Weronika postanawia umrzeć

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wtedy zacznę tyć, tak jak ciotka tej pielęgniarki, która była tu wczoraj albo przedwczoraj, sama już nie wiem. Przejdę na dietę, z każdym dniem i tygodniem pokonywana przez kilogramy uparcie przyrastające mimo skrupulatnej kontroli. Wówczas zacznę brać te magiczne narkotyki, które nie pozwalają popaść w depresję, i znów będę miała dzieci, poczęte podczas miłosnych nocy, które mijają zbyt szybko. Będę mówiła wszystkim, że dzieci są całym moim życiem, ale tak naprawdę to one będą mnie trzymać przy życiu.

Wśród ludzi będziemy uchodzić za szczęśliwe małżeństwo i nikt się nawet nie domyśli, że za pozorem szczęścia kryje się samotność, gorycz, wyrzeczenie.

Pewnego pięknego dnia odkryję, że mój mąż ma kochankę. Kto wie? Może urządzę awanturę, jak ciotka tej pielęgniarki, albo znów pomyślę o samobójstwie. Ale będę już za stara i zbyt tchórzliwa, z dwojgiem lub trojgiem dzieci na karku, które mnie potrzebują, które muszę wychować, urządzić, zanim to wszystko zostawię. Nie zabiję się. Wywołam skandal, postraszę męża, że odejdę z dziećmi. On, tak jak każdy mężczyzna, wycofa się, zapewni, że mnie kocha, że to się więcej nie powtórzy. Nigdy przez myśl mu nie przejdzie, że gdybym rzeczywiście odeszła, musiałabym wrócić do rodziców i do końca życia słuchać co dzień narzekań matki, że straciłam jedyną okazję, by być szczęśliwa, że on, mimo drobnych wad, był wspaniałym mężem, że dzieci wiele ucierpią z powodu naszego rozstania.

Miną dwa, może trzy lata i następna kobieta pojawi się w jego życiu. Sama to odkryję albo ktoś mi o tym doniesie, ale tym razem udam, że o niczym nie wiem. Nie będę już miała dość siły, by walczyć jak z pierwszą kochanką, zaakceptuję więc życie takie, jakie jest. Okaże się, że matka miała rację.

Mąż będzie dla mnie miły, ja nadal będę pracować w bibliotece, jeść kanapki na placu naprzeciw teatru, czytać książki, których nigdy nie skończę, oglądać programy w telewizji, które za dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat nic się nie zmienią.

Tyle tylko, że kanapki jeść będę z poczuciem winy, że tyję. I przestanę zaglądać do barów, bo w domu będzie czekał mąż i dzieci.

Odtąd będę tylko cierpliwie czekać, aż dzieci podrosną, i całymi dniami rozmyślać o samobójstwie, nie mając odwagi, by je popełnić. Pewnego pięknego dnia dojdę do wniosku, że życie takie już jest, nic nie można na to poradzić ani nic zmienić. I pogodzę się z tym”.

Weronika skończyła swój wewnętrzny monolog i obiecała sobie, że nie wyjdzie żywa z Villete. Lepiej skończyć z tym wszystkim teraz, gdy ma jeszcze dość odwagi i zdrowia, by umrzeć.

Zasypiała i budziła się wielokrotnie, za każdym razem dostrzegając, że urządzeń wokół było coraz mniej. Zmieniały się twarze pielęgniarek. Zawsze ktoś czuwał przy jej łóżku. Przez zielone płótno parawanu dochodził czyjś płacz, jęki, fachowo brzmiące słowa wypowiadane wyważonym tonem. Zdarzało się, że jakieś urządzenie brzęczało w odległym pomieszczeniu i wtedy słychać było przyśpieszone kroki w korytarzu, a głosy nie były już tak spokojne i tak fachowe.

Podczas jednej z takich świadomych chwil usłyszała pytanie pielęgniarki:

– Nie chce pani znać stanu swego zdrowia?

– Wiem, jaki jest – odparła Weronika. – Mój stan to nie to, co widzicie w moim ciele, ale to, co dzieje się w mojej duszy.

Pielęgniarka zamierzała jeszcze coś powiedzieć, ale Weronika udała, że śpi.

Kiedy na dobre odzyskała przytomność, zorientowała się, że jest w innym miejscu – w pomieszczeniu, które przypominało wielką salę szpitalną. W rękę nadal miała wkłutą igłę od kroplówki z surowicą, ale od wszystkich innych urządzeń ją odłączono.

Wysoki lekarz, ubrany w biały fartuch, kontrastujący z farbowanymi na czarno włosami i wąsikiem, stał przy jej łóżku. Obok niego młody stażysta trzymał kartę i notował.

– Od jak dawna jestem tutaj? – spytała. Mówienie przychodziło jej z wielką trudnością.

– W tej sali dwa tygodnie, po pięciu dniach na oddziale intensywnej terapii – odparł starszy mężczyzna. – I dziękuj Bogu, że jeszcze tu jesteś.

Młodszy zdawał się zaskoczony, tak jakby to ostatnie zdanie nie było w pełni prawdziwe. Weronika zauważyła to natychmiast i instynktownie zareagowała nieufnością. Czyżby była tu dłużej? Może nadal jej coś grozi? Zaczęła zwracać baczną uwagę na każdy gest, każdy ruch obu mężczyzn. Wiedziała, że na nic się zda zadawanie pytań, nigdy nie powiedzą jej prawdy. Ale jeśli będzie wystarczająco sprytna, sama odkryje, o co w tym wszystkim chodzi.

– Proszę podać swoje imię, nazwisko, adres zamieszkania, stan cywilny i datę urodzenia – mówił dalej starszy lekarz.

Weronika podała swoje imię i nazwisko, stan cywilny i datę urodzenia, ale nijak nie mogła sobie przypomnieć swojego adresu.

Lekarz zaświecił jej latarką w oczy i badał je długo, nic nie mówiąc. Młodszy zrobił to samo. Po czym obaj wymienili między sobą znaczące spojrzenia.

– Podobno powiedziałaś pielęgniarce z nocnego dyżuru, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć twojej duszy? – spytał młodszy z nich.

Weronika nie pamiętała. Z trudnością uświadamiała sobie, kim jest i co tu robi.

– Twoja śpiączka wywołana była środkami uspokajającymi, co może powodować pewne luki w pamięci. Postaraj się odpowiedzieć na wszystkie pytania, które ci zadamy.

I lekarze rozpoczęli swój absurdalny wywiad: jakie ważne czasopisma wychodzą w Lublanie, czyj pomnik stoi na głównym placu (o, tego nie zapomni nigdy, w każdej słoweńskiej duszy wyryty jest obraz Preserena), jakiego koloru są włosy jej matki, jak mają na imię jej przyjaciele z pracy, jakie książki są najczęściej wypożyczane z biblioteki...

Z początku Weronika nie chciała odpowiadać, bo białych plam w jej umyśle było więcej niż wspomnień, ale po kilku pytaniach pamięć zaczęła jej wracać. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że jest w azylu psychiatrycznym, a przecież wariaci nie muszą zachowywać się normalnie, ale dla swojego własnego dobra i by zatrzymać przy sobie lekarzy, którzy mogli powiedzieć coś więcej o jej stanie zdrowia, zmusiła umysł do wysiłku. W miarę jak podawała nazwiska i fakty, odzyskiwała nie tylko przeszłość, ale i osobowość, pragnienia, swój sposób widzenia świata. Myśl o samobójstwie, która jeszcze tego ranka wydawała się jej pogrzebana pod wieloma warstwami środków nasennych, wydobyła się znów na powierzchnię.

– To wystarczy, dziękujemy – zakończył wywiad starszy lekarz.

– Jak długo jeszcze tu zostanę?

Młodszy spuścił wzrok, a Weronika poczuła się tak, jakby tkwiła w stanie zawieszenia, w którym od odpowiedzi lekarzy zależy jej dalszy los. Czy aby jej życie nie potoczy się nowym torem?

– Może niech pan jej to powie – odezwał się starszy lekarz do młodszego. – Plotka już się rozeszła i dowie się tak czy owak. Tutaj nic nie uchowa się w tajemnicy.

– No cóż, sama wybrałaś swój los – westchnął młodszy, ważąc każde słowo. – A oto skutki twojego czynu. W śpiączce wywołanej tabletkami nasennymi twoje serce zostało nieodwracalnie uszkodzone. Nastąpiło obumarcie jednej z komór serca...

– Proszę prościej – przerwał starszy. – Najlepiej niech pan przejdzie od razu do rzeczy.

– Twoje serce zostało w sposób nieodwracalny uszkodzone i wkrótce przestanie bić.

– Co to oznacza? – zapytała przerażona.

– Gdy serce przestaje bić, oznaczać to może tylko jedno – śmierć fizyczną. Nie wiem, jakie są twoje przekonania religijne, ale...

– Kiedy moje serce się zatrzyma? – przerwała mu w pół słowa.

– Za jakieś pięć dni, najdalej za tydzień.

Zauważyła, że choć lekarz zachowywał się profesjonalnie i współczuł jej, osobliwie ucieszył się, że jej to mówi. Tak jakby zasługiwała na karę, która mogła stać się doskonałą nauczką dla innych.

Weronika wiedziała z doświadczenia, że istnieje sporo ludzi, którzy rozprawiają o nieszczęściach innych i tylko udają chęć niesienia pomocy, a tak naprawdę cieszą się z cudzego cierpienia, bo to ich utwierdza w mniemaniu, że sami są szczęściarzami i że życie jest dla nich łaskawe. Nienawidziła takich ludzi. Nie da temu chłopakowi okazji do radości, którą chce przysłonić własną frustrację.

Uśmiechnęła się i spojrzała mu prosto w oczy.

– A więc udało mi się.

– Tak, udało ci się – odparł. Ale całe jego zadowolenie, iż mógł jej zakomunikować tak tragiczne wieści, gdzieś się ulotniło.

Nadeszła noc i Weronika zaczęła się bać. Co innego poddać się szybkiemu działaniu tabletek, a co innego czekać na śmierć pięć dni, może tydzień.

Całe życie ciągle na coś czekała: na powrót ojca z pracy, na spóźniający się list od chłopaka, na wynik końcowych egzaminów, na pociąg, na autobus, na telefon, na wakacje i na ich koniec. Teraz musiała czekać na śmierć, której data była już wyznaczona.

„Tylko mnie mogło się przydarzyć coś takiego. Zwykle ludzie umierają wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewają”.

Musiała się stąd wydostać i zdobyć jakoś nowe tabletki. Jeśli to się nie uda, wtedy trudno, pozostanie jej tylko rzucić się z dachu wieżowca. Wprawdzie pragnęła oszczędzić rodzicom dodatkowych cierpień, ale niestety, nie miała wyboru.

Rozejrzała się wokół. Wszystkie łóżka były zajęte, ludzie spali, niektórzy chrapiąc głośno. W oknach zainstalowano kraty. W głębi sali świeciła lampka, wypełniając wnętrze dziwnymi cieniami i pozwalając na stałą obserwację chorych. W kręgu światła jakaś kobieta czytała książkę.

„Te pielęgniarki muszą być bardzo wykształcone – pomyślała Weronika. – Spędzają życie na czytaniu”.

Leżała najdalej od drzwi i od pielęgniarki oddzielało ją niemal dwadzieścia łóżek. Podniosła się z trudem. Jeśli wierzyć słowom lekarza, prawie trzy tygodnie nie wstawała. Pielęgniarka uniosła głowę znad książki i zobaczyła nadchodzącą dziewczynę z butelką surowicy w ręku.

 

– Chcę iść do łazienki – wyszeptała Weronika cicho, żeby nikogo nie obudzić.

Kobieta niedbałym ruchem wskazała jej drzwi. Umysł Weroniki zaczął pośpiesznie pracować, gorączkowo rozglądała się dokoła, wypatrując jakiejś szpary, jakiejś możliwości ucieczki z tego miejsca. „Muszę to zrobić jak najszybciej, póki sądzą, że jestem jeszcze słaba i niezdolna do działania”.

W łazience nie było drzwi. Gdyby chciała stąd uciec, musiałaby znienacka obezwładnić pielęgniarkę i wykraść jej klucz – a na to była zbyt osłabiona.

– Czy to więzienie? – spytała pilnującej kobiety, która porzuciła lekturę i śledziła teraz każdy jej krok.

– Nie. Szpital psychiatryczny.

– Ja nie jestem wariatką.

Kobieta zaśmiała się.

– Tutaj wszyscy tak mówią.

– No więc dobrze. Jestem szalona. A co to znaczy być szaleńcem?

Pielęgniarka odesłała Weronikę do łóżka, tłumacząc, że nie powinna jeszcze chodzić.

– Co to znaczy być szaleńcem? – Weronika nie dawała za wygraną.

– Proszę o to zapytać jutro lekarza. A teraz niech pani idzie spać, bo inaczej, wbrew własnej woli, będę zmuszona wstrzyknąć pani środek uspokajający.

Weronika posłusznie ruszyła w stronę łóżka. Po drodze usłyszała szept dochodzący z któregoś posłania:

– Nie wiesz, co to znaczy być szaleńcem?

Przez moment pomyślała, że lepiej nie reagować. Nie pragnęła nawiązywać ani przyjaźni, ani znajomości, ani zjednywać sojuszników dla sprawy masowego buntu. Miała tylko jedną idée fixe – umrzeć. Jeśli nie zdoła uciec, znajdzie sposób, aby się zabić tutaj, i to jak najszybciej.

Usłyszała znowu:

– Nie wiesz, co to znaczy być szaleńcem?

– Kim jesteś?

– Nazywam się Zedka. Idź na swoje miejsce, a gdy pielęgniarka pomyśli, że już śpisz, przyczołgaj się tutaj do mnie.

Weronika wróciła do łóżka i czekała cierpliwie, aż pielęgniarka znów zagłębi się w lekturze. Co to znaczy być szaleńcem? Nie miała pojęcia, bo słowa tego często nadużywano. Mówiono na przykład, że sportowcy byli szaleni, bo pragnęli pobić rekord, albo że artyści są wariatami, bo żyją w sposób nieprzewidywalny, nie dbając o jutro, w przeciwieństwie do wszystkich „normalnych”. Ale byli również i tacy wariaci – Weronika widziała ich na własne oczy – którzy chodzili zimą ulicami Lublany skąpo odziani, wieszcząc koniec świata i pchając przed sobą wypełnione tobołkami i szmatami wózki z supermarketów.

Nie chciało jej się spać. Według słów lekarza spała niemal tydzień bez przerwy, aż nadto jak na kogoś, kto przywykł do życia bez większych emocji i do ściśle wyznaczonych godzin odpoczynku. Co to znaczy być szaleńcem? Lepiej było spytać jednego z nich.

Odłączyła się od kroplówki i podczołgała do Zedki, starając się nie zwracać uwagi na skurcze żołądka. Nie wiedziała, czy towarzyszące im mdłości są skutkiem osłabienia serca, czy raczej wysiłku.

– Nie wiem, kto to jest wariat – wyszeptała Weronika. – Ale ja nie jestem wariatką, tylko sfrustrowaną samobójczynią.

– Wariatem jest ten, kto żyje w swoim własnym świecie, jak schizofrenicy, psychopaci czy maniacy. Albo inaczej: ten, kto jest inny niż reszta ludzi.

– Jak ty?

– Musiałaś przecież słyszeć o Einsteinie – ciągnęła Zedka, puszczając jej pytanie mimo uszu – który uważał, że nie ma osobno ani czasu, ani przestrzeni, tylko jedna czasoprzestrzeń. Czy o Kolumbie, który uparcie twierdził, że po drugiej stronie morza nie ma otchłani, lecz inny kontynent. Albo o Edmundzie Hillarym, który wierzył, że człowiek może wejść na szczyt Mount Everestu. Czy o Beatlesach, którzy stworzyli nową muzykę i ubierali się zupełnie inaczej, niż nakazywała wtedy moda. Wszyscy ci ludzie, i tysiące innych, żyli w swoim własnym świecie.

„Ta obłąkana mówi do rzeczy” – pomyślała Weronika, przypominając sobie opowieści matki o świętych, którzy zarzekali się, że rozmawiali z Jezusem albo Maryją Dziewicą. Czy i oni żyli w innym świecie?

– Widziałam kiedyś kobietę w czerwonej sukni z dużym dekoltem, jak paradowała ulicami Lublany przy pięciostopniowym mrozie. Patrzyła przed siebie szklanymi oczyma. Wzięłam ją za pijaną i chciałam jej jakoś pomóc, ale odtrąciła mnie, gdy chciałam jej dać moją kurtkę.

– Może w jej świecie było właśnie lato, a jej serce rozpalała tęsknota za kimś, kto na nią czeka. Nawet jeśli ten ktoś istniał tylko w jej chorej wyobraźni, to przecież miała prawo żyć i umrzeć tak, jak jej się podobało, nie sądzisz?

Weronika nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale słowa tej wariatki miały sens. Kto wie? Może to ona była tą wydekoltowaną kobietą, która paradowała po ulicach Lublany?

– Opowiem ci pewną historię – mówiła dalej Zedka. – Raz pewien potężny czarnoksiężnik, chcąc zniszczyć królestwo, wlał magiczny płyn do studni, z której czerpali wszyscy mieszkańcy. Ktokolwiek napił się tej wody, stawał się szalony.

Następnego ranka wszyscy mieszkańcy napili się ze studni i każdy z nich popadł w obłęd, z wyjątkiem króla i rodziny królewskiej, bo oni mieli własną studnię, a do niej czarnoksiężnik nie zdołał dotrzeć. Zaniepokojony król próbował opanować sytuację, wydając szereg dekretów mających na celu poprawę bezpieczeństwa i stanu zdrowia mieszkańców, jednak strażnicy i inspektorzy, którzy również napili się zatrutej wody, uznali dekrety za absurdalne i wcale nie zamierzali ich wypełniać.

Gdy do poddanych dotarła wieść o królewskich dekretach, doszli do wniosku, że ich władca oszalał i głośno protestując, udali się pod pałac, domagając się jego abdykacji.

Zdesperowany król gotów był już opuścić tron, ale królowa powstrzymała go słowami: „Chodźmy teraz i my napić się wody. Wtedy staniemy się tacy jak oni”.

Tak też uczynili. Kiedy tylko król i królowa napili się wody szaleństwa, natychmiast zaczęli mówić od rzeczy. Wówczas poddani zmienili zdanie. Skoro król zaczął przemawiać tak mądrze, dlaczego nie zostawić rządów w jego rękach?

I spokój znów zapanował w królestwie, choć ludzie zachowywali się w nim całkiem inaczej niż mieszkańcy ościennych krajów. Król zaś panował aż do końca swoich dni.

Weronika roześmiała się.

– Nie wyglądasz wcale na wariatkę – powiedziała.

– Ale nią jestem, choć mnie już ponoć wyleczono. Mój przypadek był prosty. Wystarczyło tylko podać mi dawkę pewnej substancji chemicznej. Mam nadzieję, że ta substancja uwolni mnie jedynie od chronicznej depresji, nadal bowiem pragnę być zwariowana i przeżyć swoje życie tak, jak mnie się podoba, a nie jak się podoba innym. Czy wiesz, co jest tam, za murami Villete?

– Ludzie, którzy napili się z zatrutej studni.

– Właśnie – przytaknęła Zedka. – Uważają się za normalnych, bo wszyscy robią to samo. Zamierzam udawać, że też napiłam się tej wody.

– Ja się jej napiłam i w tym właśnie cały szkopuł. Nigdy nie cierpiałam na depresję, nie przeżywałam wielkich radości ani długotrwałych smutków. Moje kłopoty są takie same jak wszystkich innych.

Przez chwilę Zedka milczała.

– Powiedzieli nam, że wkrótce umrzesz.

Weronika zawahała się. Czy mogła zaufać obcej kobiecie? Ale koniec końców zaryzykowała.

– Tak, lecz dopiero za pięć czy sześć dni. Zastanawiam się, czy nie ma sposobu, by umrzeć szybciej. Gdybyś ty albo ktokolwiek stąd mógł załatwić mi nowe tabletki, to jestem pewna, że tym razem moje serce by nie wytrzymało. Zrozum, jak cierpię, skazana na śmierć. Pomóż mi.

Nim Zedka zdołała coś powiedzieć, pojawiła się pielęgniarka ze strzykawką.

– Mogę zrobić zastrzyk sama albo, jeśli wolisz, poproszę o pomoc pielęgniarzy.

– Nie trać sił na próżno – poradziła Zedka Weronice. – Oszczędzaj je, skoro chcesz dokonać tego, o czym mi mówiłaś.

Weronika podniosła się, wróciła do łóżka i pozwoliła pielęgniarce zrobić to, co do niej należało.

Był to jej pierwszy normalny dzień w szpitalu dla wariatów. Wyszła z oddziału, zjadła śniadanie w wielkiej stołówce, gdzie mężczyźni i kobiety jadali razem. Zauważyła, że w przeciwieństwie do tego, co zwykle widać na filmach – zgiełk, krzyki, obłąkańcze gesty – szpital spowijała natrętna cisza, jakby tutaj nikt nie chciał z nikim dzielić swego wewnętrznego świata.

Po śniadaniu – całkiem niezłym, zresztą nie z powodu wyżywienia Villete zyskało sobie złą sławę – wszyscy wyszli zażyć „słonecznej kąpieli”, choć nie było słońca, temperatura spadła poniżej zera, a cały park pokryty był grubą warstwą śniegu.

– Nie jestem tu po to, żeby dbać o swoje życie, ale po to by je stracić – odezwała się Weronika do jednego z pielęgniarzy.

– Mimo to musisz wychodzić na słońce.

– To wy tu jesteście wariatami, przecież nie ma słońca!

–– Ale jest światło i ono pomaga uspokoić pacjentów. Niestety, nasza zima jest długa. Gdyby nie to, mielibyśmy mniej pracy.

Nie było sensu dyskutować. Wyszła na powietrze, przeszła parę kroków i rozejrzała się ukradkiem, szukając możliwości ucieczki. Mur był wysoki, jak to zwykle bywa w starych budynkach koszarowych, ale budki wartownicze stały puste. Park otoczony był zabudowaniami wyglądającymi na wojskowe, teraz mieściły się w nich oddziały męski i kobiecy, administracja i część służbowa dla pracowników. Weronika stwierdziła, że jedynym rzeczywiście strzeżonym miejscem było główne wejście, gdzie dwóch strażników sprawdzało dokumenty wchodzącym i wychodzącym.

Z jej głową było chyba wszystko w porządku. Żeby poćwiczyć pamięć, usiłowała przypominać sobie drobiazgi: gdzie zostawiała klucz od swego pokoju, jaką płytę kupiła przed paroma dniami, o jaką książkę poproszono ją ostatnio w bibliotece.

– Jestem Zedka – przedstawiła się nadchodząca kobieta.

Minionej nocy Weronika nie zdołała przyjrzeć się jej twarzy, bo kiedy ze sobą rozmawiały, leżała skulona obok łóżka Zedki. Kobieta miała jakieś trzydzieści pięć lat i wyglądała na osobę zupełnie normalną.

– Mam nadzieję, że ten zastrzyk ci nie zaszkodził. Z czasem organizm przyzwyczaja się i środki uspokajające tracą moc.

– Czuję się dobrze.

– Jeśli chodzi o naszą wczorajszą rozmowę i to, o co mnie poprosiłaś... pamiętasz?

– Oczywiście.

Zedka wzięła ją pod rękę i zaczęły spacerować pośród bezlistnych drzew. Zza murów widać było ginące w chmurach górskie szczyty.

– Jest chłodno, ale to piękny poranek – odezwała się Zedka. – Zabawne, ale nigdy nie popadałam w depresję w dni takie jak ten, zachmurzone, szare, zimne. Wtedy czułam, że natura współgra ze mną i odzwierciedla moją duszę. Lecz kiedy pokazywało się słońce, kiedy dzieci zaczynały się bawić na podwórkach i wszyscy cieszyli się piękną pogodą, ja czułam się fatalnie. Jakby mnie spotkała jakaś niesprawiedliwość, że nie uczestniczę w tym wszystkim.

Weronika delikatnie uwolniła rękę spod ramienia kobiety. Nie lubiła kontaktów fizycznych.

– Przerwałaś w pół zdania. Mówiłaś o mojej prośbie.

– Istnieje w tym szpitalu pewna grupa osób. Należą do niej mężczyźni i kobiety, którzy mogliby już dawno wyjść stąd do domu, ale z różnych powodów nie chcą. Villete nie jest wcale takie złe, jak o nim mówią, choć oczywiście daleko mu do pięciogwiazdkowego hotelu. Tu wszyscy mogą mówić to, co myślą, robić to, co chcą, i nikt ich nie krytykuje, bo przecież są w szpitalu psychiatrycznym. Ale kiedy zjawia się kontrola rządowa, zachowują się tak, jakby ich obłęd był niebezpieczny dla otoczenia, bo część z nich przebywa tu na koszt państwa. Lekarze są tego świadomi, ale wygląda na to, że właściciele wydali odpowiednie rozporządzenia, by niczego nie zmieniać, bo w szpitalu jest więcej wolnych miejsc niż chorych.

– Czy myślisz, że ci ludzie mogliby załatwić mi tabletki nasenne?

– Postaraj się nawiązać z nimi kontakt. Nazywają siebie Bractwem.

Zedka pokazała jej kobietę o siwych włosach, żywo o czymś rozprawiającą z innymi, młodszymi od niej.

– Ma na imię Mari i jest z Bractwa. Porozmawiaj z nią.

Weronika bez namysłu ruszyła w stronę Mari, lecz Zedka ją powstrzymała.

– Nie teraz. W tej chwili dobrze się bawi. Nie zrezygnuje z tego, co sprawia jej przyjemność, tylko żeby okazać uprzejmość jakiejś nieznajomej. Jeśli ją zrazisz, już nigdy nie będziesz się mogła do niej zbliżyć. Dla wariatów zawsze najważniejsze jest pierwsze wrażenie.

Choć Weronikę rozbawił sposób, w jaki Zedka wymówiła słowo „wariaci”, to jednak była niespokojna, bo wszystko tutaj wydawało się takie normalne, takie łatwe. Po długich latach spędzonych na chodzeniu z pracy do baru, z baru do łóżka kochanka, z łóżka do swego pokoju, ze swego pokoju do domu matki, nagle znalazła się w środku czegoś, czego nawet by nie wyśniła: szpital psychiatryczny, obłęd, azyl dla dziwaków. Tu ludzie nie wstydzili się przyznać do tego, że są szaleni. Tu nikt nie rezygnował z tego, co sprawiało mu przyjemność, tylko by wydać się uprzejmym.

 

Zastanawiała się, czy Zedka mówi serio, czy tylko przejęła sposób mówienia wariatów, którzy chcą przekonać wszystkich wokół, że żyją w lepszym świecie. Ale jakie to miało znaczenie? Przeżywała coś ciekawego, odmiennego, nieoczekiwanego. Czy można uwierzyć, że istnieje miejsce, gdzie ludzie udają wariatów, by wolno im było robić to, na co mają ochotę?

Serce Weroniki zabiło mocniej. Przypomniała sobie rozmowę z lekarzem i przestraszyła się.

– Chcę zostać chwilę sama – powiedziała. W końcu też była wariatką i nie musiała nic robić dla czyjejś przyjemności.

Zedka odeszła. Weronika przystanęła i zapatrzyła się na szczyty gór widoczne zza murów Villete. Przemknęła jej przez głowę myśl, że jednak chce żyć, ale stanowczo ją oddaliła.

„Muszę szybko załatwić te tabletki nasenne”.

Zastanowiła się nad swoją nie najlepszą sytuacją. Nawet gdyby pozwolono jej na każde szaleństwo, jakie tylko przyjdzie jej do głowy, nie wiedziałaby, co robić.

Bo nigdy nie było w niej szaleństwa.

Po spacerze pacjenci przeszli do stołówki na obiad. Potem pielęgniarze zaprowadzili wszystkich do wielkiej świetlicy, gdzie stały stoły, krzesła, kanapy, pianino i telewizor. Za szerokimi oknami wisiało szare, zasnute niskimi chmurami niebo. W oknach nie było krat, bo wychodziły na park. Przeszklone drzwi zamknięto z powodu mrozu, ale wystarczyło nacisnąć klamkę, by znów się znaleźć pośród drzew.

Większość pacjentów zasiadła przed telewizorem. Inni patrzyli przed siebie pustym wzrokiem, byli i tacy, którzy półgłosem rozmawiali sami ze sobą – ale któż czasem tego nie robi? Weronika zauważyła, że Mari, najstarsza tutaj, podeszła do grupy osób w kącie sali. Obok spacerowało kilku chorych i Weronika postanowiła dołączyć do nich, by podsłuchać, o czym rozmawiają.

Starała się to zrobić niepostrzeżenie, ale gdy tylko się zbliżyła, zamilkli i zaczęli się jej bacznie przyglądać.

– Czego chcesz? – zapytał starszy mężczyzna wyglądający na przywódcę Bractwa – jeśli taka grupa naprawdę istniała, a Zedka nie była bardziej zwariowana, niż się wydawała.

– Nic, tylko spaceruję.

Spojrzeli po sobie i pokiwali głowami jak obłąkańcy. „Ona tylko spaceruje!” – powiedział ktoś do sąsiada. Inny powtórzył to zdanie na głos i wkrótce wszyscy zaczęli je skandować, wrzeszcząc.

Weronika nie wiedziała, co ma zrobić, strach ją sparaliżował. Jeden z pielęgniarzy, patrzący spode łba, podszedł, by wypytać, co się dzieje.

– Nic – odpowiedział ktoś z grupy. – Ona tylko spaceruje. Stanęła tutaj, ale znowu zacznie spacerować!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Weronika wydęła usta w ironicznym grymasie, uśmiechnęła się, odwróciła na pięcie i odeszła, by nikt nie zobaczył, że oczy ma pełne łez. Wyszła do parku. Jakiś pielęgniarz chciał przekonać ją, by wróciła, ale zaraz zjawił się inny, coś mu szepnął do ucha i obaj zostawili ją w spokoju, na mrozie. Nie warto było troszczyć się o zdrowie dziewczyny i tak skazanej na śmierć.

Czuła się zmieszana, spięta, zła na siebie samą. Nigdy nie dawała się sprowokować. Bardzo wcześnie się nauczyła, że trzeba zachowywać zimną krew i dystans. Jednak tym wariatom udało się ją zawstydzić, zastraszyć, rozwścieczyć, doprowadzić do tego, że miała ochotę ich zabić, dotknąć do żywego słowami, których nigdy wcześniej nie ośmieliłaby się wypowiedzieć.

Może to lekarstwa, dzięki którym wyprowadzono ją ze stanu śpiączki, sprawiły, że stała się wrażliwa i bezbronna. Przecież we wczesnej młodości potrafiła sprostać o wiele gorszym sytuacjom, jednak teraz po raz pierwszy nie potrafiła powstrzymać się od płaczu! Musi stać się znów dawną Weroniką, drwić ze wszystkiego, udawać, że nic nie jest w stanie jej dotknąć, bo ona jest ponad tym wszystkim.

Który z nich odważył się pragnąć śmierci? Kto mógł uczyć ją życia, skoro oni wszyscy pochowali się za murami Villete? O nie, za nic nie poprosi ich o pomoc, nawet gdyby przyszło jej czekać pięć czy sześć dni na śmierć.

„Zresztą jeden już minął. Zostały jeszcze tylko cztery, może pięć”.

Przeszła się trochę, pozwalając, by chłodne powietrze ostudziło jej wzburzoną krew i uspokoiło zbyt szybko bijące serce.

„Świetnie, jestem tutaj, moje godziny są policzone, a mimo to przejmuję się słowami ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałam i których już wkrótce nie będę oglądać. Cierpię z tego powodu, złoszczę się, chcę bronić się i atakować. Po co tracić na to czas?”.

Jednak traciła resztkę danego jej czasu na walkę o swoje terytorium w tym nowym, osobliwym otoczeniu, gdzie trzeba było się bronić, by inni nie narzucili swych reguł gry.

„To niemożliwe. Nigdy taka nie byłam. Nigdy nie walczyłam o głupstwa”.

Zatrzymała się pośrodku parku skutego mrozem. Właśnie dlatego, że uważała wszystko za głupstwa, pogodziła się z tym, co niosło jej życie. Jako nastolatka sądziła, że jeszcze zbyt wcześnie, by wybierać. Jako młoda kobieta była przekonana, że już zbyt późno, by cokolwiek zmienić.

I na co dotychczas spożytkowała całą swoją energię? Na usilne starania, by wszystko w jej życiu pozostało bez zmian. Poświęciła większość swych pragnień po to, by rodzice nadal kochali ją tak, jak wtedy gdy była małym dzieckiem, choć była świadoma, że miłość zmienia się z czasem. Pewnego dnia, gdy matka, szlochając, przyznała się, że jej małżeństwo się rozpadło, Weronika poszła do ojca. Płaczem i groźbami wymusiła na nim obietnicę powrotu do domu, ale nie zdawała sobie sprawy z ceny, jaką obojgu rodzicom przyszło za to zapłacić.

Gdy postanowiła iść do pracy, odrzuciła kuszącą propozycję firmy wchodzącej na młody słoweński rynek i zdecydowała się przyjąć posadę w bibliotece publicznej za marne, ale pewne pieniądze. Pracowała codziennie w tych samych godzinach, pokazując wyraźnie swoim przełożonym, że nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia, że jest zadowolona i nie ma zamiaru walczyć, by się piąć w górę, że interesuje ją jedynie pensja regularnie wypłacana pod koniec miesiąca.

Wynajęła pokój w klasztorze, bo zakonnice wymagały, aby lokatorki wracały o określonej godzinie, a potem zamykały bramę na klucz i tym, które przychodziły później, pozostawało spać na ulicy. W ten sposób zawsze miała doskonałą wymówkę dla swoich kochanków, by nie spędzać nocy w hotelu albo w cudzym łóżku.

Gdy myślała o małżeństwie, zawsze wyobrażała sobie siebie w małym domku pod Lublaną, u boku mężczyzny, który byłby inny od jej ojca, zarabiałby dość, by utrzymać rodzinę, i zadowoliłby się siedzeniem w domu przy kominku.

Nauczyła się dawać mężczyznom pewną dozę rozkoszy, nie mniej, nie więcej, tylko tyle, ile konieczne. Nie czuła nic do nikogo, bo gdyby czuła, musiałaby jakoś reagować, walczyć z wrogami, ponosić nieprzewidywalne konsekwencje tych walk, na przykład że ktoś się zemści.

Gdy osiągnęła już niemal wszystko, czego oczekiwała od życia, doszła do wniosku, że nie ma ono sensu, bo wszystkie dni były takie same. I postanowiła umrzeć.

Wróciła do świetlicy i skierowała się w stronę grupy stojącej w rogu. Zebrani żywo o czymś rozmawiali, ale zamilkli, gdy się zbliżyła.

Podeszła do tego mężczyzny, który wyglądał na przywódcę. Nim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, wymierzyła mu głośny policzek.

– Nie zareagujesz? – zapytała na tyle głośno, żeby wszyscy mogli ją usłyszeć. – Zrobisz coś?

– Nie – mężczyzna dotknął policzka. Z nosa sączyła mu się cienka strużka krwi. – Niedługo już przestaniesz zakłócać nam spokój.

Weronika triumfująco wyszła ze świetlicy i wróciła na oddział. Zrobiła coś, na co nigdy dotąd się nie poważyła.

Od incydentu z towarzystwem, które Zedka nazywała Bractwem, minęły trzy dni. Weronika żałowała, że spoliczkowała tego człowieka. Nie dlatego że bała się jego zemsty, raczej z lęku, że przez swoje śmiałe poczynania nabierze ochoty do życia. Cierpiałaby tylko niepotrzebnie, bo tak czy owak miała niebawem opuścić ten świat.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?