Prokurator

Tekst
Z serii: Prokurator #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Prokurator
Prokurator
Audiobook
Czyta Laura Breszka, Mateusz Król
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

***

„To się nie dzieje” – powtarzałam sobie w duchu. „To nie jest prawda”. Pod osłoną togi uszczypnęłam się z całej siły w ramię, nic sobie nie robiąc z faktu, że zachowuję się jak dziecko. Niestety, to była rzeczywistość. Stałam naprzeciwko faceta, którego nigdy więcej miałam nie spotkać, i patrzyłam we wściekłe oczy przewiercające mnie niemal na wylot.

– Pani mecenas – usłyszałam spokojny i kojący głos sędziego.

– Wysoki sądzie! Poprzednia opinia biegłych psychiatrów, stworzona na etapie postępowania przygotowawczego, przeprowadzona była przez lekarza, który podlegał wyłączeniu na zasadach artykułu sto dziewięćdziesiąt sześć w związku z artykułem czterdziestym, paragraf pierwszy kodeksu postępowania karnego – była nim bowiem małżonka obrońcy oskarżonego „Ruska”. Opinia ta stwierdzała, że mój klient jest w pełni poczytalny i rozumie znaczenie swoich czynów. Należy zwrócić uwagę, iż wyjaśnienia „Ruska” są głównym dowodem oskarżenia w niniejszej sprawie, co dodatkowo musi wpływać na brak bezstronności biegłego.

– Bzdura – usłyszałam wściekły głos z drugiej strony sali. – Wysoki sądzie, biegła Ferenc jest uznanym specjalistą w swojej dziedzinie, jej opinie… – zaczął Łukasz.

– Z pewnością, panie prokuratorze – przerwał sędzia. – Ale, jak zapewne nie muszę panu tłumaczyć, w takim procesie nie możemy pozwolić sobie na tak poważne uchybienia. Dlatego dopuszczam wniosek obrońcy. Dziękuję państwu i do zobaczenia za dwa tygodnie – ton sędziego nie zachęcał do dalszej dyskusji.

Zaczęłam powoli chować akta do torby. Skupiałam się na tej czynności niczym na sprawdzaniu numerów w lotto, licząc, że Łukasz opuści salę, sąd, Gliwice i planetę Ziemię i że uniknę spotkania z nim. Kiedy podniosłam wzrok, z ulgą zobaczyłam, że już go nie ma. Ignorując kompletnie Mariusza, wyszłam z sali i chyłkiem udałam się do bocznego korytarza, aby jak najszybciej opuścić to miejsce.

Nagle poczułam silne pchnięcie w plecy i – sama nie wiedząc jak – znalazłam się w sądowej toalecie. Łukasz wolno przekręcił klucz w zamku i z mrożącym krew w żyłach spokojem zapytał:

– Masz mi coś do powiedzenia, Klementynko?

***

Błyskawicznie opuściłem salę rozpraw, udając się do bocznego korytarza. Przystanąłem przy drzwiach do toalety, starając się zrozumieć to wszystko, co się przed chwilą stało. Czułem, że tracę panowanie nad sobą. Jak mogłem przeoczyć coś takiego? Zadziałał automatyzm, chciałem do tej sprawy wziąć najlepszych biegłych, najlepszych specjalistów – wszystko miało być dopięte na ostatni guzik. Dałem dupy, ale nie zmienia to faktu, że „Szary” jest w pełni zdrowy psychicznie. Wszyscy wiedzieli, że jest kompletnym psychopatą, jednak to nie zwalnia z możliwości odpowiadania przed sądem. „Ta suka chce wykazać, że jej chłoptaś jest chory” – dotarło do mnie. No tak, ma tylko dwie opcje – zrobić z niego psychicznego albo obalić zeznania „Ruska”, co było praktycznie niemożliwe.

Po chwili zobaczyłem, jak obiekt mych rozmyślań szybkim krokiem kieruje się w moją stronę. Miała opuszczoną głowę, na ramię zarzuciła sobie togę. Cała nagromadzona we mnie złość domagała się ujścia i znalazłem idealny do tego obiekt. Bez chwili namysłu popchnąłem ją do toalety, zamykając drzwi na klucz.

– Masz mi coś do powiedzenia, Klementynko? – zapytałem pozornie spokojnym tonem, chociaż byłem o krok od furii.

Podniosła na mnie duże niebieskie oczy. Widziałem w nich zażenowanie i… złość? Ona jest zła na mnie? Ja chyba śnię.

– Ładnie ci w czerwonym – odparowała, wskazując brodą na czerwoną lamówkę togi.

Myślałem, że będzie się tłumaczyć, wykaże odrobinę dobrej woli, spróbuje porozmawiać, ale w żadnym wypadku nie brałem pod uwagę, że będzie miała czelność ironizować. Czułem, jak synapsy zaliczają zwarcie w moim mózgu. Podszedłem bliżej. Wprawdzie cofnęła się do ściany, ale wciąż spoglądała na mnie hardo. Mimo iż miała buty na szpilkach, nadal byłem od niej wyższy o dobre dziesięć centymetrów. Wykorzystując tę przewagę, pochyliłem się nad nią i wysyczałem:

– Możesz mi powiedzieć, o co tu chodzi?

– Zostaw – warknęła i próbowała mnie wyminąć.

Złapałem ją z całej siły za ramię i zapytałem:

– Chcesz mi powiedzieć, że poznaliśmy się przypadkiem? Jakoś nie umiem w to uwierzyć. Na co ty liczyłaś, że jak mi obciągniesz, to wypuszczę twojego fagasa?

Popatrzyła na mnie ze zdumieniem.

– Jesteś zdziwiona, że wiem? Ciekawe, czy „Szary” będzie tak samo zdziwiony, jak mu opowiem ze szczegółami, co robiłem z jego puszczalską… – W tym momencie mi przerwała, waląc mnie po gębie. Nie był to kurtuazyjny „liść”, tylko cios wymierzony pięścią.

***

Nie miałam mu nic do powiedzenia. Taka była prawda. Co miałam mu tłumaczyć? Jak, skoro sama nie wiedziałam, co się wokół mnie wyrabia. Czułam się, jakby moje życie zamieniło się w kiepski reality show. Jednocześnie zaczął budzić się we mnie gniew. Najwyraźniej Pan Doskonały uważał, że cała sytuacja, w której się znaleźliśmy, to wyłącznie moja wina.

– Ładnie ci w czerwonym – wypaliłam, bezczelnie pijąc do prokuratorskich barw togi. Widziałam, że jest bliski wybuchu. Zdałam sobie sprawę, że prowokowanie go nie ma najmniejszego sensu, ale mną również zawładnęły nerwy.

Zaczął mnie oskarżać o romans z Mariuszem, jednak dopiero gdy niewybrednie nawiązał do naszej wspólnej nocy, czerwona mgła opadła mi na oczy. Nie namyślając się ani sekundy, uciszyłam go jednym mocnym ciosem. Dotknął ręką policzka i popatrzył na mnie zmrużonymi oczami. Uświadomiłam sobie, że to był błąd.

Doskoczył do mnie i przycisnął do ściany:

– Kotku, wiem, że lubisz na ostro, ale jeśli jeszcze raz podniesiesz na mnie rękę… – powiedział takim tonem, że poczułam na plecach lodowate zimno.

Mimo woli skuliłam się, licząc, że może mi oddać. Nie byłam jednak kompletnie przygotowana na to, że zacznie mnie łapczywie całować. Wplótł jedną rękę w moje włosy, przyciągając do siebie głowę, drugą powstrzymywał odpychające go ręce. Poczułam, jak wsuwa kolano między moje nogi i unosi mnie na nim coraz wyżej. Starałam się przekonać siebie, że muszę to skończyć, jednak moje ciało przestało słuchać poleceń mózgu. Czując jego rękę sunącą po moim udzie, jęknęłam głucho. Łukasz zauważył, co się ze mną dzieje.

– Doprowadzasz mnie do furii, wiesz o tym? – wyszeptał prosto w moje usta.

Spojrzałam na niego nieprzytomnie, a on puścił mnie i wyszedł z łazienki.

***

Nie mogłem znaleźć sobie miejsca w domu. Cały czas miałem przed oczami podniecone spojrzenie Kingi. Policzek pulsował tępym bólem. Wiedziałem, że przegiąłem, poniosło mnie i zasłużyłem. W pierwszym odruchu, mimo iż nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety, miałem ochotę jej oddać. Byłem wściekły i dawno już minąłem cienką granicę kontrolowania emocji. Kiedy jednak podszedłem bliżej i popatrzyłem na jej przerażoną twarz, stwierdziłem, że znam lepszy sposób pokazania, kto tu rządzi. Zacząłem ją brutalnie całować. Zaangażowałem się tak bardzo, że pewnie przeleciałbym ją w sądowym kiblu, gdyby nie jęknęła. Kiedy spojrzałem w jej podniecone oczy, zgłupiałem. Czy była tak dobrą aktorką? Założyłem, że to manipulatorka, że to spotkanie nie mogło być przypadkowe. Z drugiej jednak strony – analizowałem wydarzenia sobotniego wieczoru – to nie ona mnie podrywała, tylko ja ją! Sposób, w jaki opuściła moje mieszkanie… Coraz więcej faktów zdawało się przeczyć mojej pierwszej teorii. Nie zmieniało to jednak faktu, że była kochanką tej gnidy „Szarego”. Na myśl, że dotykał jej ciała… Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu.

– „Zimny”, idziesz na trening? – odezwał się w słuchawce Barti.

Właśnie tego mi było trzeba.

Kick boxing trenuję, odkąd tylko pamiętam. Dzięki niemu rozładowuję napięcie. Tym razem jednak nie pomagał, mimo że z Bartim strzeliliśmy prawie godzinny sparing.

Po treningu poszliśmy na piwo do baru.

– Słyszałem, że dostałeś dziś od Kini pierwszego gonga? – Przez chwilę myślałem, że wie, co zaszło między nami w toalecie. – Przeforsowała nową opinię? – dopytał, widząc, że nie wiem, o czym mówi.

– Tak – odetchnąłem z ulgą.

– Mówiłem, że napsuje ci krwi. – Barti uśmiechnął się półgębkiem.

– A tobie naprawdę nie przeszkadza, że twoja Kinia, adwokat, i to jeszcze jego obrończyni, puszcza się z „Szarym”, który ma cztery zarzuty zlecenia zabójstwa tylko w tym procesie? – wypaliłem wkurzony.

– Co? – Barti aż zakrztusił się piwem. – Skąd taki głupi pomysł przyszedł ci do głowy? – zapytał, patrząc na mnie jak na kretyna.

– Dostałem cynk, że była między nimi jakaś dziwna sytuacja, poza tym sugerowałeś, że są w bliskich stosunkach…

– Nie w bliskich stosunkach, tylko że jest osobiście zaangażowana.

– Jeden pies.

– No właśnie nie jeden pies. Ona go nienawidzi. Kompletnie nie rozumiem, czemu wzięła tę sprawę, ale nie chciała mi się przyznać. Powiedziała tylko, że to osobiste.

Poczułem się jak kompletny idiota. Oczywiście, pierwsze, co założyłem, to fakt, że łączy ich łóżko. Kiedy nie wyprowadziła mnie z błędu, przyjąłem to za pewnik.

– Chyba wyciągnąłem błędne wnioski.

– Najwyraźniej i tobie się zdarza. – Barti odzyskał dobry humor. – Aleś dowalił. Nie mówiłem ci, że Kinga jest szczęśliwą mężatką od dziewiętnastego roku życia?

Teraz z kolei ja zakrztusiłem się piwem.

***

Miałam wszystkiego dość. Jakby mało spadło na moją głowę w ostatnim miesiącu. Wychodząc z Łukaszem z baru, byłam pewna, że nigdy więcej go nie zobaczę. Po raz pierwszy w życiu dałam się ponieść chwili w szerokich ramionach niezbyt inteligentnego, ale za to atrakcyjnego faceta. No i zapłaciłam drogo za swoje szowinistyczne myślenie. Okazało się, że – niestety – i ładny, i mądry. Oczywiście, bycie prokuratorem wcale nie oznacza od razu inteligencji. Czasami wręcz przeciwnie. Po prostu akta „Szarego” znałam na pamięć. Wiedziałam, ile ciężkiej pracy i wysiłku prokurator włożył w to, by poskładać ten materiał. Czytałam akt oskarżenia sto razy, łącznie z jego 140-stronicowym uzasadnieniem. Głupi to on nie był. Wyłożył się tylko raz, na biegłych, ale – umówmy się – szanse, że nowi biegli wydadzą inną opinię, są minimalne. Grałam po prostu na czas. Zgodnie z otrzymanymi wytycznymi.

 

Tylko że prześladujący mnie pech znów dał o sobie znać i w tej cholernej sprawie trafiłam na oskarżyciela w osobie Łukasza.

Kiedy zaczęło się wszystko sypać? Najpierw braciszek zmusił mnie do przyjęcia propozycji nie do odrzucenia, a potem przyłapałam mego ukochanego męża w łóżku z osiemnastoletnią córką sąsiadów. Po jedenastu latach małżeństwa! Przeżyłam to nad wyraz spokojnie. Weszłam do sypialni, wykonałam komórką cztery wyraźne rozwodowe fotki, zanim mnie zauważyli. Kompletnie nie reagując na to, co mówi Paweł, wyszłam z sypialni i rozpoczęłam pakowanie swoich rzeczy. I tak na czas procesu miałam przeprowadzić się do Gliwic. Studiowałam w Katowicach, miałam na Śląsku wielu znajomych. Pomyślałam, że potrzebuję odpocząć. Złożyłam pozew rozwodowy, zmieniłam numer telefonu, by uniemożliwić kontakt mojemu ślubnemu, i wyjechałam.

Nie minęły dwa tygodnie, a leżę smętnie na kanapie i zamiast żałować jedenastu lat małżeństwa, zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś dane mi będzie zobaczyć ten niesamowity, podniecający głód w zielonych oczach Łukasza.

***

– Szef cię prosi. – Kamil stanął w drzwiach mojego gabinetu, przesuwając ręką po szyi w geście przypominającym podcinanie gardła.

Pokazałem mu środkowy palec i ponownie zagłębiłem się w analizie opinii biegłego.

– Mówił, że to pilne, a wiesz, że jak „Wujek” mówi, że coś jest pilne, to…

– Skoczek, nie masz nic do roboty? Dałbym sobie głowę uciąć, że miałem mieć raport w sprawie oszustw na VAT wczoraj na biurku – dobiegł mnie donośny głos od drzwi.

Kątem oka zauważyłem, jak Kamil wycofuje się rakiem na widok szefa, udając, że odbiera telefon.

– Jak jeszcze raz nazwiesz mnie „Wujkiem”, to zapomnij o premii przez najbliższe pięć lat – ryknął jeszcze za nim Marcin.

– Teraz ty – popatrzył na mnie z byka.

Z westchnieniem odłożyłem akta na biurko.

– Jak mówię, że chcę cię widzieć w swoim gabinecie, to chyba możesz ruszyć dupę?

Uniosłem brwi.

– Po co, skoro za każdym razem zanim zdążę wstać, już tu jesteś?

– „Zimny”, proszę cię. Wiesz, jaka jest sytuacja w prokuraturze. Wszyscy nas cisną, brak etatów, ciągłe zmiany przepisów. Nie możemy sobie pozwolić na żadne wpadki. Coś ty odpierdolił z tą biegłą?

Na wspomnienie wczorajszego dnia zacisnąłem szczęki.

– Moja wina. Wziąłem Ferenc, bo jest najlepsza. W międzyczasie „Rusek” zmienił obrońcę. Nie skojarzyłem, że to jej mąż.

– Za to obrończyni „Szarego” skojarzyła – powiedział Marcin z przekąsem.

Nie zareagowałem, choć czułem, że oprócz szczęk zaciskam też pięści. Akurat obrończyni „Szarego” była ostatnią osobą, o której chciałem gadać z kimkolwiek, zwłaszcza z naczelnikiem pionu operacyjnego prokuratury.

– Co to w ogóle jest za baba? – Oczywiście Marcin jak zawsze drążył temat.

– Gówniara. Bartiego pytaj, był z nią na studiach.

– Pytam ciebie, bo to z ciebie zrobiła idiotę wczoraj na sali, a nie z Torbickiego. – Szef najwyraźniej był w parszywym humorze. Źle trafił, bo ja też.

– Marcin, weź się odpierdol. Nic jej ta opinia nie da. Nie rozumiem, czemu o to wniosła teraz, a nie w apelacji, kiedy mogłaby uwalić nam całe postępowanie. Bezsensowne działanie, które tylko wskazuje, że nie wie, co zrobić z tym procesem i się miota. Popatrz – przesunąłem mu pod oczy ostatnią opinię biegłego – „Mariusz Przytuła prezentuje cechy osobowości dyssocjalnej. Najważniejsze jest dla niego zaspokajanie własnych potrzeb, bez względu na innych, a jego działania są wynikiem chłodnej kalkulacji i dobrowolnego wyboru. W związku z tym jest agresywny, skłonny do przemocy oraz prezentuje znikomy poziom współczucia i empatii wobec innych. W jego osobowości można również zauważyć tendencję do uporczywego nieprzestrzegania obowiązującego porządku społeczno-obyczajowego”. – Odłożyłem akta na biurko. – Mogę czytać ci tak dalej, bo ma to trzydzieści stron i jest jednoznaczne. Po prostu „Szary” jest psychopatą. Dzwoniłem do biegłej Ferenc i powiedziała mi, że nie ma szans, aby jakikolwiek lekarz wydał inną opinię – nigdy nie była bardziej pewna diagnozy. W tłumaczeniu na nasze: „Szary” doskonale wie, co robi, robi to, bo po prostu lubi. Jest jebnięty, ale zdrowy. Finito.

– Obyś się nie mylił – powiedział Marcin i opuścił pokój.

***

Siedziałam w czytelni sądu okręgowego otoczona przez czterdzieści pięć tomów akt. Nie wiedziałam, co Mariusz jeszcze wymyśli, ale wolałam być przygotowana na najgorsze. Jeszcze raz wertowałam cały materiał, mimo że kserokopie najistotniejszych dokumentów miałam również w domu. Spojrzałam kolejno na zarzuty. Kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym. Napad na konwój wiozący gotówkę zebraną z banków. Handel narkotykami na szeroką skalę. Wymuszenia, haracze, porwania dla okupu. No i najgorsze – zlecenie czterech zabójstw, z czego trzy doszły do skutku. Dwa pierwsze dotyczyły osób, które starały się zająć miejsce „Szarego” w strukturach przestępczych. Ostatnie – młodego chłopaka, który zaczął współpracować z policją. Wszystko starannie udokumentowane zeznaniami „Ruska” – jednego z jego dwóch najbliższych współpracowników, który zdecydował się zostać małym świadkiem koronnym. Mały świadek koronny miał o tyle nieciekawą sytuację w stosunku do klasycznego świadka koronnego, że po prostu sypał swoją ekipę w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Nie był jednak tak chroniony, jak dajmy na to „Masa”. Chociaż patrząc na to, jakim celebrytą został „Masa”, też miałam wątpliwości, co do skuteczności działań jego ochrony…

Wróciłam do opracowywania taktyki. Zeznań „Ruska” nie jestem w stanie obalić, zwłaszcza że był naocznym świadkiem większości zdarzeń. Oprócz niego zeznawały tylko płotki. Trzon najwierniejszych ludzi „Szarego” nie powiedział ani słowa, zaś jego drugi najbliższy współpracownik – „Bolo” – nadal był na wolności. Jednak prokuratura dysponowała dowodami, które pokrywały się z relacją „Ruska” – nagrania monitoringu, zeznania pokrzywdzonych, opinie balistyczne i daktyloskopijne. Szanse na to, że „Szary” zakończy proces z innym wyrokiem niż dożywocie, były iluzoryczne. Czułam, jak zaczyna boleć mnie głowa. Oddałam akta, opuściłam sąd i powlokłam się do wynajmowanego w pobliżu mieszkania.

***

– Wiadomo coś o „Bolu”? – zapytałem na odprawie, patrząc na policjantów ze zniecierpliwieniem. Była 16.30. Teoretycznie powinienem być w domu.

– Wszystko. Oprócz tego, gdzie jest – odpowiedział komisarz Wyrwa.

Był zdecydowanie najlepszym policjantem, z jakim zdarzyło mi się przez lata współpracować. Miał też niewyparzony język, co wielokrotnie doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

– A co robią funkcjonariusze policji, by go znaleźć? – zapytałem zimno.

– Wszystko, co mogą. Czyli na ten moment gówno. – Wyrwa słynął ze szczerości. – „Zimny”, on zapadł się pod ziemię. Każdy na jego miejscu by tak zrobił. Sprawdzani są wszyscy, z którymi utrzymywał bliskie kontakty, wszystkie bezpieczne miejsca gangu, o których wiemy. Jeśli „Bolo” ma trochę oleju w głowie, to przeskoczył zieloną granicę na Ukrainę i więcej się tu nie pokaże.

– „Bolo” jest wierny jak pies. Oleju w głowie też nie ma za wiele. Wszyscy wiemy, że gdyby nie „Szary”, nie byłoby jakiejkolwiek organizacji, a ta banda idiotów wystrzelałaby się między sobą. Musimy czekać na jego błąd. A co z „Ruskiem”?

– Z tego, co mi mówili w areszcie, nic poważnego. Ma jakieś ostre zatrucie pokarmowe. Przez ostatnie parę lat stołował się w najlepszych knajpach, trudno się dziwić, że teraz nie podchodzi mu więzienne żarcie – odparł tym razem Strzelecki, młody policjant, który niedawno został partnerem Wyrwy.

Strzelecki musiał mieć spory potencjał. Wyrwa, mimo że był w moim wieku, stanowił już legendę komendy.

– Informujcie mnie na bieżąco – pożegnałem się z policjantami.

Kiedy opuścili pokój, wszedł Kamil.

– „Zimny”, weź mi pomóż z tym VAT-em. „Wujek” czepia się mnie od rana, a ja nie wiem, jak się do tego raportu zabrać.

Nie cierpiałem przestępstw gospodarczych. Nudne babranie się w fakturach i przelewach. Popatrzyłem na kolegę i popukałem się znacząco w czoło.

– Zapomnij.

– To chodź do mnie na piwo. Siedzimy tu już ponad osiem godzin. Mojej żony nie ma, pojechała z dzieciakiem do matki. I tak będę musiał wziąć te akta do domu. Może na bani lepiej mi pójdzie.

– Okej – zgodziłem się, zabierając kurtkę z wieszaka.

Pół godziny później Kamil podał mi puszkę piwa i pokazał ręką w stronę kanapy. Ściągnąłem z niej pluszowego misia, pistolet na wodę oraz traktor i usiadłem.

– Sorry za syf, ale Dorota i Michaś wracają jutro i nie opłaca mi się sprzątać. – Kamil opadł na fotel i otworzył swoją puszkę. – Co chciał od ciebie „Wujek”?

– Mam problem ze sprawą „Szarego”. Psowski wyłączył mi biegłą i stary trzęsie się, żeby nowa opinia była właściwa.

– Pewnie będzie. Słyszałeś kiedyś, żeby jeden biegły psychiatra zaprzeczał drugiemu? Oni wszyscy znają się jak łyse konie. „Szary” dostanie dożywocie, a ty zostaniesz gwiazdą. – Kamil zaczął się śmiać. – Może zaproszą cię do telewizji śniadaniowej, żebyś opowiedział o trudach i znojach naszej pracy.

– Obiecuję, że jeśli tak będzie, wyślę ciebie w zastępstwie. – Pociągnąłem łyk piwa. – Stary jakoś nerwowo reaguje na sprawę „Szarego”. To nie pierwszy taki proces, ale on się zachowuje, jakbyśmy nigdy nie zajmowali się niczym podobnym.

– No, ostatnio jest nerwowo. Zresztą wiesz, jaka jest atmosfera. Może boi się, że jeśli coś spieprzysz, to wobec niego będą wyciągnięte konsekwencje.

– Kamil, tej sprawy nie da się spieprzyć. Odkąd „Rusek” poszedł na współpracę, wszystko idzie jak po maśle. Momentami aż za dobrze. Nie wierzyłem, że uda mi się urobić kogoś z kierownictwa. Poza tym, że nie mam jeszcze „Bola”, sprawa jest jednoznaczna.

– No tak. Jedni grzeją się w blasku chwały, a inni muszą walczyć z wyłudzaniem VAT-u… – Kamil zrobił cierpiętniczą minę.

– Nie oglądasz telewizji? Gdyby nie oszustwa podatkowe, żylibyśmy w krainie mlekiem i miodem płynącej. Powinieneś czuć się wyróżniony – nie mogłem sobie darować.

– Tak. Śmiej się z kolegi. Mam wolną chatę, a pół nocy będę siedział nad tym gównem.

– Nie jęcz. Następna zorganizowana idzie do ciebie. Marcin mówił o tym na ostatnim zebraniu.

– „Zimny”, Gliwice to nie Neapol. Następna taka zorganizowana będzie tu za dziesięć lat. Do tego czasu zamkną mnie w psychiatryku, gdzie będę w kaftanie walił głową w ścianę święcie przekonany, że jestem fakturą za paliwo. – Kamil odpalił laptopa. – Śpieszysz się? Może trzasnęlibyśmy jakiś pluton? Jutro wraca moja żona i z pewnością do weekendu nie uda mi się nawet odpalić czołgów.

– W sumie… – wyjąłem z teczki swój komputer.

Nie chciało mi się wracać do domu. Pewnie zacząłbym zastanawiać się, jak wytrzymam co najmniej roczny proces jako przeciwnik szanownej mecenas Kingi Błońskiej. Oparłem nogi na stole, położyłem laptopa na kolanach i otwierając kolejne piwo, zalogowałem się do gry.

***

Miałam prosty plan na wieczór – kąpiel, laptop, lampka wina i dobry film. Wygodnie umościłam się przed telewizorem, kompletując wszystko, co było mi potrzebne do szczęścia. Kiedy tylko wzięłam napełniony kieliszek, zadzwonił telefon. Zaklęłam jak szewc. Na wyświetlaczu ukazał się numer Michaliny. Byłam jej winna wyjaśnienia. Normalnie zadzwoniłabym wcześniej, ale wstyd, jaki odczuwałam na myśl o ostatnim weekendzie, skutecznie zablokował moją pamięć i dobre maniery.

– Halo.

– Cześć, Kinga – rozszczebiotany głos wskazywał, że bynajmniej Michalina nie jest obrażona. – Gdzieś ty zniknęła w sobotę? Mogę wpaść na chwilę? Pogadałybyśmy.

– Jasne – zgodziłam się automatycznie, mimo że niespecjalnie miałam ochotę na towarzystwo.

Podałam jej adres i kilka minut później usłyszałam dzwonek do drzwi. Michalina wpadła do mieszkania, postawiła na stole jeszcze jedną butelkę wina i usadowiła się wygodnie na kanapie.

– Fajne to mieszkanko. Kupiłaś?

– Wynajmuję. – Wygrzebałam z kuchennej szafki paczkę czipsów i położyłam na stole. – Zapłaciłam za trzy miesiące. Pewnie proces potrwa dłużej, ale tyle powinno mi wystarczyć, by jakoś ogarnąć to wszystko.

 

– Jesteś pewna, że nie dogadacie się z Pawłem? Jesteście małżeństwem, odkąd pamiętam. – Michalina otworzyła paczkę i łyk Casillero del Diablo zagryzła czipsem o smaku zielonej cebulki.

– Nie wiem. Na razie mam ochotę być jak najdalej od niego.

– A przystojniacha, z którym wyszłaś w sobotę? – zapytała, patrząc na mnie niewinnie.

Cholera. Odnotowała.

– Co z nim?

– To ja się pytam, co z nim. – Popatrzyła na mnie przenikliwie. – Biorąc pod uwagę jego reputację, zgaduję że raczej nie poszliście na kebab.

– Znasz go?

– Prokuratora Zimnickiego? Chyba żartujesz. Wszyscy go znają. Połowa dziewczyn z mojego wydziału modli się co rano, by zechciał skierować na nie wzrok.

No tak. Michalina pracowała w wydziale karnym sądu rejonowego jako asystent sędziego.

– No i co? Kieruje?

– Nie. – Michalina roześmiała się. – Krążą plotki, że wyznaje starą rosyjską zasadę: Gdie żywisz, tam nie jebiosz. Rozumiem jednak, że nie zdążyłaś mu w sobotę opowiedzieć, czym się zajmujesz?

Czułam, jak na policzki wypływa mi krwisty rumieniec.

– Oj, Kinga, przestań zachowywać się jak piętnastolatka. Nie będę cię osądzać. Bardzo dobrze zrobiłaś. Miałaś prawo wbić klina po tym, jak twój mąż pokazał ci, jak interpretuje świętą przysięgę małżeńską. Po to zresztą wyciągnęłam cię do Anyway. A Zimnicki na pewno okazał się właściwą osobą do tego zadania. Wygląda, jakby znał się na rzeczy… No, ale wygląd może mylić. Zna się? – Michalina przysunęła głowę w moją stronę. – Błagam, zdradź – dodała, stylizując głos na Króla Juliana.

Nie mogłam się nie roześmiać.

– Zna.

– Tyle? – Michalina wykrzywiła twarz w grymasie zawodu. – Ani jednego pikantnego szczególiku?

Przechyliłam głowę i mimo że byłyśmy same, wyszeptałam jej do ucha pikantny szczególik.

Michalina opadła na oparcie kanapy.

– Nienawidzę cię. Jesteś wrednym, urodzonym w czepku dzieckiem szczęścia. Udało ci się skorzystać, bo nie wiedział, że jesteś z branży. A skoro jesteś tu tylko przejazdem, to pewnie się nie dowie i będziesz mogła nacieszyć się jeszcze nieraz…

– No i tu zaczyna się problem. – Momentalnie spoważniałam. – Już wie, że jestem z branży.

– Powiedziałaś mu? Spotkaliście się jeszcze raz? – Nie bez przyczyny na studiach śmialiśmy się, że Michalina mogłaby zostać redaktorką naczelną portalu plotkarskiego. Jej ciekawość nie miała granic.

– Misia, on oskarża w procesie „Szarego”.

– Kurwa mać. Niedobrze. – Michalina błyskawicznie uświadomiła sobie konsekwencje. – Jakby ktoś to wyniuchał…

– Wiem.

***

Śniło mi się, że gram w golfa z „Bolem” i „Szarym” na płycie Stadionu Śląskiego, a Kinga z Bartim obserwują nas z trybun. Najwyraźniej zaczynało mi odwalać. Zwłaszcza że nigdy w życiu nie grałem w golfa. Poszedłem pod prysznic, cały czas nie mogąc pozbyć się z głowy tych absurdalnych wizji. Najwyraźniej trudno było mi ignorować fakt, że przez zupełny przypadek wpieprzyłem się w taką sytuację. Gdyby to był zwykły proces, poszedłbym do Marcina i poprosił, żeby wyznaczył do tej sprawy kogo innego. Jednak za długo się w to bawiłem i dobrze wiedziałem, że podchodziłem do tej sprawy zbyt osobiście. Zdarzało mi się to bardzo rzadko, ale było coś takiego w tej grupie przestępczej, że nie mogłem odpuścić. Ani sobie, ani im, mimo że przeleciałem obrończynię głównego oskarżonego i Bogiem a prawdą miałem ochotę zrobić to ponownie. Kurwa mać, jestem kretynem. Nie pomagała nawet myśl, że gdy do tego doszło, nie miałem bladego pojęcia, kim ona jest. Akurat teraz powinienem być szczególnie ostrożny.

Mimo woli przed oczami stanęły mi fragmenty akt. Zdjęcia trupów, zeznania porwanych osób. Sytuacje, w których musiałem rozmawiać z ich rodzinami, które patrzyły na mnie z niemym wyrzutem. Świadkowie tak przerażeni, że nie dało się z nich wydusić nawet ich własnego nazwiska, kiedy tylko padało hasło: „Szary”. No i przede wszystkim ten skurwiel. W przeciwieństwie do większości współczesnych grup zorganizowanych ta miała naprawdę inteligentnego przywódcę. Mimo iż od dawna wiedziałem, że stoi za ogromną liczbą przestępstw, nie byłem w stanie wklepać mu niczego. Co zresztą skrzętnie wykorzystywał do grania mi na nosie. Wszyscy wiedzieli, że się na niego sadzę. Nie przeszkadzało mu to wozić się po Śląsku i brawurowo robić z nas idiotów. Przy tym był na tyle sprytny, że nigdy nie byłem w stanie z niczym go powiązać. Nawet gdy łapałem kogoś z grupy, zarzekał się na wszystkie świętości, że nie ma nic wspólnego z Mariuszem Przytułą. Nie dziwiło mnie to wcale. Jedną z ofiar, które ostatecznie udało mi się mu przyklepać, był chłopak, który zaczynał być urabiany przez chłopców z komendy. Niestety, dał się na tym złapać „Szaremu”.

Nawet gdy udało mi się przyskrzynić Przytułę, w jego zachowaniu niewiele się zmieniło. Nadal uśmiechał się cwaniacko i konsekwentnie odmawiał składania wyjaśnień, chociaż zdarłem gardło, ciągle go maglując. Na szczęście miałem dość dowodów. Wśród nich najistotniejsze – zeznania Sławomira Trzmiela, znanego bardziej jako „Rusek”. Był osobą, której zawdzięczałem to, że w ogóle skierowałem do sądu akt oskarżenia. Teraz należało tylko efektownie to zakończyć. Nie wyobrażałem sobie tego inaczej niż „Szary” słuchający wyroku dożywotniego pozbawienia wolności, o który z pewnością wniosę. Miałem szczerą nadzieję, że nie odbędzie się to kosztem zniszczenia mecenas Błońskiej, ale jeśli będzie to konieczne, to w tej akurat sprawie nie zamierzałem mieć wyrzutów sumienia.

***

Wczorajsze spotkanie z Michaliną nieco odciągnęło moje myśli od samobiczowania. Uzbrojona w nowe zapasy energii postanowiłam przejść się po mieście. Nie znałam za dobrze Gliwic, byłam tu zaledwie kilka razy podczas moich studiów, raz w słynnym akademiku politechniki, Solarisie. Pamiętam z tej imprezy tylko tyle, że wynosiłam na plecach Michalinę, mimo że sama nie byłam wiele trzeźwiejsza od niej. Przez chwilę przeleciało mi przez myśl, czy w Lidlu nadal sprzedają Queen Mary – whisky, którą wtedy piliśmy i przez którą do dziś, na myśl o tym rodzaju alkoholu, miałam ochotę zostać abstynentką.

Poza tym wypadem tylko kilka razy, na początku aplikacji, zdarzyło mi się być tu w sądzie. Wbrew temu, co zapamiętałam, miasto wyglądało naprawdę dobrze. Ścisłe centrum było odremontowane. Piękna starówka, poniemieckie kamieniczki, kilka fajnych restauracji. Rynek płynnie przechodził w ulicę Zwycięstwa, która prowadziła wprost do dworca. Przy samym końcu przecinała ją ulica Dubois, a przy niej znajdował się duży skwerek z uroczymi ławeczkami. Usiadłam i zapaliłam papierosa, wyciągając przed siebie nogi. Wystawiłam twarz do palącego słońca i wtedy usłyszałam dźwięk telefonu. Barti.

– Halo, gwiazdo wymiaru sprawiedliwości – odebrałam w swoim stylu.

– Cześć, co robisz?

– Zwiedzam.

– Co konkretnie?

– W tym momencie ulice Zwycięstwa i Dubois.

– Robisz sobie jaja? – Barti zaczął się śmiać. – Spacerujesz pod moją pracą?

Momentalnie przeszedł mi dobry humor. Tylko tego brakowało, żebym niechcący wpadła na Łukasza.

– Gdzie tu jest prokuratura? – zapytałam pełna złych przeczuć.

– Na Dubois. – Barti błyskawicznie potwierdził moje najgorsze obawy.

Popatrzyłam dookoła, ale żadna z kamienic nie wyglądała mi na właściwy budynek.

– Na dziedzińcu w głębi. Wpadaj na kawę. – W głosie Bartka wyczułam entuzjazm.

– Nie ma mowy – weszłam mu w słowo. – Dziś nie pracuję – dodałam łagodniej, by zatrzeć niemiłe wrażenie. – Chodź lepiej ze mną na jakiś obiad – starałam się wymyślić coś, co umożliwiłoby mi zniknięcie jak najszybciej z tego miejsca.

– Okej. Poczekaj na mnie przed bramą, będę za dziesięć minut.

– Palę na skwerku niedaleko. Może ty przyjdziesz tutaj?