Alchemik

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



tytuł oryginału

O Alquimista

koncepcja graficzna

Michał Batory

zdjęcia

Myr Muratet

przygotowanie

PressEnter

redakcja i korekta

Zyta Oryszyn

Copyright © 1988 by Paulo Coelho

Copyright © for the Polish edition by Drzewo Babel, Warszawa 1995

wydawca dedykuje tę książkę

Andrejowi i tym wszystkim którzy nie bali się pójść własną drogą

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

ISBN 978-83-89933-68-3

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


***

Prolog

1

2

Epilog

J.

Alchemikowi,

który zna i wykorzystuje

tajniki Wielkiego Dzieła

W dalszej ich podróży

przyszedł do jednej wsi.

Tam pewna niewiasta, imieniem Marta,

przyjęła Go do swego domu.

Miała ona siostrę imieniem Maria,

która siadła u nóg Pana

i przysłuchiwała się Jego mowie.

Natomiast Marta uwijała się

koło rozmaitych posług.

Przystąpiła więc do Niego i rzekła:

„Panie, czy Ci to obojętne,

że moja siostra zostawiła

mnie samą przy usługiwaniu?

Powiedz jej, żeby mi pomogła”.

A Pan jej odpowiedział:

„Marto, Marto, troszczysz się

i niepokoisz o wiele,

a potrzeba mało albo tylko jednego.

Maria obrała najlepszą cząstkę,

której nie będzie pozbawiona”.

Ewangelia wg św. Łukasza 10, 38–42


Alchemik wziął do ręki książkę, którą przyniósł ze sobą ktoś z karawany. Książka nie miała wprawdzie okładki, jednak bez trudu rozpoznał autora – był to Oskar Wilde. Przerzucając pobieżnie kartki, natknął się na historię Narcyza.

Dobrze znał mit o Narcyzie, owym urodziwym młodzieńcu, który chodził codziennie podziwiać własne odbicie w tafli jeziora. Był tak pochłonięty swoim obrazem, że pewnego dnia wpadł do jeziora i utonął. W miejscu jego śmierci, na brzegu, wyrósł kwiat, który nazwano narcyzem.

Ale Oskar Wilde nie zakończył na tym swej historii.

On opowiedział, jak po śmierci Narcyza leśne boginie, Oready, przybyły nad brzeg tego słodkiego ongiś jeziora i zastały je przemienione w czarę gorzkich łez.

– Dlaczego płaczesz? – spytały Oready.

– Płaczę za Narcyzem – odrzekło jezioro.

– Wcale nas to nie dziwi – powiedziały wówczas. – Całymi dniami uganiałyśmy się za nim po lasach, ale jedynie ty mogłeś z bliska rozkoszować się jego urodą.

– Narcyz był zatem piękny? – zdziwiło się jezioro.

– Któż lepiej od ciebie mógłby to wiedzieć? – wykrzyknęły zaskoczone Oready. – Przecież nad twoim brzegiem pochylał się każdego dnia.

Jezioro zamilkło na chwilę, po czym rzekło:

– Opłakuję Narcyza, ale nie dostrzegłem nigdy, że jest piękny. Opłakuję Narcyza, bo za każdym razem, kiedy pochylał się nade mną, mogłem dojrzeć na dnie jego oczu odbicie mojej własnej urody.

– Oto ładna opowieść – powiedział Alchemik.


Nazywał się Santiago. Dzień chylił się ku końcowi, kiedy dotarł ze swoim stadem do ruin starego, opuszczonego kościoła. Strop dawno już się zawalił i jedynie w miejscu, w którym niegdyś stała zakrystia, wyrósł teraz wielki sykomor.

Tu pasterz postanowił spędzić noc. Wprowadził owce przez rozpadającą się bramę i zagrodził wejście deskami, by w nocy nie mogły się wymknąć. Wprawdzie w okolicy nie było wilków, ale zdarzyło się kiedyś, że uciekło mu jedno ze zwierząt i spędził cały dzień na poszukiwaniu zabłąkanej owcy.

Rozesłał na ziemi płaszcz, położył się i wsunął pod głowę świeżo przeczytaną książkę. Zanim zasnął, pomyślał sobie, że powinien teraz wybierać książki grubsze – na dłużej starczyłoby czytania, a i na noc byłyby lepszymi podgłówkami.

Gdy się zbudził, dookoła było jeszcze ciemno. Spojrzał w górę i przez szczelinę w sklepieniu zobaczył migoczące gwiazdy.

„Wolałbym pospać trochę dłużej” – pomyślał. Śniło mu się to samo co w zeszłym tygodniu i znów obudził się przed końcem.

Podniósł się z legowiska i wypił łyk wina. Wziął swój kij pasterski i zaczął budzić owce, które jeszcze spały. Dawno już zauważył, że większość tych stworzeń budziła się, ledwie on otwierał oczy. Jakby jakaś tajemna siła związała jego życie z życiem stada, które od dwóch lat przemierzało z nim kraj w poszukiwaniu wody i pożywienia.

– One tak już do mnie przywykły, że znają mój rytm dnia i nocy – rzekł z cicha. Po chwili namysłu wydało mu się jednak, że mogło być też odwrotnie – to on przyzwyczaił się do ich rytmu.

Niektóre owce budziły się jednak wolniej. Trącał kijem jedną po drugiej, wołając każdą po imieniu. Zawsze wierzył, że owce rozumiały wszystko, co do nich mówi. Dlatego czytał im czasem na głos urywki z książek, które go oczarowały, opowiadał o samotności i o radościach w życiu pasterza albo o ostatnich nowinach zasłyszanych w mijanych po drodze wioskach.

Od dwóch dni temat był właściwie jeden – tamta dziewczyna, córka kupca w miasteczku, do którego miał dotrzeć za cztery dni. Zawitał tam tylko raz, w ubiegłym roku. Kupiec był właścicielem sklepu z tkaninami i życzył sobie, by owce strzyżono pod jego okiem, bo nie chciał zostać oszukany. Jakiś przygodny przechodzień wskazał ten sklep pasterzowi, który pognał tam swoje stado.

– Chciałbym sprzedać trochę owczego runa – rzekł do kupca.

W sklepie było tłoczno, więc kupiec poprosił, żeby pasterz zaczekał ze strzyżeniem do zmroku. Chłopiec usiadł zatem na dziedzińcu i wyjął z worka książkę.

– Nie wiedziałam, że pasterze potrafią czytać książki – usłyszał obok siebie kobiecy głos.

Stała przed nim typowa dziewczyna z Andaluzji. Czarne włosy spływały jej na ramiona, a w oczach tliło się jeszcze nikłe wspomnienie po dawnych arabskich najeźdźcach.

– Od owiec można czasem nauczyć się więcej niż z książek – odparł młody pasterz.

I gawędzili przez wiele godzin. Wyjaśniła mu, że jest córką kupca, i opowiedziała o życiu swojego miasteczka, gdzie każdy dzień do złudzenia przypomina poprzedni. Pasterz zaś mówił o krajobrazach Andaluzji, o ostatnich nowinach z okolicznych wiosek i miasteczek. Był uszczęśliwiony, że może wreszcie porozmawiać z kimś innym niż owce.

– Gdzie nauczyłeś się czytać? – spytała w pewnej chwili dziewczyna.

– Tam gdzie wszyscy – odpowiedział – w szkole.

– Skoro umiesz czytać, to dlaczego jesteś tylko pasterzem?

Młodzieniec wykręcił się od odpowiedzi. Był pewien, że dziewczyna by go nie zrozumiała. Snuł dalej opowieści z wędrówki, a ciemne, mauretańskie oczy to otwierały się, to znów zamykały z zachwytu i zadziwienia. Czas mijał i chłopiec coraz bardziej pragnął, aby ten dzień nigdy się nie skończył, aby ojciec dziewczyny zajęty był jeszcze długo i niechby mu nawet kazał czekać ze trzy dni. Zrozumiał, że odczuwa coś, czego nigdy przedtem nie doznał – chęć pozostania na zawsze w jednym mieście. Z dziewczyną o kruczych włosach dni nigdy nie byłyby podobne do siebie.

Ale kupiec w końcu nadszedł i polecił mu ostrzyc cztery owce. Zapłacił sowicie i zaprosił znowu za rok.

I teraz pasterza dzieliły zaledwie cztery dni od powrotu do owego miasteczka. Był rozpłomieniony i zarazem pełen obaw – może dziewczyna już o nim zapomniała? Przechodziło przecież tamtędy tylu pasterzy sprzedających owcze runo.

– Nieważne – powiedział do swoich owiec. – Ja też znam wiele dziewcząt w innych miastach.

Ale w głębi serca czuł jednak, jak bardzo jest to ważne. I że pasterze, marynarze czy kupcy znają zawsze takie miasto, w którym żyje ktoś, kto sprawia, że pewnego dnia zapominają o urokach beztroskiego wędrowania po świecie.

Z pierwszym brzaskiem popędził stado w stronę wschodzącego słońca. „Owce nigdy nie muszą podejmować decyzji – pomyślał. – Może dlatego nie odstępują mnie na krok? Jedyne czego potrzebują to woda i pożywienie. Dopóki pasterz będzie je prowadził przez najlepsze pastwiska Andaluzji, dopóty będą mu towarzyszyć. Nawet jeśli wszystkie dni będą takie same, a godziny dłużyć się od wschodu do zachodu słońca, nawet jeśli nigdy w swoim krótkim życiu nie przeczytają ani jednej książki i nie poznają mowy ludzi powtarzających plotki z okolicznych wiosek. Zadowalają się wodą i pożywieniem, i w istocie całkiem im to wystarcza. W zamian hojnie ofiarowują ciepłą wełnę, wierne przywiązanie, a czasem też swoje mięso.

 

Gdybym przemienił się nagle w potwora i wyrżnął po kolei, jedną po drugiej, pojęłyby to dopiero, gdy znikłoby już prawie całe stado. Ponieważ ufając mi, przestały zawierzać własnym instynktom. A to dlatego tylko, że prowadzę je po soczystych pastwiskach”.

Własne myśli wydały mu się dziwaczne. A może ten kościół z rosnącym pośrodku sykomorem jest zaklęty? Może dlatego przyśnił mu się ponownie ten sam sen i wywołał w nim teraz złość na owce, zawsze przecież tak wierne? Wypił jeszcze łyk wina, które zostało z wieczerzy, i otulił się szczelnie płaszczem. Wiedział, że za parę godzin, kiedy słońce sięgnie zenitu, skwar stanie się tak wielki, że uniemożliwi prowadzenie owiec przez otwarte pola. Latem o tej porze cała Hiszpania śpi, a upał trwa aż do wieczora. Przez cały ten czas pasterz będzie musiał dźwigać swój płaszcz na ramieniu. Lecz ilekroć zechce pozbyć się tego brzemienia, przypomni sobie w porę, że to dzięki niemu nie odczuwa chłodu wczesnego poranka.

„W każdej chwili powinniśmy być gotowi na niespodzianki pogody” – myślał i czuł wtedy wdzięczność dla ciężaru płaszcza.

Płaszcz miał swój sens istnienia, tak jak i on. Po dwóch latach włóczęgi po równinach Andaluzji znał już na pamięć wszystkie jej zakamarki i właśnie wędrówka była sensem jego życia.

Tym razem zamierzał opowiedzieć dziewczynie, dlaczego prosty pasterz potrafi czytać.

Do szesnastego roku życia pobierał nauki w seminarium. Rodzice chcieli uczynić z niego księdza, co byłoby powodem do dumy dla prostej, wiejskiej rodziny, która podobnie jak jego owce pracowała jedynie na chleb i wodę. Studiował łacinę, hiszpański i teologię.

Ale od dziecka marzył o poznaniu świata i było to dla niego o niebo ważniejsze niż poznanie Boga i ludzkich grzechów. Pewnego popołudnia, kiedy odwiedził dom rodzinny, zebrał się na odwagę i oświadczył ojcu, że nie chce być księdzem. Chce podróżować.

– Synu, ludzie z najdalszych zakątków świata przeszli już przez naszą wioskę. Poszukują tu rzeczy nowych, ale choć je znajdują, pozostają ciągle tacy sami. Wchodzą na skarpę obejrzeć zamek i wydaje im się, że przeszłość była lepsza od teraźniejszości. Czy mają jasne włosy, czy ciemną skórę, wszyscy są tacy sami jak ludzie z naszej wioski.

– Ale ja nie znam zamków w krainach, z których przybywają – odparł młodzieniec.

– Ludzie ci, widząc nasze pola i nasze kobiety, powiadają, że chcieliby tu zostać na zawsze – ciągnął ojciec.

– Chcę zatem poznać ich kobiety i kraje, z których przybyli – powiedział chłopiec. – Gdyż oni nie zostają tutaj nigdy.

– Ludzie ci mają sakwy wypchane pieniędzmi – dodał jeszcze ojciec. – U nas tylko pasterze mogą podróżować beztrosko.

– Zostanę więc pasterzem.

Ojciec nie powiedział już nic więcej. Nazajutrz dał mu sakiewkę z trzema starymi złotymi monetami.

– Znalazłem je kiedyś w polu i zamierzałem ofiarować Kościołowi w dniu twoich święceń. Kup za nie stado i przemierzaj świat, aż zrozumiesz, że nasz zamek jest najważniejszy ze wszystkich, a nasze kobiety najpiękniejsze.

I pobłogosławił go. W oczach ojca chłopiec odnalazł to samo pragnienie przemierzania świata. Pragnienie ciągle żywe, choć przez dziesiątki lat zagłuszone troską o wodę, chleb i dach nad głową.

Horyzont zabarwił się na czerwono, a potem pojawiło się słońce. Młodzieniec przypomniał sobie tamtą rozmowę z ojcem i poczuł się szczęśliwy. Poznał już wiele zamków i wiele kobiet – żadna jednak nie mogła się równać z dziewczyną, która czekała na niego o trzy dni drogi stąd. Miał płaszcz, książkę, którą mógł wymienić na inną, i stado owiec. Najważniejsze było jednak to, że każdego dnia spełniał wielkie marzenie swego życia – podróżował. Gdy znużą go do cna równiny Andaluzji, będzie mógł sprzedać owce i zostać marynarzem. A gdy będzie miał po uszy morza, to i tak przecież pozna już wiele miast, wiele kobiet i trafi mu się dość okazji, aby zaznać szczęścia.

„Doprawdy, jak w seminarium można szukać Boga?” – pomyślał, patrząc na wschodzące słońce. Zawsze, ilekroć było to możliwe, starał się obierać nowe ścieżki. Nigdy przedtem nie dotarł do tego kościoła, choć przechodził tędy setki razy. W wielkim i nieogarnionym świecie, gdyby tylko choć przez chwilę pozwolił prowadzić się owcom, odkryłby jeszcze wiele ciekawych rzeczy. „Sęk w tym, iż one nie zdają sobie sprawy z tego, że codziennie idą nową drogą. Nie dostrzegają, że wokół zmieniają się pastwiska, a pory roku są inne. Bez reszty bowiem pochłania je troska o wodę i pożywienie.

A może dzieje się tak z nami wszystkimi? – myślał dalej. – Nawet ze mną, bo nie myślę o innych kobietach, odkąd poznałem córkę kupca”.

Spojrzał w niebo. Według wszelkich obliczeń do Tarify dotrze jeszcze przed obiadem. Tam będzie mógł zamienić książkę na grubszą, napełnić butelkę winem, ogolić się i ostrzyc. Musiał być gotów na spotkanie z dziewczyną. Nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że jakiś inny pasterz z większym stadem mógł przyjść przed nim i poprosić o jej rękę.

„To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące” – pomyślał i spoglądając znów w niebo, przyśpieszył kroku. Przypomniał sobie, że w Tarifie mieszka pewna stara kobieta, która potrafi tłumaczyć sny. A tej nocy przyśnił mu się po raz drugi ten sam sen.

Staruszka poprowadziła młodzieńca w głąb domu, do izby oddzielonej od reszty zasłoną z kolorowych paciorków. Stał tam stół, dwa krzesła, a na ścianie wisiał obraz Najświętszego Serca Jezusowego.

Staruszka usiadła i zaprosiła go do stołu. Ujęła dłonie chłopca w swoje i modliła się szeptem.

Wyglądało to na cygańską modlitwę. Spotkał już na swej drodze wielu Cyganów. Oni też wędrowali, ale nie hodowali owiec. Ludzie mówili, że Cygan to ktoś, kogo życie upływa na oszukiwaniu innych. Mówili też, że Cyganie podpisali pakt z Diabłem i że porywają cudze dzieci, by uczynić z nich niewolników w swych tajemniczych obozowiskach. Kiedy był mały, na myśl, że zostanie porwany przez Cyganów, umierał ze strachu i ten dawny lęk powrócił w chwili, gdy staruszka trzymała jego dłonie.

„Przecież jest tu obraz Najświętszego Serca Jezusowego” – uspokajał sam siebie. Nie chciał, żeby ręce zaczęły mu drżeć i żeby staruszka spostrzegła jego przerażenie. Zmówił pośpiesznie w duchu pacierz.

– Ciekawe... – powiedziała, nie odrywając oczu od dłoni chłopca. I znowu zamilkła.

Ogarniał go coraz większy niepokój. Mimowiednie zadrżały mu ręce i staruszka to spostrzegła. Cofnął je szybko.

– Nie przyszedłem tu po to, byś mi wróżyła z ręki – powiedział, żałując gorzko, że przekroczył próg tego domu. Przez głowę przemknęła mu myśl, że lepiej byłoby zapłacić i wyjść, nie dowiadując się niczego. Niepotrzebnie taką wagę przywiązywał do tego snu.

– Przyszedłeś zapytać mnie o sny – rzekła staruszka. – A sny są językiem Boga. Gdy Bóg przemawia językiem świata, mogę odgadnąć ich znaczenie. Jeśli zaś mówi językiem twojej duszy, tylko ty jeden możesz je zrozumieć. Tak czy owak, należy mi się zapłata.

„Jeszcze jedna sztuczka” – pomyślał chłopiec. Mimo to postanowił zaryzykować. Pasterzowi zawsze zagrażają wilki albo susza i to właśnie sprawia, że pasterskie życie jest tak ciekawe.

– Dwa razy z rzędu śniło mi się to samo. Byłem z moim stadem na pastwisku – zaczął opowiadać – kiedy pojawiło się jakieś dziecko i zaczęło bawić się z owcami. Nie lubię, kiedy ktoś zbliża się do moich owiec, bo lękają się obcych. Ale dzieciom zawsze udaje się podejść tak, że zwierzęta się ich nie boją. Nie wiem dlaczego. Jak owce mogą odgadnąć wiek ludzi?

– Wróć do swego snu – przerwała staruszka. – Zostawiłam garnek na ogniu. Poza tym masz mało pieniędzy i nie możesz zabierać mi zbyt wiele czasu.

– Dziecko jeszcze czas jakiś bawiło się z owcami – ciągnął dalej swą opowieść lekko speszony. – Nagle chwyciło mnie za rękę i zaprowadziło do Piramid w Egipcie.

Odczekał chwilę, by przekonać się, czy staruszka wie, co to są egipskie piramidy. Ale ona milczała.

– Tam przy Piramidach w Egipcie – trzy ostatnie słowa wymówił powoli i wyraźnie, by staruszka mogła dobrze zrozumieć – dziecko powiedziało mi: „Jeśli dotrzesz tutaj, znajdziesz ukryty skarb”. Ale nim zdołało pokazać mi dokładne miejsce, obudziłem się. I za pierwszym, i za drugim razem.

Staruszka milczała przez chwilę. Ponownie ujęła ręce chłopca i uważnie im się przyglądała.

– Teraz nie wezmę od ciebie nic – rzekła. – Ale chcę dziesiątą część skarbu, jeśli go kiedykolwiek odnajdziesz.

Chłopiec wybuchnął śmiechem. Był to śmiech radości. Oto zaoszczędzi tę odrobinę pieniędzy, jaką posiada, tylko dlatego, że miał sen o ukrytym skarbie! Ta poczciwa kobieta musiała być rzeczywiście Cyganką. Cyganie są głupi.

– Więc jak wytłumaczysz ten sen? – spytał.

– Najpierw przysięgnij, że dasz mi dziesiątą część skarbu w zamian za to, co ci teraz powiem.

Złożył przysięgę. Staruszka poprosiła, żeby jeszcze raz przysiągł – na obraz Najświętszego Serca Jezusowego.

– Ten sen jest w Języku Świata – powiedziała. – Mogę ci go objaśnić, ale będzie to bardzo trudne. Dlatego uważam, że należy mi się część tego, co znajdziesz. A jego przesłanie jest takie: powinieneś iść do egipskich Piramid. Wprawdzie nigdy nic o nich nie słyszałam, ale jeśli pokazało ci je dziecko, to na pewno istnieją. Tam odnajdziesz skarb, dzięki któremu staniesz się bogaty.

Młody człowiek poczuł najpierw zdziwienie, a potem złość. Niepotrzebnie przyszedł do tej starej. Ale przypomniał sobie w porę, że przecież nic nie płaci.

– Jeśli taka jest twoja rada, to szkoda było mojego czasu – powiedział.

– Widzisz? Ostrzegałam cię przecież, że twój sen jest trudny do wyjaśnienia. Rzeczy proste są zawsze najbardziej niezwykłe i tylko mędrcy potrafią je pojąć. Nie jestem mędrcem, dlatego muszę znać inne sztuki, choćby wróżenie z ręki.

– A jak mam dojść do Egiptu?

– Ja tylko tłumaczę sny. Nie potrafię ich przemieniać w rzeczywistość. Dlatego żyję na łasce córek.

– A jeśli nigdy nie dotrę do Egiptu?

– To ja nie dostanę zapłaty. Nie pierwszy raz.

I staruszka nie powiedziała już nic więcej. Kazała, żeby sobie poszedł, bo straciła dla niego zbyt dużo czasu.

Pasterz odszedł zawiedziony i powziął zamiar, by nigdy więcej nie dawać wiary snom. Przypomniał sobie, że ma wiele rzeczy do zrobienia. Poszedł więc coś zjeść, zamienił książkę na inną, grubszą, i usiadł na ławce na rynku, by skosztować wina, które właśnie kupił. Dzień był gorący, a wino, za sprawą jednej z niezgłębionych tajemnic, orzeźwiało. Owce stały bezpieczne w zagrodzie u przyjaciela na skraju miasta. Znał wielu ludzi w tych stronach – dlatego tak lubił wędrować. Zawsze bowiem można spotykać coraz to nowych przyjaciół i wcale nie trzeba z nimi stale przebywać. Kiedy widzimy ciągle tych samych ludzi – tak jak w seminarium – stają się oni w końcu częścią naszego życia. A skoro są już częścią naszego życia, to chcą je zmieniać. Jeśli nie stajemy się tacy, jak tego oczekiwali, są niezadowoleni. Ponieważ ludziom wydaje się, że wiedzą dokładnie, jak powinno wyglądać nasze życie.

Natomiast nikt nie wie, w jaki sposób powinien przeżyć własne życie. Trochę tak jak ta kobieta od snów, która potrafiła odgadnąć ich sens, ale nie umiała ich urzeczywistniać.

Postanowił zaczekać, aż słońce zniży się nieco, i ruszyć z owcami w stronę łąk. Już za trzy dni ujrzy córkę kupca.

Sięgnął po książkę, którą dostał od księdza w Tarifie, gruby tom. Od pierwszej strony była w nim mowa o pogrzebie. Poza tym, imiona bohaterów były wyjątkowo trudne do zapamiętania. Pasterz pomyślał, że gdyby napisał kiedyś książkę, to wprowadzałby każdą postać pojedynczo, aby ten, kto czyta, nie musiał uczyć się na pamięć wszystkich imion naraz.

A gdy w końcu czytanie go wciągnęło – bo ceremonia pogrzebowa odbywała się na śniegu, co dawało mu wrażenie chłodu pod tym palącym słońcem – usiadł obok jakiś starzec i próbował nawiązać rozmowę.

– Co ci ludzie robią? – zagadnął, wskazując tłum na rynku.

– Pracują – odpowiedział chłopiec oschle, udając, że jest zajęty czytaniem. Tak naprawdę myślami był zupełnie gdzie indziej. Strzygł właśnie owce pod okiem córki kupca, a ona dziwiła się, że potrafił robić tyle ciekawych rzeczy. Nie pierwszy już raz wyobrażał sobie tę scenę i za każdym razem dziewczyna była zdumiona, gdy jej wyjaśniał, że owce powinno się strzyc pod włos. Próbował też przypomnieć sobie zajmujące historie, które mógłby jej opowiadać podczas strzyżenia. Większość z nich wyczytał w książkach, ale opowie tak, jakby sam je przeżył. Dziewczyna nigdy się o tym nie dowie, bo przecież nie potrafi czytać.

 

Starzec jednak nie dawał za wygraną. Skarżył się, że jest zmęczony, spragniony i poprosił o łyk wina. Chłopiec podał mu butelkę – może go w końcu zostawi w spokoju.

Ale starzec chciał rozmawiać. Spytał o tytuł książki. Przez chwilę młody człowiek miał ochotę odburknąć coś niegrzecznie i przenieść się na inną ławkę, ale ojciec nauczył go szacunku dla starszych. Nie odpowiedział nic, tylko podał starcowi książkę, bo po pierwsze, nie potrafił wymówić tytułu, a po drugie, jeśli starzec nie umie czytać, to sam zawstydzony przeniesie się na inną ławkę.

– Hmm... – powiedział staruszek, oglądając książkę ze wszystkich stron, jakby chodziło o jakiś dziwaczny przedmiot. – Znana książka, ale bardzo nudna.

Pasterz zdziwił się. A więc nie dość, że starzec umiał czytać, to na dodatek znał tę książkę. I jeśli naprawdę jest tak nudna, jak twierdził, to był jeszcze czas, by zamienić ją na inną.

– Ta książka mówi o tym, o czym mówią prawie wszystkie książki – ciągnął starzec. – O niezdolności ludzi do wybierania swojego własnego losu. A na koniec pozwala uwierzyć w największe kłamstwo świata.

– A jakie jest największe kłamstwo świata? – spytał zaciekawiony młodzieniec.

– To mianowicie, że nadchodzi taka chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim rządzić los. W tym tkwi największe kłamstwo świata.

– Ze mną tak się nie stało – powiedział chłopiec. – Wprawdzie chciano ze mnie zrobić księdza, a ja postanowiłem być pasterzem.

– I dobrze wybrałeś – rzekł staruszek. – Bo lubisz podróżować.

„Jakby odgadł moje myśli” – pomyślał chłopak. Starzec tymczasem wertował książkę, jakby wcale nie miał zamiaru jej zwrócić. Pasterz dostrzegł coś osobliwego w jego stroju, choć wyglądał na Araba, co w tym regionie nie należało do rzadkości. Afryka leżała zaledwie o parę godzin drogi od Tarify. Wystarczyło przepłynąć statkiem wąską cieśninę. Arabowie często pojawiali się w mieście po sprawunki i odmawiali kilka razy w ciągu dnia swoje dziwaczne modlitwy.

– Skąd jesteś? – spytał.

– Z różnych stron.

– Nikt nie może pochodzić z różnych stron – odparł chłopiec. – Ja jestem pasterzem i bywam w wielu miejscach, ale pochodzę z jednego, z miasta leżącego w pobliżu pewnego bardzo starego zamku. Tam się urodziłem.

– Wobec tego powiedzmy, że ja urodziłem się w Salem.

Pasterz nie miał pojęcia, gdzie leży Salem, ale wolał nie pytać, by przypadkiem nie wyszła na jaw jego niewiedza. Przez chwilę patrzył na plac. Ludzie przychodzili i odchodzili. Wszyscy wydawali się bardzo zajęci.

– Jak wygląda Salem? – zapytał chłopiec, szukając jakiegoś tropu.

– Tak jak zawsze od zarania dziejów.

To nie był jeszcze trop. Wiedział przynajmniej, że Salem nie leży w Andaluzji. Gdyby tak było, znałby je.

– A co robisz w Salem? – próbował dalej.

– Co robię w Salem? Cóż za niedorzeczne pytanie! – staruszek po raz pierwszy wybuchnął głośnym śmiechem. – Ależ ja jestem Królem Salem!

„Ludzie wygadują przedziwne rzeczy – pomyślał młodzieniec. – Czasem lepiej obcować z owcami, bo one przynajmniej milczą i zadowalają się szukaniem wody i pożywienia. Albo z książkami, bo opowiadają niewiarygodne historie, kiedy mamy ochotę ja poznać. Ale kiedy rozmawia się z ludźmi, opowiadają tak niestworzone rzeczy, że czasem nie wiadomo doprawdy, co powiedzieć”.

– Nazywam się Melchizedech – powiedział starzec. – Powiedz mi, ile masz owiec?

– Tyle, co trzeba – uciął pasterz. Ten starzec zdecydowanie za dużo chciał o nim wiedzieć.

– I w tym cały szkopuł. Nie mogę ci pomóc, dopóki sądzisz, że masz owiec tyle, ile trzeba.

Chłopiec rozsierdził się. Nie prosił nikogo o pomoc. To staruszek poprosił go o wino, chciał porozmawiać i zaciekawiła go jego książka.

– Oddaj mi książkę – powiedział. – Muszę iść po owce i ruszać w drogę.

– Daj mi co dziesiątą owcę z twego stada – rzekł staruszek. – A ja powiem ci, jak dotrzeć do ukrytego skarbu.

Pasterz przypomniał sobie swój sen i nagle wszystko stało się jasne. Wprawdzie wiedźma nie wzięła nic, ale ten starzec – kto wie, może jej mąż? – starał się wyłudzić od niego owce w zamian za wskazówki, które nijak się nie miały do rzeczywistości. Na pewno też jest Cyganem.

Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, starzec pochylił się, podniósł z ziemi patyk i zaczął nim pisać na piasku jakieś słowa. A gdy się pochylał, coś na jego piersi błysnęło tak mocno, że niemal oślepiło chłopca. I ruchem zbyt raptownym jak na osobę w sędziwym wieku, śpiesznie zakrył się płaszczem. Oślepienie minęło i chłopiec mógł odczytać bez trudu, co pisał starzec.

Na piasku głównego placu małego miasta przeczytał imiona swojego ojca i swojej matki. Całą historię swojego życia, aż do chwili obecnej, o zabawach z dzieciństwa, o chłodnych nocach w seminarium. Przeczytał imię córki kupca, choć tego imienia nie znał. Przeczytał to, o czym nigdy nikomu nie mówił – o dniu, w którym ukradł ojcu strzelbę, by polować na sarny, i o swoim pierwszym, samotnym erotycznym doznaniu.

– Jestem Królem Salem – powtórzył starzec.

– Dlaczego król rozmawia z pasterzem? – spytał chłopiec onieśmielony i zauroczony zarazem.

– Jest wiele po temu powodów. Ale powiedzmy, że najważniejszy jest ten, iż jesteś zdolny spełnić Własną Legendę.

Młodzieniec nigdy dotąd nie słyszał o żadnej Własnej Legendzie.

– To jest to, co zawsze pragnąłeś robić. Każdy z nas we wczesnej młodości wie dobrze, jaka jest jego Własna Legenda. W tym okresie życia wszystko jest jasne, wszystko jest możliwe, ludzie nie boją się ani pragnień, ani marzeń o tym, co chcieliby w życiu osiągnąć. Jednak w miarę upływu czasu jakaś tajemnicza siła stara się dowieść za wszelką cenę, że spełnienie Własnej Legendy jest niemożliwe.

Wszystko, co mówił starzec, wydawało się młodemu pasterzowi trochę pozbawione sensu. Ale chciał dowiedzieć się czegoś więcej o owych „tajemniczych siłach” – córka kupca słuchałaby tego z zapartym tchem.

– To są siły, które na pierwszy rzut oka wydają się złe, ale tak naprawdę uczą cię, jak tworzyć Własną Legendę. Przygotowują twojego ducha i twoją wolę, bo na tej planecie istnieje jedna wielka prawda: kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia to twoja misja na ziemi.

– Nawet jeśli chce się tylko podróżować? Albo poślubić córkę kupca?

– Albo znaleźć skarb. Dusza Wszechświata żywi się szczęściem ludzi. Albo ich nieszczęściem, zawiścią, zazdrością. Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka. Wszystko bowiem jest jednością.

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu.

Czas jakiś siedzieli w milczeniu, spoglądając na rynek i przechodniów. Pierwszy odezwał się starzec.

– Dlaczego zajmujesz się owcami?

– Bo lubię podróżować.

Staruszek wskazał sprzedawcę prażonej kukurydzy, który stał na rogu placu ze swoim czerwonym wózeczkiem.

– Ten człowiek też pragnął podróżować, gdy był dzieckiem. Ale wolał kupić maleńki kramik na kółkach, by sprzedawać prażoną kukurydzę i latami ciułać pieniądze. Kiedy już będzie stary, spędzi miesiąc w Afryce. Nigdy nie zrozumiał, że zawsze mamy możliwość robienia tego, o czym naprawdę marzymy.

– Powinien był zostać pasterzem – pomyślał głośno chłopiec.

– Pewnie, że o tym myślał – rzekł starzec. – Ale sprzedawcy prażonej kukurydzy liczą się bardziej niż pasterze. Mają dach nad głową, a pasterze śpią pod gołym niebem. I ludzie wolą wydawać swoje córki za sprzedawców prażonej kukurydzy niż za pasterzy.

Młody człowiek poczuł ukłucie w sercu, myśląc o córce kupca. W jej mieście też jest pewnie jakiś sprzedawca prażonej kukurydzy.

– W końcu to, co ludzie myślą o sprzedawcach prażonej kukurydzy i o pasterzach, staje się dla nich ważniejsze niż ich Własna Legenda.

Starzec przeglądał ciągle książkę i od niechcenia przeczytał jedną stronę. Pasterz odczekał chwilę, a potem przerwał mu lekturę w ten sam sposób, w jaki uczynił to wcześniej starzec.

– Dlaczego rozmawiasz o tym ze mną?

– Bo ty próbujesz żyć swoją Własną Legendą. Ale jesteś o krok od porzucenia jej.

– I zawsze pojawiasz się w takich chwilach?

– Nie zawsze w tej samej postaci, ale nigdy mnie wtedy nie zabrakło. Czasem pojawiam się jako dobry pomysł albo zręczny sposób wydobycia się z tarapatów. Innym znów razem w kluczowym momencie sprawiam, że wszystko staje się łatwiejsze. I tak będzie do końca świata. Tyle że większość ludzi tego nie widzi.

Opowiedział mu o tym, jak przed tygodniem musiał pojawić się pewnemu badaczowi pod postacią zwykłego kamienia. Człowiek ten porzucił wszystko i ruszył na poszukiwanie szmaragdów. Przez pięć lat pracował w korycie rzeki i rozłupał dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć kamieni, próbując odkryć bodaj jeden szmaragd. I chciał już dać za wygraną, w chwili gdy brakowało jednego kamienia – zaledwie jednego jedynego kamienia – aby odkrył swój wymarzony klejnot. Ponieważ człowiek ten wiernie podążał śladem Własnej Legendy, starzec postanowił przyjść mu z pomocą. Przemienił się w kamień i potoczył wprost pod stopy poszukiwacza, który w przypływie gniewu i rozgoryczenia za pięć straconych lat, cisnął nim przed siebie. Jednak z taką siłą, że kamień rozłupał inny, ukazując jego oczom najpiękniejszy szmaragd świata.