mnie interesuje: „Czy wyborcy mają prawo poznać życie prywatne kandydującego polityka?”. Tekst ma nawiązywać do głównego tematu z dzisiejszego numeru. Chodzi o deputowanego szantażowanego przez Nigeryjczyków. Większość osób mówi to samo: „To nas nic nie obchodzi. Nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych i jesteśmy z tego dumni”.

Zmieniamy temat. Zaczynamy rozmawiać o nieistotnych rzeczach. Do 38 procent wzrosła liczba osób deklarujących udział w wyborach do Rady Federalnej. Pracownicy transportu publicznego w Genewie są zmęczeni, ale zadowoleni ze swojej pracy. Na przejściu dla pieszych potrącono kobietę. Zepsuty tramwaj na dwie godziny sparaliżował ruch w mieście. Same błahostki.

Nie czekając na przystawki, nalewam sobie drugi kieliszek wina. Nie pytam męża, jak minął dzień. On słucha grzecznie, nie przerywa. Pewnie zastanawia się, po co tu przyszliśmy.

Kelner przynosi jedzenie.

– Jesteś dziś w lepszym nastroju – zauważa mąż.

Nagle zdaję sobie sprawę, że mówię bez przerwy od dwudziestu minut.

 

– Coś się stało?

Gdyby zadał mi to pytanie po spotkaniu w Parc des Eaux-Vives, zarumieniłabym się, a potem jednym tchem wymieniłabym wymyślone naprędce powody mojego zachowania. Jednak mijający dzień niczym nie różnił się od innych, chociaż mogę sobie wmawiać, że każda chwila spędzona w redakcji ma wielkie znaczenie dla ludzkości.

– O czym chciałaś ze mną porozmawiać?

Sięgając po trzeci kieliszek, biorę głęboki oddech. Chcę mu o wszystkim powiedzieć. W ostatniej chwili zjawia się kelner i ratuje mnie przed skokiem w przepaść. Wymieniamy kilka bezsensownych uwag. Wśród nic nie znaczących uprzejmości tracę kolejne minuty życia na bezsensowne ceregiele.

Mąż zamawia następną butelkę wina. Kelner życzy nam smacznego i odchodzi. Zaczynam mówić.

Wspomniałeś, że potrzebuję lekarza, ale to nieprawda. Wywiązuję się ze wszystkich obowiązków w domu i pracy. Mimo to od jakiegoś czasu jestem przygnębiona.

– Miałem wrażenie, że jesteś dziś weselsza.

No tak. Wszyscy przyzwyczaili się do mojego smutku i przestali się przejmować zmiennymi humorami. Owszem, jestem zadowolona, bo mogę z kimś porozmawiać, ale to nie zmienia faktu, że ogólnie czuję przygnębienie. Źle sypiam, uważam, że jestem egoistką. Próbuję imponować ludziom, jakbym nadal była nastolatką. W łazience bez powodu wybucham płaczem. Tylko raz w ciągu ostatnich miesięcy kochałam się z tobą z przyjemnością. Początkowo myślałam, że to kryzys wieku średniego, ale to nie jest wystarczające wytłumaczenie. Czuję, że marnuję życie. Któregoś dnia spojrzę wstecz i będę przerażona podjętymi decyzjami. Oczywiście nie mówię o naszym małżeństwie i naszych wspaniałych dzieciach.

– To ci nie wystarcza?

Innym może tak, ale dla mnie to za mało. Jest coraz gorzej. Kiedy po całym dniu pracy wieczorem kładę się do łóżka, zaczynam niekończący się wewnętrzny dialog. Boję się zmian, a jednocześnie mam wielką ochotę przeżyć coś nowego. Powracają natrętne myśli, nad niczym nie panuję. Ty niczego nie widzisz, bo szybko zasypiasz. Nawet nie zauważyłeś, że wczoraj w nocy trzęsły się szyby, tak mocno wiało.

– Nie słyszałem, ale okna były zamknięte.

Sam widzisz. Od lat wieje mistral, a dopiero teraz zaczął budzić mnie w nocy. Słyszę, jak przewracasz się z boku na bok i mówisz przez sen. Proszę, nie bierz tego do siebie, ale czuję, jakby wokół mnie wszystko traciło sens. Wiem tylko, że kocham nasze dzieci. I ciebie. Lubię swoją pracę. Ale to jedynie pogłębia mój smutek. Czuję, że obrażam Boga, niesprawiedliwie oceniam swoje życie, krzywdzę was.

Mąż nie tknął jedzenia. Patrzy na mnie jak na obcą osobę. Mimo to czuję ulgę. Przynajmniej powiedziałam, co mi leży na sercu. Wino robi swoje. Nie jestem sama. Dziękuję, Jakubie Königu.

– Chcesz z tym iść do lekarza?

Nie wiem. Nawet gdybym musiała, i tak bym nie poszła. Sama powinnam rozwiązać swoje problemy.

– Domyślam się, jak ciężko jest tłumić te uczucia w sobie. Dziękuję, że mi powiedziałaś. Dlaczego tak późno?

Bo dopiero teraz nie jestem w stanie tego znieść. Dziś wspominałam dzieciństwo, szkołę. A może źródło kłopotów tkwi w przeszłości? Niemożliwe, chyba że przez te wszystkie lata tak skutecznie siebie oszukiwałam. Nie, to raczej mało prawdopodobne. Pochodzę z normalnej rodziny, odebrałam typowe wykształcenie, prowadzę spokojne życie. Co się ze mną dzieje?

Nie zwierzałam ci się, bo myślałam, że samo minie. Nie chciałam ciebie martwić.

Mam łzy w oczach.

– Nie bój się, nie zwariowałaś. Nie zachowujesz się jak wariatka, nie straciłaś na wadze. Jeśli potrafisz nad sobą zapanować, to znaczy, że nie jest źle.

Dlaczego wspomniał o mojej wadze?

– Poproszę mojego lekarza, żeby przepisał ci leki na sen. Powiem, że to dla mnie. Odpoczniesz i wrócisz do równowagi. Może powinniśmy więcej się ruszać? Dzieci będą zachwycone. Za dużo czasu spędzamy w pracy.

Wcale nie spędzam zbyt wiele czasu w pracy. Dzięki temu, że piszę artykuły, mam co robić i nie myślę o seksie.

– Musimy więcej ćwiczyć, przebywać na świeżym powietrzu, intensywnie biegać, wydawać w domu przyjęcia...

Tylko tego brakuje! Mam rozmawiać z ludźmi, zabawiać ich z przyklejonym do ust uśmiechem, wysłuchiwać ich opinii o operze, zakorkowanych ulicach, a potem jeszcze zmywać po nich naczynia.

– W weekend pojedziemy do parku Jura. Dawno tam nie byliśmy.

W weekend są wybory, mam dyżur w redakcji.

W ciszy kończymy posiłek. Kelner był już dwa razy, żeby sprawdzić, czy zjedliśmy. Szybko opróżniamy drugą butelkę wina. Wyobrażam sobie, co mój mąż teraz myśli: „Jak jej pomóc? Co mogę zrobić, żeby była szczęśliwa?”. Nic. Niech robi to, co zwykle. Jeśli nagle przyjdzie z bombonierką albo bukietem kwiatów, jego niespodziewany przypływ uczuć tylko przyprawi mnie o mdłości.

Po kolacji decydujemy wspólnie, że mąż nie może prowadzić samochodu. Zostawimy wóz przed restauracją. Zabierzemy go jutro. Dzwonię do teściowej i pytam, czy dzieci mogą zostać u niej na noc. Przyjadę rano i odwiozę je do szkoły.

– Wytłumacz mi, czego ci właściwie brakuje.

Nie, tylko nie to. Odpowiedź jest jedna: niczego. Niczego! Chciałabym mieć poważne problemy. Nie znam nikogo, kto byłby w podobnym położeniu. Nawet moja przyjaciółka, która przez lata cierpiała na depresję, wreszcie zaczęła się leczyć. Ale ja nie potrzebuję terapii, nie mam symptomów, które mi opisała. Poza tym nie chcę uzależniać się od leków. A inni? Jednych zżera złość, innych stres, jeszcze inni cierpią z powodu nieszczęśliwej miłości. Rozpaczają i myślą, że potrzebna im pomoc lekarza, ale to nieprawda. Oni też nie potrzebują terapii, po prostu mają złamane serce. Ludzie zakochują się nieszczęśliwie od zarania dziejów, od chwili, gdy odkryli Miłość.

– Jeżeli nie chcesz iść do lekarza, może powinnaś o tym poczytać?

Już próbowałam. Godzinami przeglądałam strony internetowe poświęcone psychologii. Przykładałam się do zajęć z jogi. Nie zauważyłeś, że zmienił mi się gust i kupuję teraz inne książki? Na pewno myślałeś, że przechodzę duchową przemianę.

Nic z tych rzeczy! Bezskutecznie szukam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Przeczytałam dziesięć mądrych książek, ale one niczego nie zmieniły. Działały w trakcie lektury, ale traciły moc z chwilą, gdy je zamykałam. Zdania, słowa opisujące idealny świat, w którego istnienie nie wierzą nawet ich autorzy.

– A teraz, po kolacji, czujesz się lepiej?

Oczywiście, ale to nie wystarczy. Muszę zrozumieć, co się ze mną dzieje. Chodzi o to, kim jestem, a nie o sprawy zewnętrzne.

Widzę, jak bardzo mój mąż chce mi pomóc, ale on też jest zagubiony. Wypytuje mnie o symptomy, a przecież nie w tym rzecz. Ważny jest całokształt. Pytam, czy słyszał o pochłaniającej wszystko czarnej dziurze.

– Nie.

No właśnie.

Jest przekonany, że z tego wyjdę. Prosi, żebym siebie zbyt surowo nie oceniała ani nie obwiniała. On jest przy mnie.

– Na końcu tunelu jest światełko.

Chciałabym w to wierzyć, ale jestem realistką. Nie martw się, będę walczyć. Robię to od kilku miesięcy. Przeszłam niejedną trudną chwilę. Któregoś dnia obudzę się ze świadomością, że to był tylko zły sen. Jestem tego pewna.

Mąż prosi o rachunek, potem bierze mnie za rękę i idziemy do taksówki. A jednak coś zmieniło się na lepsze. Wiara w ludzi, których kochamy, zawsze pomaga.

Jakubie Königu, co robisz w moim pokoju, w moim łóżku, w moich snach? Powinieneś ciężko pracować. Za trzy dni wybory do Rady Federalnej, a ty straciłeś cenne godziny kampanii, jedząc ze mną obiad w La Perle du Lac i rozmawiając w Parc des Eaux-Vives.

Nie wystarczy ci? Co robisz w moich snach i koszmarach? Zrobiłam, co mi radziłeś – rozmawiałam z mężem i poczułam jego miłość. Po raz pierwszy od długiego czasu tej nocy kochaliśmy się namiętnie. Uwierzyłam, że w moim życiu znów pojawi się szczęście.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?