Zdrada

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jakub podchodzi do drzwi gabinetu i zamyka je na klucz. Wraca i całuje mnie w usta. Odwzajemniam pocałunek. Minęło tyle lat od chwili, gdy robiliśmy to po raz ostatni. Tylko że teraz Jakub, którego kiedyś być może kochałam, jest dorosłym mężczyzną i ma żonę wykładającą na uniwersytecie. A ja jestem matką i żoną dziedzica fortuny, który mimo wielkiego majątku nie rezygnuje z ciężkiej pracy.

Powinnam go odepchnąć i powiedzieć, że nie jesteśmy dziećmi. Nie robię tego, bo nowa sytuacja coraz bardziej mi się podoba. Odkryłam świetną japońską restaurację, a przed chwilą zrobiłam coś, czego nie powinnam. Mimo że złamałam zasady, świat się nie zawalił! Dawno nie byłam taka szczęśliwa.

Z każdą sekundą czuję się coraz lepiej, nabieram odwagi, smakuję wolność. Robię coś, o czym marzyłam, kiedy chodziliśmy ze sobą w szkole.

Klękam, rozpinam mu rozporek i zaczynam pieścić ustami jego przyrodzenie. Jakub chwyta mnie za głowę i nadaje rytm. Po minucie eksploduje.

– Cudownie!

Nie odpowiadam. Prawdę mówiąc, dla mnie było to o wiele milsze niż dla Jakuba, który miał przedwczesny wytrysk.

Kiedy popełnimy grzech, ogarnia nas strach, że prawda wyjdzie na jaw.

W drodze do redakcji kupuję pastę i szczoteczkę do zębów. Co pół godziny idę do łazienki i sprawdzam, czy nie mam brudnej twarzy, czy nie widać czegoś na bluzce od Versace, której haftowany wzór świetnie maskuje plamy. Kątem oka obserwuję kolegów (przede wszystkim kobiety, które mają szósty zmysł i wszystkiego się domyślają), ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Jak do tego doszło? Mam wrażenie, że zawładnęła mną jakaś obca siła i popchnęła do czysto mechanicznego, wyzbytego erotyzmu aktu. A może w ten sposób chciałam udowodnić Jakubowi, że jestem dorosłą, niezależną kobietą i robię to, na co mam ochotę? Chciałam mu zaimponować, czy może uciec przed „piekłem”, o którym wspomniała moja przyjaciółka?

Wszystko będzie jak dawniej. Nie stoję na rozdrożu. Wiem, dokąd zmierzam i mam nadzieję, że uda mi się tak pokierować życiem mojej rodziny, żebyśmy za ileś lat nie uważali mycia samochodu za szczyt szczęścia. Wielkie zmiany następują z czasem – a tego akurat mi nie brakuje.

Przynajmniej mam taką nadzieję.

Wracam do domu. Staram się nie być ani zbyt miła, ani zbyt smutna. Dzieci natychmiast to zauważają.

– Mamusiu, jesteś dzisiaj jakaś dziwna.

Mam ochotę odpowiedzieć, że zrobiłam coś strasznego, ale wcale nie czuję się winna, tylko boję się, że prawda wyjdzie na jaw.

Wraca mąż i jak zwykle całuje mnie na powitanie. Pyta, jak minął dzień i co jest na kolację. Odpowiadam tak, żeby go zadowolić. Jeśli nie zauważy niczego podejrzanego, nie przyjdzie mu do głowy, że dziś po południu miałam oralny stosunek z pewnym politykiem.

Stosunek, który nie przyniósł mi fizycznego spełnienia i dlatego teraz płonę z pożądania. Potrzebuję mężczyzny, pocałunków, chcę czuć ból i rozkosz ciała na moim ciele.

Kiedy idziemy na górę do sypialni, jestem podniecona do granic wytrzymałości i chcę kochać się z moim mężem. Muszę jednak działać ostrożnie, bez ekscesów. Inaczej zacznie coś podejrzewać.

Biorę prysznic, idę do łóżka, odbieram mężowi tablet i odkładam go na nocną szafkę. Zaczynam głaskać męża po torsie. Szybko się podnieca. Dawno nie kochaliśmy się tak namiętnie. Kiedy zbyt głośno jęczę, mąż mnie ucisza, bo obudzę dzieci. Odpowiadam, że mam dosyć takich uwag i będę robić, co mi się podoba.

Mam kilka orgazmów. Boże, jak ja kocham tego człowieka! Opadamy na łóżko, wycieńczeni i spoceni. Po raz drugi idę się umyć. Mąż wchodzi pod prysznic i zaczyna pieścić mnie strumieniem ciepłej wody. Proszę, żeby przestał, bo mnie to podnieca. Jestem zmęczona, a rano musimy wcześnie wstać.

Wycieramy się nawzajem. Tak bardzo pragnę zmienić coś w moim życiu, że proszę męża, abyśmy wybrali się do dyskoteki. Kiedy to mówię, mam wrażenie, że zaczyna coś podejrzewać.

– Jutro?

Jutro nie mogę, mam jogę.

– Jeśli już jesteśmy przy temacie, mogę zadać ci pytanie?

Serce przestaje mi bić.

– Po co ci te zajęcia jogi? Jesteś taka spokojna, zrównoważona, wiesz, czego chcesz. Nie uważasz, że to strata czasu?

Moje serce zaczyna bić miarowym rytmem. Nie odpowiadam. Uśmiecham się i wycieram ręcznikiem jego twarz.

Rzucam się na łóżko i zamykam oczy. Teraz jestem prawie pewna, że przechodzę kryzys wieku średniego. Ale to minie.

Nie wszyscy muszą cały czas być szczęśliwi. Właściwie to niemożliwe. Trzeba nauczyć się trzeźwo patrzeć na rzeczywistość.

Droga depresjo, nie zbliżaj się do mnie. Nie bądź niemiła. Idź sobie do innych, do ludzi, którzy mają więcej powodów, żeby spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Życie jest bez sensu”. Czy ci się to podoba, czy nie, i tak z tobą wygram.

Depresjo, tracisz ze mną czas.

Spotkanie z Jakubem Königiem przebiega dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Idziemy do La Perle du Lac, drogiej restauracji na brzegu jeziora. Niegdyś świetnie prosperujący lokal dziś otrzymuje dotacje od miasta. Nadal jest drogo, chociaż jedzenie serwują okropne. Mogłam go zaskoczyć i zaproponować restaurację japońską, którą niedawno odkryłam, ale pewnie uznałby, że mam zły gust. Dla wielu ludzi wystrój jest ważniejszy od jedzenia.

Teraz przekonuję się, że dobrze zrobiłam. Jakub popisuje się przede mną znajomością win. Ocenia „bukiet”, „klarowność”, „łzę”, czyli strużkę spływającą po ściance kieliszka. Pokazuje w ten sposób, że dorósł, nie jest już chłopcem ze szkoły, wiele przeżył, osiągnął sukces, poznał świat, wina, politykę, kobiety, miał kilka narzeczonych.

Jakie to śmieszne! My Szwajcarzy rodzimy się i umieramy z kieliszkiem wina w ręku. Potrafimy odróżnić wino dobre od złego. To wszystko.

Dopóki nie poznałam mojego męża, wszyscy mężczyźni, z którymi się spotykałam, byli przekonani, że długa degustacja wina świadczy o ich obyciu. Wszyscy zachowywali się jednakowo. Traktowali wybór wina w restauracji jak chwilę swojej wielkiej chwały. Każdy robił to samo: z miną wielkiego znawcy wąchał korek, czytał informację na etykiecie, pozwalał kelnerowi nalać do kieliszka odrobinę wina, kręcił nim, podnosił do światła, wąchał bukiet, wolno degustował, wreszcie skinieniem głowy akceptował wybór.

Tak często uczestniczyłam w tych rytuałach, że któregoś dnia miałam dosyć. Zaczęłam spotykać się z nerdami, maniakami komputerowymi trzymającymi się z dala od zwykłego życia studenckiego. W odróżnieniu od przewidywalnych i nadętych degustatorów win nerd zachowywał się autentycznie i nie starał się mi zaimponować. Mówił o rzeczach, o których nie miałam pojęcia. Był przekonany, że powinnam znać markę „Intel”, bo „jest na wszystkich komputerach”, ale ja nigdy nie zwracałam na to uwagi.

Nerd sprawiał, że czułam się ignorantką, kobietą nieatrakcyjną. Bardziej interesowało go hakerstwo internetowe niż moje piersi i nogi. Dlatego szybko wróciłam do degustatorów win. Po jakimś czasie spotkałam mężczyznę, który nie starał się imponować mi swoim wyszukanym gustem i nie uważał, że jestem idiotką, bo nie potrafię rozmawiać o tajemniczych planetach, hobbitach i programach komputerowych, kasujących informacje o odwiedzanych stronach internetowych. Po kilku miesiącach znajomości, podczas których zwiedziliśmy co najmniej 120 miejscowości okalających Jezioro Lemańskie, chłopak poprosił mnie o rękę.

Zgodziłam się natychmiast.

Pytam Jakuba, czy zna jakąś dyskotekę, ponieważ od dawna nie korzystam z uroków nocnego życia Genewy. Tłumaczę, że w piątek chcę wyjść na drinka i potańczyć. Widzę błysk w jego oczach.

– Niestety nie mogę ci towarzyszyć. Wiesz, że jestem żonaty. Poza tym nie wolno mi pokazywać się publicznie z dziennikarką. Uznają, że twój artykuł jest...

Tendencyjny?

– Właśnie, tendencyjny.

Postanawiam kontynuować grę, zawsze lubiłam flirtować. Nie mam nic do stracenia. Znam wszystkie sposoby, sztuczki, zasadzki i cele.

Proszę, żeby opowiedział mi więcej o sobie. Nie przyszłam tu jako dziennikarka, ale dorosła kobieta i jego dawna szkolna miłość.

Podkreślam słowo „kobieta”.

– Nie mam życia prywatnego – wyznaje Jakub. – Niestety. Wybrałem karierę, która zmieniła mnie w robota. Wszystko, co robię, jest kontrolowane, krytykowane i opisywane.

Nie do końca się z nim zgadzam, ale jego szczerość mnie rozbraja. Bada teren, sprawdza grunt i chce wiedzieć, jak daleko może się posunąć. Daje do zrozumienia, że jest „nieszczęśliwy w małżeństwie”, czyli robi dokładnie to, co wszyscy dorośli mężczyźni, kiedy wypiją parę kieliszków wina i zaczynają prężyć przed kobietą muskuły.

– W ciągu ostatnich dwóch lat było kilka radosnych miesięcy, kilka pracowitych, ale ogólnie to nieustanna walka o przetrwanie na stanowisku i schlebianie ludziom, żeby znów mnie wybrali. Muszę rezygnować ze wszystkiego, co lubię, na przykład z pójścia z tobą do dyskoteki. Nie słucham już muzyki, nie palę i nie robię niczego, co ludzie mogliby uznać za niestosowne.

Przesada! Nikogo nie interesuje jego życie prywatne.

– Może to wina Saturna. Co 29 lat wraca do miejsca, gdzie był w dniu naszych narodzin.

Powrót Saturna?

Jakub zdaje sobie sprawę, że powiedział za dużo i sugeruje, że powinniśmy wracać do pracy.

Nie. Ja czuję, że w moim przypadku powrót Saturna już nastąpił. Jakub robi mi mały wykład z astronomii. Co 29 lat Saturn wraca do miejsca, w którym znajdował się w dniu naszych narodzin. Do tego momentu wydaje nam się, że wszystko jest możliwe, że spełnią się nasze marzenia, a otaczający nas mur da się zburzyć. Kiedy Saturn zatoczy koło, pryska romantyczne złudzenie. Nie sposób cofnąć podjętych decyzji, a zmiana kursu jest praktycznie niemożliwa.

 

– Nie za bardzo się na tym znam, ale to oznacza, że moja następna szansa pojawi się przed pięćdziesiątym ósmym rokiem życia, kiedy Saturn będzie zataczał drugie koło. Dlatego nie za bardzo rozumiem, dlaczego jemy razem obiad. Przecież Saturn mówi, że za późno na zmianę drogi. Siedzimy tu i rozmawiamy przeszło godzinę. Jesteś szczęśliwa?

Co?

– Zauważyłem coś w twoich oczach... jakiś smutek. To dziwne, bo jesteś piękną mężatką i masz dobrą pracę. Kiedy patrzę na ciebie, mam wrażenie, że widzę swoje odbicie. Dlatego jeszcze raz spytam: jesteś szczęśliwa?

W kraju, w którym dorastałam i teraz wychowuję dzieci, nikt nie zadaje takich pytań. Szczęścia nie można precyzyjnie zmierzyć, zagłosować za lub przeciw w jakimś referendum albo dać do analizy specjalistom. Nie pytamy nawet o markę czyjegoś samochodu, a co dopiero o sprawy tak osobiste i niejednoznaczne jak szczęście.

– Nie musisz odpowiadać. Twoje milczenie mi wystarczy.

Nieprawda. Milczenie nie jest odpowiedzią, lecz oznaką zdziwienia, zaskoczenia.

– Ja nie jestem szczęśliwy – ciągnie Jakub. – Mam wszystko, o czym marzy mężczyzna, ale nie jestem szczęśliwy.

Czyżby zatruli miejską wodę? Może ktoś chce zniszczyć nasz kraj, dodając do wody chemiczną substancję, która wywołuje frustrację. To niemożliwe, żeby każdy, z kim rozmawiam, czuł dokładnie to, co ja.

Do tej pory milczałam, ale teraz zrozumiałam, że cierpiące dusze w niewyjaśniony sposób potrafią się rozpoznać i przyciągnąć, potęgując swoje cierpienie.

Dlaczego tak późno to zauważyłam, dlaczego koncentrowałam się na jego powierzchownych opiniach o polityce i sposobie, w jaki degustował wino?

Powrót Saturna. Smutek. Tego nie spodziewałam się po panu Königu.

Patrzę na zegarek. Jest 13:55. Po raz drugi zakochałam się w Jakubie. Nikt, nawet mój wspaniały mąż, nie zapytał mnie, czy jestem szczęśliwa. Może kiedy byłam dzieckiem, czasem rodzice albo dziadkowie pytali, czy jestem zadowolona, ale to wszystko.

– Spotkamy się jeszcze?

Patrzę na niego i nie widzę mojego dawnego chłopaka, ale przepaść, do której dobrowolnie się zbliżam, przepaść, przed którą się nie cofnę. W ułamku sekundy pojmuję, że bezsenne noce staną się nie do zniesienia, bo pojawił się poważny problem: zakochałam się.

W mojej głowie zapala się czerwona lampka.

Tłumaczę sobie, że jestem naiwna. Przecież on chce zaciągnąć mnie do łóżka. Nie zależy mu na moim szczęściu.

Decyduję się na samobójczy krok. Kto wie, może pójście do łóżka z facetem, który w czasach szkolnych dotknął moich piersi, uzdrowi moje małżeństwo? Wczoraj to się sprawdziło. Po porannym seksie oralnym miałam kilka orgazmów w nocy.

Próbuję wrócić do tematu Saturna, ale Jakub prosi o rachunek, jednocześnie odbierając telefon. Mówi, że spóźni się pięć minut.

– Proszę o kawę i wodę mineralną.

Pytam, z kim rozmawiał. Mówi, że z żoną. Dyrektor dużej firmy farmaceutycznej chce się z nim zobaczyć i być może zainwestować w ostatni etap jego kampanii wyborczej do Rady Federalnej. Zbliża się termin wyborów.

Przypominam sobie, że Jakub jest żonaty, nieszczęśliwy i nie może robić niczego, na co ma ochotę. Krążą plotki, że jego małżeństwo jest związkiem otwartym. Powinnam zgasić iskrę, która zapłonęła o godzinie 13:55. Jakub chce mnie tylko wykorzystać.

Nie przeszkadza mi to, o ile będziemy grać w otwarte karty. Ja też mam ochotę z kimś się przespać.

Wychodzimy z restauracji i stajemy na chodniku przed wejściem. Jakub rozgląda się, czy ktoś nas nie widzi. Upewniwszy się, że nikogo nie ma, zapala papierosa.

A więc tego się bał – że przyłapią go na paleniu.

– Pewnie pamiętasz, że w szkole wróżono mi wielką karierę. Musiałem wszystkim udowodnić, że mają rację. Człowiek bardzo potrzebuje miłości i akceptacji. Dla nauki i pochwał rezygnowałem ze spotkań z przyjaciółmi. Liceum skończyłem z najlepszymi ocenami. Właściwie dlaczego przestaliśmy ze sobą chodzić?

Jeśli Jakub nie pamięta, to tym bardziej ja. W tamtych czasach wszyscy się nawzajem podrywali i każdy chodził z każdym.

– Skończyłem studia, zostałem obrońcą z urzędu. Spotykałem bandytów i ofiary, kanalie i uczciwych ludzi. To miała być praca na parę miesięcy, ale okazała się wyborem na całe życie. Zacząłem pomagać innym. Moja teczka z aktami klientów pęczniała, stałem się sławny. Ojciec namawiał mnie, żebym to rzucił i poszedł do pracy w kancelarii adwokackiej, którą prowadził jego przyjaciel. Ale ja cieszyłem się każdą wygraną sprawą, mimo że często musiałem borykać się z archaicznymi przepisami, które nie pasowały do współczesnych realiów. Trzeba było wprowadzić wiele zmian w zarządzaniu miastem.

Wszystko to mogłam przeczytać w jego oficjalnej biografii, ale w jego ustach brzmiało jakoś inaczej.

– W końcu postanowiłem kandydować do parlamentu. Ojciec był przeciwny, więc zrobiliśmy kampanię prawie bez pieniędzy. Poparli mnie moi klienci. Zostałem wybrany minimalną różnicą głosów, ale udało się.

Jakub ponownie rozgląda się i chowa papierosa za plecami. Widząc, że nikogo nie ma, znów się zaciąga. Patrzy gdzieś w dal, wspominając przeszłość.

– Kiedy zająłem się polityką, spałem po pięć godzin dziennie, ale rozsadzała mnie energia. Teraz mam ochotę spać osiemnaście godzin. Mój miodowy miesiąc na ziemi dobiegł końca. Została mi tylko ta sama potrzeba zadowalania innych, a szczególnie mojej żony, która zatraca się w walce o moją świetlaną przyszłość. Marianne wiele dla mnie poświęciła i nie mogę jej zawieść.

Czy to ten sam mężczyzna, który parę minut temu zaproponował mi kolejne spotkanie? A może Jakub po prostu chce z kimś porozmawiać, szuka bratniej duszy, która go zrozumie, bo przeżywa to samo?

Mam dar fantazjowania. Przez chwilę wyobrażam sobie, że leżymy w jedwabnej pościeli, w jakimś alpejskim domku.

– Kiedy się zobaczymy?

Niech sam zdecyduje.

Jakub proponuje spotkanie za dwa dni. Mówię, że mam zajęcia jogi. Prosi, żebym z nich zrezygnowała. Odmawiam. Ciągle opuszczam zajęcia, dlatego ostatnio obiecałam sobie, że będę bardziej zdyscyplinowana.

Jakub wygląda na zrezygnowanego. Kusi mnie, żeby zgodzić się na spotkanie, ale nie wypada mi okazywać zbyt wielkiego zainteresowania.

Życie nabiera smaku. Dawną apatię zastępuje strach. Co za radość bać się, że nie wykorzystam sytuacji!

Powtarzam, że to niemożliwe i proponuję piątek. Jakub zgadza się, dzwoni do asystenta i prosi o zapisanie w terminarzu naszego spotkania. Dopala papierosa i żegnamy się. Nie pytam, dlaczego opowiedział mi tyle o swoim prywatnym życiu. Zresztą po wyjściu z restauracji nie dorzucił nic istotnego.

Chciałabym wierzyć, że po naszym obiedzie coś się zmieni. Ale przecież to jedno z setek spotkań, jakie do tej pory odbyłam w związku z wykonywaną pracą. Kolejny obiad z niezdrowym jedzeniem i alkoholem, którego nikt nie ma ochoty pić. W rezultacie spotkanie kończy się kawą przy prawie pełnej butelce wina. W takich sytuacjach ani na moment nie można stracić czujności.

Trzeba wszystkich zadowolić. Powrót Saturna.

A więc nie jestem sama.

W pracy dziennikarza nie ma nic ekscytującego, chociaż ludziom wydaje się, że robimy wywiady z gwiazdami, odbywamy wspaniałe podróże, mamy kontakty z bogatymi, wpływowymi osobistościami i poznajemy fascynujący świat niedostępny dla ogółu.

W rzeczywistości większość czasu spędzamy przy komputerze, w biurowych boksach ze sklejki, z telefonem komórkowym przyklejonym do ucha. Na chwilę prywatności mogą pozwolić sobie jedynie szefowie. Raz na jakiś czas spuszczają żaluzje w swoich przeszklonych gabinetach, nie przestając kontrolować tego, co dzieje się na zewnątrz. My natomiast nie mamy nawet szansy śledzić ruchu ich warg, tak jak to robimy, kiedy obserwujemy rybki w akwarium.

Bycie dziennikarzem w Genewie, mieście liczącym 195 tysięcy mieszkańców, to najnudniejsze zajęcie na świecie. Przeglądam dzisiejszy numer, chociaż z góry wiem, co w nim znajdę – informacje o niekończących się spotkaniach dygnitarzy z obcych państw w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych, krytyczny artykuł o łamaniu tajemnicy bankowej i inne tematy godne pierwszej strony: „Chorobliwie otyły nie może wejść do samolotu”, „Wilk zagryzł owce na obrzeżach miasta”, „Znaleziska z epoki prekolumbijskiej w mieście Saint-Georges” albo wielkimi literami „Statek «Genewa» w pełnej krasie wraca na jezioro”.

Wołają mnie do jednego z działów redakcji. Pytają, czy dowiedziałam się czegoś szczególnego podczas obiadu z politykiem. Mogłam przewidzieć, że ktoś nas zobaczy.

Odpowiadam, że nie. Powiedział to samo, co można przeczytać w jego oficjalnej biografii. Obiad miał mi jedynie pomóc zbliżyć się do „źródła”, jak nazywamy ludzi przekazujących ważne informacje. (Im większą masz sieć „źródeł”, tym bardziej jesteś poważany jako dziennikarz.)

Redaktor naczelny otrzymał informację ze swojego „źródła”, że Jakub König ma romans z żoną innego polityka. Czuję ukłucie głęboko w ciemnym zakamarku duszy, gdzie zalęgła się moja wypierana przez świadomość depresja.

Pytają, czy mogłabym bardziej się do niego zbliżyć. Nie interesują ich jego romanse, ale „źródło” sugeruje, że König może być szantażowany. Przedstawiciele zagranicznego konsorcjum metalurgicznego chcą zatuszować nadużycia podatkowe, jakich dopuścili się w swoim kraju i szukają dojścia do ministra finansów. Potrzebują „wtyczki”, kogoś, kto im pomoże.

Naczelny tłumaczy, że naszym celem nie jest deputowany Jakub König, ale ludzie, którzy nakłaniają do korupcji i próbują zniszczyć nasz system polityczny.

– To nie będzie trudne. Wystarczy powiedzieć, że jesteśmy po jego stronie.

Szwajcaria nadal jest krajem, w którym dane słowo wystarczy. W innym miejscu na świecie potrzebni byliby adwokaci, świadkowie, podpisanie dokumentów i groźba procesu w razie, gdyby jedna ze stron nie dotrzymała umowy.

– Potrzebujemy tylko potwierdzenia informacji i zdjęć.

W takim razie rzeczywiście muszę się do niego bardziej zbliżyć.

– To chyba nie będzie trudne. Nasze „źródło” poinformowało nas, że jesteście umówieni na piątek. Data spotkania zapisana jest w jego oficjalnym terminarzu.

I to ma być kraj, w którym sekrety banku są świętością? Okazuje się, że wszyscy wszystko wiedzą.

– Rób to, co zwykle.

„Rób to, co zwykle” oznacza zrealizowanie czterech punktów. Po pierwsze, pytać o rzeczy, o których dana osoba chce mówić publicznie. Po drugie, pozwolić jej mówić jak najdłużej, bo wtedy uwierzy, że gazeta zamierza poświęcić jej długi artykuł. Po trzecie, na koniec wywiadu, kiedy osoba uzna, że ma nas w garści, należy zadać najważniejsze pytanie. Rozmówca przestraszy się, że jeśli nie odpowie, nie opublikujemy artykułu i cały jego wysiłek pójdzie na marne. Po czwarte, jeśli odpowiedź będzie zbyt ogólnikowa, trzeba powtórzyć pytanie, nieznacznie je zmieniając. Rozmówca może odpowiedzieć, że to nie nasza sprawa. Mimo wszystko nie wolno odpuszczać, trzeba wydobyć z niego choćby jedną deklarację. Na 99 procent wpadnie w pułapkę.

To wystarczy. Reszta wywiadu ląduje w koszu. Wykorzystujemy jedynie deklarację rozmówcy i piszemy tekst na temat, który nas interesuje, używając dziennikarskich sztuczek, wykorzystując dostępne informacje, oficjalne dane, anonimowe „źródła” i inne materiały.

– Jeżeli będzie wymigiwał się od odpowiedzi, przypomnij, że jesteśmy po jego stronie. Wiesz, na czym polega praca dziennikarza, a my na pewno to docenimy...

Wiem, na czym polega praca dziennikarza. Jest równie krótka jak kariera sportowca. Kiedy wreszcie przychodzą sława i pieniądze, trzeba zrobić miejsce dla młodszych. Niewielu dziennikarzom udaje się wytrwać w zawodzie i rozwijać. Tym, którzy tego nie potrafią, wali się cały świat. Zaczynają pisać blogi, jeżdżą z prelekcjami i spędzają zbyt wiele czasu, próbując zaimponować znajomym. Dla dziennikarza nie ma stanu przejściowego.

Ja jestem wciąż w fazie „obiecującej kariery”. Jeśli spełnię oczekiwania, być może w przyszłym roku nie usłyszę od szefa: „Musimy ciąć koszty. Masz talent i nazwisko, na pewno znajdziesz sobie pracę”.

Ciekawe, czy dostanę awans. Czy będę mogła decydować, co umieścić na pierwszej stronie: informację o grasującym wilku, który pożera owce, o ucieczce zagranicznych bankierów do Dubaju i Singapuru, a może artykuł o niewytłumaczalnym braku mieszkań pod wynajem. Niezły sposób na spędzenie najbliższych pięciu lat życia...

Wracam do mojego biurka, wykonuję kilka mało ważnych telefonów i czytam co ciekawsze artykuły w internecie. Siedzący obok koledzy i koleżanki robią to samo. Każdy szuka informacji, dzięki której redakcja zatrzyma spadek popularności gazety. Ktoś mówi, że na trasie pociągu z Genewy do Zurichu pojawiły się dziki. Czy to nadaje się na materiał?

 

Oczywiście! Podobnie jak skarga osiemdziesięcioletniej kobiety, która zadzwoniła do mnie oburzona, że w barach zabrania się palenia papierosów. Latem nie ma problemu, ale zimą więcej ludzi umiera na gruźlicę niż na raka płuc, ponieważ każe im się palić na zewnątrz.

Co my właściwie robimy w redakcji tej codziennej gazety?

Już wiem: kochamy naszą pracę i jesteśmy tu, żeby zbawić świat.

Siedzę w pozycji lotosu, obok pali się kadzidełko, w tle gra muzyka podobna do tej, jaką często słyszy się w windzie. Zaczynam „medytację”, którą wszyscy tak mi polecali. Znajomi twierdzą, że jestem „zestresowana”. (To prawda, ale wolę ten stan od całkowitej obojętności.)

– Będą wam przychodzić do głowy różne dziwne myśli. Nie przejmujcie się. Akceptujcie je i nie walczcie z nimi.

Świetnie. Postępuję zgodnie ze wskazówkami. Odrzucam toksyczne uczucia: dumę, rozczarowanie, zazdrość, niewdzięczność, przekonanie, że nie jestem nikomu potrzebna. Wolną przestrzeń wypełniają: pokora, wdzięczność, zrozumienie, samoświadomość i życzliwość.

Przychodzi mi na myśl, że jem za dużo cukru, a to źle wpływa na zdrowie i stan ducha.

Odrzucam ciemność i rozpacz, pragnę dobra i światła.

Wspominam każdy moment obiadu z Jakubem.

Wraz z innymi uczestnikami zajęć powtarzam mantrę.

Zastanawiam się, czy redaktor naczelny mówił prawdę. Czy rzeczywiście Jakub zdradził żonę i uległ szantażowi?

Instruktorka każe nam wyobrazić sobie, że chroni nas świetlista zbroja.

– Powinniśmy przeżywać każdy dzień, pamiętając, że ta zbroja chroni nas przed niebezpieczeństwami i pozwala pokonać dwoistość ludzkiej natury. Szukamy drogi kompromisu, gdzie nie ma radości ani smutku, tylko głęboki spokój.

Teraz rozumiem, dlaczego tak często opuszczam zajęcia jogi. Dwoistość ludzkiej natury? Droga kompromisu? To równie sztuczne jak pilnowanie, żeby poziom cholesterolu nie skoczył powyżej siedemdziesięciu, czego domaga się mój lekarz.

Po kilku sekundach obraz świetlistej zbroi rozpada się na drobne kawałki. Jestem pewna, że Jakub nie oprze się żadnej pięknej kobiecie, którą spotka na swojej drodze. A właściwie co mi do tego?

Kolejne ćwiczenie. Zmieniamy pozycję. Instruktorka przypomina, że podczas zajęć przynajmniej raz powinniśmy spróbować „oczyścić umysł”.

Tego najbardziej się boję – pustki, która coraz bardziej wypełnia moje życie. Gdyby instruktorka wiedziała, o co mnie prosi... Cóż, nie będę kwestionować znanej od wieków techniki medytacji.

Co ja właściwie tu robię?

Aha, „relaksuję się”.

Znowu budzę się w środku nocy. Idę do dzieci i sprawdzam, czy wszystko w porządku. To obsesja typowa dla wielu rodziców. Wracam do łóżka i patrzę w sufit.

Nie mam odwagi powiedzieć sobie, czego właściwie chcę. Dlaczego raz na zawsze nie skończę z jogą? Dlaczego nie pójdę do psychiatry, żeby zapisał mi magiczne pigułki? Dlaczego wbrew sobie wciąż myślę o Jakubie? Podczas naszej rozmowy miałam wrażenie, że oczekuje czegoś więcej niż rozmów o Saturnie i rozczarowaniu, z którym każdy dorosły, prędzej czy później, musi się zmierzyć.

Nie wytrzymam tego. Moje życie przypomina film, który zatrzymał się na jednej, powtarzanej w nieskończoność scenie.

Podczas studiów dziennikarskich miałam zajęcia z psychologii. Na jednym z wykładów profesor (interesujący zarówno na zajęciach, jak i w łóżku) powiedział, że osoba udzielająca wywiadu przechodzi przez pięć etapów: obronę, idealizację własnej osoby, manifestowanie pewności siebie, rachunek sumienia i skruchę.

Ja przeszłam od razu od pewności siebie do rachunku sumienia. Zaczynam rozmyślać o sprawach, o których lepiej byłoby nie myśleć.

Na przykład dochodzę do wniosku, że świat stanął w miejscu. Nie tylko mój, ale wszystkich otaczających mnie ludzi. Podczas towarzyskich spotkań rozmawiamy na te same tematy i o tych samych osobach. Wydaje się, że mówimy coś nowego, ale tak naprawdę tracimy czas i energię. Udajemy, że życie nadal jest interesujące.

Każdy próbuje zapanować nad własną rozpaczą. Nie tylko Jakub i ja, ale także mój mąż. Tylko on tego nie okazuje.

Na niebezpiecznym etapie rachunku sumienia, na jakim obecnie się znajduję, wszystko staje się jasne. Odkrywam, że nie jestem osamotniona. Otaczający mnie ludzie przeżywają podobne dramaty, chociaż udają, że ich życie toczy się jak dawniej i robią to, co zwykle. Tak zachowuje się mój sąsiad, mój szef i mężczyzna, z którym dzielę łóżko.

W pewnym wieku nakładamy maskę, która daje nam poczucie bezpieczeństwa i pewność siebie. Po jakimś czasie maska zrasta się z twarzą i nie sposób jej oderwać.

Kiedy w dzieciństwie wybuchaliśmy płaczem, natychmiast ktoś nas pocieszał. W chwilach smutku mogliśmy liczyć na wsparcie. A gdy nie udawało się zdobyć czegoś uśmiechem, skuteczne okazywały się łzy.

Z czasem przestaliśmy płakać, chyba że w łazience, kiedy nikt nas nie słyszy. Uśmiechem obdarzamy tylko nasze dzieci. Nie okazujemy uczuć w obawie, że ktoś uzna to za słabość i wykorzysta przeciw nam.

Najlepszym lekarstwem jest sen.

Umówionego dnia spotykam się z Jakubem. Tym razem ja wybieram miejsce – piękny choć zapuszczony Parc des Eaux-Vives, gdzie znajduje się kolejna kiepska restauracja utrzymywana z dotacji miasta. Byłam tu na obiedzie z korespondentem „Financial Times”. Zamówiliśmy martini, a kelner przyniósł nam cinzano.

Tym razem nie jemy obiadu. Siadamy na zewnątrz i prosimy o kanapki. Jakub może zapalić, cieszymy oczy widokiem i obserwujemy, co się wokół dzieje. Postanawiam szczerze z nim porozmawiać. Po wymianie uprzejmości („jak minął czas”, „co w pracy”, „jak było na dyskotece”, „wybieram się jutro”) pytam wprost, czy jest szantażowany z powodu romansu.

Nie okazuje zdziwienia. Pyta jedynie, czy rozmawia z dziennikarką, czy ze znajomą.

Teraz jestem dziennikarką. Jeśli się przyzna, obiecuję, że moja gazeta udzieli mu pełnego wsparcia. Nie opublikujemy żadnych materiałów na temat jego życia osobistego i ruszymy tropem szantażystów.

– To prawda, miałem romans z żoną kolegi. Jako dziennikarka pewnie o tym wiesz. Zresztą to on nas sprowokował, przeżywali z żoną kryzys.

Mąż zachęcał żonę do zdrady? Nie rozumiem, ale kiwam głową. Po chwili przypominam sobie upojną noc sprzed trzech dni, kiedy miałam kilka orgazmów.

Nadal ma romans?

– Przestało nas to podniecać. Moja żona o wszystkim się dowiedziała. Pewnych rzeczy nie da się ukryć. Sfotografowali nas Nigeryjczycy i teraz mnie szantażują. Grożą, że udostępnią zdjęcia, ale to nic nowego.

A więc fabryka metalurgiczna znajduje się w Nigerii. Żona nie zagroziła rozwodem?

– Przez kilka dni była wściekła, ale jej minęło. Ma wobec nas wielkie plany i jak widać problem wierności nie jest dla niej najważniejszy. Była trochę zazdrosna, ale myślę, że udawała gniew, żeby zachować pozory. Jest kiepską aktorką. Po kilku godzinach od mojego wyznania mówiła już o czymś innym.

Nasze światy bardzo się od siebie różnią. W jego świecie kobiety nie są zazdrosne, a mężowie zachęcają żony do zdrady. Może coś mnie w życiu ominęło?

– Czas zwykle leczy rany, prawda?

To zależy. Bywa, że czas jątrzy rany. Tak jest właśnie ze mną. Ale to ja przyszłam tu zrobić wywiad z Jakubem, a nie odwrotnie. Nie odpowiadam na pytanie.

– Nigeryjczycy nic nie wiedzą – ciągnie Jakub. – Skontaktowałem się z ministerstwem finansów. Zastawimy na nich pułapkę i wszystko nagramy. Zrobimy dokładnie to, co oni zrobili ze mną.

Mogę pożegnać się z materiałem dziennikarskim, który pozwoliłby mi przetrwać w podupadającej branży. Jakub nie ma nic ciekawego do powiedzenia – w łeb bierze historia zdrady, szantażu i korupcji. Jak przystało na Szwajcarię, zwyciężyły klasa i perfekcjonizm.