Jeździec MiedzianyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jeździec Miedziany
Jeździec Miedziany
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,80  44,64 
Jeździec Miedziany
Jeździec Miedziany
Jeździec Miedziany
Audiobook
Czyta Dominika Ostałowska
27,90  23,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

KSIĘGA I. LENINGRAD CZĘŚĆ 1. Blask bezksiężycowy

Kocham Marsowych Pól paradę

Toń

Dym i grom

W jeden punkt

CZĘŚĆ 2. Zimy ostre wiewy

Szturm! Atak!

Mroczny nocy cień

Nad zasępionym Piotrogrodem

Armaty w twierdzy

Przez straszne fale

KSIĘGA II. ZŁOTE WROTA CZĘŚĆ 3. Łazariewo

Wiosenne dni

Nad pustkowiem fal

CZĘŚĆ 4. Podniósłszy łapy, jeżąc grzywę...

Z sercem strapionym, bliski łez...

Okno na Europę

Sztandarów strzępy, chwały blask

I w bladym blasku ukąpany


Tytuł oryginału

THE BRONZE HORSEMAN

Wydawca

Grażyna Smosna

Redakcja

Marta Trojan

Korekta

Jadwiga Przeczek

Copyright © by Paullina Simons, 2000

Published by arrangement with HarperCollins Publishers

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Jan Kraśko, 2002

Świat Książki

Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

email: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-247-2138-2

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojej ukochanej Babci i Dziadkowi, Marii i Lwowi Handlerom, którzy przeżyli pierwszą wojnę światową, rewolucję październikową, rosyjską wojnę domową, drugą wojnę światową, blokadę Leningradu, ewakuację, głód, czystki, Lenina i Stalina, i którym w złotej jesieni życia dane było przeżyć dwadzieścia lat w nieklimatyzowanym nowojorskim mieszkaniu. Niech Was Bóg błogosławi.

Tak właśnie, gdy się niebo wypogadza,

Choćbyśmy w głębi lądu stali,

W naszych duszach trwa widok nieśmiertelnej dali

Morza, którego władza

Dała nam tu się znaleźć; i zaraz myśl zmierza

Wstecz, ku piaskom wybrzeża,

Gdzie igra Dziecko i gdzie wiecznie trwa szum fal

William Wordsworth

przekład Stanisława Barańczaka

KSIĘGA I

LENINGRAD

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CZĘŚĆ 1

Blask bezksiężycowy[1]
Kocham Marsowych Pól paradę

1

Wraz z wpadającymi przez okno promieniami słońca w pokoju zagościł poranek. Tatiana Mietanowa spała, śniąc sny niewinne, niespokojnie radosne, ciepłe, jasne i pachnące czerwcowym jaśminem jak leningradzkie noce. Lecz przede wszystkim, odurzona życiem, śniła rozbuchane sny nieokiełznanej młodości.

Nie dane jej było spać długo.

Gdy promyki słońca wpełzły na łóżko, naciągnęła na głowę prześcieradło, próbując od nich uciec. Otworzyły się drzwi, zaskrzypiała podłoga: do sypialni weszła Dasza, jej starsza siostra.

Daria, Dasza, Daszeńka, Daszka.

Dla Tatiany była uosobieniem wszystkiego, co najdroższe.

Lecz w tej chwili Tania miała ochotę ją udusić. Dasza próbowała ją obudzić – niestety skutecznie. Potrząsała nią energicznie silnymi rękami, a w jej zwykle dźwięcznym, melodyjnym głosie pobrzmiewały irytująco zgrzytliwe nutki.

– Psst! Tania! Obudź się. Obudź się!

Tatiana jęknęła. Dasza ściągnęła z niej prześcieradło.

To, że jedna była starsza od drugiej o siedem lat, uwidoczniło się najbardziej właśnie teraz, kiedy Tatiana chciała spać, podczas gdy Dasza...

– Przestań – wymamrotała Tania, na próżno macając ręką w poszukiwaniu prześcieradła. – Nie widzisz, że śpię? Kim ty jesteś? Moją matką?

Ponownie otworzyły się drzwi, ponownie zaskrzypiała podłoga. O wilku mowa.

– Tania? – rzuciła Irina Mietanowa. – Obudziłaś się? Natychmiast wstawaj.

Trudno było powiedzieć, że matka ma melodyjny głos. W ogóle nie miała w sobie nic łagodnego. Niska i porywcza, zawsze tryskała gniewną energią. Niebieska sukienka, przewiązane chustką włosy: pewnie szorowała podłogę we wspólnej łazience i nie chciała, żeby opadały jej na oczy. Była brudna i zmęczona, lecz wyglądało na to, że uporała się już z niedzielną robotą.

– Dlaczego? – spytała Tatiana, nie podnosząc głowy. Dasza muskała włosami jej plecy. W pewnej chwili położyła rękę na nodze siostry i nachyliła się, jakby chciała ją pocałować. Tanię zalała fala czułości, lecz zanim Dasza zdążyła cokolwiek powiedzieć, w sypialni ponownie zabrzmiał szorstki głos matki:

– Szybko. W radiu będzie ważny komunikat. Zaraz, za parę minut.

– Gdzieś ty była? – spytała cichutko Tatiana. – Wróciłaś dopiero po świcie.

– Nie moja wina, że świt był o północy – odrzekła szeptem rozanielona Dasza. – Przyszłam o dwunastej, jak na porządną dziewczynę przystało. – Uśmiechnęła się. – Już spałaś.

– Świtało o trzeciej, a o trzeciej jeszcze cię nie było.

Dasza zagryzła wargę.

– Powiem tacie, że nie zdążyłam. Że kiedy podnosili mosty, byłam jeszcze po drugiej stronie rzeki.

– Świetnie. I wyjaśnij mu przy okazji, co tam robiłaś o trzeciej nad ranem. – Tania przewróciła się na drugi bok. Tego ranka Dasza wyglądała wyjątkowo ładnie. Miała niesforne, ciemnobrązowe włosy, ciemne oczy i okrągłą, pełną życia twarz z setką min na każdą okazję. Teraz gościł na niej wyraz wesołego rozdrażnienia. Tatiana też była rozdrażniona, choć mniej wesoła. Chciała jeszcze pospać.

Matka miała napiętą twarz. Tatiana odchrząknęła.

– Jaki komunikat?

Matka bez słowa ściągnęła prześcieradło z sofy.

– Mamo, jaki komunikat?

– Rządowy, za kilka minut – mruknęła Irina Mietanowa, kręcąc głową, jakby sprawa była zupełnie oczywista. – To wszystko, co wiem.

Tatiana niechętnie przetarła oczy. Komunikat. Mieli przerwać muzyczny program radiowy, żeby nadać rządowe obwieszczenie. Rzadki przypadek.

– Może znowu zaatakowaliśmy Finlandię. – Tania ziewnęła.

– Cicho bądź – burknęła matka.

– A może Finowie zaatakowali nas? W zeszłym roku odebraliśmy im kawał ziemi i od tamtej pory bardzo chcą go odzyskać.

– Niczego im nie odbieraliśmy – zaprotestowała Dasza. – W zeszłym roku wkroczyliśmy do Finlandii tylko po to, żeby odzyskać ziemie, które straciliśmy podczas wielkiej wojny. Powinnaś przestać podsłuchiwać dorosłych.

– Nieprawda, nic nie straciliśmy – odparła Tatiana. – Towarzysz Lenin oddał im te ziemie dobrowolnie. To się nie liczy.

– Taniu, nie prowadzimy wojny z Finlandią, jasne? A teraz wstawaj.

Tatiana ani drgnęła.

– W takim razie kogo mogliśmy napaść? Łotwę? Litwę? Białoruś? Tylko po co? Przecież już tam jesteśmy. W zeszłym roku Stalin zawarł pakt z Hitlerem i uznaliśmy, że to nasze ziemie, prawda?

– Tatiano Gieorgijewno! Proszę natychmiast przestać! – Ilekroć mama nie była w nastroju do żartów, do imienia dziewcząt zawsze dodawała imię ojca.

Tatiana spoważniała, a przynajmniej udała, że poważnieje.

– To co nam jeszcze zostało? – spytała. – Mamy już pół Polski...

– Powiedziałam, przestań! – krzyknęła matka. – Dość tych wygłupów. Wstawaj. Dario Gieorgijewno, ściągnij ją z łóżka, ale już!

Dasza nie zareagowała.

 

Irina Mietanowa wyszła z pokoju, gniewnie mrucząc pod nosem.

Dasza szybko odwróciła się w stronę siostry.

– Muszę ci coś powiedzieć – szepnęła konspiracyjnym szeptem.

– Coś miłego? – Zaciekawiona Tatiana usiadła. Dasza rzadko kiedy zdradzała jej sekrety ze swego dorosłego życia.

– Coś wspaniałego! Zakochałam się!

Tatiana przewróciła oczami i opadła na poduszkę.

– Przestań! – wykrzyknęła Dasza i usiadła na niej okrakiem. – To poważna sprawa.

– No dobrze – odrzekła Tania z uśmiechem. – Kiedy go poznałaś? Wczoraj? Po tym, jak podnieśli mosty?

– Wczoraj spotkaliśmy się trzeci raz.

Tatiana pokręciła głową. Radość siostry była zaraźliwa.

– Złaź ze mnie.

– Nie – odparła Dasza, łaskocząc ją pod pachami. – Zejdę dopiero wtedy, gdy powiesz, że się z tego cieszysz.

– Niby dlaczego miałabym to mówić? – zachichotała Tatiana. – Wcale się nie cieszę. Przestań! To nie ja się zakochałam, tylko ty. Przestań! Przestań!

Do pokoju wróciła mama. Na okrągłej tacy niosła sześć filiżanek i srebrzysty samowar.

– Dość tego! – krzyknęła. – Słyszycie?

– Tak, mamo – odrzekła Dasza, łaskocząc siostrę po raz ostatni.

– Ajaj, boli! – wrzasnęła Tatiana. – Mamo, ona mi złamała żebro!

– Zaraz ja wam coś złamię. Jesteście już za duże na takie zabawy.

Dasza pokazała siostrze język.

– Od razu widać, jak bardzo jesteś dorosła – mruknęła Tatiana. – Mama nie wie, że masz dopiero dwa latka.

Ponieważ Dasza nie schowała języka, Tania chwyciła go dwoma palcami i mocno ścisnęła. Dasza głośno zapiszczała. Tatiana zwolniła chwyt.

– Co ja powiedziałam! – krzyknęła matka.

Dasza nachyliła się i szepnęła:

– Sama się przekonasz. Nigdy dotąd nie widziałaś tak przystojnego chłopaka.

– Naprawdę? Jest przystojniejszy od Siergieja, którym tak mnie katowałaś? Przecież to on miał być najładniejszy.

– Przestań! – syknęła Dasza, dając jej klapsa w nogę.

– Ale w zeszłym tygodniu jeszcze był, prawda?

– Nigdy tego nie zrozumiesz, bo wciąż jesteś niepoprawnym dzieckiem. – Kolejny klaps i wrzask matki. Dziewczęta spoważniały.

Do pokoju wszedł tata, Gieorgij Wasiljewicz Mietanow, ojciec Tatiany. Był niski, miał czterdzieści kilka lat i gęste, czarne, mocno zwichrzone włosy, które zaczynały już siwieć; Dasza odziedziczyła po nim swoje. Mijając łóżko, zerknął na ukryte pod prześcieradłem nogi Tani i powiedział:

– Już południe. Wstawaj albo będą kłopoty. Za dwie minuty masz być ubrana.

– Już się robi. – Tatiana błyskawicznie wstała i okazało się, że spała w bluzce i spódnicy. Dasza i mama pokręciły głową; mama prawie się uśmiechnęła.

Tata spojrzał w okno.

– Co my z nią zrobimy, Irino?

Nic, pomyślała Tania. Tylko niech tata na mnie nie patrzy.

– Muszę wyjść za mąż. – Dasza usiadła. – Wyjdę za mąż i nareszcie będę mogła się przebierać w swoim własnym pokoju.

– Chyba żartujesz – odrzekła Tatiana, podskakując na łóżku. – Będziemy mieszkali tutaj, w tym pokoju. Ty, twój mąż i ja, wszyscy razem w jednym łóżku, z Paszą w nogach. Jakie to romantyczne...

– Nie wychodź za mąż, Daszeńko – odezwała się matka. – Tania ma rację, choć raz. Za mało tu miejsca.

Ojciec bez słowa włączył radio.

W długim, wąskim pokoju stało duże łóżko, w którym spały siostry, sofa, na której spali mama i tata, oraz niska metalowa leżanka, na której spał Pasza, bliźniaczy brat Tatiany. Ponieważ pryczę ustawiono w nogach łóżka dziewcząt, Pasza mawiał, że jest ich małym podnóżkiem.

Dziadkowie mieszkali tuż obok, w pokoju na końcu krótkiego korytarza. Niekiedy Dasza sypiała na małej sofie, która stała przed ich drzwiami. Zdarzało się tak zwłaszcza wtedy, gdy wracała późno do domu i nie chciała budzić rodziców – nazajutrz dostałaby burę. Sofa w korytarzu miała zaledwie półtora metra długości i wygodniej spałoby się na niej Tatianie, która była niewiele dłuższa. Ale Tatiana nie musiała sypiać w korytarzu, ponieważ rzadko kiedy wychodziła wieczorami, natomiast Dasza to zupełnie inna historia.

– Gdzie Pasza?

– Kończy śniadanie – odrzekła mama. Jak zawsze, była w ciągłym ruchu. Podczas gdy tata zamarł na starej sofie niczym kamienny posąg, ona krążyła po pokoju, zbierając pudełka po papierosach, poprawiając książki na półce i zmiatając ręką kurz z małego stolika. Tatiana wciąż stała na łóżku, Dasza wciąż na nim siedziała.

Mietanowowie mieli szczęście: mieszkali w dwóch pokojach na końcu wspólnego korytarza. Przed sześciu laty zbudowali tam przepierzenie, dzięki czemu czuli się niemal tak, jakby mieli osobne mieszkanie. Natomiast Iglenkowie, ci z naprzeciwka – było ich aż sześcioro – tłoczyli się w jednym dużym pokoju z drzwiami wychodzącymi na korytarz. To jest dopiero pech.

Przez wydęte firanki sączyły się jaskrawe promienie słońca.

Tatiana wiedziała, że nadejdzie taka chwila, krótka, króciutka chwilka, kiedy olśnią ją wszystkie możliwości, które niósł z sobą ten dzień, że ułamek sekundy później wszystko pierzchnie niczym piękny sen. I rzeczywiście pierzchło. Mimo to... To zalewające pokój słońce, ten odległy warkot autobusów wpadający przez otwarte okno, ten lekki wiatr...

Tę część niedzieli Tatiana lubiła najbardziej: początek.

Wszedł Pasza z dziadkiem i babcią. Byli bliźniętami, Tania i on, lecz bliźniętami zupełnie do siebie niepodobnymi. Pasza – do złudzenia przypominał ojca – obojętnie skinął siostrze głową.

– Ładna fryzura – rzucił.

Tatiana pokazała mu język; nie zdążyła się jeszcze uczesać.

Brat usiadł na leżance, babcia tuż obok niego. Ponieważ była najwyższa z Mietanowów, cała rodzina radziła się jej we wszystkim oprócz kwestii moralnych, w których za autorytet uchodził dziadek. Srebrzystowłosa babcia była kobietą niezwykle imponującą, konkretną, praktyczną. Dziadek był pokorny, ciemnowłosy i bardzo miły. Usiadł na sofie obok taty i wymamrotał:

– To coś poważnego, synu.

Tata w napięciu skinął głową.

Zdenerwowana mama wciąż sprzątała.

Babcia pogłaskała wnuczka po plecach.

– Pasza – Tatiana podpełzła do brzegu łóżka i pociągnęła brata za nogę – pobawimy się w parku w wojnę? Zobaczysz, że tym razem wygram.

– Marzycielka – odrzekł Pasza. – Nie masz ze mną szans.

Zatrzeszczało radio. Był 22 czerwca 1941 roku, godzina dwunasta trzydzieści.

– Tania, przestań gadać i usiądź – rozkazał ojciec. – Zaraz się zacznie. Irino, ty też. Siadaj.

Z radioodbiornika popłynął głos towarzysza Wiaczesława Mołotowa, ministra spraw zagranicznych.

Towarzysze i towarzyszki, obywatele Związku Radzieckiego. Rząd radziecki pod przewodnictwem towarzysza Stalina polecił mi złożyć następujące oświadczenie. O godzinie czwartej rano, bez wypowiedzenia wojny i bez żadnych konkretnych żądań względem Związku Radzieckiego, niemieckie wojska zaatakowały granice naszego kraju, bombardując z powietrza Żytomierz, Kijów, Sewastopol, Kowno i wiele innych miast. Do ataku doszło, mimo że Związek Radziecki i Niemcy podpisały pakt o nieagresji, pakt skrupulatnie przez nas przestrzegany. Zostaliśmy zaatakowani, chociaż od chwili ratyfikowania powyższego paktu niemiecki rząd nie wnosił najmniejszych zastrzeżeń co do sposobu, w jaki Związek Radziecki wywiązuje się ze swoich zobowiązań...

Rząd wzywa was, obywatele Związku Radzieckiego, do zwarcia szeregów wokół partii bolszewickiej, wokół radzieckiego rządu i jego wielkiego przywódcy, towarzysza Stalina. Walczymy o słuszną sprawę. Wróg zostanie zmiażdżony. Zwycięstwo będzie nasze.

Radio umilkło i zaszokowana rodzina Mietanowów znieruchomiała w pełnej napięcia ciszy.

Pierwszy otrząsnął się tata.

– Boże – szepnął i spojrzał na Paszę.

– Musimy natychmiast podjąć pieniądze z banku – powiedziała mama.

– Tylko nie kolejna ewakuacja – wymamrotała babcia. – Który to już raz? Nie przeżyjemy. Lepiej zostać w mieście.

– I znowu zatrudnią mnie na kursach ewakuacyjnych? – rzucił dziadek. – Mam prawie sześćdziesiąt cztery lata. Mnie pora umierać, a nie wyjeżdżać.

– Ale nasz garnizon nie idzie na wojnę, prawda? – spytała Dasza. – To znaczy, że wojna przyjdzie do nas?

– Wojna! – wykrzyknął Pasza. – Taniu, słyszałaś? Zaciągnę się do wojska. Zaciągnę się i będę walczył za matkę Rosję.

Zanim bezgranicznie podekscytowana Tatiana zdążyła odpowiedzieć – na usta cisnęło jej się tylko jedno słowo: „Klawo!” – ojciec spojrzał na syna i zerwał się z sofy.

– Co ty wygadujesz? Kto cię przyjmie?

– Tatusiu – odrzekł z uśmiechem Pasza. – Na wojnie przyda się każdy mężczyzna.

– Mężczyzna tak, ale nie dziecko – warknął ojciec, klękając na podłodze i zaglądając pod łóżko córek.

– Jak to? – powiedziała powoli Tatiana. – Wojna? To niemożliwe. Przecież towarzysz Stalin podpisał z nimi traktat pokojowy.

Mama rozlała herbatę.

– Możliwe, Taniu, możliwe.

– I co? – spytała Tatiana, z trudem panując nad głosem. – Będziemy musieli się... ewakuować?

Tata wyciągnął spod łóżka starą, zniszczoną walizkę.

– Już? – spytała Tania. – Tak szybko?

Dziadek i babcia opowiadali jej o niespokojnych czasach wielkiej rewolucji tysiąc dziewięćset siedemnastego roku, kiedy to wyjechali za Ural do jakiejś małej wioski, której nazwy nawet nie pamiętała. Najpierw długie czekanie na pociąg, załadunek całego dobytku, potem ten straszny tłok w wagonach, przeprawa barkami przez Wołgę...

Ekscytowała ją odmiana. Ekscytowało ją nieznane. Kiedy miała osiem lat, była przejazdem w Moskwie, ale czy to się liczyło? Moskwa nie jest egzotyczna, myślała. Moskwa to nie Afryka, Ameryka czy choćby Ural. Moskwa to tylko Moskwa. Odrobinę piękna można tam znaleźć tylko na placu Czerwonym, nigdzie więcej.

Kilka razy wraz z całą rodziną była na całodziennej wycieczce w Carskim Siole i w Peterhofie, żeby zobaczyć letnie pałace carów w pięknie utrzymanych ogrodach. Bolszewicy urządzili tam wspaniałe muzea. Chodząc szerokimi korytarzami Peterhofu, ostrożnie stąpając po zimnej posadzce z żyłkowatego marmuru, wprost nie mogła uwierzyć, że kiedyś mieszkali tam ludzie, że to wszystko należało do nich.

A potem wrócili do Leningradu, do dwóch pokojów przy Piątej Radzieckiej, i zanim dotarli na miejsce, musieli przejść obok otwartych drzwi do klitki, w której gnieździło się sześcioro Iglenkowów.

Kiedy miała trzy lata, spędzali wakacje na Krymie, na tym samym Krymie, który tego ranka zaatakowali Niemcy. Z tamtej kwietniowej wyprawy pamiętała bardzo dużo: pierwszy raz w życiu jadła wtedy ziemniaka na surowo – pierwszy i ostatni – pierwszy raz w życiu widziała ropuchy w małym stawie, pierwszy raz w życiu spała w wyściełanym kocami namiocie. Jak przez mgłę pamiętała również zapach morskiej wody. To właśnie tam, w chłodnych wodach Morza Czarnego, pierwszy i ostatni raz w życiu poczuła dotyk oślizgłej meduzy, która musnęła jej drobne, nagie ciałko, prowokując ją do radosnego, acz pełnego trwogi krzyku.

Na myśl o ewakuacji z podniecenia ścisnęło ją w dołku. Urodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym, w roku śmierci Lenina, po rewolucji, po wielkim głodzie i po wojnie domowej. Urodziła się po tym, co najgorsze, lecz nie zdążyła jeszcze zaznać niczego lepszego. Urodziła się w trakcie, podczas.

Dziadek spojrzał na nią swymi czarnymi oczami, chcąc odgadnąć, jakie miotają nią emocje.

– Tanieczko, o czym ty tak dumasz?

Tatiana spróbowała przybrać obojętną minę.

– O niczym.

– Co ci chodzi po głowie? To wojna. Rozumiesz? Wojna.

– Rozumiem.

– Chyba nie. – Dziadek zamilkł na chwilę. – Taniu, życie, które dotąd znałaś, już się skończyło. Zapamiętaj moje słowa. Od dzisiaj nic już nie będzie tak, jak to sobie wyobrażałaś.

– Właśnie! – wykrzyknął Pasza. – Damy Niemcom kopa i wyślemy ich do piekła, gdzie ich miejsce. – Uśmiechnął się do Tatiany, która odpowiedziała mu uśmiechem.

Mama i tata milczeli.

– Tak – szepnął tata. – A co potem?

Babcia usiadła obok dziadka. Położyła swoją dużą dłoń na jego ręce, zasznurowała usta i lekko skinęła głową, dając wnuczce do zrozumienia, że pewnych rzeczy nie zamierza nikomu zdradzać. Dziadek też wiedział swoje, ale to, co wiedzieli, razem i osobno, nie mogło równać się z podnieceniem, które odczuwała Tatiana. Nie szkodzi, pomyślała. Oni tego nie rozumieją. Nie są już młodzi.

 

Było ich siedmioro i wszyscy milczeli. Ciszę przerwała mama.

– Co robimy, Gieorgiju Wasiljewiczu?

– Za dużo dzieci, Irino Fiodorowno – odrzekł ze smutkiem ojciec, mocując się z walizką Paszy. – Tyle dzieci i o każde trzeba się martwić.

– Naprawdę, tato? – spytała Tatiana. – A o które z nas wolałbyś się nie martwić?

Tata podszedł bez słowa do wspólnej szafy, otworzył szufladę syna i zaczął wrzucać do walizki jego ubranie.

– Wysyłam go, Irino. Na obóz w Tołmaczewie. Miał wyjechać w przyszłym tygodniu, z Wołodią Iglenko, ale wyjedzie wcześniej. A Wołodia z nim. Nina się ucieszy. Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze.

Mama otworzyła usta i pokręciła głową.

– Tołmaczewo? Czy tam aby bezpiecznie? Na pewno?

– Absolutnie – odrzekł tata.

– Absolutnie nie – zaprotestował Pasza. – Tato, wybuchła wojna! Nie jadę na żaden obóz. Wstąpię do wojska.

Tak trzymaj, Paszka, pomyślała Tatiana, tak trzymaj, lecz tata odwrócił się nagle i przeszył syna wzrokiem. Tania wstrzymała oddech. Wszystko zrozumiała.

Ojciec chwycił Paszę za ramię i mocno nim potrząsnął.

– Coś ty powiedział? Oszalałeś? Do wojska?!

Pasza próbował się wyszarpnąć, lecz ojciec nie zwolnił uchwytu.

– Tato, puść mnie.

– Paweł, jesteś moim synem i będziesz mnie słuchał. Najpierw wyjedziesz z Leningradu. O twoim wojsku porozmawiamy potem. Teraz musimy złapać pociąg.

Ciasny pokój i tylu obserwatorów – było w tej scenie coś żenującego i niestosownego. Tatiana chciała się odwrócić, lecz nie miała gdzie. Spojrzała na swoje ręce i zamknęła oczy. Wyobraziła sobie, że leży latem na środku pięknej łąki i pogryza słodką koniczynę. A wokoło nikogo.

Jak to możliwe, żeby w ciągu paru sekund wszystko się zmieniło?

Otworzyła oczy i mrugnęła. Jedna sekunda. Mrugnęła ponownie. I druga.

Przed kilkoma sekundami spała.

Przed kilkoma sekundami przemawiał Mołotow.

Przed kilkoma sekundami była taka radosna.

Przed kilkoma sekundami mówił tata.

A teraz Pasza wyjeżdża. Mrug, mrug, mrug.

Dziadek i babcia dyplomatycznie milczeli. Jak zwykle, jak to oni. Dziadek, niech mu Bóg wybaczy, robił wszystko, żeby się tylko nie odzywać. Jeśli chodzi o gadatliwość, babcia była jego dokładnym przeciwieństwem, lecz tym razem najwyraźniej postanowiła pójść w ślady męża. Może dlatego, że ilekroć otwierała usta, dziadek ściskał ją za nogę, a może z innego powodu, w każdym razie nie powiedziała ani słowa.

Dasza, która nigdy nie bała się ojca, i której nie przerażała odległa perspektywa wojny, wstała i oświadczyła:

– Tato, to czysty obłęd. Dlaczego wysyłasz go z domu? Niemcy są daleko. Słyszałeś, co powiedział towarzysz Mołotow. Zaatakowali Krym, to tysiące kilometrów stąd.

– Milcz, Daszeńko – odparł ojciec. – Nie znasz Niemców.

– Ale Niemców tu nie ma – powtórzyła Dasza nie znoszącym sprzeciwu tonem. Tatiana bardzo jej tego tonu zazdrościła. Jej własny głos był cichy i miękki jak echo – pewnie brakowało jej jeszcze jakiegoś kobiecego hormonu. Zresztą nie tylko tego od głosu. Miesiączkowała dopiero od roku, ale co to było za miesiączkowanie. Okres miewała raz na trzy miesiące. Pierwszy dostała zimą. Trwał trochę, doszedł do wniosku, że mu się nie podoba, zniknął i wrócił dopiero na jesieni. Ot, tak, jakby nigdy nic. Od tamtej pory nawiedził ją tylko dwukrotnie. Gdyby miesiączkowała częściej, miałaby pewnie bardziej sugestywny głos, taki jak Dasza. A według miesiączek Daszy można by regulować zegarek.

– Dario! – krzyknął tata. – Nie zamierzam się z tobą wykłócać. Twój brat nie zostanie w Leningradzie, i kropka. Ubieraj się, Pasza. Włóż spodnie i ładną koszulę.

– Tato...

– Powiedziałem, ubieraj się! Nie traćmy czasu. Gwarantuję, że za godzinę nie będzie miejsca na żadnym obozie i nigdzie cię nie wcisnę.

Może to był błąd, może ojciec nie powinien był tego mówić, bo Tatiana nigdy dotąd nie widziała, żeby brat poruszał się tak niemrawo jak teraz. Dobrych dziesięć minut szukał swojej jedynej koszuli. Kiedy się przebierał, wszyscy odwrócili wzrok. Tatiana ponownie zacisnęła powieki, szukając w pamięci obrazu łąki, zapachu czereśni i pokrzyw. Tak, chętnie zjadłaby czarnych jagód... Zdała sobie sprawę, że zgłodniała, i otworzyła oczy.

– Nie chcę jechać – jęczał Pasza.

– Niedługo wrócisz – odrzekł tata. – Wysyłam cię tylko na wszelki wypadek. Na obozie będziesz bezpieczny. Zostaniesz tam z miesiąc, a my zobaczymy, co z tą wojną. Potem wrócisz, a jeśli zarządzą ewakuację, wywiozę was z miasta, ciebie i twoje siostry.

Tak! Właśnie to Tatiana pragnęła usłyszeć.

– Gieorgij – odezwał się cicho dziadek. – Gieorgij.

– Tak, tato? – spytał z szacunkiem ojciec. Nikt nie kochał dziadka bardziej niż tata. Nikt, nawet Tatiana.

– Gieorgij, nie możesz mu tego zabronić.

– Czego? Wstąpienia do wojska? Oczywiście, że mogę. Ma dopiero siedemnaście lat.

Dziadek potrząsnął siwą głową.

– Właśnie, siedemnaście. Chętnie go wezmą.

Ojciec zrozumiał, że znalazł się w pułapce, i na jego twarzy zagościł wyraz strachu. Zagościł i szybko zniknął.

– Nie wezmą. Co ty mówisz? – Było widać, że tata nie jest w stanie wyrazić tego, co naprawdę czuje, że chce, by rodzina przestała wreszcie gadać i pozwoliła mu ratować syna w jedyny sposób, jaki znał. Dziadek oparł się o poduszkę.

Współczując ojcu i chcąc mu jakoś pomóc, Tatiana powiedziała:

– Chyba jeszcze nie... – lecz przerwała jej mama, mówiąc:

– Paszeńka, weź sweter, kochanie.

– Nie wezmę! – krzyknął Pasza. – Jest środek lata!

– Dwa tygodnie temu był mróz.

– A teraz jest gorąco. Nie wezmę żadnego swetra.

– Słuchaj matki – syknął ojciec. – Nocami będzie zimno. Bierz sweter. – Pasza westchnął buntowniczo, mimo to wziął sweter i wrzucił go do walizki. Tata zamknął ją i trzasnął zameczkami. – A teraz posłuchajcie, oto mój plan...

– Jaki plan? – spytała przygnębiona Tatiana. – Mam nadzieję, że uwzględniłeś w nim jedzenie, bo...

– Milcz i posłuchaj, bo dotyczy i ciebie – warknął tata, po czym zaczął mówić.

Tatiana opadła na łóżko. Skoro nigdzie nie wyjeżdżają – już teraz, zaraz, natychmiast – nie chciała nic słyszeć.

Pasza wyjeżdżał na obozy dla chłopców co roku, do Tołmaczewa, do Ługi albo do Gatczyny. Wolał Ługę, bo stamtąd miał blisko do ich daczy – tylko pięć kilometrów prosto przez las – i Tania mogła go odwiedzać. Natomiast Tołmaczewo leżało dwadzieścia kilometrów od Ługi, a członkowie prowadzącej obóz kadry byli bardzo surowi i urządzali pobudkę już o świcie. Pasza mówił, że jest tam trochę jak w wojsku. No i dobrze, pomyślała Tatiana, nie słuchając tego, co mówi ojciec. Na bezrybiu i rak ryba.

Dasza uszczypnęła ją mocno w nogę.

– Aj! – krzyknęła głośno Tania z nadzieją, że siostra dostanie burę. Ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nikt nic nie powiedział. Nawet na nią nie spojrzeli. Wszyscy patrzyli na Paszę, a chudy jak patyk Pasza – był w brązowych spodniach i beżowej koszuli o przetartym kołnierzyku i wystrzępionych rękawach – stał pośrodku pokoju niczym świeżo rozkwitły kwiat. Taki piękny, taki kochany... O czym doskonale wiedział.

Był ulubionym dzieckiem. Ulubionym wnukiem i bratem.

Ulubionym, bo jedynym. Jedynym synem.

Tatiana wstała z łóżka, podeszła bliżej, objęła go i powiedziała:

– Uśmiechnij się. Szczęściarz z ciebie. Ja zostaję w domu.

Odsunął się od niej, ale tylko o ćwierć kroku. Nie dlatego, że był skrępowany, nie. Po prostu nie uważał się za szczęściarza. Tania wiedziała, że brat chce wstąpić do wojska, że pragnie tego jak niczego innego na świecie. Nie miał ochoty jechać na jakiś głupi obóz.

– Pasza – rzuciła wesoło. – Najpierw musisz wygrać wojnę ze mną. Dopiero wtedy będziesz mógł walczyć z Niemcami.

– Zamknij się, Taniu – mruknął Paszka.

– Zamknij się, Taniu – powtórzył tata.

– Tato – spytała – mogę spakować swoją walizkę? Ja też chcę jechać na obóz.

– Gotowy, Pasza? – Tata nawet nie raczył jej odpowiedzieć. Obozy były tylko dla chłopców. – To chodźmy.

– Opowiem ci kawał, Paszka. – Niezrażona niechęcią brata, Tatiana nie zamierzała rezygnować.

– Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich głupich kawałów.

– Ten ci się spodoba.

– Wątpię.

– Tatiana! – warknął groźnie tata. – Nie pora na żarty.

– Gieorgij – wstawił się za nią dziadek. – Niech opowie, co to komu szkodzi.

Podziękowawszy mu skinieniem głowy, Tatiana odchrząknęła.

– Prowadzą żołnierza na stracenie. „Fatalna pogoda” – mówi żołnierz do tych z plutonu egzekucyjnego. „Ty jeszcze narzekasz? – odpowiadają tamci. – My musimy wrócić”.

Nikt nie zareagował. Nikt się nawet nie uśmiechnął.

Pasza uniósł brwi, uszczypnął siostrę lekko i szepnął:

– Miło, że się starasz.

Tatiana ciężko westchnęła. Pewnego dnia będzie w wyśmienitym humorze. Pewnego, ale chyba nie tego.

2

– Tatiano, tylko bez długich pożegnań – powiedział ojciec, podnosząc z podłogi walizkę i torbę z dodatkowym jedzeniem na obóz. – Zobaczysz brata za miesiąc. Zejdź na dół i przytrzymaj drzwi. Mamę bolą plecy.

– Dobrze, tato.

Mieszkanie przypominało pociąg, a raczej wagon: długi korytarz, a w korytarzu dziewięcioro drzwi do dziewięciu pokojów. Były tam dwie kuchnie, jedna od frontu, druga od tyłu, a przy kuchniach łazienki i ubikacje. W dziewięciu pokojach tłoczyło się dwadzieścia pięć osób. Przed pięciu laty było ich jeszcze więcej, bo aż trzydzieścioro troje, ale ośmioro przeprowadziło się, umarło albo...

Rodzina Tatiany mieszkała na końcu korytarza. To było najlepsze miejsce. Mieli do dyspozycji większą kuchnię, no i schody, na dach i na podwórze; Tatiana lubiła nimi chodzić, gdyż idąc schodami, nie musiała mijać pokoju szalonego Sławina.

Mieli też większą płytę w kuchni i większą łazienkę. Poza tym dzielili te pomieszczenia tylko z trzema rodzinami, z Pietrowami, Sarkowami i z szalonym Sławinem, który nigdy nie gotował i się nie kąpał.

Sławina w korytarzu nie było. I dzięki Bogu.

Idąc do drzwi, musiała minąć wspólny telefon. Stał przy nim Piotr Pietrow i Tatianie przemknęło przez głowę, że mają dużo szczęścia. Bo ich telefon działał. Bo mogli z niego korzystać. Telefon u jej kuzynki Mariny był zepsuty, i to cały czas; stare kable czy coś w tym rodzaju. Tania mogła do niej tylko pisać albo odwiedzać ją osobiście, co zdarzało się dość rzadko, gdyż Marina mieszkała za rzeką, na drugim końcu miasta.