Czarownica z Portobello

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ta strategia poskutkowała. Mój mąż dużo podróżował, a kiedy go nie było, Szirin bardzo za nim tęskniła. Dlatego postanowił zmienić trochę styl życia. Teraz, zamiast w samotności rozmawiać z niewidzialnymi przyjaciółmi, Szirin spędzała sporo czasu na zabawach ze mną i z ojcem.

Wszystko szło dobrze do momentu, gdy pewnej nocy przybiegła z płaczem do mojego łóżka. Była roztrzęsiona, mówiła, że zbliża się piekło.

Byłyśmy w domu same. Mąż znowu musiał wyjechać, sądziłam więc, że to jest właśnie powodem jej rozpaczy. Ale piekło? Czego oni uczą w szkole, co opowiadają dzieciom w kościele? Postanowiłam nazajutrz rozmówić się z jej wychowawczynią.

Szirin nie przestawała płakać. Podeszłyśmy do okna. Była pełnia. Morze Śródziemne lśniło w poświacie księżyca. Zapewniłam, że demony nie istnieją, że istnieją tylko gwiazdy na niebie i ludzie przechadzający się po bulwarze przed naszym domem. Tłumaczyłam, że nie ma się czego bać, że nie ma czym się zamartwiać, ale ciągle łkała i drżała ze strachu. Nie mogłam rozwiać jej obaw i po pół godzinie zaczęłam się niepokoić. Poprosiłam, aby przestała, bo już nie jest dzieckiem. Przyszło mi do głowy, że może to pierwsza menstruacja i delikatnie spytałam, czy zauważyła krew.

– Bardzo dużo krwi.

Wzięłam trochę waty i kazałam się jej położyć, żebym mogła opatrzyć jej „ranę”. To nic wielkiego, mówiłam, wszystko ci wytłumaczę. Ale wcale nie krwawiła. W końcu, wyczerpana płaczem, usnęła.

A następnego dnia rano popłynęła krew.

Zamordowano cztery osoby. Dla mnie była to tylko kolejna z odwiecznych bratobójczych walk, do których mój naród zdążył przywyknąć. Dla Szirin najwyraźniej nic to nie znaczyło, bo ani słowem nie wspomniała o swoim sennym koszmarze z poprzedniej nocy.

Od tej chwili piekło było coraz bliżej. I trwa do dzisiaj. Jeszcze tego samego dnia, w odwecie za śmierć tamtej czwórki, zabito w autobusie dwudziestu sześciu Palestyńczyków. Dwadzieścia cztery godziny później nie można było wyjść na ulicę, bo zewsząd dobiegały odgłosy strzelaniny. Zamknięto szkoły, jedna z nauczycielek pośpiesznie odstawiła Szirin do domu. Z minuty na minutę sytuacja pogarszała się. Mąż przerwał podróż. Wrócił do domu i całymi dniami wydzwaniał do znajomych z rządu, ale od nikogo nie usłyszał niczego sensownego. Szirin musiała słyszeć strzały na ulicy i krzyki ojca, ale – ku mojemu zaskoczeniu – milczała jak zaklęta. Tłumaczyłam jej, że to przejściowe, że wkrótce znowu pójdziemy na plażę, ale odwracała wzrok i prosiła, żeby dać jej jakąś książkę albo puścić płytę. Dookoła szalało piekło, a Szirin czytała i słuchała muzyki.

Wolałabym już o tym nie opowiadać, dobrze? Nie chcę nawet myśleć o pogróżkach, które otrzymywaliśmy, o tym, po czyjej stronie była racja, kto był winny, a kto niewinny. Kilka miesięcy później chcąc w Bejrucie przejść bezpiecznie na drugą stronę ulicy, należało wsiąść na statek, dopłynąć na Cypr i przesiąść się na inny statek, żeby ostatecznie zawinąć do brzegu po drugiej stronie ulicy.

Prawie przez rok praktycznie nie wychodziliśmy z domu, ciągle mając nadzieję, że lada dzień wszystko się uspokoi, że to przejściowe, że w końcu rząd opanuje sytuację. Pewnego ranka Szirin włączyła muzykę na swoim małym przenośnym magnetofonie, wykonała kilka kroków tanecznych i zaczęła powtarzać w kółko: „To potrwa bardzo, bardzo długo”.

Chciałam ją uciszyć, ale mąż powstrzymał mnie – spostrzegłam, że słucha dziewczynki z uwagą i traktuje jej słowa serio. Do dziś nie wiem dlaczego i nigdy o tym nie rozmawiamy; to między nami temat tabu.

Następnego dnia niespodziewanie podjął konieczne kroki i po upływie dwóch tygodni płynęliśmy już statkiem do Londynu. Dowiedzieliśmy się później, że według szacunkowych danych, podczas dwóch lat wojny domowej zginęło około 44 tysięcy ludzi, 180 tysięcy zostało rannych, a setki tysięcy straciły dach nad głową. Wynajdowano wciąż nowe preteksty do walk, kraj znalazł się pod okupacją obcych wojsk i piekło trwa do dzisiaj.

„To potrwa bardzo, bardzo długo”, mówiła Szirin. Mój Boże, niestety miała rację.

LUKÁS JESSEN-PETERSEN, 32 lata, architekt, były mąż

Kiedy poznałem Atenę, wiedziała już, że została adoptowana. Miała dziewiętnaście lat i była gotowa wszcząć awanturę w uniwersyteckiej stołówce, bo jakaś dziewczyna, sądząc, że Atena jest rodowitą Angielką (miała jasną karnację, proste włosy i raz szare, raz zielone oczy), powiedziała coś obraźliwego na temat Bliskiego Wschodu.

Był pierwszy dzień roku akademickiego. Grupa była nowa, nic o sobie nie wiedzieli. Niewiele myśląc, Atena zerwała się i chwyciła dziewczynę za kark.

– Obrzydliwa rasistka! – wrzeszczała jak opętana.

Zobaczyłem przerażenie w oczach zaatakowanej dziewczyny i podekscytowane spojrzenia pozostałych studentów, czekających niecierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Byłem na drugim roku, toteż wiedziałem, czym to pachnie: wezwaniem do rektora, naganą, groźbą wydalenia z uczelni, może nawet policyjnym dochodzeniem w sprawie rasizmu. Na wszystkich źle by się to odbiło.

– Zamknij się! – wrzasnąłem odruchowo.

Nie znałem żadnej z nich. Nie jestem zbawcą świata, mówiąc szczerze, jak każdy młody człowiek, zdarzało mi się brać udział w takich awanturach, ale tym razem wyglądało to poważnie.

– Przestań! – krzyknąłem do pięknej dziewczyny, która ściskała za szyję tą drugą, równie piękną. Spiorunowała mnie wzrokiem. I nagle coś się zmieniło. Uśmiechnęła się, choć nie puszczała przeciwniczki.

– Zapomniałeś dodać: „proszę”.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Przestań – powtórzyłem. – Proszę.

Puściła dziewczynę i ruszyła w moim kierunku. Wszystkie głowy obróciły się w ślad za nią.

– Masz dobre maniery. A masz może papierosa?

Wyciągnąłem paczkę i wyszliśmy na dwór zapalić. Przed chwilą wściekła, teraz zachowywała się jak gdyby nigdy nic, śmiała się, narzekała na pogodę, wypytywała, czy lubię jakiś zespół muzyczny. Usłyszałem dzwonek wzywający na zajęcia i zlekceważyłem to, co przez całe życie mi wpajano: przestrzeganie dyscypliny. Rozmawialiśmy w najlepsze, tak jakby wszystko dookoła przestało istnieć: uniwersytet, kłótnie, stołówka, wiatr, chłód i słońce. Liczyła się tylko ta szarooka kobieta, która mówiła rzeczy całkowicie błahe, a jednak chciałem słuchać jej do końca życia.

Dwie godziny później jedliśmy razem obiad. Siedem godzin później siedzieliśmy na kolacji w barze, jedząc i pijąc to, na co nam pozwalał nasz skromny budżet. Nasza rozmowa stawała się coraz bardziej osobista i wkrótce znałem praktycznie całe jej życie. Bez żadnej zachęty z mojej strony Atena zwierzała mi się ze szczegółami ze swojego dzieciństwa i z wczesnej młodości. Później przekonałem się, że tak się zachowuje wobec wszystkich, ale tamtego dnia czułem się wybrańcem, najbardziej wyjątkowym mężczyzną na ziemi.

Do Londynu przyjechała z rodzicami po wybuchu wojny domowej w Libanie. Jej ojcu, maronicie (N. R.: odłam Kościoła katolickiego, który uznaje zwierzchnictwo Rzymu, ale nie wymaga od księży celibatu i wykorzystuje liturgię wschodnią i prawosławną), groziła śmierć za współpracę z rządem, mimo to długo nie mógł się zdecydować na opuszczenie ojczyzny. W końcu Atena, podsłuchawszy jego rozmowę telefoniczną, uznała, że pora dorosnąć, wziąć na siebie obowiązki córki i ratować ludzi, których kocha.

Wykonała przed ojcem swój dziwaczny taniec. Udając, że wpada w trans (wyczytała o tym z żywotów świętych przerabianych w szkole), zaczęła opowiadać niestworzone rzeczy. Nie wiem, jak to się dzieje, że dziecięce urojenia wpływają na dorosłych i podejmowane przez nich decyzje, ale jak zapewniała Atena, tak właśnie się stało – jej ojciec wierzył w przesądy, a ona była absolutnie przekonana, że ratuje życie rodzinie.

Przybyli do Londynu jako uchodźcy, ale nie żebracy. Libańska społeczność jest rozsiana po całym świecie, ojciec wkrótce zaczął prowadzić tu interesy i życie toczyło się dalej. Atena uczęszczała do dobrych szkół, chodziła na lekcje tańca, który był jej pasją, a po maturze postanowiła studiować architekturę.

Pewnego dnia rodzice zaprosili ją do jednej z najdroższych restauracji w Londynie i bardzo taktownie wyjawili, że została adoptowana. Udała zaskoczenie, uściskała ich, zapewniając, że nie ma to najmniejszego wpływu na ich wzajemne uczucia.

Prawda jest taka, że nie było to dla niej nowiną. Kiedyś pewien znajomy rodziny w przypływie gniewu nazwał ją „niewdzięczną sierotą”, która nie potrafi się zachować, bo w jej żyłach płynie „zła krew” jej prawdziwych rodziców. Cisnęła w niego popielniczką. Przez dwa dni płakała w ukryciu, ale szybko pogodziła się z tą myślą. A owemu znajomemu została blizna na twarzy, pamiątka, jak zwykł wszystkim tłumaczyć, ulicznej bójki.

Próbowałem umówić się z nią na następny dzień. Otwarcie wyznała, że jest dziewicą, że chodzi w niedzielę do kościoła i romantyczne powieści jej nie interesują – woli czytać wszystko, co dotyczy sytuacji na Bliskim Wschodzie.

A więc była zajęta. Bardzo zajęta.

– Ludzie sądzą, że jedynym marzeniem kobiety jest wyjść za mąż i mieć dzieci. Z tego, co ci opowiadałam, pewnie myślisz, że wiele w życiu przeszłam. To nieprawda, zresztą znam tę bajkę. Niejeden mężczyzna próbował zbliżyć się do mnie, gotów „chronić mnie” przed okrutnym światem. A przecież od czasów starożytnych wojownicy zawsze wracali z pola walki albo martwi na tarczach, albo silniejsi mimo lub z powodu odniesionych ran. Powiem tak: od urodzenia moja dola to pole walki, ale wciąż żyję i nie potrzebuję nikogo, kto by mnie chronił.

Na chwilę zamilkła.

– Widzisz, jaka jestem mądra?

– Bardzo. Ale kiedy atakujesz kogoś słabszego od siebie, dajesz dowód na to, że naprawdę potrzebujesz opieki. Przez tę awanturę mogłaś wylecieć z uczelni.

 

– Masz rację. Przyjmuję zaproszenie.

Od tego dnia zaczęliśmy regularnie się spotykać, a im lepiej ją poznawałem, tym bardziej odkrywałem własne światło – bo zachęcała mnie, bym nieustannie dawał z siebie to, co najlepsze. Nie czytała książek o magii czy ezoteryce. Mówiła, że to szatańskie wymysły i że jedyny ratunek jest w Chrystusie, koniec, kropka. Ale to, co czasami opowiadała, miało chyba niewiele wspólnego z nauką Kościoła:

– Chrystus otaczał się żebrakami, prostytutkami, poborcami podatkowymi, rybakami. Myślę, że chciał przez to pokazać, że w każdej duszy jest iskra boża, która nigdy nie gaśnie. Kiedy się uspokajam, albo kiedy jestem ogromnie wzburzona, czuję, że wibruję razem z całym wszechświatem. I poznaję wtedy rzeczy dotychczas nieznane – jakby sam Bóg kierował moimi krokami. Są chwile, kiedy czuję, że spadają mi z oczu wszystkie zasłony.

I zaraz się poprawiała:

– To nieprawda!

Atena żyła zawsze na styku dwóch światów: między tym, co uważała za prawdę, a tym, do czego przywiodła ją jej wiara.

Mijał już pierwszy semestr obliczeń konstrukcyjnych i badań nad wytrzymałością materiałów, kiedy oznajmiła, że rzuca studia.

– Dlaczego ze mną tego nie omówiłaś?!

– Bałam się rozmawiać o tym z samą sobą. Ale byłam dzisiaj u mojej fryzjerki. Harowała dniami i nocami, żeby jej córka mogła ukończyć socjologię. Córka zdobyła dyplom i po długich miesiącach pukania do wielu drzwi wreszcie dostała posadę sekretarki w cementowni. Mimo to moja fryzjerka powtórzyła dzisiaj z niesłychaną dumą: „Moja córka ma dyplom!”. Większość znajomych moich rodziców i większość dzieci znajomych moich rodziców ma dyplom, co wcale nie znaczy, że znaleźli pracę, o jakiej marzyli, wcale nie! Kończyli studia tylko dlatego, że w czasach kiedy uniwersytety cieszyły się wielką renomą, ktoś orzekł, że człowiek, który chce się wybić, musi je skończyć. A skutkiem jest brak znakomitych ogrodników, piekarzy, antykwariuszy, murarzy, pisarzy.

Poprosiłem, żeby się jeszcze zastanowiła przed podjęciem tak ważnej decyzji, a ona w odpowiedzi zacytowała mi wiersz Roberta Frosta:

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi, pojechałem tą mniej uczęszczaną.

Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

Następnego dnia nie pojawiła się na zajęciach. Kiedy się spotkaliśmy, spytałem o jej plany na przyszłość.

– Chcę wyjść za mąż. I urodzić dziecko.

Nie było to ultimatum. Miałem dwadzieścia lat, ona dziewiętnaście. Uważałem, że jest jeszcze zbyt wcześnie na tak poważne zobowiązania.

Ale Atena nie żartowała. Musiałem więc wybierać między utratą jedynej rzeczy, jaka naprawdę zaprzątała mój umysł – miłości do tej kobiety – a utratą wolności i wszystkich możliwości, jakie oferowała mi przyszłość.

Szczerze mówiąc, wybór wcale nie był trudny.

OJCIEC GIANCARLO FONTANA, 72 lata

Oczywiście zaskoczył mnie widok tej jeszcze bardzo młodej pary. Przyszli do kościoła, aby zamówić ceremonię ślubną. Lukása Jessena-Petersena ledwie znałem, ale tego samego dnia dowiedziałem się, że jego rodzina – potomkowie jakiegoś duńskiego arystokratycznego rodu – była zdecydowanie przeciwna temu związkowi. Przeciwna nie tylko małżeństwu, ale i Kościołowi.

Jego ojciec, powołując się na niepodważalne argumenty naukowe, twierdził, że Biblia, na której opiera się religia, w istocie nie jest książką, lecz zlepkiem sześćdziesięciu sześciu różnych rękopisów nieznanego autorstwa. Od powstania pierwszego do ostatniego rękopisu musiało minąć prawie tysiąc lat, a więc więcej niż od odkrycia Ameryki przez Kolumba do naszych czasów. I żadne stworzenie na ziemi – od małp po ptaki – nie potrzebuje dziesięciorga przykazań, aby wiedzieć, jak postępować. Trzeba jedynie przestrzegać praw natury, a na świecie zapanuje harmonia.

Oczywiście czytam Pismo Święte. Znam też trochę jego historię. Stąd wiem, że ludzie, którzy je spisali, byli narzędziami Boskiej Mocy, a Jezus wykuł przymierze znacznie silniejsze niż dziesięcioro przykazań: miłość. Ptaki, małpy, każde boskie stworzenie, wszystkie słuchają głosu instynktu i wypełniają tylko to, co zostało w nich zaprogramowane. W przypadku człowieka sprawy się komplikują, zna on bowiem miłość i jej pułapki.

No i proszę! Znów wygłaszam kazanie, chociaż miałem opowiadać o spotkaniu z Ateną i Lukásem. Z rozmowy z młodym człowiekiem – a ośmielam się o tym mówić, ponieważ nie jesteśmy tego samego wyznania i nie wiąże mnie tajemnica spowiedzi – dowiedziałem się, że pomijając panujący w jego domu antyklerykalizm, rodzina z niechęcią odnosi się do pomysłu małżeństwa, ponieważ Atena jest cudzoziemką. Korci mnie, żeby zacytować przynajmniej jeden fragment Biblii, który nie odwołuje się do wiary, tylko do zdrowego rozsądku: Nie będziesz się brzydził Edomitą, bo jest twoim bratem, ani Egipcjaninem, bo przybyszem byłeś w jego kraju.

Przepraszam. Obiecuję, że nie będę już więcej cytował Biblii. Po rozmowie z Lukásem spędziłem co najmniej dwie godziny z Szirin – lub Ateną, jak wolała, by ją nazywać.

Ta młoda kobieta zawsze mnie intrygowała. Od dnia, kiedy po raz pierwszy pojawiła się u mnie w kościele, odnosiłem wrażenie, że ma w głowie bardzo konkretny plan: zostać świętą. Powiedziała mi – o czym jej narzeczony nie wiedział – że tuż przed wybuchem wojny domowej w Bejrucie miała wizję bardzo podobną do wizji świętej Teresy z Lisieux: widziała spływające krwią ulice. Można to przypisać dziecięcej traumie, jednak pozostaje faktem, że takie doświadczenie, znane jako „pragnienie świętości”, na większą lub mniejszą skalę bywa udziałem każdego człowieka. Nagle, przez ułamek sekundy czujemy, że całe nasze życie ma sens, że grzechy zostały nam odpuszczone, że miłość jest najpotężniejszą siłą zdolną nas na zawsze odmienić.

Jednak w tym samym momencie odczuwamy lęk. Całkowite oddanie się miłości, czy to boskiej, czy ludzkiej, oznacza wyrzeczenie się wszystkiego – nawet własnego dobra i prawa do podejmowania decyzji. Oznacza miłość w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Tak naprawdę nie chcemy zbawienia w sposób, jaki wybrał dla nas Bóg: chcemy zachować całkowitą kontrolę nad wszystkimi naszymi poczynaniami, podejmować decyzje z pełną świadomością, móc samodzielnie wybierać obiekt naszego oddania.

Z miłością jest inaczej – zjawia się niespodziewanie i z miejsca podporządkowuje sobie wszystko. Tylko najsilniejsze dusze pozwalają się ponieść fali miłości, a Atena do nich należała.

Była tak silna, że spędzała długie godziny pogrążona w kontemplacji. Miała wyjątkowy talent muzyczny. Podobno znakomicie tańczyła, ale że kościół to nie miejsce na tańce, każdego ranka, przed zajęciami na uniwersytecie, przychodziła z gitarą, by śpiewać Matce Boskiej.

Pamiętam dzień, w którym usłyszałem jej śpiew po raz pierwszy. Wyszedłem już z kościoła po porannej mszy dla tych nielicznych parafian, którzy gotowi są wstać o świcie, bez względu na porę roku. Nagle uzmysłowiłem sobie, że nie zabrałem pieniędzy wrzuconych przez wiernych do puszki ofiarnej. Wróciłem więc do środka, a wtedy usłyszałem muzykę, która sprawiła, że wszystko ukazało mi się w innym świetle, jakby za muśnięciem anielskiego skrzydła. W bocznej nawie siedziała na oko dwudziestoletnia dziewczyna, jakby w ekstazie, z oczyma utkwionymi w figurze Matki Boskiej, i akompaniując sobie na gitarze, śpiewała pieśń pochwalną.

Podszedłem do puszki ofiarnej. Zauważyła moją obecność i przerwała, ale skinieniem głowy dałem jej znak, żeby się mną nie przejmowała. Potem usiadłem w jednej z ławek, przymknąłem oczy i wsłuchiwałem się w jej śpiew.

Wydawało mi się, że widzę rajski ogród, poczułem „pragnienie świętości”. Jakby odgadując stan mego ducha, zaczęła przeplatać swój śpiew chwilami ciszy. Kiedy przerywała, ja odmawiałem modlitwę, po czym znów rozbrzmiewały tony jej pieśni.

Miałem świadomość, że przeżywam coś niezapomnianego – jedną z tych magicznych chwil, które jesteśmy w stanie zrozumieć dopiero wtedy, gdy już miną. Istniała tylko chwila obecna – bez przeszłości i bez przyszłości. Żyłem wyłącznie tym rankiem, tą muzyką, tą słodyczą, modlitwą. Trwałem w osobliwym zachwyceniu, w ekstazie, przepełniała mnie wdzięczność za to, że jestem na tym świecie, radość, że wbrew sprzeciwom rodziny pozostałem wierny swemu powołaniu. W małej, skromnej kaplicy, w głosie dziewczyny, w zalewającym wszystko porannym świetle znowu zrozumiałem, że wielkość Boga objawia się w rzeczach prostych.

Łzy spływały mi po policzkach, a kiedy zdawało się, że minęła wieczność, dziewczyna zamilkła. Podniosła głowę, a wtedy rozpoznałem w niej jedną z parafianek. Od tamtej pory byliśmy przyjaciółmi. Kiedy pozwalał nam na to czas, wspólnie przeżywaliśmy nasze muzyczne misterium.

Jednak wiadomość o jej planowanym ślubie całkiem mnie zaskoczyła. Znaliśmy się już dość dobrze, dlatego zapytałem, jakiego się spodziewa przyjęcia ze strony rodziców męża.

– Złego. Jak najgorszego.

Starałem się jak najdelikatniej wybadać, czy istnieje powód, który zmusza ją do tego kroku.

– Jestem dziewicą – rzekła. – Nie chodzi o ciążę.

Na pytanie, czy powiadomiła już swoją rodzinę, odparła, że tak, że rodzice byli zaskoczeni, że matka płakała, a ojciec groził.

– Kiedy przychodzę tutaj, żeby grać Matce Boskiej na chwałę, nie przejmuję się, co powiedzą inni. Dzielę się swoimi uczuciami tylko z Nią. I odkąd sięgam pamięcią, zawsze tak było. Jestem naczyniem, w którym objawia się Boska Energia. A teraz ta energia prosi mnie, żebym urodziła dziecko i dała mu to, czego nie dała mi nigdy moja biologiczna matka: opiekę i bezpieczeństwo.

– Nikt na tej ziemi nie jest bezpieczny – odparłem. Tłumaczyłem, że ma jeszcze przed sobą całą przyszłość i mnóstwo czasu, by objawił się cud stworzenia. Nie przekonałem jej jednak.

– Święta Teresa nie buntowała się przeciwko chorobie, która ją dotknęła – powiedziała. – Wręcz przeciwnie, dostrzegła w niej boski zamysł. Święta Teresa była znacznie młodsza ode mnie: miała piętnaście lat, kiedy powzięła decyzję o wstąpieniu do klasztoru. Zakazano jej, ale nie dała za wygraną. Postanowiła porozmawiać z samym Papieżem – wyobraża sobie ksiądz, co to znaczy? Porozmawiać z Papieżem! I dopięła swego. Bóg wymaga ode mnie czegoś znacznie łatwiejszego niż choroba: żebym została matką. Gdybym za długo z tym zwlekała, różnica wieku byłaby zbyt duża i nie mielibyśmy wspólnych zainteresowań.

– Nie byłabyś wyjątkiem – powiedziałem.

A Atena ciągnęła dalej, jakby mnie nie słyszała:

– Jestem szczęśliwa tylko wtedy, kiedy myślę, że Bóg istnieje i mnie słucha, ale to nie wystarczy, by żyć, kiedy wszystko wydaje się bez sensu. Udaję radość, której we mnie nie ma, ukrywam smutek, żeby nie martwić tych, którzy mnie kochają i troszczą się o mnie. Niedawno myślałam o samobójstwie. Nocą, przed zaśnięciem, odbywam ze sobą długie rozmowy, staram się odegnać złe myśli, bo byłaby to niewdzięczność wobec wszystkich, ucieczka, jeszcze jedna tragedia na tym i tak już pełnym nieszczęść świecie. Rankiem przychodzę tutaj, żeby porozmawiać ze świętą Teresą i prosić ją, żeby uwolniła mnie od demonów, które nękają mnie nocą. Dotąd odnosiło to skutek, ale zaczynam słabnąć. Wiem, że mam do spełnienia misję, przed którą przez długi czas uciekałam, a teraz muszę się jej podjąć. Tą misją jest macierzyństwo. Muszę ją spełnić, w przeciwnym razie zwariuję. Jeżeli nie poczuję, jak rośnie życie we mnie, nigdy nie zaakceptuję życia wokół mnie.

LUKÁS JESSEN-PETERSEN, 32 lata, były mąż

Kiedy urodził się Viorel, skończyłem właśnie dwadzieścia dwa lata. Zamiast beztroskim studentem, który żeni się z koleżanką z roku, stałem się statecznym mężczyzną odpowiedzialnym za utrzymanie rodziny. To było ciężkie brzemię. Moi rodzice, którzy nawet nie przyszli na ślub, uzależnili wszelką pomoc finansową od separacji i oficjalnego przejęcia opieki nad dzieckiem (mówiąc ściślej, tak oznajmił ojciec, bo matka tylko dzwoniła do mnie z płaczem, mówiła, że zwariowałem i że bardzo chce przytulić swojego wnuczka). Łudziłem się, że z czasem zrozumieją, że kocham Atenę i chcę z nią być na dobre i złe, a wtedy powoli zmiękną.

Ale nie zmiękli. Musiałem sam zadbać o żonę i syna. Rzuciłem studia na wydziale architektury. Zadzwonił do mnie ojciec z pogróżkami i obiecankami: zapowiedział, że jeśli nie zmienię swojego postępowania, wydziedziczy mnie, ale gdybym wrócił na uniwersytet, to rozważy udzielenie mi, jak to określił, „doraźnej pomocy”. Odmówiłem. Młodzieńczy romantyzm podszeptuje radykalne wybory. Powiedziałem, że sam sobie poradzę.

Jeszcze przed narodzinami Viorela Atena pomogła mi zrozumieć samego siebie. I nie stało się tak za sprawą miłości fizycznej – bardzo nieśmiale wyrażanej, muszę wyznać – tylko dzięki muzyce.

 

Muzyka towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Przenosząc się z jaskini do jaskini, nasi przodkowie nie zabierali ze sobą wiele, ale, jak wykazały badania archeologiczne, oprócz niezbędnego zapasu pożywienia, nigdy nie zapominali o jakimś instrumencie muzycznym, zazwyczaj bębenku. Muzyka nie tylko daje nam ukojenie i dostarcza rozrywki. Jest czymś więcej. Można poznać człowieka po muzyce, jakiej słucha.

Kiedy widziałem, jak ciężarna Atena tańczy, kiedy słyszałem, jak gra na gitarze, żeby uspokoić maleństwo i okazać mu swoją miłość, zacząłem stopniowo otwierać się na jej sposób postrzegania świata. Urodził się Viorel. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy po przyniesieniu go do domu, było puszczenie mu adagia Albinoniego. Podczas kłótni siła muzyki pomagała nam dojść do porozumienia, chociaż nie widzę żadnego logicznego związku między jednym i drugim, chyba że skojarzenie z ideologią hipisowską.

Jednak nie wystarczał romantyzm, z czegoś trzeba było żyć. Nie grałem na żadnym instrumencie, nie mogłem nawet dostarczać rozrywki knajpianej klienteli, zostałem więc kreślarzem w biurze projektowym. Płacili bardzo mało, i to od godziny, zatem wychodziłem z domu wcześnie i późno wracałem. Prawie nie widywałem syna, który po moim powrocie zazwyczaj już spał. Byłem zbyt zmęczony, żeby rozmawiać z żoną, a tym bardziej kochać się z nią. Każdego wieczora zadawałem sobie pytanie: kiedy polepszy się nasza sytuacja finansowa i zaczniemy żyć na godziwym poziomie? W zasadzie zgadzam się z Ateną, że dyplom ukończenia studiów jest często bezużytecznym świstkiem papieru, ale mimo wszystko architektura (jak również prawo i medycyna) wymaga pewnej wiedzy, bez której można narazić na niebezpieczeństwo ludzkie życie. A ja zostałem zmuszony przerwać naukę zawodu, który sobie wybrałem, wyrzec się marzenia, które tak wiele dla mnie znaczyło.

Zaczęły się kłótnie. Atena narzekała, że poświęcam zbyt mało uwagi synkowi, że mały potrzebuje ojca. Gdyby chodziło mi tylko o zaspokojenie instynktów macierzyńskich – mówiła – to równie dobrze mogę być sama i oszczędzić ci wszystkich kłopotów. Po raz kolejny wychodziłem z domu, trzaskając drzwiami i krzycząc, że mnie nie rozumie, że sam nie pojmuję, jak mogłem się zgodzić na to „szaleństwo”, to znaczy ojcostwo w wieku dwudziestu lat, zanim zdołaliśmy zapewnić sobie minimum stabilizacji finansowej. Stopniowo przestaliśmy ze sobą sypiać, częściowo ze zmęczenia, częściowo dlatego, że byliśmy sobą nieustannie poirytowani.

Zacząłem wpadać w depresję. Dochodziłem do wniosku, że kobieta, którą kocham, wykorzystała mnie i mną manipuluje. Mój pogarszający się stan psychiczny nie uszedł uwagi Ateny, ale zamiast mi pomóc, całą swą energię skoncentrowała na Viorelu i muzyce. Uciekałem w pracę. Co jakiś czas rozmawiałem z rodzicami i zawsze słyszałem to samo: „Zafundowała sobie dziecko, żeby zmusić cię do małżeństwa”.

Jednocześnie coraz większą rolę w życiu Ateny zaczęła odgrywać religia. Nalegała, żeby dziecko ochrzcić, sama wybrała mu rumuńskie imię – Viorel.

Chyba z wyjątkiem kilku emigrantów nie ma w Anglii nikogo, kto nazywałby się Viorel, ale uznałem, że taki wybór świadczy o jej inwencji twórczej. Rozumiałem też, że tym imieniem Atena chce nawiązać do przeszłości, której nawet świadomie nie przeżyła – do swych pierwszych dni w rumuńskim sierocińcu.

Starałem się przystosować do nowej sytuacji, ale czułem, że z powodu dziecka tracę Atenę. Nasze kłótnie stawały się coraz częstsze, groziła, że odejdzie, bo, jak twierdziła, skacząc sobie do oczu, przekazujemy Viorelowi „negatywną energię”. Pewnego dnia, po kolejnej awanturze, wyszedłem z domu, żeby się trochę uspokoić.

Błąkałem się bez celu po Londynie, przeklinając życie, które sobie wybrałem, dziecko, na które się zgodziłem, żonę, która najwyraźniej nie przejawiała już żadnego zainteresowania moją osobą. Wszedłem do pierwszego lepszego baru, blisko stacji metra, wypiłem cztery kolejki whisky. Kiedy o jedenastej bar zamknięto, udałem się do jednego z nocnych sklepów, kupiłem butelkę whisky, usiadłem na ławce na skwerze i piłem dalej. Podeszło do mnie kilku wyrostków. Chcieli, żebym się z nimi podzielił, a kiedy odmówiłem, rzucili się na mnie. Przyjechała policja i wszyscy wylądowaliśmy na komisariacie.

Zwolniono mnie zaraz po złożeniu zeznań. Oczywiście nie wniosłem skargi – wszystko zwaliłem na karb głupiej sprzeczki – w przeciwnym razie przez następne kilka miesięcy musiałbym stawiać się w sądzie jako ofiara napaści. Byłem wciąż tak pijany, że wychodząc, potknąłem się i runąłem inspektorowi na biurko. Facet wściekł się, ale na szczęście zamiast zatrzymać za obrazę władzy, wyrzucił mnie za drzwi.

Przed komisariatem czekał jeden z napastników. Podziękował, że nie złożyłem skargi. Widząc, że jestem cały w błocie i krwi, radził, żebym znalazł sobie jakieś czyste ubranie, nim wrócę do domu. Zamiast ruszyć w swoją stronę, poprosiłem go, żeby wyświadczył mi przysługę i mnie wysłuchał. Miałem olbrzymią potrzebę wygadania się przed kimś.

Przez godzinę słuchał w milczeniu moich żalów. Tak naprawdę nie mówiłem do niego, ale do siebie – do młodego człowieka na progu dorosłego życia, który ma szansę wielkiej kariery i ustosunkowaną rodzinę, a który teraz wygląda jak żebrak z Hampstead (N. R.: dzielnica w Londynie), pijany, zmęczony, przybity i bez grosza przy duszy. A wszystko przez kobietę, która nawet nie zwraca na niego uwagi.

Pod koniec mojej opowieści sam potrafiłem trzeźwiej spojrzeć na sytuację, w której się znalazłem, na życie, które wybrałem w głębokim przekonaniu, że miłość wszystko zwycięży. A to przecież nieprawda. Czasami miłość wiedzie w otchłań nas samych, a co gorsza ludzi, których kochamy. Tak było w moim przypadku. Mogłem zniszczyć życie nie tylko sobie, ale i Atenie i Viorelowi.

Wówczas po raz kolejny powtórzyłem sobie: jestem mężczyzną, a nie rozpieszczonym smarkaczem, muszę więc z godnością stawić czoło wszystkim wyzwaniom, jakie rzuca mi los. Wróciłem do domu. Atena już spała, tuląc synka w ramionach. Wykąpałem się, wyszedłem, żeby wyrzucić brudne ubrania do śmietnika i, dziwnie trzeźwy, położyłem się do łóżka.

Nazajutrz powiedziałem, że chcę rozwodu.

– Dlaczego? – spytała.

– Bo cię kocham. Bo kocham Viorela. Bo nie robiłem nic prócz zwalania na was winy za zaprzepaszczone marzenia o architekturze. Gdybyśmy trochę poczekali, wszystko wyglądałoby inaczej, ale ty myślałaś wyłącznie o własnych planach i zapomniałaś uwzględnić w nich moją osobę.

Atena nie zareagowała, jakby się tego spodziewała, albo jakby podświadomie chciała mnie sprowokować.

Serce mi krwawiło. Miałem nadzieję, że usłyszę błagania, żebym nie odchodził. Ale ona ze spokojem i rezygnacją troszczyła się tylko o to, czy dziecko aby nie słyszy naszej rozmowy. Wtedy nabrałem przekonania, że nigdy mnie nie kochała, że byłem dla niej jedynie narzędziem, które służyło spełnieniu obłąkańczego marzenia o macierzyństwie w wieku dziewiętnastu lat.

Powiedziałem, że może zatrzymać dom i meble, ale odmówiła. Postanowiła zamieszkać chwilowo u matki, znaleźć pracę, a potem wynająć mieszkanie. Spytała, czy będę łożyć na dziecko. Zgodziłem się bez wahania.

Wstałem, pocałowałem ją po raz ostatni. Raz jeszcze próbowałem nakłonić ją, żeby została w domu, ale upierała się, że woli jak najszybciej przenieść się do matki. Zatrzymałem się w tanim hotelu i co wieczór czekałem, że zadzwoni i poprosi, żebym wrócił, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa. Byłem nawet gotów wrócić do dawnego życia, bo rozłąka uświadomiła mi, że na całym świecie nie ma dla mnie nikogo ani niczego ważniejszego niż żona i syn.