Prokurator

Tekst
Z serii: Prokurator #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Prokurator
Prokurator
Audiobook
Czyta Laura Breszka, Mateusz Król
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobra.

Bartek zjawił się szybko i namówił mnie na pójście do McDonalda. W tej chwili było mi to zupełnie obojętne – byle dalej od ich siedziby. Siedząc nad big makiem, Barti patrzył na mnie badawczo.

– Strasznie wkurwiłaś „Zimnego”, wiesz?

– Taka praca. – Starałam się zachować kamienną twarz.

– No, jasna sprawa. Kompletnie nie wiem, jak on mógł przeoczyć tę biegłą. Strasznie się wkręcił w tę sprawę. Najwyraźniej aż za mocno. W prokuraturze wszyscy się śmieją, że ma obsesję na punkcie „Szarego”. Rozmawiałem z nim po procesie i wyobraź sobie, że myślał, że coś cię z nim łączy.

Niemalże zakrztusiłam się frytką. Taa, coś o tym wiedziałam. Przypomniałam sobie, jak trzasnęłam go po twarzy i jego reakcję. To nie był najlepszy moment do takich rozmyślań, zwłaszcza przy Bartku, który znał mnie ponad dziesięć lat i zwykle czytał z mojej twarzy jak z otwartej księgi.

– Na podstawie czego? – zapytałam, gapiąc się na kubek coli, jakby był najciekawszą rzeczą na świecie.

– Podobno była między wami jakaś dziwna akcja na dołku.

Zaczynały mnie przerażać wpływy prokuratora Zimnickiego. Skąd, kurwa, wie takie rzeczy?

– „Szary” jest nienormalny, mówiłam ci. Nigdy nie wiadomo, co odpierdoli. Trzeba go po prostu ignorować. Nie zawsze mi się to udaje i czasem wychodzi z tego jakaś scena.

– Uważaj, Kinga. – Barti spoważniał. – „Zimny” w tej sprawie nie będzie grał czysto. Jest zdeterminowany, i to mocno. A ty na starcie doprowadziłaś go do białej gorączki.

– Nie moja wina, że nie pilnuje kodeksu – powiedziałam cwaniacko.

Miałam nadzieję, że arogancka poza pozwoli mi ukryć, jak bardzo się bałam. W tej sprawie miałam do stracenia wszystko i musiałam robić to, czego chciał „Szary”. Bez względu na konsekwencje.

***

– „Zimny”, mogę? – Wyrwa wparował do mojego gabinetu.

– Co jest? – Właśnie wrzucałem akta do teczki. – Muszę zaraz iść do sądu.

– Kojarzysz radcę prawnego Wiktorowskiego?

– To ten, co się wozi porsche?

– Tak. Przed chwilą wpadł z awanturą na komendę. Ktoś mu przed sądem ukradł togę.

Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem.

– I co? Ma to prowadzić prokuratura okręgowa? Pojebało cię? Co mnie obchodzi jego toga?! Idź do Bartiego, niech się tym zajmie, jest prokuratorem rejonowym. Zresztą, ile taka toga jest warta? Trzysta złotych? Przecież to wykroczenie, możesz sam to umorzyć. I w ogóle czemu ty się tym zajmujesz?

– No i tu zaczyna się robić zabawnie… – Wyrwa opadł na krzesło. – Nie zajmowałem się tym. Przyszedł do mnie świeży policjant, który to prowadzi. Wiktorowski zarzeka się na wszystkie świętości, że zrobił to wysoki, łysy facet z tatuażem smoka na szyi. Strasznie napakowany, około trzydziestki.

– Chyba nie myślisz… – popatrzyłem na Wyrwę jak na wariata.

– A konkretnie ten – Wyrwa mi przerwał – którego twarz wisi na drzwiach wewnętrznych komendy, jako najbardziej poszukiwanego przestępcy w województwie.

– Co? Czemu „Bolo” miałby mu kraść togę?

– Nie wiem. On twierdzi, że jest pewien. Może się pomylił. Może „Bolo” chce cię podkurwić? Szukamy go pół roku, a on na bezczela, przed naszym sądem w biały dzień kradnie jakąś gówno wartą togę miejscowemu radcy.

– Kompletny bezsens. Po co miałby tyle ryzykować?

– Przypomnij sobie, jak mu się zdarzało ryzykować. Jego to po prostu kręci.

– Fakt. To „Bolo” włamał się do policyjnych magazynów dowodów rzeczowych w Chorzowie i ukradł z nich pięćdziesiąt kilogramów kokainy, która została zatrzymana konkurencyjnemu gangowi. Zostawił kartkę: „Rzal zniszczyć”. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie ortograficzny błąd, który przy tym wysmarował.

– Wysłałeś kogoś w okolice sądu?

– Wszystkich wolnych. Nie ma po nim śladu.

– Nie wiadomo, czy to w ogóle był on. Opis pasuje do połowy złodziei w tym kraju. A jeśli to był on, to to oznacza, że bez „Szarego” kompletnie mu odpierdala. Bardzo dobrze, wpadnie prędzej czy później.

***

Zaparzyłam poranną kawę i odpaliłam laptopa. Przejrzałam wiadomości na Onecie, a potem „Twoje Gliwice” na Facebooku. Odkąd tu mieszkałam, śledziłam lokalne informacje. Głównie po to, by dowiedzieć się, czy policja schwytała „Bola”. Zobaczyłam wielki nagłówek: „Kradzież przed sądem. Sprawca zbiegł”. Z ciekawością otworzyłam artykuł.

W czwartkowy poranek, około godziny dziesiątej, przed Sądem Rejonowym w Gliwicach przy ulicy Powstańców Warszawy, zaledwie pięćdziesiąt metrów od Komendy Miejskiej Policji doszło do zuchwałej kradzieży. Znany gliwicki radca prawny po zaparkowaniu samochodu udał się do pobliskiego parkometru, by uregulować opłatę za postój. Kiedy wpisywał numer rejestracyjny swojego samochodu, przechodzący obok mężczyzna wyrwał mu z ręki togę i oddalił się w stronę ulicy Jasnogórskiej.

Smaczku sprawie nadaje fakt, że radca prawny, który nie zgodził się na publikację swojego nazwiska, twierdzi, że sprawcą rabunku jest poszukiwany listem gończym niebezpieczny przestępca Dawid Jasnowski. Rzecznik Komendy Miejskiej w Gliwicach potwierdził, że doszło do zdarzenia, jednak odmówił odpowiedzi na pytanie, czy sprawcą był Jasnowski, zasłaniając się dobrem toczącego się postępowania. Czy rzeczywiście przestępczość zorganizowana w Gliwicach przędzie tak źle, że musi uciekać się do kradzieży prawniczych tóg? Czy może pan mecenas pragnie nadać sprawie większej rangi przez wmieszanie w nią groźnego przestępcy?

Przełknęłam ślinę. Kurwa mać. Co oni kombinują? Ani przez moment nie miałam wątpliwości, że radca miał rację. Takie działanie było bardzo w ich stylu. Pod artykułem znajdował się odnośnik do policyjnego portalu osób poszukiwanych. Otworzyłam link i przebiegłam wzrokiem dane:

Mężczyzna, narodowość polska, urodzony 23 marca 1986 roku w Pyskowicach.

Pseudonim: Bolo. Ostatnie miejsce zamieszkania: Gliwice. Poszukiwany przez KMP Gliwice na podstawie artykułu 258 § 1 i innych Kodeksu karnego – m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

Rysopis i znaki szczególne:

Wzrost 185–187 cm, waga 95–102 kg, sylwetka muskularna, ramiona długie, włosów brak, szyja krótka, uzębienie pełne, wargi średnie, uszy normalne, nos średni, prosty z zadartym koniuszkiem – kolor naturalny, oczy ciemne – normalnie osadzone, czoło średnie, cera jasna, twarz owalna, brak zarostu, dłonie duże, nogi długie.

Mój wzrok powędrował po policyjnej fotografii i przeszył mnie dreszcz. Nie chciałabym go spotkać w ciemnym zaułku, w jasnym zresztą też nie. W co ja się do cholery wpakowałam?

***

W piątek o 16.00 odłożyłem akta na biurko. Przeciągnąłem się na obrotowym krześle i stwierdziłem, że czas zaplanować weekend. Mimo woli pomyślałem o ostatniej sobocie. Roześmiałem się cynicznie. Szczęśliwa małżonka… Rzeczywiście! Nie wyprowadzałem Bartiego z błędu. Najwyraźniej darzył swoją Kinię ogromną sympatią, choć kompletnie nie wiedziałem dlaczego. Jedyne pozytywy, jakie w niej widziałem, wiązały się bezpośrednio z tym, co robiliśmy w łóżku. Poza tym – szkoda gadać – szemrane osobiste sprawy z gangsterami, puszczanie kantem szczęśliwego małżonka. Tak więc Anyway odpada, nie warto kusić losu. Dziś zaszaleję w Nowym Orleanie.

O 21.00 siedziałem przy barze w Orleanie, uskuteczniając cotygodniowy rytuał. Rozpocząłem konwersację z dwudziestoletnią platynową blondynką z wielkimi kołami w uszach. Słowo „konwersacja” jest przy tym ogromnym nadużyciem. Przez ostatnie dwadzieścia minut opowiadała mi jak najęta o manikiurze hybrydowym (co skojarzyło mi się z filmem Obcy), by następnie przejść na równie pociągający temat odchudzających bandaży. Kiedy umawiałem się z nią przez internet, wydawała się trochę mądrzejsza. Już miałem zawijać małolatę do siebie, kiedy dostałem SMS-a od brata: „Gdzie Ty kurwa jesteś? Już zaczęli”. Trafił mnie grom z jasnego nieba. Całkiem zapomniałem przez to cholerne zamieszanie, że dziś pierwszy mecz naszych na Euro.

Szybko pożegnałem Jessicę (tak, naprawdę miała tak na imię), przebiegłem ulicę Zwycięstwa i wpadłem do zatłoczonego pubu. Przed ogromną, sześćdziesięciocalową plazmą siedziało około trzydziestu facetów, pijąc browary i zdzierając gardła. Nagle nad męskie głosy wzbił się głośny kobiecy okrzyk: „Kurwa, nie podawaj mu, bo będzie spalony”, a zaraz po nim jęk zawodu patrzącej na mecz grupy. Uśmiechnąłem się i spojrzałem w lewo, skąd dobiegł donośny ryk, a tam na kolanach Bartiego siedziała… Kinga, popijając browar serwowany z uśmiechem przez mojego brata.

***

– Zbieraj dupę. – Barti wyszarpał mi z ręki pilota do telewizora i ściągnął ze mnie puchaty koc z merynosa. – Wyglądasz jak własna babcia, wyskakuj z tego zmechaconego dresu.

– Dokąd chcesz iść? Dziś mecz, nie ruszam się sprzed telewizora.

– No właśnie! Dziś mecz i nie obejrzysz go, leżąc jak skóra z kaszanki na kanapie. Idziemy do Anyway.

– Ale ja nie chcę – zajęczałam. – Byłam tam w zeszłą sobotę i raczej mnie nie urzekło.

– Piątek to piątek, a sobota to sobota. Dyska będzie na dole, na górze tylko mecz – powiedział Barti, grzebiąc w mojej szafie.

– Szukasz tamponów? – zapytałam zgryźliwie, obserwując, jak wywala zawartość szafy na środek pokoju.

– Nie – nie dał się sprowokować. – Szukam czegoś, w co można by cię odziać, abyś nie wyglądała jak pracownica Banku Spółdzielczego lub prostytutka.

– Mogę iść w dresie – zaproponowałam z nadzieją.

– Nigdy. Masz. – Rzucił w moją stronę krótkimi czerwonymi spodenkami i białą bluzką stylizowaną na męski podkoszulek. – Te ciuchy też lekko kurewskie, ale przynajmniej w patriotycznych barwach – dodał, szczerząc zęby.

 

Godzinę później bawiłam się doskonale, żłopałam piwo i oglądałam mecz w gronie Bartka i jego kolegów. Kiedy skroili, że naprawdę znam się na piłce, przyjęli mnie jak swoją. Dawno nie czułam się tak swobodnie. Co prawda, z powodu braku miejsc siedzących musiałam usadowić się na kolanie Bartiego i cały czas słuchać, jak dużo ważę i jak cierpią jego stawy, ale co mi tam… Kiedy Błaszczykowski wyszedł na pozycję i rozejrzał się po boisku, wiedziałam, że druga taka szansa nam się nie trafi. Wtedy też zobaczyłam, że Kuba chce podać do „Lewego”, który był na spalonym. „Kurwa, nie podawaj mu, bo będzie spalony” – wydarłam się wniebogłosy. Oczywiście Kuba mnie nie usłyszał. Jęknęłam z rozczarowania. Sekundę później ktoś stanął za moimi plecami i wyszeptał do ucha: „Widzę, że nie tęskniłaś”. Obróciłam się gwałtownie i spojrzałam prosto na rozporek niebieskich dżinsów, uniosłam wzrok w górę, a tam…

***

Popatrzyła na mnie z napięciem i wstała z kolan zdziwionego Bartiego.

– Idę na fajkę – rzuciła do niego i oddaliła się w stronę wyjścia z pubu.

Bez chwili namysłu ruszyłem za nią, ignorując świdrujące spojrzenie kolegi. Stała z prawej strony drzwi, usiłując odpalić papierosa, jednak wiatr skutecznie niweczył jej wysiłek.

– Proszę. – Zapaliłem płomień, osłaniając go dłonią. Sięgnąłem do kieszeni po moją paczkę.

– Łukasz… – zaczęła, spoglądając mi śmiało w oczy. – Nie wiem, co sobie wymyśliłeś, ale pierwszy raz dowiedziałam się, że jesteś prokuratorem, kiedy zobaczyłam cię w sali, więc te teorie spiskowe nie mają sensu. Najwyraźniej w tym mieście jesteśmy skazani wpadać na siebie co chwilę. Aby uniknąć nieporozumień i jakoś tolerować się w towarzystwie, proponuję udawać, że zeszłego tygodnia nie było – wyrzuciła z siebie jednym tchem, patrząc na mnie z nadzieją.

– Okej – powiedziałem, powoli odpalając papierosa. – Rozumiem, że w następnej kolejności przedstawisz mnie swojemu mężowi, a potem siądziemy wszyscy razem przy ognisku i trzymając się za ręce zaśpiewamy Kumbaya?

Wiem, jestem skurwysynem.

***

Zdębiałam. Skąd, do cholery, wiedział, że jestem mężatką? To była pierwsza myśl. W drugiej wyobraziłam sobie, jak Łukasz z Pawłem siedzą przy ognisku i trzymając się za ręce, wyją Kumbaya My Lord. Całe napięcie minionego tygodnia zeszło ze mnie w wariackim ataku śmiechu. Oparłam się plecami o ścianę i trzęsłam się spazmatycznie. Z oczu leciały mi łzy, bałam się, że zaraz dostanę czkawki. Spojrzałam w kierunku Łukasza i gdy zobaczyłam jego zaskoczoną minę, mój napad jeszcze się wzmógł. Po chwili z pubu wyszedł Barti, obracając w ręce paczkę marlboro.

– „Zimny”, coś ty jej zrobił? – zapytał i też zaczął chichotać. Zawsze, gdy słyszał mój charakterystyczny śmiech, nie mógł się powstrzymać, by się nie dołączyć.

– Nic – odpowiedział Łukasz przez zaciśnięte zęby.

Musiał się mocno wkurzyć. Chyba rzeczywiście miałam nadzwyczajne zdolności w doprowadzaniu go do szału.

– Wiem, że znacie się już z sali sądowej, ale aby tradycji stało się zadość… Łukasz Zimnicki – mój kolega z pracy, i Kinga Błońska – mój kolega ze studiów – zaśmiał się Barti, nie zauważając najwyraźniej wściekłej miny Łukasza.

– Goń się, pięknisiu – odpowiedziałam instynktownie na jego stałą zaczepkę, w której sugerował jakobym tak naprawdę była facetem.

– Chodźcie, mecz nam ucieka – powiedział Barti, przepuszczając mnie przodem i nadal się śmiejąc.

***

Podszedłem do Tomka i kazałem nalać sobie whisky z lodem. Piwo zdecydowanie nie było w stanie stępić mego wkurwienia. Byłem przygotowany na to, że wzmianka o mężu wzbudzi w niej chociaż minimalne wyrzuty sumienia. Mogłaby mieć tyle przyzwoitości, by się przynajmniej zaczerwienić. A ta wariatka ryknęła śmiechem. Żal mi się zrobiło tego idioty, który się z nią ożenił. Do tego wszystkiego musiał wtrącić się Barti… Wyjebałem ją tak, że błagała, bym nie kończył. Zrobiłem z nią wszystko, na co miałem ochotę, a ona była z tego faktu więcej niż zadowolona. Tylko potem okazało się, że cała ta uległość i delikatność to pic na wodę, a ona jest wesolutką mężatką zabawiającą się z przypadkowym kolesiem. W dodatku zaproponowała mi z niewinną minką, żebym o tym zapomniał. Ciekawe jak, skoro nawet teraz, mimo całej złości, widok jej nóg w krótkich czerwonych spodenkach powodował, że mogłem być gotów w kilka sekund.

Spojrzałem raz jeszcze w jej stronę. Znów siedziała na kolanach Bartka, patrzyła z zainteresowaniem na telewizor, automatycznym ruchem wyżerając czipsy z paczki trzymanej przez chłopaka. Kiedy żartobliwie trzepnął ją w rękę i coś do niej powiedział – pokazała mu język. Nagle pochwyciła moje spojrzenie i mina jej zrzedła. Najwyraźniej moja obecność przeszkadzała jej w dobrej zabawie. Bardzo dobrze – uśmiechnąłem się cynicznie i skierowałem w ich stronę.

***

Milik trafił piękną bramkę w pięćdziesiątej pierwszej minucie! Z podania Kuby! W pubie wybuchła euforia. Kątem oka widziałam, że nawet Łukasz przestał się wkurzać i rozemocjonowany omawiał trafienie z siedzącym obok niego kolesiem. Barti kursował do baru po piwo. Przez kolejne czterdzieści minut modliłam się żarliwie, zaklinając rumuńskiego sędziego, by jak najszybciej kończył i dał nam cieszyć się pierwszym w historii zwycięstwem na Euro. W końcu w dziewięćdziesiątej czwartej minucie zabrzmiał upragniony gwizdek. Po meczu nikt nie spieszył się do domu, delektując się niespodziewanym sukcesem. Około pierwszej towarzystwo postanowiło przenieść się do Nowego Orleanu. Jako że wypiłam już sporo, pomysł wydał mi się całkiem do rzeczy. Pana Doskonałego najwyraźniej wkurzało moje towarzystwo, więc zdziwiłam się, kiedy wraz z nami zebrał się do wyjścia.

Kiedy weszliśmy, impreza trwała w najlepsze – udało nam się jednak znaleźć wolną lożę. Łukasz usiadł naprzeciwko mnie. Nagle na jego kolanie, nie wiadomo skąd, wylądowała młodziutka i całkiem zalana blondynka. Nie nazwałabym ją królową szyku: makijaż wyglądał jak nakładany łopatą, ubrana była w sukienkę imitującą skórę węża. No ale nie ma się co oszukiwać – idealna figura i bardzo młody wiek. Prawdopodobnie nie miała ukończonych nawet dwudziestu jeden lat uprawniających ją do wejścia do klubu.

– Nie przedstawisz mnie? – zachichotała, wtulając twarz w jego szyję.

Poczułam, jak zaciskam dłonie w pięści. Powiedzieć, że byłam zazdrosna, to mało. Mogłabym urwać jej łeb. Wiedziałam doskonale, jak irracjonalne jest to uczucie, ale nic nie mogłam na to poradzić.

– To jest Jessica – powiedział Łukasz w przestrzeń.

Mężczyźni zaczęli się kolejno przedstawiać, a następnie na wyścigi zabawiać Jessicę, która uśmiechała się uroczo, ani na chwilę nie odrywając łap od Łukasza. Czułam, że długo tego nie wytrzymam. Łukasz popatrzył na mnie przeciągle nad głową nastolatki. To spojrzenie przeważyło szalę, wstałam i zabrawszy torebkę, skierowałam się w stronę wyjścia.

Kiedy opuściłam klub, rozpoczęłam gorączkowe poszukiwanie ognia. Musiałam zapalić. Usłyszałam za sobą charakterystyczny dźwięk otwieranej zapalniczki zippo. Barti odpalił mi papierosa.

– Kinga, co się dzieje? – rzucił. – Co jest między wami?

– Między kim? – zapytałam.

– Nie rób ze mnie idioty. Przecież na odległość widać, że między tobą a „Zimnym” latają błyskawice. Obserwowałem was dziś cały wieczór. Nigdy nie widziałem, żeby zachowywał się w stosunku do jakiejkolwiek kobiety tak wrogo jak wobec ciebie, co nie przeszkadza mu cały czas gapić się na twoje cycki, kiedy tego nie widzisz. Ty też jesteś przy nim jakaś inna.

– Uuu, psycholog Bartłomiej Torbicki – wysyczałam z ironią.

– Kinga… – Barti nie dał się sprowokować. – Pytam poważnie. Znamy się jedenaście lat i wiem, że nigdy w życiu nie zdradziłaś Pawła. To fajny facet, kocha cię i tworzycie razem naprawdę wspaniałe małżeństwo. Wiem, że laski przepadają za „Zimnym”, ale nie myślałem, że jesteś taka głupia. Pomijam już proces „Szarego”… Przecież kiedy przytuliła się do niego ta małolata, wyglądałaś, jakbyś chciała wydrapać jej oczy. Nawet ślepy by to zauważył. On ma co tydzień inną dupę, a z kobietami twojego typu się nie zadaje.

– Kobietami mojego typu? – zapytałam, siląc się na spokój.

– Z inteligentnymi, zabawnymi i przede wszystkim zamężnymi. – Barti podszedł krok bliżej. – Kinia, co się dzieje? – zapytał z troską.

Tą troską mnie dobił. Wyjęłam z kieszeni telefon, otworzyłam galerię i odnalazłam jednoznaczne zdjęcia Pawła ujeżdżanego zapamiętale przez osiemnastoletnią gówniarę w moim łóżku, na mojej atłasowej pościeli. Pokazałam Bartiemu.

– Niby nic – wysyczałam wściekła, czując jak do oczu napływają mi łzy.

Nie było mi żal związku z Pawłem. Scena, którą zobaczyłam w swoim domu, tak mocno wbiła mi się w pamięć, że sam jego widok napawał mnie obrzydzeniem. Żałowałam zmarnowanych jedenastu lat, złudzeń, którymi najwyraźniej żyłam. Czułam się zdradzona, stara, ośmieszona i bezdennie głupia…

– O kurwa… – Barti stał i z otwartymi ustami patrzył się na zdjęcia. – Czemu mi nie powiedziałaś?

– A jest się czym chwalić? – zapytałam, chowając telefon do torebki i wycierając oczy. – Teraz, jeśli mamy już za sobą umoralniającą pogadankę, to pozwolisz, że zawinę się na chatę. Jestem zmęczona.

– Kinga, to nie zmienia faktu, że ty i „Zimny” nie pasujecie do siebie. On ma tak samo piekielny charakter jak ty albo nawet gorszy. Pozabijalibyście się. Nic z tego nie będzie.

– Bartek, czy ja wyglądam, jakbym chciała mu się oświadczyć? Pociąga mnie. I tyle. Mam trzydzieści lat i chyba mogę robić, co chcę?

– Możesz. Jesteś pewna, że się do tego nadajesz?

Zadał pytanie, które cały czas kołatało mi się w głowie.

– I to jak – dobiegł nas drwiący głos od drzwi.

***

Jessica spadła na mnie jak dar niebios. Urocza, głupiutka i mocno pijana przytulała się do mnie, pieprząc jakieś głupoty i uśmiechając się, jakby miała zaraz odebrać Oscara. Zdziwił mnie tylko fakt, iż absolutnie nie czuję ochoty, by ją przelecieć. Zerknąłem w stronę Kingi i zamarłem – jej wzrok wbity w Jessicę mógł śmiało konkurować z wejrzeniem Meduzy. Jest zazdrosna – pomyślałem zadowolony. Przestałem pamiętać, że powinienem trzymać się od niej z daleka. I tak już raz złamałem granicę. Raz czy dwa razy, co za różnica?

Przygarnąłem bliżej Jessicę i nad jej głową spojrzałem otwarcie na Kingę. Teraz ja byłem górą. Mogłem jej nareszcie pokazać, że to ja będę decydował o dalszym przebiegu naszej znajomości, a nie ona. „Udawajmy, że poprzedniego tygodnia nie było”, jasne. Chyba nie do końca słowa tej cholery współgrały z jej odczuciami. Poczułem absurdalną radość. Tymczasem Kinga odwróciła wzrok, zebrała swoje rzeczy i błyskawicznie udała się w stronę wyjścia. Zobaczyłem, że Bartek podnosi się i idzie za nią. Kurwa mać, on akurat nie był mi teraz potrzebny do szczęścia.

Odczekałem kilka sekund i powoli odlepiłem od siebie małolatę, mówiąc, że zaraz wrócę. Będę najprawdopodobniej smażył się w piekle, bo dobrze wiedziałem, że powrót nie wchodzi w grę. Skierowałem się w stronę drzwi, z zaciekawieniem obserwując scenę rozgrywającą się przed klubem. Bartek tłumaczył coś Kindze, a ona z sekundy na sekundę wydawała się bardziej wściekła. Wyjęła z torebki telefon i pokazała mu coś, co ewidentnie go zaszokowało. Widziałem, jak w jej oczach pojawiły się łzy, które szybko starła ręką. Barti nadal mówił, a ona wykazywała coraz mniej cierpliwości. Dłużej nie mogłem się powstrzymać. Cicho uchyliłem drzwi i dotarła do mnie końcowa część jej wypowiedzi: „Pociąga mnie. I tyle. Mam trzydzieści lat i chyba mogę robić co chcę”.

Nie bez przesady nazywają mnie aroganckim. Jeśli czegoś byłem w życiu pewien, to tego, że mówi o mnie. W tym momencie poczułem, że mam w dupie to, czy ma szczęśliwy dom, miłego męża, gromadę dzieci czy puchate szczenięta. Chciałem jeszcze raz mieć ją pod sobą.

– Możesz. Ale jesteś pewna, że się do tego nadajesz? – zapytał Barti i zobaczyłem, że pytanie było celne.

Kinga opuściła wzrok. Zaraz zacznie się zastanawiać, a na to pozwolić nie mogłem.

– I to jak – wypaliłem.

Kinga spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem

– Idę do domu – powiedziała do Bartiego, zupełnie mnie ignorując.

Nie lubię być ignorowany.

– Odprowadzę cię – powiedziałem.

– Nie – powiedział Barti.

– Tak – powiedziała ona, choć wiedziałem, że zrobiła to tylko po to, by go wkurzyć.

Nieważne motywy. Ważne, że nareszcie będziemy sami.

Barti podniósł dłonie nad głowę w geście oznaczającym poddanie się.

– Rób, jak chcesz – rzucił do niej i spojrzał na mnie tak, jak starszy brat patrzy na chłopaka zabierającego jego siostrę na studniówkę. Rozbawiło mnie to.

 

– Obiecuję, że włos jej z głowy nie spadnie – powiedziałem, wczuwając się w rolę.

Kinga obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę ulicy. Barti nadal patrzył na mnie wzrokiem obiecującym mi solenny wpierdol na kolejnym treningu. „On naprawdę się zachowuje jak jej brat” – pomyślałem rozbawiony i ruszyłem za nią. Dogoniłem ją przy przystanku autobusowym.

– Kinga… – zacząłem, zrównując z nią krok.

W ogóle na mnie nie patrzyła, idąc żwawo przed siebie.

– To jak to jest z tym pociąganiem? – zapytałem, by ją sprowokować.

Przystanęła.

– Łukaszu, jesteś przystojnym i pociągającym mężczyzną, kiedy cię widzę, cała płynę. Ożenisz się ze mną? – wyszeptała, teatralnie trzepocząc rzęsami. – A teraz, skoro już zaspokoiłam poczucie twej męskiej dumy, może wrócisz do swojej larwy i dasz mi święty spokój?

Larwy? W zasadzie nie wiedziałem, z czym mi się Jessica kojarzy, ale kiedy użyła tego określenia, stwierdziłem, że strzał był celny. Białowłosa, chuda i wiecznie się lepiąca.

Wbrew sobie wybuchnąłem śmiechem. Spojrzała na mnie dziwnie, a po chwili zobaczyłem, jak jej wargi drgają i uśmiecha się wraz ze mną. Podałem jej rękę, podtrzymując tę wyjątkową, jak na nas, nić porozumienia.

***

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?